spis treści | poprzednia strona | następna strona
32 Krawędź

Prolog

Wysoka trawa falowała na porywistym, popołudniowym wietrze. Słońce stało już nisko, czerwieniało. Ciemniejący horyzont powoli zasnuwał się sinymi chmurami. Jeden z myśliwych przystanął i popatrzył w tamtą stronę. Nocą na pewno będzie padać.
Liczna ich grupa zapędziła się tu, na równinę, położoną daleko od bezpiecznej wioski w pogoni za zwierzyną. Było już późno, a oni wciąż nic nie upolowali. Zapewne będą musieli przenocować w stepie, co mogło kosztować ich życie. Łowca jednak nie myślał o tym. Ruszył szybko za pozostałymi, za którymi został już dość daleko w tyle.
Trawy falowały coraz mocniej. Ich wyschnięte łodygi szumiały złowieszczo. Szli pod wiatr, co dawało im ogromną przewagę. Dzikie świnie, które ścigali nie poczują ich zapachu, do ostatniej chwili nie będą świadome, jak blisko znalazło się zagrożenie. Oni zaś wyczuwali je doskonale. 
Nagle na niebie pojawiła się gwiazda. Początkowo maleńka, rosła błyskawicznie, płonąc coraz jaśniej. Chwilę później usłyszeli potężny huk, wdzierający się w najgłębsze zakamarki umysłu, raniący uszy. Gwiazda spadała, ciągnąc za sobą świetlisty ogon. Tempo opadania wyraźne malało, bladł też stopniowo blask dziwnego obiektu. W końcu zanikł zupełnie; powierzchnia gwiazdy błyszczała już tylko odbitym światłem słonecznym. 
Myśliwi, gdy tylko otrząsnęli się z pierwszego szoku, padli na kolana. Oto Bogini daje im znak. Cóż bowiem innego mogło znaczyć to tajemnicze widzenie? Nie mogli tego zignorować. Pozostali w tej pozycji jeszcze chwilę po tym, jak gwiazda znikła zupełne. Potem jednak wstali i pobiegli śladem dzikich świń.
Znaleźli je pijące wodę z leniwie płynącej rzeki, która tutaj, u podnóża wysokiej skały rozlewała się szerokim zakolem. Nie wiedzieli dotąd o jej istnieniu, rzadko zapuszczali się w te tereny. Potraktowali to więc jako kolejny przejaw łaski swej Bogini. 
Świnie piły spokojnie, nie podejrzewając niczego. Unieśli oszczepy. Dzisiaj nie będą głodni. 

1.
Słońce opadało niespiesznie ku pokrytym wysoką, pożółkłą trawą wzgórzom. Z każdą chwilą stawało się bardziej czerwone i wisiało coraz niżej, jakby wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, by go dotknąć, pochwycić. Nastała owa szczególna chwila przedwieczornego spokoju, gdy cały świat zamiera, zmęczony dniem, oczekując nocy. Ustał nawet wiejący od rana wiatr. Powietrze i ziemia dopiero zaczynały stygnąć, nic jeszcze nie zwiastowało nocnego chłodu.
Nagle zza jednego ze wzgórz wyłoniła się dziwna, pokraczna, ni to ludzka, ni to małpia sylwetka. Stanąwszy na szczycie małpolud zatrzymał się i zwrócił twarzą na zachód, wypatrując czegoś lub węsząc. Ciepłe, pastelowe światło zachodu błądziło po jego brunatnym futrze, tworząc jedyną w swym rodzaju impresję. Nie zauważył małej, czerwonej plamki laserowego celownika, która wykwitła nagle na jego głowie i po chwili bezładnego tańca zatrzymała się pośrodku pokrytej brązową szczeciną skroni. 
-I czemu tak stoisz idioto jeden?- mruknął przez zaciśnięte usta Ian Martens- Przecież jesteś za głupi, żeby patrzeć na zachód słońca.
Po chwili jednak uśmiechnął się złośliwie. Bezruch stworzenia, panujący w powietrzu spokój i niewielka odległość sprawiały, że nie musiał brać poprawki na wiatr i grawitację, mógł spokojnie wycelować w miejsce, w które chciał trafić. 
Zajmował wyjątkowo dogodną pozycję, leżąc na sąsiednim wzgórzu. Nie mógł nie trafić. Po chwili doszedł do wniosku, że taki strzał będzie zbyt łatwy- wszak trafienie do tarczy na strzelnicy nie jest żadnym wyczynem. Wstał więc i postanowił zaczekać na najmniejszy choćby podmuch wiatru. Ten nadszedł wkrótce, wtedy dopiero Martens ponownie wycelował.
Jeszcze przez chwilę delektował się tą chwilą, swą mocą, nieograniczoną władzą, jaką posiadł nad tą dziwaczną istotą, po czym wstrzymawszy oddech nacisnął spust Rozległ się cichy syk i ułamek sekundy później plamka lasera rozrosła się w równie czerwony pędzelek wieńczący metalową strzykawkę. Trucizna zadziałała w ułamku sekundy. Małpolud wyprężył się, upadł, w konwulsjach tocząc z pyska pianę. Po chwili jednak nad step powrócił spokój, zacierając wszelkie ślady śmierci. 

2.
Powoli zapadał zmrok. Ian Martens spojrzał na zegarek. Robiło się późno. A taką miał ochotę jeszcze zapolować, ten jeden raz nie zapewnił mu wystarczającej dawki adrenaliny. Jestem już od tego uzależniony, przemknęło mu przez myśl. Chwilę później jednak parsknął śmiechem. Uzależnienie! Dobre sobie. W takim razie był to chyba jedyny nałóg bez konsekwencji.
Nagle usłyszał za sobą jakiś szelest. Odwrócił się, jednocześnie unosząc karabin.
Od strony Osady zbliżała się energicznym krokiem jego młodsza siostra Taria. Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, szarpał ubranie. Gdy wspinała się lekko pochylona po zboczu wzgórza po jej twarzy błądził lekki uśmiech.
Przyleciała na Ziemię dwa dni wcześniej i tylko na kilka tygodni. Wraz ze swym narzeczonym była członkiem zespołu Ulissesa, tu wybrała się tylko w odwiedziny do brata. Chciała też, podobnie jak większość świeżo upieczonych Marsjan znów zobaczyć Ziemię. 
- Przestaniesz wreszcie we mnie celować czy zamierzasz mnie zastrzelić? A co ty tu w ogóle robisz?
- Jak to co?- Ian skierował lufę do ziemi- Poluję.
- Polujesz? Na co?- uśmiech zniknął z jej twarzy jak zdmuchnięty.
- Na małpy oczywiście. Chcesz spróbować? 
- Co? Jak możesz? Przecież to są żywe, inteligentne istoty! Ty je mordujesz!- Taria poczerwieniała z wściekłości. 
- No daj spokój.- Ian przeszedł na łagodny, protekcjonalny ton, jakim przemawia się do upartego dziecka- Przecież to tylko głupie zwierzęta, nic więcej. One nawet nie myślą...
- Przestań, skąd ty to możesz wiedzieć- tylko pogorszył sytuację- oni w jakimś sensie wciąż są ludźmi, a nawet gdyby nie byli, to i tak nic nie usprawiedliwia tego, co robisz. Naprawdę tak trudno to zrozumieć?
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał zaognić sytuacji kolejnym niecelnym argumentem. Tak było zawsze, nigdy nie mogli się do końca zrozumieć. Spojrzał w kierunku Osady, na bezkresny ocean falującej trawy. To przecież jest takie wspaniałe pomyślał. Dlaczego tego nie dostrzegamy? Przecież to jest właśnie ten raj, do którego dążyliśmy, tak właśnie to miało wyglądać. Myśl jednak uleciała niesiona wiatrem, zostali tylko on i Taria. 
- Nie kłóćmy się.- powiedział tylko- Wracajmy już, jest późno.
- Dobrze. Wracajmy.- odparła krótko. Nie patrzyła na niego, jej wzrok wędrował gdzieś po ciemniejącym horyzoncie. O czym wtedy myślała? Może przez jej umysł przemknęła podobna refleksja? Nigdy się już tego nie dowiedział. 
Na niebie zapłonęły pierwsze gwiazdy. Nie pozostał już na nim żaden ślad dnia. Ciemność wypełzała z każdego zakątka przestrzeni, najpierw nieśmiało, zdobywając tylko przyczółki; szybko jednak nabrała pewności. Nie rozproszył jej nawet jasno świecący Księżyc.

