spis treści | poprzednia strona | następna strona
34 Ikar

Dla tych, co marzą.
Ku pamięci tych, co polegli w walce.



1.

Trzeba wiedzieć kiedy
ze sceny zejść – niepokonanym!

Poszybować chociaż raz –
ponad śmierć, ponad czas!

Głodny tłum modlił się bym spadł –
każdy z nich chciał ściągnąć mnie w dół!

Nie ma na całym świecie człowieka, który nigdy nie marzył. Każdy z nas przynajmniej od czasu do czasu zamyka się w sobie, chcąc uciec od smutnej rzeczywistości, żeby spokojnie pomyśleć jak zmienić swoje życie na lepsze. Często takie ucieczki kończą się rozpaczą, cierpieniem i żalem z powodu zbyt długiej listy niespełnionych życzeń.
Chyba nie ma nic gorszego niż świadomość, że wszystkie nasze marzenia rozsypują się jak zdmuchnięty domek z kart. Oczywiście próbujemy je złapać nim całkiem upadną, albo odbudować to, co zostało, ale mamy świadomość tego, że tak naprawdę nie jest to możliwe. Co upadło nigdy nie powstanie. Jeśli coś zburzymy, nigdy nie będziemy w stanie tego zbudować na nowo. Smutne, ale prawdziwe.
Tę gorzką prawdę poznał na własnej skórze Marcin Dobrowolski, którego marzenia rozpadły się w ciągu jednego dnia, zmieniając jego i czekającą go przyszłość. Zaprzepaścił swoją szansę i obrawszy nową drogę życiową spowodował cierpienie bliskich mu osób, a co gorsza doprowadził do swojej śmierci.

2.

Gdy emocje już opadną,
jak po wielkiej bitwie kurz.
Gdy nie można mocą żadną
wykrzyczanych cofnąć słów.


