spis treści | poprzednia strona | następna strona
40 W płomieniach młodości

Słowo od autora:
Właśnie uświadomiłem sobie, że bardzo rzadko pozwalam sobie na umieszczanie akcji moich opowiadań w miejscach, jakie znam. A tym bardziej – nie pozwalam sobie na komfort opisywania wydarzeń, jakich sam doświadczyłem.
To opowiadanie, choć ma w sobie pewien element biograficzny – podobna historia przydarzyła się mojemu znajomemu – przede wszystkim stanowi, pewnego rodzaju, spojrzenie na miejsca i ludzi, jakich znam. Lubię w nim najbardziej to, że jest w pewnym sensie szczere. Wykorzystałem w nim tak wiele z własnych doświadczeń, że chyba muszę je, przynajmniej, lubić.



Miłość jest jak loteria lotto.
Każdy chce wygrać,
tylko nieliczni kupują los.

Ford kombi z 1996 roku sunął powoli jedną z anonimowych Krakowskich ulic. Byli już bardzo blisko celu. Lekki poranny deszczyk dopiero co przestawał padać, a promienie popołudniowego słońca właśnie budziły się gdzieś w oddali.
- Jak tam samopoczucie. Boisz się? – Zapytał Marcin, jego ojciec.
Pytanie to można uznać za głupie, szczególnie w takiej decydującej chwili. Ale jego tata chyba czasami znał go lepiej od niego samego i rozumiał, że w określonych sytuacjach tak infantylne pytanie nie może być głupie. Po chwili zastanowienia Paweł odparł:
- Tak. Minęło już tyle czasu spędzonego na zakuwaniu, nauce w tej tak zwanej „szkole”… a ja wcale nie czuję się mądrzejszy, czy też dojrzalszy. A jedynie nieco starszy i bardziej zmęczony. Sądzę, że każdy, kogo czeka właśnie tak ważny egzamin powinien się bać.
- OK, to szczera odpowiedz... Ale nie bój się synu. Dasz sobie radę. – Te trzy słowa. Tylko trzy, ale wystarczyły, aby się uśmiechnął. Prawdziwie dobry ojciec zawsze znajduje odpowiednie słowa, jakimi doda nadziei swym dzieciom. Ale tylko najlepszy zmieści te słowa w liczbie trzech. To było coś!
- Dzięki tato.

* * *

Nagle samochód stanął w miejscu.
- OK… Więc chodźmy. – Stwierdził spokojnie Tata. – Ty napiszesz to, co napisać trzeba a ja pójdę usprawiedliwić twoje ostatnie nieobecności. – W teorii był nieobecny z powodu choroby, w rzeczywistości z powodu nauki na egzamin. Czego jednak nie wie jego tata to tego, że na egzamin i tak nie uczył się dostatecznie dużo... Czas, jaki powinien poświęcać nauce dzielił między ciche spotkania z swoją przyjaciółką Agatą, a długimi rozmyślaniami nad tym czy aby na pewno ich przyjaźń to tylko przyjaźń. Stale powtarzał sobie „to nie jest właściwy moment na takie uniesienia, chodziłeś z nią przez trzy lata do jednej szkoły i dopiero teraz uświadomiłeś sobie, że chcesz z nią chodzić także w czasie wolnym... Dopiero teraz, kiedy przyszedł czas na podsumowanie wszystkiego tego, co osiągnąłeś przez te lata? Chyba jesteś nienormalny, to naprawdę nie najlepszy czas na takie problemy”. Ale oczywiście, rzadko słuchał swojego głosu. To by było przecież oznaką szaleństwa.
- Zaraz. Tam są dwa samochody straży pożarnej – rzeczowo odparł Paweł – może się coś stało?
- Tak, pewnie podcinają drzewa w ogrodzie. Chodźmy już, bo się spóźnisz...
Paweł musiał wyglądać bardzo źle, może nawet był bledszy niż zwykle (dla osób, jakie go znają jest to coś nie do wyobrażenia) bo kolejny komentarz Marcina już tak zabawny nie był. Powiedział jedno jedyne, do bólu prawdziwe i słuszne słowo...
- Oddychaj… Synu, wyglądasz jakbyś miał zemdleć – dorzucił jeszcze, by uzasadnić jakoś swoją prośbę.
Więc ruszyli dalej. A on stale oddychał...