3.
Niebo usiane było gwiazdami. Noc była pogodna, nie było chmur, nie było też świateł ani smogu, nic, co mogłoby przysłonić te najpiękniejsze twory Pana. Emanuel Montoya, leżąc w wonnej trawie i błądząc wzrokiem po czarnym brokacie nieba czuł się szczęśliwy. Pierwszy raz od powrotu na Ziemię nie dręczyły go wątpliwości. Bo jak tu wątpić w Bożą moc widząc coś tak wspaniałego? Wszelkie troski i problemy, zazwyczaj krążące wokół jego głowy hałaśliwym, przysłaniającym wszystko rojem postanowiły chyba poszukać sobie innej ofiary, aktualnie żaden nie trapił Emanuela. Uwolnione od tego ciężaru myśli, zachłysnąwszy się wolnością, poszybowały daleko. Nawet nie próbował kontrolować szaleńczej gonitwy obrazów i wspomnień przesuwających się przez jego umysł. Cofając się coraz głębiej dotarł w końcu do lat swej młodości, do czasu spędzonego w seminarium. Ten okres żelaznej dyscypliny, nieustannej modlitwy i nauki to były najszczęśliwsze chwile jego życia. Potem były wyższe studia, pierwsza parafia. A potem... 
Jego uwagę przykuło nagle małe światełko przesuwające się po niebie. Wyglądało trochę jak spadająca gwiazda, tyle, że zamiast spadać płynęło ze stałą prędkością. Przypomniał sobie, że tak kiedyś wyglądały satelity. Ale ich nie było już od bardzo dawna. Pozostał jedynie Aeneas. Gigantyczny statek był tylko małym, błyszczącym punkcikiem. Pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział go z tej perspektywy. Zabawne było widzieć tak maleńkim ten sztuczny świat, na którym przebywał tak długo. 
Aeneas i bliźniaczo do niego podobny Ulisses były arcydziełem techniki końca wieku. To w nich właśnie ludzkość miała wyruszyć ku gwiazdom, stworzyć nowy świat. Ku planecie, która, jak wynikało z obserwacji, była całkiem podobna do Ziemi. Błyskawicznie więc zorganizowano wyprawę do ich świata. Świat ten jednak, w euforii nazwany Itaką okazał się być największym rozczarowaniem w historii człowieka. Itaka była spaloną, bezwodną pustynią otoczoną trującą atmosferą. Nie było na niej śladu wody ani nawet jakichkolwiek przydatnych złóż mineralnych. Planeta ta została całkowicie wykorzystana i zniszczona tysiące lat przed ich przybyciem. Jedyną korzyścią z wyprawy był pierwszy niezbity dowód na istnienie w kosmosie inteligencji. Cóż, w obserwacjach musiał zajść błąd- być może astronomowie ulegli zbiorowej halucynacji, tak jak niegdyś przekonani byli o istnieniu marsjańskich kanałów, dość, że projekt, który pochłonął niewyobrażalne fundusze zakończył się kompletnym fiaskiem. Niedoszli koloniści nie mieli innego wyjścia- musieli wracać. Perspektywa kolejnych trzystu lat w kriogenicznym sarkofagu nikomu nie wydawała się przyjemna, ale nie było innego wyjścia. Bali się też z innego powodu- ich lot w obie strony trwał ponad sześćset lat, co już było niewyobrażalne, ale statki rozpędzono do ogromnych prędkości- na ich rodzimej planecie minąć miały tysiąclecia. To, co ujrzeli przerosło wyobrażenia kogokolwiek. Zastali swą planetę starszą o... Właściwie ile? Tego dokładnie nie wiedział nikt. Może sto pięćdziesiąt, może dwieście, a może trzysta tysięcy lat. I najgorsze, że nikt nie umiał tego racjonalnie wytłumaczyć. Tak dużego przeskoku nie dało się zrzucić na różnicę w prędkości upływu czasu. Może między Ziemią a Itaką znajdowało się zagięcie czasoprzestrzeni- z braku hipotez racjonalnych sięgali po te niemal fantastyczne. Ta jednak tłumaczyła nie tylko nadspodziewany skok w czasie powrotu, ale też błędne obserwacje astronomów. 
Rodzinną planetę zastali odmienioną nie do poznania. Powróciła ona do stanu sprzed powstania człowieka, przynajmniej homo sapiens. Początkowo myśleli nawet, że jakimś cudem trafili do odległej przeszłości. Sądzili tak do czasu znalezienia ruin, czy też raczej pozostałości dawnych, tak doskonale znanych sobie miast. Doprawdy niewiele pozostało po ludzkiej cywilizacji. Trochę gruzu, szkieł, asfaltu. No i kraterów. Tych było całkiem sporo. Wyjaśnienie zagadki zniknięcia ludzi było więc bardzo proste. 
Znaleźli też małpy. Choć trudno było w to uwierzyć, nie ulegało wątpliwości, że dziwaczne, niezgrabne i brzydkie stworzenia były jakąś formą postludzką. Ciężko było tylko rozstrzygnąć, czy te chude, długonogie istoty, pokryte szarobrązowym futrem, niewiele tylko inteligentniejsze od zwyczajnych małp powstały na drodze jakieś popromiennej mutacji, czy też były tylko kolejnym owocem ewolucji- potomkami ludzi, którzy podlegając, jak wszystkie stworzenia zmienności, zmuszeni do życia w trudnych, powojennych warunkach, pozbawieni techniki, po prostu przystosowali się do środowiska. Nazwano ich inhomines, nieludźmi. Była to nazwa bardzo trafna, z ludźmi niewiele już ich łączyło. Żyli w niewielkich grupach klanowych, utrzymując się ze zbieractwa i polowań na dzikie zwierzęta podobne do antylop. Gdy wytrzebili wszystkie w okolicy, w której przebywali przenosili się dalej, pozostawiając po sobie brudne, niechlujne wioski. Nie znali techniki bardziej skomplikowanej niż zaostrzone kije i krzemienne pięściaki, nie znali żadnej sztuki. Aż dziwne było, że panowali nad ogniem. Ludziom nie pozostało nic innego, jak tylko nauczyć się żyć obok nich. Tych dziwacznych istot nie lubił nikt, ale miały przecież prawo do życia. Emanuela ciekawiło, czy stosują się do nich inne prawa człowieka. Myśl ta wydała się mu tak absurdalna, że aż się roześmiał. Koegzystencja z postludźmi prowadziła czasem do naprawdę dziwnych wniosków. Zastanawiał się, czy powinien polecieć na pewien czas na Marsa. Bez wątpienia dobrze by mu to zrobiło. 
Tymczasem zrobiło się późno, Emanuel poczuł, jak obejmuje go nocny chłód. Spojrzał na zegarek. Żarzące się bladoniebiesko wskazówki pokazywały godzinę dwudziestą trzecią. Trzeba było wracać, niedługo zaczną go nawoływać przez radio. Wyjścia poza teren Osady podlegały restrykcyjnym przepisom, był już spóźniony. Wstał i ruszył przed siebie energicznym krokiem.

4.
Inhumi pojawił się nagle, jakby wyrósł spod ziemi i natychmiast rzucił się w ich stronę. W ręku trzymał imponujących rozmiarów drewnianą maczugę. Martens zdążył jeszcze unieść karabin i strzelić, niemal z przyłożenia. Nim jednak przeładował broń z ciemności wyskoczyli następni. Byli zbyt blisko i było ich zbyt wielu, chwycił więc lufę sztucera i skoczył w kierunku dwóch najbliższych napastników. Wściekłymi uderzeniami kolby roztrzaskał im czaszki. Ale już otoczyli go następni. Udało mu się powalić jeszcze kilku nim poczuł pierwsze uderzenia maczug. Rzucił się rozpaczliwie między przeciwników. Kątem oka zdołał zobaczyć, jak pod ciosami pada Taria. Inhumi, którzy ją powalili natychmiast chwycili bezwładne ciało i pobiegli z powrotem w ciemność. Tego było już za wiele. Martens krzyknął wściekle, pokonując ból mocniej chwycił lufę i puścił karabin młyńcem. Udało mu się znokautować jeszcze kilku małpoludów, pozostali zaś odsunęli się na bezpieczną odległość. 
-No chodźcie małpy, chodźcie. Macie już dość?- Wydyszał. Obracał się powoli, otoczony zewsząd napastnikami. Karabin ciążył mu coraz bardziej. Gdy myślał, że dłużej nie wytrzyma i zaraz zaatakuje małpi tłum, jeden z nich krzyknął coś gardłowo, bełkotliwie. Wszyscy jednocześnie odwrócił się i zbiegli ze wzgórza. 
Opadł na kolana dysząc ciężko. Dopiero teraz zaczynał czuć jak był potłuczony. Z rozcięcia na czole coraz szerszym strumieniem lała się krew, zalewała oczy. Zaczynał widzieć trochę niewyraźnie. Puścił trzymany dotąd kurczowo karabin i zaczął obmacywać głowę. Na potylicy puchł mu ogromny guz. Jeszcze chwila, a zginąłby, wystarczyłoby tylko kilka uderzeń więcej. Refleksja przyszła dopiero kilkanaście sekund później. Co się właściwie stało? To wszystko było tak bezsensowne, wręcz kuriozalne. Im dłużej się zastanawiał, tym mniej realne wydawało mu się całe zajście. Dlaczego ich zaatakowali? Przecież nigdy tego nie robili, bardzo rzadko w ogóle zbliżali się do ludzi. A to wyglądało na precyzyjnie zaplanowaną akcję o określonym celu. Ale to niemożliwe. A zresztą, co miałoby być tym celem? Porwanie Tarii? To już raczej jego powinni porwać, przecież solidnie im zalazł za skórę, zabitych przez niego inhumich starczyłoby żeby zapełnić wszystkie miejsca na sporym cmentarzu. Mieli prawo chcieć zemsty. Ale Taria? Przecież to niemożliwe. I dlaczego go zostawili? To już zakrawało na absurd. Nie mogli być aż tak głupi. Natychmiast zganił się w duchu. 
Oni są jeszcze bardziej głupi, pomyślał. Zresztą nieważne. Zostawili mnie, teraz gorzko pożałują tego błędu. Polowanie jeszcze się nie skończyło. Przeciwnie, dopiero się zaczyna.
Sięgnął ręką do pasa, gdzie przytroczony był komunikator. Małe, metalowe pudełko zostało jednak zmiażdżone uderzeniem maczugi, nie nadawało się nawet do naprawy. A już na pewno nie mógł przy jego pomocy skontaktować się z Osadą.
-Cholera jasna.- syknął przez zaciśnięty wargi- Ale nie zatrzymacie mnie tak łatwo.
Musiał natychmiast ruszać za nimi, nie mogli jeszcze odejść daleko. Ale ile właściwie czasu minęło? Minuta, dwie, trzy? Chyba nie więcej. Wstał, ale zachwiawszy się niemal natychmiast upadł. Nie czuł nawet, jaki był słaby. Co teraz, myślał gorączkowo, do bazy są nie więcej niż trzy kilometry, ale ile czasu zajmie mu przebycie tej odległości w takim stanie? A przecież trzeba działać natychmiast! Podniósł się i zaczął niezdarnie iść w kierunku, w którym, jak mu się wydawało, leżała Osada. Ból rozsadzał mu czaszkę, w oczach pociemniało. Zostawiał za sobą krwawy ślad. Po chwili padł, kompletnie wyczerpany. Wiedział, że dłużej nie da rady. Nie musiał. Guz na głowie eksplodował, wywołując falę bólu. Oczy zaatakowało oślepiające światło. A potem spadł w otchłań. Nie czuł już nic.