Dziewiętnastoletni Marcin Dobrowolski wysiadł z autobusu i szedł w kierunku swojego domu. Kroki stawiał od niechcenia, z pewnym ociąganiem. Nie miał dużej odległości do przejścia, ale wiedział, że po powrocie będzie musiał spojrzeć rodzinie w oczy i powiedzieć jej co zrobił. Nie był dumny ze swojego postępowania, ale nie widział innego wyjścia z sytuacji. Zachowywał się jak desperat, a jego myśli nie chciały przyjąć do wiadomości faktu, że są ludzie, których może skrzywdzić swoim wyborem.
Po dziesięciu minutach dostrzegł dom rodzinny. Mieszkał tu od najwcześniejszych lat dzieciństwa i okolica już dawno mu się przejadła. Nie miał ochoty patrzeć na otaczające uliczkę zielone drzewa, ani tym bardziej na inne domy, czy boisko do piłki nożnej, na którym grała grupa dzieciaków drąc się przy każdym kopnięciu w niebogłosy. Z boku stało kilkoro rodziców podziwiając swoje pociechy.
Marcin nie zwracał uwagi na wszechobecny gwar, upał był mu obojętny, a zapach świeżo skoszonej trawy nie budził w nim dawnych wspomnień. Czuł się nieobecny, jakby zamknięty za cienką powłoką realistycznego snu. Przemierzał kolejne metry rozgrzanej drogi nie zaprzątając sobie głowy okolicą, ignorując wszystko dookoła. Dla niego dni szczęśliwe odeszły i po prostu nie mógł cieszyć się z czegoś tak błahego, jak piękne otoczenie czy wspaniała, letnia pogoda.
Przeszedł przez furtkę na podwórko domu rodzinnego. Wylana betonem ścieżka była w dobrym stanie i tylko w jednym miejscu widniało oszpecające ją pęknięcie. Wokoło ścieżki rósł krótko przystrzyżony trawnik, którego trawa jaśniała zdrową zielenią – między nią nie walały się żadne niedopałki papierosów lub upuszczone przez przypadek papierki. Po prawej stronie Marcina znajdował się mały ogródek z kwiatami jego mamy. Rosły w nim dzikie róże, tulipany oraz wiele innych gatunków roślin. Z tyłu domu był skryty kolejny ogródek, ale z warzywami.
Tuż po lewej stronie betonowej ścieżki stał samochód. Był to czerwony Ford Focus z 2000 roku. Gdyby Marcin spojrzał w jego kierunku zauważyłby, że po lakierze pojazdu spływają spore ilości wody – jej krople opadały z progów, błotników i zderzaków na podjazd tworząc kałuże. Ktoś nie dawno przerwał mycie samochodu, pewnie robiąc sobie przerwę na wychylenie szklanki zimnego piwa dla ochłody.
Marcin stanął przed drzwiami wejściowymi i przyglądał się budynkowi, w którym mieszka już prawie siedemnaście lat – odkąd przeprowadzili się w tę cześć Drawska Pomorskiego. Jego umysł ogarnął smutek na samą myśl o tym, że za kilka dni będzie musiał się wyprowadzić.
Dom nie należał do grona tych dużych i imponujących swoim kształtem. Nie wyróżniał się tak naprawdę niczym szczególnym spośród całego szeregu przy tej ulicy - jedyne co zawsze fascynowało sąsiadów to ogród jego matki. Budynek miał białą elewacje, kilka okien na parterze i pierwszym piętrze oraz balkon z boku, który wychodził na tylną cześć podwórka. Po lewej stronie kilka lat temu dobudowano garaż na samochód, który niedawno otynkowano na taki sam kolor jak resztę domu. Cała budowla nie była duża, ale wyglądał na zadbaną.
Chłopak opuścił wzrok. Westchnął i podszedł do zamkniętych drzwi. Pochwycił za klamkę i pchnął. Zrobił kilka kroków, jednocześnie zamykając za sobą drzwi, i znalazł się w chłodnym półmroku korytarza.
Nie chciał wchodzić dalej, ale wiedział, że rodzice już go usłyszeli i tylko czekają, aż wejdzie do kuchni. Bał się ich reakcji na to co ma do powiedzenia. Dopiero podczas jazy autobusem zrozumiał, że zrobił głupio i na pewno swoim wyborem załamie rodziców, rodzeństwo oraz swoją dziewczynę.
Serce mocno mu biło, a w głowie huczało od nagłego przypływu adrenaliny. Wstrzymał na chwilę powietrze, poczym wypuścił je z sykiem. Uspokoił się trochę. Schylił się, żeby ściągnąć buty.
