|
Miała osiemnaście lat wsiadając do wagonu pociągu towarowego. Jednego z tych dużych, czerwonych i anonimowych wagonów przeznaczonych do przewozu bydła, w jakich mieściły się dziesiątki, jeśli nie setki stłoczonych ludzi. Uśmiechała się, nie zwracając uwagi, ani na kobietę tulącą do swej piersi szmacianą lalkę swojej martwej córeczki, ani na mężczyznę załatwiającego swoje prywatne sprawy w rogu wagonu bezpośrednio do szarej dziury w podłodze, w jakiej nieprzerwanie majaczyły metalowe szyny uciekające z każdą minutą coraz szybciej. Uśmiechała się szeroko, w sposób, w jaki potrafią się uśmiechać jedynie istoty czyste – nieskalane grzechem. I nawet cierpienie i płacz ludzi dookoła niej nie był w stanie zabić jej szczęścia – bowiem oto wracała do domu, do rodziny.
Przez jej uśmiech przebijała nadzieja. Jakiś mężczyzna rozmawiał właśnie z swoim członkiem wydając przy tym niemożliwe do opisania dźwięki ekstazy, a kobieta starała się za wszelką cenę ukryć w odbytnicy złotą bransoletę swojej zmarłej matki, wcale nie idąc przy tym na skróty i nie próbując zachowywać się dyskretnie. Ona jednak nie zwraca na to wszystko żadnej uwagi. Ona jest „porządna i grzeczna” – tymi słowami chwaliła ją zwykle kochająca matka, do jakiej właśnie wracała – jedyna osoba na tym przeklętym świecie, jaka ją rozumiała i kochała praktycznie bez żadnego widocznego powodu. Ta anonimowa osiemnastolatka przeżyła w swoim życiu dostatecznie dużo by nie dać się zaskoczyć w dowolnej chwili brutalną prozą wojennej codzienności. Takie są czasy – mawiają znani jej ludzie. Ona odpowiedzieć może im jedno – żadne czasy nie zabijają miłości i empatii… skutkiem czego żaden czas nie jest w stanie zabić jej uśmiechu – jedynej broni, jaką dało jej to życie. Nawet czas wojny.
I ona widzi miłość w tym miejscu – widzi ją wszędzie dookoła. W wagonie czerwonego pociągu zdającego się jechać do nikąd. Widzi miłość w oczach kobiety nadal ściskającej szmacianą Mery swojej córeczki, widzi miłość w oczach mężczyzny, tak jak i ona niemogącego doczekać się powrotu do domu, potrafi wyczytać czyste wersety tegoż najwspanialszego z wszystkich uczuć na ustach dwunastoletniej pulchniutkiej dziewczynki śpiewającej „Polly chce krakersa”. Miłość jest wszędzie. Nie zamykaj oczu, a na pewno ją zauważysz. Płacz, krzycz, ale nie zaprzeczaj – miłość istnieje.
Szum nie cichnie prędko. Mijają długie godziny w trakcie których ona odnajduje pewnego rodzaju ukojenie. Nawet początkowo nieznośny rytm jadącego pociągu prędzej czy później zgrywa się z biciem jej serca – tak już jest. Kiedy kochasz, a twoje serce gra melodię miłości, cały świat kocha razem z tobą i gra dla ciebie, nieprzerwanie dając ci okazje do wspaniałego tańca.
Dziewczyna – zaledwie nastolatka, czarnowłosa, bladolica, o figurze modelowej, a urodzie wzorcowej – marzy. Oczyma wspomnień widzi swój dom, jaki pozostawiła za sobą. Oczyma wyobraźni – ten, jaki dopiero na nią czeka. Za sobą pozostawia prześladowania, krzywe spojrzenia, gniewne oskarżenia, szczere uderzenia, gwałtów próby i kar wymierzenia za grzech samego urodzenia… I teraz, jadąc tym czerwonym, przesiąkniętym zapachem starości i fekaliów pociągiem pozostawia za sobą wszystko to, co złe. Przed sobą ma jedynie szczęście. Nie trzeba marzyć długo, by wymarzyć sobie szczęście. A kiedy ma się jedynie osiemnaście lat i jest się tak naiwnym jak ona – marzenia tego typu skutecznie zastępują chęć walki… same w sobie stają się celem życia. Wystarczy odpowiednia perspektywa. Świadomość, że tak jak zawsze może być gorzej, tak zawsze może być lepiej. To zadziwiające – jak niewiele czasami potrzebujemy tylko po to by żyć.
I nagle pojazd staje. Ludzie krzyczą, jedni ze szczęścia, inni ze strachu. Ona sama w milczeniu wstaje z klęczek. Nie ma żadnych bagaży poza jedną torbą z bielizną, kilkoma ubraniami i dokumentami oraz niewielką sumą, na wypadek nieprzewidzianych problemów. Jej rodzina już powinna na nią czekać – przecież obiecywali. Nie wie jednak gdzie dokładnie. Wie tylko, że kiedy tatuś krzyczał dwa dni temu nie będąc w stanie wsiąść z nią do jednego wagonu powiedział jej, że będą razem. A ona wie, że jej tatuś nie kłamał – on nie umie kłamać. Mówicie, co chcecie – że to stary i nic nie wart żyd – ale to on nauczył ją bycia tym, kim jest, kimś zwyczajnie dobrym, i ona wieży mu w wszystko co mówi. Dlatego uwierzyła mu, że kiedy przybędzie na miejsce, on już będzie na nią czekał.