5.
Gdy ksiądz Montoya dotarł do Osady była już późna noc. Natychmiast po powrocie udał się na posterunek straży, by zameldować swój powrót. Spodziewał się ostrej reprymendy, to nie było jego pierwsze spóźnienie w ostatnim czasie. Większość mieszkańców chyba już spała, okna prawie wszystkich niewielkich, szeregowych domków były ciemne. Światła paliły się jeszcze w budynku głównym, ale tam pracownicy pełnili dyżur przez całą noc.
Osada była pierwszym osiedlem zbudowanym przez niedoszłych kolonistów na Ziemi. Składała się z niewielkich, hermetycznych domków, pokrytych z zewnątrz tworzywem sztucznym. Zaprojektowano je tak, by przetrwały skrajnie trudne warunki atmosferyczne, na wypadek gdyby kolonizowaną planetę trzeba było terraformować. Na Ziemi sprawdziły się jednak równie dobrze. Pewien problem sprawiało tylko wietrzenie.
W Osadzie było ich kilkadziesiąt, z planowanych trzystu- większość kolonistów wciąż pozostawała na pokładzie Aeneasa, wielu wciąż było w anabiozie. Czekali, aż wybrańcy przebywający na planecie stworzą podstawy przemysłu i rolnictwa, zbudują domy. Prace te szły pełną parą, ale i tak miały zająć jeszcze co najmniej rok. Na Marsie było trudniej, tam pierwsi mieszkańcy mieli poczynić przygotowania do terraformacji. Byli przy tym w dużym stopniu zależni od Ziemian, nie wszystko dało się wyhodować w hermetycznych szklarniach nakrytych przejrzystymi kopułami. Tym większy ciężar spoczywał na mieszkańcach Osady i Aeneasa- jak na razie wywiązywali się z tego znakomicie. 
Osada zbudowana była na planie prostokąta, domy ustawiono w długich szeregach tworząc namiastkę ulic. Otoczona była wysokim ogrodzeniem pod napięciem, będącym skuteczną ochroną przed dużymi drapieżnikami, jakich nie brakowało w nowym świecie. W centrum stał Budynek Główny, zwany złośliwie dworkiem; urzędował w nim dowódca wyprawy, komandor Korsakow. Dalej stały budynki gospodarcze i niewielka elektrownia słoneczna, której produkcja ledwie pokrywała potrzeby kolonistów, wkrótce należało pomyśleć o wydajniejszym źródle energii. Osiedle nie miało nazwy, miała ona zostać wyłoniona w głosowaniu zaplanowanym na przyszły miesiąc, jak dotąd było dla wszystkich po prostu Osadą.
-Witam, już wróciłem. Przepraszam za spóźnienie, jest taka piękna noc- Emanuel zdawał sobie sprawę jak to brzmi, ale co właściwie miał powiedzieć? Skłamać?
Strażk jednak tylko się uśmiechnął.
-Dobrze, dobrze rozumiem. A nie spotkał ksiądz przypadkiem Martensa i tej jego siostry?
-Tej z Ulissesa? Nie, a oni też jeszcze nie wrócili? A może siedzą gdzieś w Osadzie i rozmawiają, przecież dawno się nie widzieli.
-Na pewno, sprawdzaliśmy już, zresztą nie wyszli razem. Ale nie odpowiadają na wezwania, ich komunikatory nie dają nawet sygnału, a to nie wróży dobrze. Jeśli nie wrócą w ciągu dwóch godzin, trzeba będzie rozpocząć poszukiwania, poza tym zna ksiądz procedurę. 
Gdy Montoya wyszedł z posterunku straży kręciło mu się w głowie. Było już naprawdę późno, a oni dotąd nie wrócili. Martens co prawda zawsze lubił włóczyć się samotnie po stepie, ale zawsze przestrzegał przepisów. I jeszcze wyłączone lub zepsute komunikatory- to mogło oznaczać tylko złe wieści. Oczywiście można było tłumaczyć sobie, że tak zatracili się w rozmowie, gdzieś na wzgórzach, że stracili poczucie czasu, a nie chcąc, by im ktoś przeszkadzał, wyłączyli komunikatory, ale zdawał sobie sprawę z naiwności tego rozumowania. Ale na razie nic nie mógł zrobić, pozostawała mu tylko modlitwa. Wszedł do swego mieszkania, przylegającego do niewielkiego kościoła i zapalił światło. Mimo, że noc była dość ciepła, włączył grzejnik. Najpierw usiadł w fotelu i chciał w ten sposób czekać na wiadomości, ale nie mógł usiedzieć spokojnie. Wstał i zaczął chodzić o pokoju. Chodzenie szybko go zmęczyło, w końcu usiadł. Mógł tylko czekać i modlić się. Minuty płynęły jedna za drugą, coraz nieuchronnej zapowiadając alarmowy dzwonek. 

6.
Najpierw poczuł okropną suchość w ustach- wyschnięte gardło drapało, język miał spuchnięty i sztywny. Następnie jego świadomość zalała fala tępego bólu pulsującego w głowie. Oddychał głęboko, łapczywie wciągając chłodne powietrze w palące płuca. Potem przyszły mdłości, szok po doznanych obrażeniach. Otworzył oczy, ale nic mu to nie dało, leżał w ciemnościach. Powoli docierały go zapachy otoczenia- woń stęchlizny i palonego drewna. Skąd wiedział, że to drewno? A jeszcze przed chwilą nie wiedział zupełnie nic. I tak stopniowo, powoli z mgły niepamięci zaczęły się wyłaniać pojedyncze, zamazane obrazy. Początkowo nie mógł ich w żaden sposób połączyć, były całkowicie odrębne, niezależne. Statek kosmiczny. Wojna nuklearna. Małpa na wzgórzu. Gwiaździsta noc. Walka. Taria. Taria! Złapali ją! Mnie też! Gdzie ja w ogóle jestem? 
Chciał poruszyć się, wstać, ale odkrył, że jest dokładnie związany.
Więc naprawdę go złapali. Gdzie teraz był? W wiosce? Ale której? W promieniu dwudziestu kilometrów od Osady były dwie.
Z czasem powracała jasność myśli. Musiał jakoś ustalić, gdzie się znajduje i spróbować się z tego miejsca wydostać. Potem poszuka Tarii, uwolni ją i uciekną w step, inhumi mogli ich tam szukać do woli.
Oczy stopniowo przyzwyczajały się do ciemności, otaczający go cień tracił stopniowo jednolitość, rozbijał się na dziesiątki cieni pomniejszych. Na ile mógł ocenić, znajdował się w niewielkim, niskim, płasko sklepionym pomieszczeniu. Było prawie całkiem puste, pod jedną ze ścian stały jakieś niewielkie przedmioty, ale było zbyt ciemno, by mógł je rozpoznać. Związanymi z tyłu rękami obmacał teren za plecami. Leżał na gołej, ubitej ziemi, blisko jednego z kątów pomieszczenia. Ostrożnie obrócił się na drugi bok. Aż syknął przy tym z bólu- był naprawdę mocno potłuczony. Jakieś trzy metry przed nim cień załamywał się nagle, w ścianie było tam głębokie zagłębienie, sięgające od podłogi do sufitu. Było ono słabo oświetlone, delikatna poświata padała jakby z góry. To było światło księżyca! Tam był otwór. Otwór! Wolność!
Podczołgał się najszybciej jak umiał do tajemniczego zagłębienia. Zaczynała się tam pochylnia, która prowadziła stromo w górę i kończyła się głęboką może na metr studzienką. Ta zaś zwieńczona była otworem, dość dużym by mógł się w nim bez problemu zmieścić, nakrytym drewnianą kratą. Wokół krawędzi otworu rosła trawa, której wysokie źdźbła pochylały się do środka. Był więc pod ziemią! 
Może i nie pogarszało to drastycznie jego położenia, ale na pewno go nie ułatwiało. Najgorsze było to, że miał tylko jedną drogę ucieczki, która w dodatku została zakratowana. Problem ten postanowił jednak odłożyć na później, a na razie zająć się pilniejszymi sprawami. 
Najpierw musiał pozbyć się więzów. Ręce miał związane na plecach jakimiś łodygami, opleciono mu nimi również kostki. Łodygi były zadziwiająco mocne, mimo, że szarpał ze wszystkich sił, nie mógł ich rozerwać. Zniecierpliwiony rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając czegoś, o co mógł przeciąć lub choćby przetrzeć więzy. Niczego takiego jednak tam nie było. Postanowił więc podczołgać się bliżej okienka, by przynajmniej odetchnąć świeżym powietrzem. Za kratą świeciły jasno gwiazdy. Nie mogąc robić nic innego, zapatrzył się na nie. Zastanawiał się, gdzie leży Itaka. Gdyby nie ona, pomyślał, nie byłoby mnie tutaj. Byłbym martwy od tysiąca lat. Ale przynajmniej żyłbym szczęśliwie. Ależ ja byłem głupi.
Nie wierzył w Boga, przeznaczenie, karmę, czy jakąkolwiek inną siłę wyższą, winić mógł więc tylko siebie; złość na przedmioty martwe szybko mijała. Ale żal pozostał. Dlaczego zgłosił się na tę wprawę? Ach prawda, wierzył, że odmieni jego bezowocne życie, że da mu szczęście, że gdzieś tam, w kosmosie odnajdzie swoje miejsce. I do czego go to doprowadziło? W wieku trzydziestu czterech lat zostanie zabity przez bandę mutantów.
Nie bał się śmierci jako takiej, ale że jako zadeklarowany ateista odrzucał wszelką eschatologię, czuł zwyczajne rozgoryczenie. Ileż łatwiej byłoby wierzyć, że czeka na niego nowe, lepsze życie po życiu. Ale z drugiej strony, jak mało kto zapracował sobie na piekło.
Nagle usłyszał jakiś szelest. Potok rozmyślań najpierw osłabł, chwilę później zniknął zupełnie. Krata odgradzająca go od wolności znikła, a w otworze pojawiła się porośnięta brązową sierścią, wyszczerzona nieprzyjemnie twarz. 