Podczas rozwiązywania sznurowadeł Marcinowi drżały ręce i prosta czynność wydłużyła się z kilkunastu sekund do prawie minuty. W końcu udało mu się zdjąć czarne półbuty z nóg i wyprostował się. Nadal dygotał. Po włożeniu domowych kapci musiał ponownie zrobić głęboki oddech, żeby ukoić skołatane ciało.
Nareszcie ruszył z miejsca w kierunku drzwi do kuchni. Po drodze minął drewniane schody na górę oraz drzwi do pokoju młodszego brata, którego obecnie nie było. Zauważył, że wejście do kuchni nie jest zamknięte, tylko uchylone. Słyszał przytłumione głosy rodziców. Wydawało mu się, że rozmawiają o planowanym od dawna wyjeździe na mazury.
Coraz bardziej zdenerwowany przystanął przy drzwiach i po krótkim wahaniu pchnął je przed siebie. Wszedł do jasno oświetlonego przez promienie słońca pomieszczenia.
Kuchnie także pomalowano na biało, dlatego w pierwszej sekundzie musiał przymknąć oczy, ponieważ po półmroku korytarza światło spowodowało bolesny szok. Ojciec siedział przy stole i właśnie unosił do ust szklankę z bursztynowym płynem, a matka stała w rogu obok kuchni doglądając gotującego się sosu i ziemniaków. Przestali rozmawiać i obydwoje spojrzeli na niego.
Marcin był najwyższy z całej rodziny – miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu – z czego często wszyscy się nabijali. Oprócz tego jego głowę zakrywały włosy koloru dojrzałej pszenicy, które niedawno ściął na jeża. Po pierwszym spojrzeniu na twarz chłopaka od razu wiedziało się, że należy do osób dających szybko się polubić. Głęboko osadzone, błękitne oczy spoglądały z reguły na wszystko z wielkim zainteresowaniem, w szczególności gdy było to coś nowego. Może policzki miał za bardzo pulchne, ale poza tym należał do osób przystojnych. Ciało, skryte pod błękitną koszulką z krótkim rękawem i czarnymi spodenkami, pokrywała opalenizna.
Chłopak nie chciał odzywać się pierwszy – po prostu nie wiedział co ma powiedzieć – więc czekał, aż zrobią to rodzice. Stał w drzwiach wyczekując na pierwsze słowa, wdychając przyjemny zapach gotującego się obiadu. W każdej sekundzie milczenia serce podskakiwało mu ze zdenerwowania.
- Cześć synu – przywitał się ojciec. – Złożyłeś odwołanie na uniwersytet?
W pierwszym momencie ciężko było mu cokolwiek wydusić z siebie. Przez głowę przelatywały Marcinowi setki, jeśli nie tysiące myśli, a przodującą było pytanie: Dlaczego to zrobiłem, przecież złamie im serce?
- Nie, nie złożyłem – odpowiedział.
Matka zareagowała jako pierwsza krzykiem, a w jej głosie było słychać złość i… żal.
- Jak to nie, przecież specjalnie wstałeś rano, żeby tam pojechać? Jeśli nie byłeś na uniwersytecie, to gdzie się podziewałeś przez tyle godzin? Wytłumacz mi to, bo czegoś tu nie rozumiem.
Serce podeszło mu do krtani, a w ustach czuł jego metaliczny smak, przemieszany z napływającą żółcią. Świat przed oczami wirował, przybierając przy tym jeszcze mniej realne kształty. Bał się jak nigdy wcześniej w życiu, a jego strach dotyczył tego, że dzisiaj po raz kolejny na przestrzeni ostatnich tygodni zawiedzie swoją rodzinę.
- Byłem gdzie indziej i nie miałem czasu, żeby pojechać do rektoratu – odparł. – Z reszta teraz i tak mijałoby się to z celem.
Twarz matki przybrała wyraz zdziwienia, ale zamiast niej odezwał się ojciec.
- Czemu uważasz, że składanie odwołania nie ma sensu? Przecież mówiłem, że wszystko będzie dobrze. Wystarczy tylko uwierzyć w siebie! Trochę nadziei, synu.
- Ponieważ zrobiłem coś, co przekreśliło moje szanse na studia – wyłkał.
Marcin robił się smutny. Wiedział, że jego kolejne słowa sprawią im ból, a przede wszystkim zawiodą ich oczekiwania. Tak bardzo chcieli, żeby jako pierwszy z rodziny poszedł na studia, a on zniszczył to marzenie.
Zanim rodzice zdążyli cokolwiek powiedzieć chłopak podjął przerwany wątek, obserwując ich reakcje na słowa, czując przy tym smutek.
- Wstąpiłem do wojska jako ochotnik. Po trzymiesięcznym szkoleniu wyjadę do Iraku z nowym kontyngentem.