* * *

Dwa czerwone samochody strażackie stały na dużym parkingu przed budynkiem uczelni skutecznie zagradzając dalszą drogę. Dalej jednak stało coś jeszcze; ciemnoniebieski wóz w policyjnym z stylu a obok niego nieco inny, tym razem niepozostawiający żadnych złudzeń, bo z dużym białym napisem POLICJA. Gdzieś w oddali było słychać dźwięk sygnału policyjnego. Wcześniej nie znał tego dźwięku zbyt dobrze, chyba nawet nigdy go nie słyszał, ale i tak go doskonale rozpoznał... i nie polubił. Dźwięk ten był lekko mówiąc, cholernie wkurzający. Paweł miał ochotę odejść, ale skłamałby twierdząc, że jakaś drobna część jego osoby nie chciała się dowiedzieć, co się dzieje. Dlatego nogi same robiły kolejne kroki do przodu. Aż w końcu stanął przed ogromnymi drewnianymi drzwiami do jego anonimowego liceum. Policjant w niebieskim mundurze i zabójczo żółtej kamizelce, jaka w nocy musiała robić za sygnał „zastrzel mnie… i tak widać mnie w promieniu kilometra!” przyglądał mu się bacznie, jakby spodziewał się, że za chwile zrobi coś głupiego – może nawet wyciągnie broń i zacznie strzelać. Nagle otworzyły się drzwi i stanęła w nich Agata. Nie potrafił powiedzieć czy się uśmiecha, czy też boi. Nawet nie patrzył w jej kierunku, nadal zaabsorbowany widokiem nadjeżdżających kolejnych dwóch radiowozów. Obudził go dopiero jej delikatny, lecz pełen pewności siebie głos mówiący:
- W szkole jest bomba.
- Co? Bomba, mówisz? – Zapytał niepewnie. Próbował udawać, że nie słyszy.
- Tak bomba. Musimy szybko iść do środka.
- Chcesz mi powiedzieć, że jest bomba… tam, w środku… i dlatego musimy tam wejść? – Jego kolejne pytanie było zabójczo sensowne. W innych okolicznościach mogło być nawet zabawne, ale on nie jest zabawnym chłopakiem i nie umie opowiadać zabawnych historii, więc nawet teraz to pytanie brzmiało mocno dołująco.
- Tak. Jesteśmy już spóźnieni. 
Chwyciła go za chłodną dłoń i ruszyli w głąb budynku. Gdyby nie jej ciepło chyba nie dałby sobie rady. Nagle to zrozumiał. Zaczął się bać...