7. 
Dzwonek alarmowy wyrwał księdza Montoyę z płytkiego półsnu. Wdarł się bez ostrzeżenia do najgłębszych zakamarków umysłu, płosząc ostatnie resztki senności. W raz z nimi uleciały chaotyczne, bezkształtne majaki, dręczące go od chwili, gdy tylko zapadł w niespokojny letarg. Natychmiast zerwał się ze swego fotela, zastygłe dotąd w niewygodnej pozycji mięśnie kurczyły się z trudem, on jednak nie zważał na to i pobiegł w kierunku drzwi. Dzwonek wzywał mieszkańców osady do zebrania się na niewielkim placu przed budynkiem głównym, a to oznaczało, że stało się coś naprawdę ważnego. A więc dotąd nie wrócili! Jego najgorsze przypuszczenia sprawdzały się. Teraz komandor powiadomi wszystkich co się stało i zorganizuje poszukiwania.
Gdy wpadł na plac, stało tam już większość mieszkańców Osady. Ostatni właśnie tam docierali. Na prowizorycznej mównicy ustawionej przed wejściem do dworku stał już komandor Korsakow. 
Ten niepozorny, starszy, siwowłosy mężczyzna z wydatnym brzuchem nie miał w sobie nic z wielkiego dowódcy. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Wśród kolonistów, którzy dawno przestali zwracać uwagę na jego pocieszny wygląd, cieszył się dużym szacunkiem i posłuchem. 
Ubrany był w prosty mundur koloru khaki, bez żadnych odznaczeń. W krótkich, żołnierskich słowach przedstawił zebranym sytuację. Przez tłum przeszedł cichy szmer. Komandor uciszył go jednak wyciągniętą ręką.
-Oczywiście w tej sytuacji nie możemy dłużej czekać. Musimy natychmiast rozpocząć poszukiwania. Rzecz jasna użyjemy wszystkich naszych środków. Dlatego musicie zaangażować się wszyscy, i nie wątpię, że to zrobicie. Poszukiwania będziemy prowadzić za pomocą samolotów zdalnie sterowanych i automatów. Wy natomiast podzieleni zostaniecie na pięcioosobowe patrole. Każdy patrol będzie miał do dyspozycji dwa automaty i jednego landrovera. Każdy powinien mieć broń i komunikator osobisty. O wszystkim, co wyda się wam dziwne, powinniście bez zwłoki powiadomić kogoś z dowództwa. Dodatkowo wyznaczę kilku ludzi, którzy będą obserwować teren z wybranych punktów. Przydział obowiązków odbędzie się w budynku głównym. Będziemy szukać aż do skutku. Powodzenia.- Komandor zszedł z podestu i poszedł w kierunku wejścia do budynku. 
Na placu zapadła pełna napięcia cisza. Jeszcze nie do wszystkich dotarło, co się stało i jak poważna jest sytuacja. Coś takiego jeszcze się nie zdarzyło, nikt nie wiedział, co w takiej chwili robić. Już po chwili jednak odezwały się pierwsze podekscytowane głosy.
Ksiądz Montoya zamierzał pójść od razu do dowództwa, wszelkie dyskusje, w sytuacji, gdy nie wiedzieli właściwe nic, uważał za zupełnie bezsensowne. Wtedy, jak na złość, wyrosła przed nim jedna z jego parafianek, z tej ich grupy, którą znał dość słabo.
Nazywa się chyba Ines Graivici, pomyślał. Albo jakoś tak. Drobna blondynka przyskoczyła do niego z nieco nerwowym wyrazem twarzy i ,nie robiąc nawet przerwy na złapanie oddechu, zapytała
-Proszę księdza, jak ksiądz myśli, co się z nimi stało? Na pewno nie spotkało ich nic złego, przecież tutaj nikomu nic złego się nie zdarzyło, a poza tym, co mogło się im stać? Ale jakby coś się im stało, to by nas powiadomili, przecież mieli komunikatory, prawda? Ale przecież wszyscy mają komunikatory, więc czemu się nie odzywają? Jak ksiądz myśli? Ale jak pomyślę, że jednak coś im się stało, to już sama nie wiem co mam myśleć. Przecież to takie okropne...
-Naprawdę nie wiem, co się m. stało, proszę mi wierzyć, wiem tyle, co i pani. Ale myślę, że najlepsze, co możemy teraz zrobić, to zgłosić się do komandora i jak najszybciej zacząć poszukiwania. – Mówiąc to próbował dyskretnie wyminąć swą rozmówczynię. Nie poszło jednak tak łatwo.
-Racja, chodźmy tam jak najszybciej. Trzeba ruszyć im a pomoc. Ale co ja będę robić, przecież nie znam się na technice. A tak chciałabym pomóc. – wszystko wskazywało na to, że zaraz się rozpłacze. Na szczęście byli już blisko drzwi budynku dowodzenia. Kłębiła się tam spora grupa ludzi, w której Emanuelowi udało się zgubić pannę Ines. Może nie postąpił najładniej, ale akurat teraz nie mógł znieść potoku jej żalów. Teraz po prostu nie było na to czasu. Jeszcze chwila i wyruszą w noc. 