Gdy wydusił to z siebie usłyszała jak matka z ojcem wstrzymują oddechy. Widział, że do oczu kochanej kobiety napływają łzy goryczy, a na jej twarz wychodzi grymas niezadowolenia. Mina ojca nie wyrażała żadnych emocji, tylko oczy wydawały się potępiać decyzję Marcina.
- Dlaczego to zrobiłeś, powiedz mi, dlaczego? – wyszlochała matka idąc jego stronę.
- Tak naprawdę to nie wiem. Chyba z tego powodu, że chciałem mieć z głowy cały ten stres związany ze szkołą. Po tym, gdy nie dostałem się na studia, wiedziałem, że dla mnie to jedyna sensowna droga – odpowiedział.
- Bredzisz, jak mogłeś podjąć taką decyzje na licząc się z nami! – krzyknął ojciec.
W tym samym momencie matka wpadła w ramiona Marcina, a on przytulił ją niezręcznie. Jej łzy kapały mu na koszulkę zostawiając po sobie ślad w postaci mokrych plamek. Później łzy ukochanej kobiety będą prześladować go każdej nocy w jednostce wojskowej.
- Nie bredzę, mogłem podjąć ją samodzielnie. Przez całe życie liczyłem się z waszą opinią, a teraz, gdy zrobiłem coś dla siebie potępiacie mnie! – krzyknął. – Za waszą namową złożyłem papiery na studia – kontynuował – chociaż nie chciałem tego. Zrobiłem to dla waszej zasranej przyjemności, a wiedziałem, że się nie dostanę!
Nie czuł się dobrze ze świadomością, że ich okłamał. Wiedział, że pragnęli aby poszedł na uniwersytet, ale on sam też o tym marzył. Powiedział to dlatego, żeby się w jakiś sposób usprawiedliwić, dać im do zrozumienia, że jego wybór jest słuszny.
- Licz się ze słowami. Dopóki mieszkasz tutaj musisz nas szanować!
Matka ciągle płakała w jego ramionach, a w nim strach zmienił się w złość. Oddech kobiety robił się coraz bardziej chrapliwy; z ust zamiast słów wydawała pojedyncze szlochnięcia.
- Już nie długo będę tutaj mieszkał, tato. Pojutrze mam się zgłosić do jednostki. Spróbuj zrozumieć, że zrobiłem to dla siebie, aby mieć łatwiejszy start. Zrobiłem to dla was, żebyście mogli patrzeć w ekran telewizora i być ze mnie dumni.. Dlaczego tego nie rozumiecie? Pomyślcie nad tym przez chwilę – uciął.
Nie miał już nic więcej do powiedzenia. Kochał ich i nie chciał zrobić im przykrości, ale według niego było to jedyne rozwiązanie. Ojciec krzyczał, robił mu wyrzuty, że pomysł jest bezmyślny, iż każdego dnia będą się o niego martwić. Zarzucał mu pochopność oraz to, że nie przemyślał tego do końca.
- A co z Magdą? Pomyślałeś co ona poczuję, gdy się dowie? – wrzasnął siedzący za stołem mężczyzna.
Marcina ruszyły te słowa. Odsunął od siebie łkającą matkę i odwrócił się do wyjścia z kuchni. Zapłakana kobieta próbowała go zatrzymać, a ojciec krzyczał i krzyczał. Wyzywał go od idiotów, krytykował wszystkie dotychczasowe decyzje chłopaka, który w końcu wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Łkanie ucichło, a krzyki stały się przytłumione. Ojciec wrzeszczał, żeby wracał natychmiast, ale on nie miał zamiaru dalej tego wysłuchiwać. Lepiej będzie zostawić ich samych, może wtedy postarają się go zrozumieć. Niestety Marcin nie podejrzewał tego, że oni nigdy nie zaakceptują jego decyzji.
Teraz jemu stanęły w oczach łzy. Żałował, że będzie musiał zostawić swoją dziewczynę. Przecież tak bardzo ją kocham – chciał krzyknąć na głos. Wspomnienie jej twarzy trochę załagodziło ból i wycierając kąciki oczu ruszył do swojego pokoju.
Zaraz znalazł się w środku i pierwsze co zrobił to opuścił żaluzje w oknie. W pomieszczeniu zapanował taki sam półmrok jak na korytarzu. Wrócił do drzwi i zamknął je na klucz. Później położył się na łóżku przymykając powieki.
Myślał o swoim wyborze oraz o tym jak dowiedział się, że nie dostał się na studia. Chciał odbudować swoje marzenia, ale nie mógł. Zrujnował je sam podejmując decyzję o wstąpieniu do wojska i teraz było już za późno na zmiany.
Schował głowę pod poduszkę pozostając ze swoim bólem sam na sam. Pragnął zniknąć, ale wiedział, że to jest nie możliwe, dlatego zacisnął mocniej powieki i utonął w mrocznym świecie rozmyślań. Przez cały czas towarzyszyło mu dziwne wrażenie opadania w dół.