* * *

Krzyki, wszyscy krzyczą; uczniowie w tych swoich zabójczo białych ubrankach; nauczyciele w równie przepisowych czarnych strojach i policjanci w tych swoich zabawnych kamizelkach. Gdzieś w oddali jakiś męski głos zaśmiał się głośno, a na końcu korytarza było słychać głośne ujadanie jakiegoś psa. Czysty chaos. Policjanci coraz sprawniej, w asyście strażaków i trudnych do nazwania mężczyzn w czarnych kamizelkach, zapełniali całą szkołę. Idealne mięso armatnie...
Gdzieś daleko wychowawczyni machała ręką do pewnej pary zbliżającej się w jej kierunku - wystraszonego chłopaka i z bez żadnych wątpliwości rozbawionej dziewczyny. Paweł zacząć czuć coraz większy strach. Pani wychowawczyni wcale nie dodawała mu swoim zdenerwowanym, lecz jednocześnie zdeterminowanym spojrzeniem odwagi. Prawdę mówiąc, wyglądała jakby była nie przytomna. Mechaniczne machanie ręką, na znak odsuwania od siebie wszystkich tych krzyków i zamieszania; wyglądała niczym jedna z tych zabawek przedstawiających tańczące pary, tyle że w jej przypadku nie było żadnej muzyki, żadnego partnera a taniec ograniczał się do jednego monotonnego ruchu. Jeśli to jej pomaga, to niech i tak będzie, ale dlaczego musi przybierać przy tym ten głupi wyraz twarzy w stylu „zobacz, dostałam łopatą po głowie, ale to już nie boli”. Wyglądała naprawdę żenująco, w jednej chwili przerodziła się z kobiety silnej i bystrej w kompletny wrak. Ponadto, każdy kolejny krok tej pary w kierunku pani profesor uświadamiał Pawła w tym, że jej mina jest nieco inna, nie tak bezbarwna, i nie tak zawzięta jak początkowo mu się wydawało. Zupełnie tak jakby to uderzenie łopatą nadal sprawowało jej ból.
- Pani profesor? – Słowa te zabrzmiały tak niepewnie, że aż przerodziły się w pytanie. Pytanie, na które nie dostał żadnej odpowiedzi. Kobieta nadal milczała, dlatego jeszcze raz skupił jej uwagę na swojej osobie – co się właściwie stało? – Zapytał i dopiero wtedy sennym, pozbawionym wszelkiej siły głosem odparła:
- To wszystko to pewnie żart na prima aprilis, nie sądzisz Paweł?
- Prima aprilis był już jakiś miesiąc temu - nie chciał być nieuprzejmy, ale nie umiał oznajmić tego faktu w inny sposób, jak używając do tego swojego najchłodniejszego tonu. Był za bardzo wystraszony, aby bawić się w poprawianie humoru innym.
Kobieta przez chwilę nadal stała nieruchomo. W głowie Pawła zawitała dziwna myśl, że on sam pewnie wyglądał tak samo kiedy udawał, że nie słyszy słów Agaty, kiedy wspominała coś o tej przeklętej bombie. Już miał odejść, kiedy Jadwiga (takie imię pasuje chyba idealnie do nauczycielki, silnej nauczycielki) nagle powiedziała już mniej spokojnie:
- Kurwa. Idźcie na tyły szkoły. Na boisko. Już... w tej chwili! I nie zadawaj głupich pytań… Tam będą wszyscy.
Wyszli, nieco nieprzytomnie patrząc sobie w oczy (On w jej oczach dostrzegł rozbawienie, Ona w jego oczach jedynie strach) i dopiero po chwili gdzieś w oddali usłyszeli cichy głos Jadwigi kończący jej ostatnią myśl, myśl jak gdyby urwaną z przestrzeni jej snów, w jakich najwyraźniej teraz tonęła.
- Tam będą odpowiedzi.

* * *

Nagle uświadomił sobie, że czuje strach. To było tak oczywiste. Strach, w najczystszej formie. Czysty, bo zupełnie nieuzasadniony. Strach przed każdym kolejnym krokiem w kierunku przepaści – dużych na wpół szklanych drzwi na dziedziniec i dalej, boiska. Ten korytarz, z punktu „A” – czyli wejścia – do „b” – drzwi na tyły szkoły i to nieszczęsne boisko (i odpowiedzi, nie zapomnij o odpowiedziach – ten głos stale wibrował w jego myślach) – był tak krótki; zaledwie parę metrów, jakie nagle wydłużyły się w jego myślach do rangi całych galaktyk. I cała ta przestrzeń wypełniła się bólem i strachem. Mógłby gubić się w jego uczelni tysiące razy i nadal nie odnalazłby w niej strachu tak potężnego jak w dniu dzisiejszym. A przecież to miał być ostatni z drażniących dni w tej placówce. Czekał nań tak długo.
Każdy krok sprawiał mu cierpienie. Nogi uginały się pod nim, a najgorsze było to, że nie potrafił powiedzieć dlaczego tak jest. Powinien bać się bomby, powinien bać się policji. Gdyby był dobrym człowiekiem, pewnie nawet bałby się teraz o swojego tatę, który właśnie przegrywał kłótnię z policjantami i był wyrzucany z budynku liceum. Chyba nie ma co liczyć na usprawiedliwienie nieobecności w ostatnim dniu nauki... – pomyślał, z zadziwiającą skutecznością ukrywając rozbawienie. Powinien bać się tego, że zamiast uciekać idzie w kierunku centrum tego całego zagrożenia i chaosu. Powinien bać się tak wielu rzeczy, ale - zaskakująco - tym, co przerażało go najbardziej był strach sam w sobie, strach w swej mrocznej istocie. Strach nie jego, ale ludzi wokół niego. Cały ten niewielki korytarz był wypełniony strachem, dziesiątek a nawet setek nieznanych mu osób. Przyczyna takiego stanu rzeczy nagle przestała być ważna, ważny stał się tylko ten stan - stan totalnego zagubienia i utraty wszelkich sił. Nagle doszli do końca korytarza, do dużych szklanych drzwi, jakie pragnął rozbić w szale walki o życie, o kolejny oddech. Strach wcale nie odszedł. Nawet światło popołudnia wpadające przez chłodne szkło drzwi go nie zabijało.
Róża, jaką wśród przyjaciół nazywano Agatą (nie wiedział, dlaczego, ale obydwa te imiona wydawały mu się piękne, kochał ją nawet za imię i już za niedługo miał pokochać ją bardziej, za przygodę) otworzyła drzwi.
- Ktoś powinien je naprawić. - oznajmiła jak zwykle spokojnym, czystym głosem, nie młodej dziewczyny, lecz kobiety.
Drzwi przy otwieraniu zaskrzypiały głośno i na chwile zacięły się. Po czym z zdeterminowaną miną Róża pchnęła je mocniej i rozwarły się na oścież.
Zrobili krok do przodu. Chłodne powietrze było lekarstwem, jakiego potrzebował.