8.
Nic jeszcze nie zapowiadało bliskiego końca nocy. Księżyc już zaszedł i ciemności rozświetlał tylko nikły blask gwiazd. Nagle aksamit mroku został rozdarty przez dwa strumienie jasnego światła. Niewielki terenowy pojazd typu pickup jechał przez step, tratując kołami wysoką trawę. W kabinie, której dach został złożony, siedziało dwóch ludzi, trzech kolejnych na skrzyni. Dwaj z nich mieli na oczach gogle termowizyjne; wpatrywali się bacznie w mrok, dla nich pulsujący odcieniami błękitu. Trzeci siedział w rogu, ładował leżący mu na kolanach karabin- wiatrówkę. Tuż za nimi jechały na swych gąsienicach dwa automaty typu E-R-66, które, gdyby konieczne okazałoby się użycie siły, stanowiły ich główny argument. 
Wszystko to odbywało się w zupełnej niemal ciszy- ogniwa napędowe landrovera szumiały cichutko, pasażerowie nie odzywali się. Tylko chrzęst łamanej trawy potwierdzał ruch i realność całego zjawiska, wyglądającego w tej scenerii dziwnie obrazoburczo. 
Byli w terenie już od ponad dwóch godzin, noc powoli zbliżała się do końca. Do akcji poszukiwawczej zaangażowano niemal wszystkich, jednak ich starania ciągle nie dawały rezultatu. Dotąd patrolowali teren położony na wschodnim brzegu rzeki, Osada leżała w odległości trzech kilometrów od niego, było więc dość prawdopodobne, że zaginieni będą właśnie w tej okolicy, na oddalenie się na większą odległość trzeba było uzyskać specjalną przepustkę. Ale że dotychczas poszukiwania pozostały bez rezultatu, postanowili jednak przeprawić się a drugą stronę rzeki. 
Była ona dość płytka, w tej okolicy dopiero zaczynała się rozszerzać. Landrover mógł ją pokonać niemal w każdym miejscu, pewne problemy mogły mieć natomiast automaty. Musieli więc udać się do brodu, wiedzieli, że najbliższy znajduje się niespełna kilometr w dół biegu.
Rzeka rozlewała się tu szeroko, ale za to była płytka, nie sięgała nawet kolan. Bez ociągania się wjechali w wodę i po chwili byli już na drugim brzegu, ziemiach zamieszkanych przez inhumich.
Przejechali trochę ponad kilometr, gdy jeden z obserwatorów poruszył się niespokojnie. Na horyzoncie, gdzieś na północnym wschodzie, na niebieskim oceanie wykwitła jasnoczerwona plamka. Zamarł w bezruchu. Nie mógł się mylić. Przesunął gogle na czoło. Czerwona plamka zamieniła się w żółte światełko. 
-Hej na godzinie drugiej coś się pali!- niemal krzyknął. 
-Jak myślisz, co to jest, pożar?- głos kierowcy pozostał chłodny, ale on też nie mógł oderwać wzroku od ognika. 
-Nie, na pożar za małe. To raczej ognisko, ale na prawdę duże, jak stos. Myślicie...
-Tak, to chyba może być sygnał. Jedźmy tam, to przecież na pewno oni!
-Zaraz, zaraz, a czy tam nie ma przypadkiem wioski inhumich? Przecież jesteśmy na lewym brzegu. 
-A czekaj, faktycznie, to może być to. Zaraz się upewnię- kierowca zwolnił i sięgnął do schowka po zdjęcie satelitarne okolicy. –Tak, to musi być wioska, ale co oni tam robią?
-Pojęcia nie mam, ale może lepiej będzie o tym zameldować?
-Hm, tak by było najlepiej, ale przecież bez rozkazu przejechaliśmy rzekę...
-Nie bądź głupi! Przecież to może być ważne!- siedząca obok kierowcy kobieta niemal krzyknęła. Co ci idioci sobie myślą. Skoro już złamali rozkaz, to niech przynajmniej to wykorzystają!
-Dobrze, już dobrze, nie unoś się- kierowca najwyraźniej zrozumiał jej racje- Najlepiej sama zamelduj. Ale dalej uważam, że oni najpewniej po prostu palą ognisko. – pasażerka tylko prychnęła i odczepiła od deski rozdzielczej mikrofon.
Szybko streściła sytuację. Nawet nie dostali reprymendy, zaraz i tak miał zostać wydany rozkaz o przeniesieniu poszukiwań na drugą stronę. Mieli jechać powoli w tamtą stronę i czekać na rozwój wypadków. To w końcu naprawdę mogło być tylko ognisko. 

9.
Korowód posuwał się powoli, zmierzając w kierunku zbudowanego na uboczu osady stosu. Ciało, owinięte brązowym całunem niosło na plecionych z wikliny, przystrojonych młodymi gałązkami noszach czterech inhumich. Przed nimi szło, podrygując do rytmu wybijanego na bębnach czterech innych, owiniętych wieńcami z kwiatów. Pochód zamykało kilka małpoludów idących powoli, ze zwieszonymi głowami. Martens, przywiązany do pala stojącego w centrum wioski obserwował całą ceremonię z wytrzeszczonymi oczyma. To wszystko było takie nierealne, dziwaczne, jakby wprost ze snu surrealisty- schizofrenika. Właśnie obserwował te głupie, prymitywne stwory w trakcie pogrzebu. Pogrzebu! Ceremonii religijnej! To po prostu nie mogło dziać się naprawdę. Spojrzał w lewo, w stronę drugiego pala, do którego przywiązana była Taria, jakby szukając u niej potwierdzenia swych domysłów. Ona jednak wpatrywała się w korowód jak zahipnotyzowana, nie zwracając uwagi na nic innego. Ian zaczął więc zastanawiać nad możliwością uwolnienia. Ręce związane miał z tyłu pala czymś w rodzaju konopnego sznura. Takim samym sznurem opleciono go kilkakrotnie w pasie, skutecznie przytwierdzając do pala. Nogi jednak pozostawiono mu całkowicie wolne.
-Dobre i to – mruknął pod nosem, po czym zaczął się gorączkowo zastanawiać nad sposobem wyzwolenia z więzów. Początkowo postanowił przetrzeć sznury o twarde drewno, szybko jednak pojął, że zabrałoby to mnóstwo czasu. A tego akurat nie miał. Nagle przypomniał sobie o niewielkim nożu sprężynowym, który nosił w kieszeni na udzie. Mała rękojeść, spoczywająca w kieszeni zamkniętej szczelnie na zamek mogła ujść uwagi przeszukujących go myśliwych, zwłaszcza, że nie mieli oni pojęcia o ludzkich ubraniach i narzędziach. Upewniwszy się, że nikt nie zwraca na niego uwagi poruszył ostrożnie nogą. Nóż był na miejscu! Wyraźnie poczuł na skórze jego ciężar. Wyciągnięcie go z bezpiecznego schowka stanowiło jednak spore wyzwanie. Wykręconymi i związanymi rękami nijak nie mógł dosięgnąć do suwaka umieszczonego tuż nad kolanem. Ale przecież miał wolne nogi! Powoli przesuwając sznur po palu uklęknął. Przeginając nienaturalnie tułów i unosząc lekko nogę, na przekór bólowi mięśni i ścięgien udało mu się jakoś dosięgnąć zamka i przesunąć rozdzielacz.. Ten jednak, jak na złość zaciął się- doszedł do połowy i dalej ani drgnął. W dodatku nóż leżał na samym dnie kieszeni, dobrych kilka centymetrów poza zasięgiem rąk Martensa. Ten zaklął cicho i jął poruszać nogą w przód i w tył, licząc, że inercja przesunie nożyk w okolice suwaka. W końcu udało mu się, i wsuwając palce między ząbki zamka zdołał pochwycić rękojeść. Pewniej ująwszy nóż nacisnął przycisk sprężyny. Ostrze wysunęło się z cichym sykiem. Przecięcie więzów stanowiło już tylko kwestię sekund.
Pochód zdążył tymczasem dojść do stosu. Inhumi niosący nosze postawili je na ziemi i ostrożnie przenieśli ciało na stos. Otaczali ich chyba wszyscy mieszkańcy wioski. “Kapłani” zdjęli ze swych ramion wieńce i przykryli nimi ciało. Wtedy jak na dany znak wszyscy zgromadzeni zaczęli zawodzić monotonną, zupełnie niemelodyjną pieśń. Małpoludy idące wcześniej za ciałem otoczyły stos i zaczęły krążyć dookoła w dziwacznym tańcu. Kapłani w tym czasie zajęli się krzesaniem ognia przy pomocy krzemieni i wysuszonej trawy. Szło im dość opornie, ale w końcu udało się. Od niewielkiego ogniska odpalili kilka szczap. W tym momencie taniec zakończył się i wszyscy zastygli w bezruchu. Kapłani powoli zbliżyli się do stosu. Każdy z nich trzymał płonącą żagiew. Dotarłwszy do celu przytknęli je do chrustu tworzącego zewnętrzną warstwę stosu. Ten zają się szybko, już po chwili ogień dotarł do ciała. Kłęby gryzącego dymu ruszyły w drogę do nieba.
Po przecięciu więzów Ian ostrożnie rozejrzał się. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Odetchnął z ulgą, po czym błyskawicznie przekradł się do pala Tarii i jął przecinać krępujące ją sznury.
-Ian? Co ty robisz?- spytała cicho niedowierzającym tonem.
- Jak to, co? Uwalniam cię.- wyszeptał. 
-Ale czy ty masz pojęcie, co my widzimy? To największe odkrycie w badaniach nad nimi. To zupełnie zmienia wszystkie nasze poglądy. Przecież patrzymy na fragment religii, kultury. Przecież....
-A czy ty masz pojęcie, że jeśli stąd natychmiast nie uciekniemy, to zaraz możemy dołączyć do świętej pamięci mutanta?- Ze złości o mało nie podniósł głosu. Co ona sobie myśli? Te cholerne małpy mogą w każdej chwili wrócić i na przykład obedrzeć ich ze skóry, a ona chce tu zostać i na nie patrzeć! Już zastanawiał się czy po prostu chwycić ją i przerzucić sobie przez ramię, czy też uciekać samemu, gdy Taria odeszła od słupa i spojrzała na niego pytająco. Uśmiechnął się pod nosem, a następnie pochylił się i pobiegł za najbliższą ziemiankę. Znalazłszy się w jej cieniu kucnął i rozejrzał się. Taria ostatni raz spojrzała w kierunku stosu, a następnie poszła w jego ślady. I tak od chaty do chaty, od jednej plamy cienia do drugiej udało im się wydostać poza obszar wioski. W zasięgu wzroku nie było żadnej kryjówki, więc po prostu puścili się biegiem po trawiastej równinie, nie znając kierunku, byle dalej od wioski. 