3.

W korowodzie zmysłów
możemy trwać - niepokonani!
Nim się ogień w nas wypali,
nim ocean naszych snów
łyżeczką się odmierzyć da.


Marcinowi trudno było powiedzieć Magdzie co zrobił. Słowa płynęły jeszcze ciężej niż podczas rozmowy z rodzicami, a każdy jej szloch powodował w nim narastające poczucie winy. Siedząc z nią w jednym pokoju żałował swojej decyzji. Jadąc do jednostki wojskowej uważał to za jedyny sensowny pomysł, ale wtedy nie brał pod uwagę cierpienia najbliższych mu osób.
Patrząc na jej pozbawioną słów reakcję – na płacz i smutny wyraz oczu – wiedział, że złamał swojej ukochanej serce. Gdy skończył mówić Magda powiedziała przez łzy, że zawsze będzie go kochać i poczeka na niego.
Chłopak stał przy oknie. Po usłyszeniu tych słów zbliżył się do siedzącej na tapczanie dziewczyny. Objął ją mocno w pasie przytulając do siebie. Czuł jak bije jej serce, jak nabiera powietrza w płuca, a przede wszystkim jak łzy Magdy opadają na jego skórę. Już nigdy nie zapomni jakie to uczucie, gdy zawiedzie się ukochaną osobę, a ona płacze, bo tylko to jej pozostaje.
Zaczął szeptać dziewczynie do ucha jak bardzo ją kocha, że żałuje swojego wyboru, ale teraz za późno jest, żeby to wszystko cofnąć. Tłumaczył jej, że jeśli sam by się nie zgłosił, to za kilka miesięcy i tak upomnieliby się o niego. Zapomniał tylko wspomnieć, iż wtedy spędziłby w wojsku dziewięć miesięcy bez wyjeżdżania do Iraku.
Łagodził jej rozpacz, ponieważ był to jego obowiązek. Nie mógłby sobie wybaczyć, że zostawił ją pogrążoną w smutku.
Magda uniosła głowę i spojrzała na niego szklistymi oczami o niebieskich tęczówkach. Marcin poluźnił trochę uścisk, także spoglądając na nią. Gdy przyglądał się jej twarzy serce mocniej mu zabiło w przypływie miłości wymieszanej z falą podniecenia.
Dziewczyna również miała blond włosy, tylko znacznie dłuższe niż chłopak. Jej opalona twarz o delikatnych rysach potrafiła przyciągnąć wzrok każdego mężczyzny. Była niższa od Marcina, ale idąc razem ulicą wydawali się doskonale pasować do siebie.
Magda przybliżyła swoje usta do ust chłopaka i pocałowała go. Najpierw z czułością ledwo muskając jego wargi, a później namiętnie, prawie wgryzając się w niego. Marcin odwzajemnił pocałunek i obydwoje opadli na tapczan, zapominając w miłosnym uniesieniu o wszystkich problemach.
W miarę upływu minut ich ręce zrobiły się niecierpliwe, a serca coraz bardziej niespokojne. Marcin zdjął z niej bluzkę odsłaniając biały stanik, który za chwilę także wylądował na podłodze. Pieścili jej piersi, całował brzuch, plecy, twarz, a przede wszystkim usta.
Ona także ściągnęła z niego koszulkę. Obsypywała pocałunkami jego ciało we wszystkich możliwych miejscach. W końcu pociągnęła za krótkie spodenki, które miał na sobie, odsłaniając ciemnoniebieskie bokserki.
Marcin ściągnął z Magdy resztki ubrania i ucałował jej uda od wewnętrznej strony. Serce biło mu niczym dzwon w kościele. Oddychał płytko, a w głowie szumiało mu od podniecenia. Po chwili obydwoje leżeli nadzy pieszcząc siebie nawzajem, zatapiając zmysły w upragnionej ekstazie.
W pokoju zrobiło się ciemno kiedy chłopak położył się na dziewczynie. Ich ciała zaczęły poruszać się w jednym, równym rytmie, któremu wtórowały oddechy i pojękiwania. Cali byli błyszczący i wilgotni od potu, a myśli dążyły tylko do zaspokojenia. Wszystkie problemy chwilowo odpłynęły, a przy każdym ruchu czuli jak wzlatują coraz wyżej i wyżej dosięgając błękitnego, rozświetlanego przez słońce, nieba.
Nareszcie, po wydawałoby się wiekach oczekiwania, Marcin zadarł biodra do góry kilkukrotnie, unosząc przy tym Magdę kilka centymetrów nad łóżkiem. Zatrzymali się na ułamek sekundy w powietrzu nie myśląc o niczym, tylko rozkoszując się przyjemnością wypełniającą każde zakończenie nerwowe.
Opadli zmęczeni na łóżko. Wszystko dookoła falowało, a oni upojeni cudownym zmęczeniem zamknęli oczy wtulając się w siebie. Rozkoszowali się wzajemną bliskością, nie czując nic innego oprócz szczęścia i miłości do siebie.