* * *

- Czy mogę wiedzieć, co się tutaj dzieje? – Chyba tylko w snach mógłby liczyć na to, że jego głos ma w sobie tą lekkość i spokój, z jakich jest znany.
- Tak – To jedna z tych krótkich odpowiedzi, które w ustach kobiety zawsze mają wiele znaczeń. Z każdym kolejnym krokiem zbliżali się w kierunku grupki osób stojących na końcu boiska.
- Więc mów – ponaglał Agatę – jego Różyczkę – możliwie jak najdelikatniej potrafił. A że w tej konkretnej chwili jego delikatność została ograniczona do tej, jaką posiadał ten przeklęty przysłowiowy słoń w składzie porcelany to jego słowa musiały zabrzmieć nieco niemiło gdyż na ustach Agaty pojawił się dziwny grymas. Jak gdyby niezadowolenia. Na początku nie rozumiał, czego oczekiwała od niego, dopiero potem zdał sobie sprawę z tego, że podziękowań...
- Osama o nas nie zapomniał. Ktoś zadzwonił na komisariat policji i powiedział, że w tym budynku podłożono bombę. – Jeszcze tego samego dnia będzie można przeczytać o całym zajściu w gazetach. I nic w tym dziwnego. – Oto skutki tego telefonu.
- Więc nie będziemy pisać matury? – Z niemałym zażenowaniem uświadomił sobie, że jego głos zamiast być smutny wykazuje zbyt duże rozbawienie, wręcz radość. Czyżby strach miał odejść?
- Na razie nie. Mamy jeszcze trochę dodatkowego czasu na to, aby być dziećmi. Czy nie sądzisz, że to miłe uczucie... Ta świadomość, że jesteś dzieckiem dłużej o kilka godzin od reszty polskich nastolatków?
- Nie wiem. Chyba nie rozumiem tego pytania - odparł szczerze. - Chcesz powiedzieć, że będziemy pisać dzisiaj?
- Gdyby mieli odwołać maturę to by nas nie zamykali na szkolnym boisku, nie sądzisz? Już wolą zaryzykować, że wybuch nas zrani niż pozwolić nam na ucieczkę – w tym momencie posłała mu najbardziej urzekający uśmiech w dziejach ludzkości. Tym razem nawet nie próbował robić tego, co tak bardzo lubi, czyli nadawać temu uśmiechowi jakiekolwiek znaczenie. Tym razem wystarczyło mu samo patrzenie.
- Swoją drogom jest w tym odrobina szaleństwa...
- W czym? – Znowu się uśmiechnęła. Nagle poczuł się znowu miło.
- W stwierdzeniu „w szkole jest bomba, chodźmy do środka”, jakim mnie dzisiaj przywitałaś.
- Oj, to nie ja jestem szalona, ale osoby, jakie wymyślają takie zarządzenia. Muszę przyznać, że liczyłam co najmniej na dzień dodatkowej młodości…
Spojrzeli na policjantów biegających w najróżniejszych bliżej nieokreślonych kierunkach. Gdzieś w oddali czyjś ojciec był wyrzucany z budynku, a jego samochód w tym samym czasie był odholowywany na komisariat (złe parkowanie, a dokładniej zakłócanie działań policji… faktycznie – dzisiaj żadne usprawiedliwienie nie dotrze do dyrekcji szkoły). Chyba można zaryzykować stwierdzenie, że to było bardzo oczywiste – oni nie wiedzieli, co robią!
Paweł jeszcze nie potrafił tego uzasadnić, ale z każdym kolejnym krokiem oddalającym go od szkoły czół się coraz lepiej. Po chwili, kiedy stanął przy przyjaciołach mógł powiedzieć, że jest niemalże szczęśliwy. Niestety słowo „niemalże”, słusznie nie znaczy tego samego co „na pewno”.