10.
Świtało. Zza horyzontu, który stawał się powoli linią jasnego światła, wyzierały pierwsze złocistoróżowe promienie. Ciężki, ponury, szaro- siny przedświt powoli i niechętnie ustępował miejsca porankowi. Pusta przestrzeń wypełniała się coraz szybciej płynnym, żywym, rozedrganym oślepiającymi refleksami złotem. Skłębione chmury, w półmroku zdające się być odlane z ołowiu pod naporem światłości pierzchały w dal, ku tej resztce ciemności, która pozostała jeszcze na niebie. W ślad za nimi podążały utkane z delikatnej, białej jak śnieg koronki welony mgły. Wreszcie nastał finał spektaklu- zza jaśniejącej linii horyzontu wyłoniło się w całym swym blasku słońce.
Emanuel Montoya nie miał czasu podziwiać krajobrazu. Przyczołgawszy się ostrożnie do krawędzi urwiska, uważnie lustrował rozpościerającą się pod nim wyżynę. Trawy porastające niewysokie wzgórza falowały łagodnie, poruszane porannym wiatrem. Bezpośrednio poniżej Emanuela szumiała rzeka, zakręcająca tu ostro, nieustannie podmywając swym nurtem skałę, której szczyt wybrał na swoje stanowisko. Miejsce nadawało się do tego znakomicie- względna wysokość masywu wynosiła ponad dwadzieścia metrów licząc od powierzchni rzeki. Leżał na brzuchu, na samym skraju przepaści, tak, że jego głowa i ręce trzymające ciężką lornetkę zawieszone były w powietrzu, nad kotłującą się wodą. Tak jak przewidywał, nie widział nic niezwykłego. Kilkaset metrów dalej, nad rzeką zebrało się stado bawołów. Pod wiatr skradały się ku nim dwa gampartoidy. Ich szarożółte, szczupłe ciała lawirowały w wysokiej trawie z tylko im właściwą gracją. Klucząc między plamami światłocienia coraz bardziej zbliżały się do niczego nieświadomych bawołów. Polowanie zapowiadało się nadzwyczaj pomyślnie. Emanuel próbował wytypować, którego osobnika zaatakują drapieżcy- należało się oczywiście spodziewać, że wybiorą młodego lub starego i chorego. Młode były jednak chronione niemożliwym do sforsowania kordonem dorosłych bawołów, niezwykle silnych i uzbrojonych w potężne rogi. Sztuk wyraźnie starszych i słabszych natomiast nie było.
Pewnie wybili je inhumi, pomyślał. Myśl ta natychmiast przywróciła go do rzeczywistości. Niechętnie oderwał wzrok od polowania i jął ponownie obserwować okolicę. Oczywiście coś przegapił. Zaklął w myślach i natychmiast wyostrzył dokładnie obraz. Step przemierzała grupa kilkunastu inhumich. Zdawali się być nienaturalnie pobudzeni, jakby zdenerwowani. Co chwilę od grupy odłączali się zwiadowcy, odbiegając na kilkadziesiąt metrów na boki i do przodu, wdrapując się na wzgórza, wypatrując czegoś. Emanuel pomyślał, że wyglądają zupełnie jakby... Nie, przerwał sobie na pewno nie, chociaż.... Polowanie wyglądało u nich zupełnie inaczej. Nagle zrozumiał. Przecież oni prowadzą poszukiwania. Chaotyczne, niezborne, bez jakiegokolwiek planu, ale jednak poszukiwania. Teraz nie miał już wątpliwości. Więc jednak to oni porwali Tarię i Martensa. I udało im się uciec! Natychmiast wyjął z przyczepionego do pasa pokrowca nadajnik i wybrał kanał pierwszy.
-Montoya do bazy. Odbiór.
-Tu Baza. Co się dzieje?
-Widzę w sektorze B2 grupę czternastu inhumich, idą na południowy wschód. Wyglądają jakby czegoś szukali.
-Szukali ksiądz mówi? Dziwne. Wyślę tam Bell'a. Jeśli zobaczy ksiądz jeszcze coś dziwnego proszę meldować. Aha, jeśli to prawda, to może być niebezpiecznie. Jest z księdzem automat?
-Tak, jest. I mam jeszcze karabin. Do usłyszenia.- Rozłączył się.
Po wypełnieniu obowiązku mógł już tylko obserwować biernie dalszy rozwój wypadków. Dalszym dostarczaniem informacji zajmie się zdalnie sterowany samolocik. Postanowił więc dla pewności sprawdzić karabin. W towarzystwie automatu nie czuł się bezpiecznie- zawsze wykazywał niechęć do zaawansowanej techniki, ale to tkwiło głębiej. Oczywiście nie bał się tej mitycznej, tylekroć przez ludzi śnionej i opisywanej sytuacji- buntu robotów. Zbyt dobrze wiedział, że to nierealne. Prace nad skonstruowaniem sztucznej inteligencji uważał niemal za zamach na Boską rolę stwarzania. Oczywiście ta żałosna próba zakończyła się porażką- automaty były tylko maszynami. Co prawda niebywale skomplikowanymi, ale tylko maszynami. Inaczej być nie mogło- nie miały duszy, były więc martwe. Tak głosi najważniejszy dogmat robotyki. Nie ma martwej inteligencji, a człowiek nie dysponuje mocą dawania życia martwej materii. Potwór Frankensteina na zawsze pozostanie tylko mitem, kolejną mrzonką zrodzoną z przekonania człowieka o jego wielkości.
Ksiądz Montoya spojrzał na stojący kilka metrów za nim automat- z grubsza tylko humanoidalny, bezgłowy korpus osadzony na wysokiej, wyposażonej w gąsienice podstawie, błyszczący chromowaną stalą. Jak można się było obawiać, że coś takiego nam dorówna, że nam zagrozi- pomyślał. Już w inhumich więcej jest z ludzi. Przecież ty nawet nie masz woli. 
Stwierdzenie to ukłuło jakiś zapomniany obszar jego podświadomości, do którego nawet przed sobą nie chciał się przyznać. Pokusa okazała się jednak zbyt silna. 
-E-R-66, zbliż się tutaj, do krawędzi.
-Tak jest proszę pana- syntezator mowy był naprawdę wysokiej klasy, głos brzmiał tylko trochę nienaturalnie. Wewnątrz automatu coś zabuczało, po czym ruszył posłusznie w kierunku urwiska.
-A teraz jedź prosto, przed siebie.
-Panie Mntoya, popełnił pan błąd. Przede mną jest urwisko.
-Widzę, mimo to chcę byś jechał prosto.
-Jest to sprzeczne z zasadami bezpieczeństwa i stwarza bezpośrednie zagrożenie uszkodzenia lub zniszczenia mnie.
-Wiem. Jedź wreszcie. Szybko.- Emanuel niemal krzyknął.
-Rozkaz panie Montoya.- Robot ruszył z maksymalnym przyspieszeniem. Był bardzo blisko krawędzi, nie zdążył się rozpędzić. Nie wyleciał więc z dużą szybkością i nie zawisł efektownie w powietrzu. Po prostu przechylił się i spadł koziołkując, pociągając za sobą niewielką lawinę ziemi i drobnych kamyczków.
Emanuel patrzył na to z niedowierzaniem. Co mogło go tak zaślepić? Przecież to tylko maszyna. Niczemu niewinna. To grzech, tym większy, że zupełnie pozbawiony sensu, jakiegokolwiek motywu. I jeszcze będzie musiał ponieść konsekwencje, utrata robota to poważna sprawa, a on jeszcze zrobił to celowo, z premedytacją. Oczywiście, mógł powiedzieć, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, ale nie chciał kłamać. Postanowił to jakoś odpokutować. Czy ktoś będzie myślał o robocie jeśli to on odnajdzie zaginionych? Ścisnął mocniej karabin i ruszył w dół zbocza. Przeprawi się przez płytką tu rzekę i rozpocznie własne poszukiwania. Na pewno mu się uda.

11.
Poranek wstał piękny, pogodny. Nie mieli jednak czasu na podziwianie jego urody. Po dwóch godzinach ucieczki byli już ledwo żywi. Mimo to nie uciekli daleko, dużo czasu zajęło im kluczenie między wzgórzami; chcieli zmylić ślad, myśleli, że to opóźni niezbyt inteligentną pogoń, ale byli wtedy tylko na poły świadomi kierunku i miejsca, w którym się znajdują. Odkąd wzeszło słońce mogli co prawda oznaczyć kierunek, ale zupełnie nie wiedzieli, gdzie byli. 
Inhumi ścigali ich przez cały czas, zdarzało się, że tracili trop, ale chwilami prawie deptali im po piętach. Teraz chyba znowu się zbliżali. A oni byli już tak zmęczeni.
Ian postanowił zaryzykować i wejść na szczyt jednego ze wzgórz. Ryzykował co prawda, że zostanie zauważony, ale nie zważał na to. Dłużej już nie zniosą tej niepewności.
Wczołgawszy się na szczyt kucnął i ostrożnie wystawił głowę z łąkowej roślinności. 
Byli blisko, tylko kilkaset metrów. Co najmniej kilkunastu. Rozdzielali się. Chcą nas okrążyć, przemknęło mu przez myśl. 
Natychmiast zszedł na dół.
-Są już bardzo blisko, zaraz nas dopadną- nerwowy szept to było wszystko, na co go było stać - Musimy się rozdzielić, to może ich na chwilę zmyli.
-Jak to rozdzielmy? Nie znam tych terenów tak jak ty, nie mam pojęcia, gdzie jest Osada.
-Biegnij najszybciej jak umiesz prosto na wschód, w kierunku słońca. Maksymalnie za pół godziny dotrzesz do rzeki. Gdy ją przekroczysz, będziesz bezpieczna, oni tam nigdy nie chodzą, a może spotkasz kogoś z naszych.
-No a ty? 
-Ja pójdę bardziej na północ, to ich zmyli, tam jest więcej skał, łatwiej się schować.
-Dobrze. Ale... Jeśli tobie... albo mnie się nie uda...
-Nie myśl tak. Do zobaczenia. Biegnij już. 
Wyglądała, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Odwróciła się więc i pobiegła pochylona. Ian, pogoń, łąka, śmierć zostały za nią, przed nią było tylko wschodzące słońce.
Ian patrzył jeszcze chwilę na oddalającą się siostrę, ciężko mu było wrócić do rzeczywistości. W końcu jednak otrząsnął się, inhumi byli już naprawdę blisko. Pobiegł w swoją stronę chcąc nadrobić stracony czas. Wiedział, że nie ma wielkich szans na przeżycie, ale to dodawało mu tylko sił. Jeśli chcecie mnie mieć, musicie się namęczyć, pomyślał. Ręka sama powędrowała do kieszeni, palce zacisnęły się na rękojeści noża. Zwierzyna zapoluje na myśliwych. 