Gdy wstał dochodziła trzecia nad ranem. Podniósł się z łóżka odsuwając się od Magdy tak, żeby jej nie obudzić. Przystanął, żeby podnieść rozrzucone ciuchy. Ubierał się bez pośpiechu, starając się robić to zupełnie bezgłośnie.
Po zakryciu nagości schylił się do ukochanej i ucałował ją w policzek.
- Żegnaj skarbie. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy – wyszeptał jej do ucha.
Dziewczyna poruszyła się we śnie, a on odsunął się i podszedł do drzwi balkonu. Otworzył je i wyszedł na dwór w mrok letniego wieczoru. Założył buty, które zawsze tam zostawiał, gdy zakradał się do pokoju Magdy.
Po spojrzeniu w bezchmurne niebo wspiął się na barierkę i zeskoczył metr niżej na trawnik przed domem. Wyszedł z podwórka tak, jak robił to dziesiątki razy wcześniej. Wróci tu później tylko raz przed wyjazdem do Iraku, żeby pożegnać się ze swoją ukochaną. Nie będzie mu dane jednak wiedzieć, że zobaczy ją wtedy po raz ostatni,
Skierował się w stronę domu.
Prześpi się jeszcze dwie godziny i ruszy do jednostki wojskowej zaczynając swoje szkolenie. Idąc samotnie pustą ulicą nie żałował swojego wyboru. Był przekonany, że wszystko będzie dobrze. Nie zwracając uwagi na uczucie spadania, które powróciło po przebudzeniu, przyśpieszył kroku.

4.

Czy w milczeniu haniebnych flag
zejść z barykady?
Czy podobnym być do skały,
posypując solą ból,
jak posąg pychy samotnie stać?


3 listopada 2005 roku

Najdroższa Magdo!
Piszę do Ciebie, ponieważ tęsknie za Tobą. Każdy dzień w tym rozgrzanym, ogarniętym wojną kraju przypomina mi, jak bardzo zraniłem Twoje uczucia. Nie ma minuty, w której nie myślałbym o tym.
Mam świadomość tego, że popełniłem błąd wyjeżdżając tu. Co ja sobie myślałem jadąc ponad trzy miesiące temu do jednostki wojskowej? Na pewno sądziłem, że będzie to najlepsze rozwiązanie, że przysłużę się ojczyźnie, zarabiając przy tym na dalsze życie. Rzeczywistość nie jest jednak tak piękna.
Codziennie podczas patroli widujemy straszne rzeczy. Rodacy mordują rodaków. Nie ma dnia, w którym nie wybuchłaby żadna bomba. Zwykli ludzie boją się wychodzić z domów, ponieważ terroryści nie oszczędzają nikogo. Potrafią zamordować bezbronne dziecko, jego matkę czy obcokrajowca, który przypadkowo zagubi się pośród ruin miasta.
Patrząc na cierpienie tych ludzi przypominam sobie Ciebie. Widzę przed oczami Twoją zrozpaczona twarz, a na skórze ciągle czuje łzy. Mam nadzieję, że kiedykolwiek mi wybaczysz, iż zostawiłem Cię na tak długi czas. Wierzę także w to, że po moim powrocie za dwanaście miesięcy nadal będziesz mnie kochać. Wszystko, co zarobię w wojsku, chce przeznaczyć na nasze wspólne życie. Wiesz, że podczas rekrutacji obiecali mi mieszkanie po powrocie? Sama myśl o wspólnej przyszłości dodaje mi energii do dalszego życia w Iraku.
Zawszę będę Cię kochać Aniołku! Zawsze! Bez względu na to, co czeka mnie wciągu najbliższych miesięcy! Jesteś moim światełkiem, które pozwala mi przeżyć kolejne dnie z dala od domu.
Mój nowo poznany przyjaciel, Artur Michalski, przekazuje pozdrowienia dla Ciebie. Cieszę się, że go poznałem. Trafił do wojska z takiego samego powodu jak ja, co trochę podnosi mnie na duchu, ponieważ dzięki temu wiem, że nie jestem jedynym desperatem, który zamiast iść na studia zaoczne trafił na wojnę.
Za pięć minut wychodzimy pięcioosobową grupą na popołudniowy patrol, dlatego muszę kończyć ten list. W następnym tygodniu na pewno znowu napiszę do Ciebie. Pamiętaj o tym Skarbie, że kocham Cię najmocniej na świecie i nic innego bardziej mnie nie rani, niż świadomość tego, że jesteś teraz sama.