I teraz, wysiadając z wagonu, wiodła wzrokiem po jasnoniebieskim niebie (zawsze takim samym, ale w dniach takich jak ten – kiedy jesteś blisko domu - zawsze jakby piękniejszym). Wodziła swym bystrym spojrzeniem urzekających niebieskich oczu po szarozielonej trawie, nieco spalonej przez słońce i wyniszczonej od wewnątrz przez chemikalia i zgniliznę obejmująca w swe posiadanie już od lat ziemię, na jakiej teraz stąpała. W oddali majaczyły kształty szaro-pomarańczowych blokowisk, wieżyczek i metalowych krat z betonowymi słupami koloru zmielonych kości. A na pierwszym planie widziała zielone drzewo – pnie się swymi powyginanymi konarami ku niebu, niczym symbol nadziei – ślepej na zgiełk codzienności, niezmordowanej wobec urodzajnego deszczu, zabójczego płomienia i gorąca, oraz przerażającego mroku nocy.
To drzewo ma dusze – myśli dziewczyna. Wszystko, co dąży do nieba, musi mieć w sobie choćby odrobinę duszy.
Ona wie to. Ona, właśnie teraz, czyni swój kolejny krok ku niebu. W drodze do domu dotyka się uśmiechami z wszystkimi napotkanymi luźni – czy to równie uradowanymi, w przeświadczeniu swego bezpieczeństwa, bezwładnie ucieszonymi rodzinami, czy to samotnikami, płaczącymi do swoich niespełnionych marzeń. Ona się uśmiecha. Nie przestaje się uśmiechać aż do końca, wchodząc do czerwieńszego nawet od wagonu, z jakiego właśnie wysiadła budynku.
Jest słodka niczym nektar spijany z ust najwspanialszej kochanki. Ona jest tym nektarem – tą jedną na milion przeznaczoną każdemu z nas w naszych marzeniach. Ona sama zdaje się być wyjęta z czyjegoś marzenia. Dajcie jej jeszcze kilka lat… kilka pieprzonych lat… a sprawi, że pewien mężczyzna wreszcie zacznie żyć. Bo przecież tylko przy ludziach takich jak ona życie ma sens. Dzieli się tym pięknem bez wahania.
Ludzie w szarych, brudnych uniformach każą się rozbierać, a ona czyni to. Boi się, szukając wzrokiem swoich bliskich, jakich nie może odnaleźć, ale robi to, co jej każą. Robi to – bowiem obiecują, że za chwile będzie już po wszystkim. A ona tak bardzo chce by było już po wszystkim. Jest przecież już tak blisko. Nie może się już odwrócić i uciec do więzienia, z jakiego właśnie
przybyła. Nie teraz, kiedy jest tak blisko!
Każą wejść do chłodnego pokoju pełnego prysznicy, a ona również i to czyni. Każą czekać w chłodzie, więc obejmując drobne piersi i zwierając swe świeże kształty i to robi bez wahania. Bo chce wrócić do domu, bo chce żyć, bo chce być – tak po prostu – szczęśliwa.
Bez złych spojrzeń, złych słów, złych czynów, złych uczuć – bez tego wszystkiego, wdycha chłodny gaz. Jej organy nagle zamykają się w jej ciele. Krew staje w żyłach zanim serce eksploduje. Łzy płyną, zanim zamarzną w chłodzie łaźni. Niebieskie oczy, już nigdy nie będą niebieskie. Już nigdy nie zobaczą tych wszystkich pięknych kolorów. Już nigdy… nie zobaczą nic. Umiera. Bez żalu, czy też wątpliwości. Oto wraca, do domu. Uśmiech – zastyga na różowych ustach. A usta, już nigdy nie będą różowe. Wszystko traci barwy, kiedy umieramy.
Miała osiemnaście lat. Kiedy umarła, bez imienia, a z numerem, jaki wyszyto na jej worku kości – 10200 – kiedy wrzucono jej ciało do ziemi. Nie miała nawet czasu pomodlić się by pochowano ją obok swoich rodziców. Nawet tego jej nie dano. I nie była jedyną... Jaka uśmiechała się wracając do domu.

OD AUTORA:
Kilka miesięcy temu, a dla mnie zaledwie ostatniej nocy, puszczono w telewizji „Czarownice z Salem” – film bardzo dobry, jakiego seansu nie mogłem sobie odmówić, pomimo stosunkowo późnej godziny emisji (23 wieczorem) i mnogości reklam (telewizja polska, tym razem padło na TV4). Nagle, w przerwie na reklamę do mojej głowy wpadł ten właśnie pomysł na tą historię. Włączyłem czym prędzej komputer i w trakcie jednej długiej przerwy reklamowej napisałem to krótkie opowiadanie. Fakt ten cieszy mnie choćby dlatego, że już od dawna nic nie pisałem – widać, siły zaczynają do mnie wracać. Gorzej z jakością moich wypocin…
Nie jest to twór wyjątkowy, nie jest nawet interesujący. Ale jest – a to już coś!
Seth [prizefighter@op.pl]
|