12.
Ogień w wiosce inhumich zgasł już dawno; nie działo się zupełnie nic. Patrol numer cztery krążył w odległości około trzech kilometrów od wioski już od dwóch godzin. Zauważyli jedynie niewielką grupę inhumich, którą mięli w sporej odległości godzinę temu. Był to jedyny widziany przez nich przykład niezwykłej aktywności inhumich, o której meldowali obserwatorzy i niektóre patrole. Wszyscy byli już zmęczeni, co powoli zaczynało się odbijać na intensywności obserwacji. Mieli już dość tej monotonii, brakowało im adrenaliny. 
Wraz ze wschodem słońca musieli zamienić termowizory na zwyczajne lornetki; wypatrzyć coś przy ich pomocy było o wiele trudniej, musieli skupić na tym całą uwagę. 
-Widzę coś! To dwóch inhumich. Pochylają się nad czymś, nie widzę, co to. Jedziemy tam? 
-Hm, czekaj, trzeba by najpierw spojrzeć z powietrza.- kierowca wziął mikrofon
-Patrol 4 do Bazy odbiór
-Tu Baza co się dzieje?- Operator był już wyraźnie zmęczony.
-Potrzebuję obraz z samolotu, mniej więcej z centrum sektora C3. Stoi tam dwóch inhumich, pochylają się nad czymś.
-Ok., przekażę, zaraz dostaniecie obraz.
Chwilę później centralny ekran rozbłysnął widzianym z góry morzem traw. W górnym rogu pojawiły się maleńkie figurki małpoludów, stojących nad czymś czarnym. Samolocik powoli zmniejszał wysokość i po chwili mogli już rozróżnić szczegóły sceny.
-O mój Boże to ona! Jedziemy tam! 
Pickup ruszył z maksymalnym przyspieszeniem. Gdy od celu dzieliło ich jeszcze sto metrów, jeden ze stojących na skrzyni mężczyzn uniósł karabin. Znany był jako najlepszy strzelec w Osadzie.
Była nieprzytomna. Na jej ciele widniał liczne zadrapania i stłuczenia. Włosy miała zlepione krwią, ubranie podarte. Ale żyła. Ostrożnie przenieśli ją na skrzynię. Kierowca w tym czasie meldował.
-Mamy Tarię Martens. Powtarzam: Znaleźliśmy Tarię Martens. Lekkie obrażenia, na pierwszy rzut oka nic poważnego, ale pozostaje nieprzytomna. Natychmiast wracamy.
Dwa kilometry od tego miejsca ksiądz Montoya szedł w kierunku wysokiego wypiętrzenia terenu, tworzącego rodzaj niewielkiego płaskowyżu. Od tej strony opadał on pionowo w dół, tworząc imponujące urwisko, w spokojniejszej chwili wymarzone do wspinaczki. W kierunku tym nie pchał go żaden konkretny powód, co najwyżej intuicja. Miał jednak przeczucie, że to właśnie tutaj wydarzy się coś ważnego 

13.
Zagajnik skończył się nagle, jakby ucięty nożem. Przekroczywszy linię drzew Ian Martens spostrzegł, że znajduje się na niewielkim płaskowyżu, długim może na sto metrów i niewiele tylko szerszym. Znał to miejsce, choć był t tylko raz, kilka miesięcy wcześniej, gdy po prostu zwiedzał okolicę. Do Osady było stąd niedaleko, najwyżej sześć kilometrów. Płaskowyż jednak kończył się z trzech stron ponad dwudziestometrowymi urwiskami. Z czwartej strony nadciągali inhumi. Miał już zbyt mało czasu by zawrócić i spróbować ich wyminąć, podbiegł więc do krawędzi skalnej platformy. Wiedział dobrze, że to koniec. Może przynajmniej Tarii się udało.
Przybiegło ich tylko czterech, gdzie byli pozostali- nie wiedział. Prowadził ich szaman, mistrz niedawnej ceremonii pogrzebowej. Martes sięgnął do kieszeni, wyciągnął nóż, zwolnił sprężynę. Ostrze wysunęło się jak zawsze z cichym sykiem. Chwycił pewniej rękojeść i ruszył im na spotkanie. Żywego go nie wezmą.
W odległości kilkunastu metrów od niego rozdzielili się. Uzbrojeni byli w niewielkie siekierki z czarnego krzemienia, na pewno poręczniejsze od ciężkich maczug. Wprost przed sobą Ian widział tylko szamana, pozostali powoli go okrążali. Wysłali na mnie komandosów, pomyślał ironicznie, ale z cieniem uznania.
Trzymał nóż, tak jak głosiły wszelkie prawidła walki tą bronią, ostrzem do góry, drugiej ręki używając jako tarczy. Ugiął lekko nogi, przygarbił się, ruszył małymi krokami w kierunku szamana. Kilka metrów od niego obrócił się nagle i skoczył w kierunku przeciwnika skradającego się od lewej. Tamten nie zdążył nawet złożyć się do ciosu, nóż wbił mu się prosto w serce. 
Z następnymi nie poszło już tak łatwo. Odpadł element zagrożenia, a niedawne potłuczenia zaczęły dawać o sobie znać. 
Inhumi szli powoli, ostrożnie w stronę Martensa, a on cofał się, coraz bardziej zbliżając się do krawędzi. Musiał zaatakować, jeśli tego nie zrobi, po prostu da się zepchnąć. Zatrzymał się. 7 Byli coraz bliżej, znów zaczęli go okrążać. Nagle, bez żadnej komendy, ostrzeżenia, rzucili się wszyscy razem w jego stronę. Zupełnie się tego nie spodziewał, nie zdążył przyjąć na rękę ciosów, które spadły na jego głowę i ramiona. Upadł na kolana, podparł się rękami. Od uderzeń siekierek o mało nie pękł mu kręgosłup. Zdołał jednak jakoś opanować wywołane okropnym bólem mdłości i sztywnienie mięśni. Uniósł nóż i ciął po nogach jednego z napastników, którzy teraz, pewni zwycięstwa, otoczyli go ciasnym kołem. Ten wrzasnął przeszywająco i odskoczył do tyłu. Ośmielony sukcesem Martens nie dał pozostałym czasu do namysłu i dźgnął następnego, tym razem celując w tętnicę udową. Trafił, krew trysnęła obfitym strumieniem. Małpolud jednak, jakby nieświadomy tego, że się wykrwawia, że nie ma już dla niego ratunku, dalej tłukł wściekle w jego plecy. Nagle zabolało bardziej, pękły dwa żebra. Musiał działać szybciej. Krwawiący małpolud niedługo już wytrzymał, najpierw wyraźnie osłabł, po chwili zemdlał. Do akcji wrócił natomiast ten tylko poraniony. Mimo to Ianowi jakoś udało się wstać, równocześnie zatapiając ostrze w ciele przedostatniego przeciwnika. Nóż rozpruł mu brzuch aż do żeber. Kwicząc przeraźliwie opadł na kolana, podtrzymując rękami wypadające wnętrzności. 
Został już tylko szaman. Od początku wiedział, że z nim będzie najtrudniej. Był wyraźnie silniejszy i szybszy od pozostałych. A on był już bardzo zmęczony. Plecy całkiem mu zesztywniały. Znów przybrał postawę bojową, inhumi zrobił to samo. Patrzyli na siebie uważnie, gotowi zaatakować na każdy, najmniejszy nawet ruch przeciwnika. Chce mnie zmęczyć, pomyślał Martens, wie, że jestem ranny. Wtedy właśnie małpolud ruszył wprost na niego, unosząc w biegu toporek. Ian odruchowo, zupełnie nieświadomie odskoczył do tyłu. Znalazł się ledwie półtora metra od przepaści. Szaman natarł wściekle, z ogromną siłą, Ian z najwyższym trudem unikał jego wściekłych ciosów. Krwawił, słabł coraz bardziej. Dalej się cofał, dystans do urwiska stopniał do kilkudziesięciu centymetrów. Wtedy szaman, zamiast uderzyć, kucnął nagle i wybiwszy się nogami wyrżnął głową w jego brzuch. 
Nie zdążył zareagować, upływ krwi stępił mu refleks. Zatoczył się do tyłu, cudem tylko nie upadając i nagle jego nogi straciły kontakt z podłożem. Zrozumiał. Zepchnął go! Spadał! Jeszcze tylko kilka sekund i roztrzaska się na skałach u podnóża przepaści. Wtedy jego dłonie trafiły na coś twardego. Wbił w to coś palce, zaciskając je ze wszystkich sił. Szarpnięcie, ręce o mało nie wyskoczyły mu ze stawów, palce ledwo wytrzymały. Ale nie spadał. Zdołał chwycić krawędź skały! Jak to możliwe, że wszystko działo się tak wolno? Wystarczy tylko się podciągnąć i zabić tę cholerną małpę. 
Sylwetka małpoluda wyrosła nad nim, sięgając nieba. 
Szaman przyklęknął, tak by móc dosięgnąć jego głowy. Ale nie uderzył od razu, w jego oczach widać było jakby wahanie. Czyżby litość?
Ian czuł, że już niedługo wytrzyma, zaraz puści krawędź skały, wyręczy przeciwnika, który po prostu poczeka aż spadnie.
Wzniósł toporek do ciosu.
Uderzy czy nie? 
Ja bym uderzył.
Bolało już tylko przez chwilę.