Tęsknie
Marcin

P.S. Jeszcze raz proszę o wybaczenie! Kocham Cię Najdroższa!


Marcin odłożył na bok długopis i przeczytał list. Później złożył go na pół, włożył do zaadresowanej koperty, którą na końcu zakleił. Odsunął się od rozkładanego stołu i wstał. Podszedł do polowego łóżka – podniósł z niego karabin z długa lufą oraz zielony hełm. Nie czekając na wołanie sierżanta wyszedł z namiotu na rozgrzaną pustynie, gdzie za chwilę rozpocznie się zbiórka.

5.

Czy w bezsilnej złości, łykając żal,
dać się powalić?
Czy się każdą chwilą bawić,
aż do końca wierzyć, że
los inny mi pisany jest?


Po krótkiej mowie sierżanta dwudziestu żołnierzy rozdzieliło się na pięcioosobowe grupy, ruszając każda w inną stronę. Marcin szedł obok Artura, z tyłu za nimi szła kolejna dwójka (byli to bracia Andrzej i Tomek Kowalewscy), a z tyłu czwórkę osłaniał Kuba Mikulski.
Codziennie patrolowali ten sam teren, więc ich kroki nie były za szybkie, a oczy nie rozglądały się dookoła z należyta uwagą. Poruszali się do przodu rozmawiając o rodzinnie, o tym kogo zostawili w Polsce i jakie maja plany na przyszłość. Pomimo wszechobecnego okrucieństwa przyzwyczaili się do nowego kraju. Upały nie wydawały się im tak straszne jak na początku, a burze piaskowe traktowali jak coś normalnego. Prawda jest taka, że człowiek z biegiem czasu do wszystkiego może się przyzwyczaić, nawet jeśli na początku wydaje mu się to niemożliwe.
Żołnierze szli popękaną, asfaltową drogą do przedmieścia, które znajdowało się mniej więcej trzydzieści minut drogi w jedną stronę. Po dotarciu na miejsce patrolowali opustoszałe ulice, widząc wszędzie porozwalane budynki, rozrzucone ubrania i sprzęty gospodarstwa domowego. Jeszcze ani razu nie widzieli między ruinami człowieka.
Grupę otaczała pustynia, pojedyncze rośliny, a z przodu majaczyły ruiny pierwszych domów. Nigdy nie zastanawiali się, dlaczego ludzie opuścili te tereny. Dla nich liczył się spokój oraz fakt, że Amerykanie stacjonują na najgorszych obszarach. Ale przecież to ich prezydent rozpętał wojnę i do nich należy zadanie powstrzymania narastającego oporu.
Marcin zaczynał opowiadać o studiach, na które się nie dostał, kiedy z ruin pobliskich domów cała piątka usłyszała płacz dziecka. Szloch był donośny i rozpaczliwy – nie mogło być pomyłki. Ktoś zostawił małe dziecko, a one płacząc wzywało pomocy.
Artur ruszył jako pierwszy do przodu, a za nim pobiegła reszta. Serca szalały im w piersiach od narastającego podniecenia. Po raz pierwszy słyszeli coś innego, niż wystrzały czy wybuch bomb. Biegli zadowoleni z siebie, z rozszalałymi myślami. Żaden z nich nie uniósł pistoletu – byli przekonani o swoim bezpieczeństwie, zapominając o podstawowych elementach szkolenia.
Przechodzili dziesiątki razy obok tych kilku domów, zdawałoby się postawionych na środku pustyni. Patrząc na ruiny odnosiło się wrażenie, że pochodzą niemal z innego świata. Nigdy wcześniej nic tu nie wiedzieli, ale teraz płacz dziecka dowiódł, że mogli się mylić.
Cała piątka stanęła przed prawie doszczętnie zburzonym wejściem do pierwszego domu i nie czekając na powtórny szloch ruszyli do środka. Nie zauważyli, że z budynków po przeciwnej strony drogi przygląda im się kilka osób.
W wewnątrz panował bałagan. Wszędzie walały się cegły zrobione z piaskowca. Jedna ze ścian prawie całkiem się rozpadła, a z sufitu zwisały druty uzbrojenia – przez dziury można było zobaczyć pozbawione chmur niebo. Przejrzeli wszystkie pomieszczenia, do których dało się wejść, ale w gruzie, między porozwalanymi garnkami, nigdzie nie widzieli płaczącego dziecka.
Szloch rozległ się ponownie i żołnierze ruszyli w jego kierunku. Dochodził z tylnej części podwórka.
Wyszli tylnymi drzwiami na nędzną imitacje tarasu. Stąpali ostrożnie, nadal z opuszczona bronią. Kuba usłyszał jakieś poruszenie przy ścianie przeciwległego budynku i wyprzedzając wszystkich pobiegł w tamtą stronę.
Minął wyschniętą studnię i wzbijając tumany kurzu zbliżył się do następnej budowli. Zaraz obok ściany coś stało, jakiś kosz wiklinowy, a w jego środku coś się poruszało. Kuba uniósł broń i podszedł bliżej. W tym samym czasie reszta dobiegła do niego.
- Ostrożnie, to może być bomba – powiedział Andrzej.
- Jak bomba, chłopie, przecież słyszałeś płacz dziecka, nie? – oparł Kuba.
Mężczyzna nie czekając na reakcję innych schylił się do kosza. Odsunął karabin na bok i sięgnął rękoma do środka. Z wyrazem zadowolenia na twarzy wyciągnął ze środka płaczące zawiniątko.
- Widzisz, masz swoją bombę.
Wszyscy odetchnęli z ulgą i parsknęli śmiechem. Kuba uniósł dziecko na wysokość swojej głowy przyglądając się szlochającemu maleństwu. Miało ciemny kolor skóry oraz czarne włosy na głowię. Jego orzechowe oczy z lękiem spoglądały na obcokrajowca.
Odwracał się w kierunku studni, kiedy dziecko zapłakało głośniej niż dotychczas. Kuba chciał je uspokoić, ale nie zdążył. W czystym powietrzu rozległ się strzał z pistoletu i główka dziecka eksplodowała. Krew trysnęła w koło, a trzymający je żołnierz upadł na piaszczystą glebę bez życia. Kula trafiła w jego skroń – z niej również płynął ciemny szkarłat.
- To pułapka – krzyknął Tomek i skrył się za pobliskim murkiem.
Andrzej z Marcinem ruszyli w jego ślady. Artur stanął przy zwłokach dziecka oraz swojego kolegi. Podniósł do góry pistolet, wymierzył – strzelił w kierunku na wpół zawalonego dachu, gdzie ujrzał leżącego snajpera. Bezbłędnie trafił w jego głowę. Partyzant zsunął się bezwładny do dziury w dachu.
Tomek i Andrzej odbezpieczali karabiny, kiedy z domu, który wcześniej opuścili, wybiegł wrzeszczący coś niezrozumiale Irakijczyk. Wystrzelił z rewolweru trzymanego w ręce. Artur dostał w kolano, które rozpadło się jak dynia od uderzenia kijem.
Nadal trzymał się jakoś na nogach. Chciał oddać strzał w stronę napastnika, ale ból przyćmił jego myśli. Spojrzał w oczy Irakijczyka, a ten nacisnął ponownie spust.
O dziwo nie poczuł nic, tylko przywalony dziwnym ciężarem upadł na ziemię obok martwego dziecka. W ostatniej chwili Marcin cofnął się w jego stronę i wyskoczył chcąc go odepchnąć na bok. Gdy przewrócili się obydwoje na ziemię, dookoła rozpoczęła się prawdziwa walka.
Tomek z Andrzejem prowadzili ostrzał zza murku. Terrorysta z rewolwerem dostał w prosto w serce, ale zaraz po nim wyskoczyło jeszcze dwóch. Andrzej strzelił dwukrotnie i padli martwi.
Później pojawiło się trzech kolejnych. Wybiegli ze stodoły, po lewej stronie wyschniętej studni. Strzelali na oślep, aby tylko trafić w cokolwiek.
- Skąd oni się, kurwa, biorą! – krzyknął Tomek.
- Nie wiem, chłopie. Nie gadaj tylko strzelaj, bo wybiją nas jak kaczki.
Po krótkiej wymianie ognia Irakijczycy przestali strzelać, a z ich martwych ciał wypływała krew mieszając się z sucha glebą. Na szczęście okazało się, że byli to ostatni. Bracia, osłaniając siebie nawzajem, podbiegli do leżącego Artura i Marcina.
Artur krwawił z kolana darząc się w niebogłosy. Marcin leżał na brzuchu i nie poruszał się.
- Zamknij się, będziesz żył! – powiedział Andrzej.
Tomek podszedł do Marcina i odwrócił go na plecy. Płynąca w dużych ilościach krew ochlapała mu ręce i zielony mundur.
- Szybko, dostał w klatkę piersiową. Trzeba mu pomóc!
Ale cała trójka wiedziała o tym, że jest już za późno. Oczy Marcina były nie widzące, a on sam nie czuł już nic, tylko opadał. Spadał w dół z bezchmurnego nieba na zakurzoną ziemię, skąd nikt nigdy go już nie podniesie. Upadł razem ze swoją tęsknotą, żalem, a przede wszystkim ze swoimi marzeniami, których żadna osoba nie odbuduję.

6.

Gdy ktoś, kto mi jest światełkiem,
gaśnie nagle w biały dzień.
Gdy na drodze, za zakrętem,
przeznaczenie spotka mnie.

Skrzydła me porozrywał wiatr -
moje serce pękło na pół!


Dzień był szary i smutny. Z nieba padały strugi deszczu zalewając stojących nad grobem żałobników. Prawie każda, z zebranych osób płakała za zmarłym człowiekiem, który z raną w piersi spoczywała w dębowej trumnie.
Ksiądz smutnym głosem wypowiadał kolejne słowa modlitwy, a ubrany w odświętny mundur generał podszedł do trumny zwijając spoczywającą na niej czerwonobiałą flagę. Złożył ją w sporych rozmiarów trójkąt i podszedł do zrozpaczonej matki Marcina Dobrowolskiego.
Wręczył jej zwiniętą flagę, składając przy tym najszczersze wyrazy współczucia.
- Wychowała pani prawdziwego bohatera. Przykro mi z powodu jego śmierci, to wielka strata dla naszego kraju.
Matka rozpłakała się jeszcze bardziej, a ojciec Marcina zbliżył się do niej i przytulił ją. Generał stanął obok sześciu żołnierzy, którzy odbezpieczyli karabiny unosząc ich lufy w górę. Po zakończeniu modlitwy przez księdza dowódca wydał rozkaz. Pociski z salwy honorowej wzbiły się w niebo. Czterech mężczyzn zaczęło zasypywać wcześniej opuszczoną trumnę. Magda płakała razem z matką Marcina, a ojciec stał teraz niewzruszony tuląc obydwie do siebie.
Tak oto kończy się życie bohaterów, których marzenia burzone są niemal w jednej chwili. Kończy się przy potrójnym wystrzale salwy honorowej i płaczu najbliższych osób. Ich sny opadają w dół razem z nimi, gdzie wszystko zasypie wilgotny piasek, uniemożliwiając im po raz ostatni spojrzeć na gorące słońce.

KONIEC

Szczecin - Wielgowo
30 lipca - 1 sierpnia 2005

W opowiadaniu wykorzystano piosenki: Perfekt "Niepokonani" i IRA "Ikar". 




OD AUTORA: Powyższe opowiadanie powstało zaraz po ukończeniu przeze mnie "Twarzy za Oknem". Napisałem je w miarę szybko i standardowo miało być krótsze. Coś ostatnio mam problemy z zahamowaniem lania wody. "Ikar" jest zdecydowanie inną historią, niż wszystkie dotychczasowe, które napisałem. Mi osobiście wydaję się być po prostu bardziej ludzki. Oczywiście dokonałem kilku przeinaczeń. Przede wszystkim w Polsce, żeby wyjechać do Iraku trzeba być żołnierzem zawodowym. Nie można zgłosić się na ochotnika i tak po prostu wyjechać. Taka możliwość istnieje tylko w USA, gdzie młodzi ludzie werbowani są w szkołach, przed supermarketami – po prostu wszędzie! Na pewno znalazłoby się jeszcze kilka podobnych rzeczy, ale nie ma sensu ich tutaj wyliczać. Uważni i tak wyłapią popełnione przeze mnie błędy. Mam nadzieje, że te dziesięć stron nikogo nie zanudziło. Jutro zabieram się za kolejne opowiadanie. To byłoby na tyle. Standardowo dziękuję tym, którzy dotarli aż tutaj, a zapewne nie jest wiele takich osób.

Pisząc „Ikara” chciałem, żeby każda z osób, czytająca to opowiadanie, choć przez chwilę pomyślała o żołnierzach, którzy narażają codziennie swoje życie. Pamiętajmy o tych, co walczą obecnie i o tych, co zginęli sześćdziesiąt jeden lat temu w Warszawie. Oby w nas tkwiła taka odwaga jak w nich, a na pewno uda się odmienić nasz kraj na lepsze.

 
Ogór [gaau@wp.pl]

|strona 34|