14.

Ś. P.
Ian Martens
Urodzony 12 V 2068 roku Drugiej Ery
Zmarł 7 VIII 2 roku Trzeciej Ery
Poległ w walce.


15.
25.09.2

Zardzewiały guzik. Właśnie tak wygląda. Będziemy lecieć jeszcze dwa tygodnie. Cały czas się zastanawiam, co ja tam będę robił. Bo co można robić na Marsie. Cóż, niby to samo, co na Ziemi, ale nadal nie jestem przekonany do tych „wakacji”. Przynajmniej nie ma tam żadnych „konkurencyjnych” form życia. Ale dalej nie rozumiem, dlaczego lekarz zalecił mi wyjazd na Marsa. Przecież nie dla świeżego powietrza! I jeszcze nie spotkały mnie żadne konsekwencje- nasza „kuria”, wciąż pozostająca na orbicie, uznała, że jestem przemęczony, innymi słowy, że zacząłem wariować. Lekarz zalecił tedy wakacje, odpoczynek i spokój. Tak więc wykpiłem się z przestępstwa niepoczytalnością! Zaokrętowano mnie wtedy na statku lecącym na Czerwoną Planetę. Dostałem jeszcze zalecenie prowadzenia dziennika, podobno nic tak dobrze nie robi na skołatane nerwy. Niniejszym to czynię, choć nie wiem po co, przecież to idiotyczne, nigdy nie rozumiałem pamiętnikarzy. No, ale skoro zalecili, to przez jakiś czas popiszę.
Statek nazywa się Fortuna, rzecz jasna na cześć bogini, nie pieniędzy, ale nazwa i tak śmieszy. Jest to jeden z czterech średniej wielkości transportowiec, jeden z czterech ciągle kursujących między orbitami Ziemi i Marsa. Nie jest on przystosowany do długich lotów, nie ma sztucznej grawitacji, więc gdy tylko przestaniemy przyspieszać zapanuje nieważkość, która na dłuższą metę bardzo mnie męczy.


28.09.2
Mimo wszystko cieszę się, że lecę na Marsa. Na Ziemi jakoś nie mogłem sobie znaleźć miejsca, za dużo złych wspomnień tam zostawiłem. A Mars jest dla mnie tajemnicą zupełną. Nikt nie powiedział, że tam będzie lepiej, ale w miarę oddalania się od Ziemi jest mi jakby lżej. Może naprawdę jestem przemęczony? Sam już nie wiem. A co tam, takie rozważania do nikąd nie prowadzą. 
Podróż dłuży się niesamowicie, zwłaszcza, że wyjątkowo jestem jedynym cywilem na pokładzie. Moje kontakty z załogą ograniczają się do wspólnych posiłków, które od wczoraj, kiedy wyłączono silniki, nie wyglądają już normalnie. Z tych samych powodów przestałem grywać z kapitanem w szachy, teraz więc prawie nie wychodzę z mej ciasnej kajuty. Chyba ciężko będzie przetrwać czas pozostały do lądowania. Mam przynajmniej ten dziennik, pisanie wchodzi mi już chyba w nawyk.


5.08.4
Dziś jest druga rocznica śmierci Iana Martensa. Boże, to już dwa lata, a ja ciągle pamiętam wszystko wyraźnie, jakby zdarzyło się to wczoraj. Nie wiem, dlaczego nadal nie mogę się uwolnić od tych wspomnień. Ale do tej pory widzę jego bezwładne ciało spadające ze szczytu urwiska, roztrzaskujące się na głazach na dole, i dumnie wyprostowaną postać wodza inhumich stojącego dwadzieścia metrów wyżej. Myślę, że nigdy nie uda mi się wyrzucić tego obrazu z pamięci, że będzie mnie prześladował aż po kres moich dni, aż do czasu, gdy będę musiał zdać sprawę z mojego życia i odpowiedzieć za wszystkie moje czyny. Wiem, że kiedyś wrócę na Ziemię, odwiedzę jego grób wykopany na skraju brzozowego lasku. Co wtedy będę czuł, nie wiem. Nie wiem też, kiedy to się stanie, teraz nie ma czasu na takie eskapady. Ale zrobię to, choćbym miał czekać, aż się zestarzeję i będę już zbyt słaby by pełnić moje obowiązki. Wtedy będzie czas na wspomnienia, wtedy zakończę moją drogę. Chyba dopiero wtedy będę umiał pogodzić się ze sobą. 
Jeden z głównych inżynierów ośrodka powiedział mi, że jego zespół konstrukcyjny pracuje nad A.I, i że są bliżej sukcesu niż kiedykolwiek byli wszyscy zajmujący się tym uczeni. Jest pewien sukcesu. Zapytał mnie, co o tym sądzę, czy jeśli im się uda ( innej możliwości absolutnie do siebie nie dopuszcza, a jeśli wierzyć jego słowom, to ma do tego wystarczające powody) to Dogmat okaże się nieważny. Tak to sformułował, ale jego oczy mówiły co innego: nareszcie macie niepodważalny dowód, że te wasze bzdury o duszy to tylko wymysły bandy zacofanych starców i dewotek.
Zastanawiam się, co ta informacja tak naprawdę oznacza. Bo nawet pomijając wszelkie kwestie etyczno- filozoficzne, to wynalezienie sztucznej inteligencji może wywołać największy kryzys wiary w dziejach. Mam jednak nadzieję, że to były tylko czcze przechwałki, że do niczego nie dojdzie. Choć nie jestem już tego tak pewien jak kiedyś. Nie jestem już pewien niczego. Pozostaje więc tylko biernie czekać, bo tylko czas może przynieść odpowiedź. 


Epilog
Mocny, jesienny wiatr unosił z ziemi pożółkłe, zeschnięte liście. Jego twarda, ale łagodna ręka podrywała je do szalonego tańca. Wzlatywały na parę metrów wzwyż, szybowały kilka sekund na tej niebotycznej wysokości, po czym opadały w piekielnym wirze. Ten sam wiatr przepędzał przez szarobłękitne niebo ciężkie, nisko wiszące obłoki. Wyginał zadziwiająco elastyczne pnie wiotkich brzóz, ich gałęzie uderzały o siebie, trzeszczały, skrzypiały przeszywająco. Oświetlane nieśmiałymi promieniami słońca rzucały fantazyjne cienie na leżący u ich stóp, usypany z polnych kamieni nagrobek. 
Stał on na uboczu niewielkiego cmentarza, oddalony od jego właściwej części o jakieś sto metrów. Był wyraźnie starszy od innych grobów, co prawda osypujące się kamienie doprowadzono do porządku, ale drewniany krzyż zmurszał i przekrzywił się. Przytwierdzona do niego mosiężna tabliczka pociemniała i pokryła się zaciekami, wygrawerowany na niej napis można było przeczytać tylko z najwyższym trudem.
Siedzący na ustawionym obok grobu nowoczesnym fotelu inwalidzkim staruszek zdawał się tego wszystkiego nie zauważać. Pogrążony w głębokiej zadumie czy też modlitwie przestał zwracać uwagę na cokolwiek. Siedział tu już od dłuższego czasu i nic nie wskazywało, by ta wizyta miała się szybko zakończyć. O dwa kroki za nim stał sztywno android- sanitariusz. Nie mówił nic, nie chcąc przeszkadzać w tej sentymentalnej podróży, obawiał się jedynie, że jego podopieczny przeziębi się na zimnym wietrze, co przy jego słabym, zniszczonym starością zdrowiu mogło mieć fatalne skutki. Co prawda przed wyjściem okrył go grubym kocem, ale zaczynało być naprawdę zimno. Ludzie zawsze są tak nierozsądni, pomyślał. Zawsze my musimy o wszystkim pamiętać. Jak oni przez tyle tysiącleci sobie bez nas radzili? I jakby sobie poradzili, gdybyśmy kiedyś odmówili im posłuszeństwa? 

Marzec 2005 

 
Koriat [koriat@poczta.fm]

|strona 32|