* * *

- Cześć – udał spokojnego, co więcej - nawet pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech, jakiego pewnie i tak nikt nie zauważył.
Dopiero po chwili ktokolwiek z nich odpowiedział.
- Mama powiedziała mi rano żebym uważał – stwierdził cicho jak gdyby do samego siebie Dawid, najniższy z nich wszystkich; chłopak, jakiego lubią, ale z jakim jeszcze ani razu nie byli na piwie. Jeden z tych, z jakimi rozmawia się kiedy nie ma nikogo innego do rozmowy. – Nigdy wcześniej tego nie mówiła. - Dodał jednocześnie przypominając wszystkim, dlaczego się z nim nie zadają poza zajęciami - bo on jest dzieckiem. Pomimo tych wszystkich lat, Dawid nadal pozostawał dzieckiem i nie chcieli psuć tej jego dziecinnej wiary w ludzi i dobro. Prędzej czy później wypije swoje pierwsze męskie piwo, ale jeszcze nie teraz...
- To znaczy, że wiedziała o bombie – odparł Grzesiek – pewnie sama ją podłożyła, aby się pozbyć ciebie. – Zaśmiał się, ale szybko przestał, kiedy zauważył, że nikt mu nie wtóruje. Przez chwile miał taki wyraz twarzy jakby chciał przeprosić Dawida za to, kim jest, ale zrezygnował i nieumiejętnie zmienił temat. – Więc, kiedy zaskarżymy zarząd szkoły? – Wszyscy spojrzeli z uwagą na niego. – Przecie wewnątrz tego budynku, stojącego jakieś trzydzieści metrów od nas jest bomba, a chyba wiemy z filmów, że wybuch bomby jest zabójczy dla każdego; nie tylko dla ludzi wewnątrz budynku, ale i w jego pobliżu. Panowie i droga pani - podarował Agacie jeden z swoich najbardziej teatralnych gestów błazna (jakim chyba zawsze chciał być), tym razem był to głęboki ukłon – nie wiem czy wiecie, ale to gdzie teraz jesteśmy to takie „w pobliżu”.
- Jeśli coś eksploduje to przekonasz się o tym, że filmy wciskają kit i tylko w stanach bomby wybuchają tak, aby rozpierdolić cały budynek; w Polsce nawet okien nie wybijają. Więc nic ci nie grozi. – Paweł włączył się do dyskusji.
I nagle zatrzymał wszelkie rozmowy... Chyba przez chwile wszyscy czuli się tak jakby to była normalna sytuacja - przerwa, wszyscy na zewnątrz, na papierosie czy coś, tylko bez papierosa i czegoś. I przypadkowo przypomniał im, że to nie jest „zwyczajna sytuacja”.
A oni nadal milczeli wpatrzeni w swoje nogi.

* * *

- Mam lody - oświadczył nagle Dawid. - O kurde, mam lody! - powtórzył i dla dodania swoim słowom bardziej dramatycznego wydźwięku dodał nawet jedno z tych Największych Przekleństw, jakich używał. "Kurde" w jego ustach zawsze brzmi zabawnie.
- Kurwa, jeśli już masz przeklinać to się nie ograniczaj. - Oświadczył Grzesiek - Poza tym, po chuj ci lody?
Kolejny komentarz z podtekstem, ponownie nie spotkał się z głośnym śmiechem wszystkich zebranych. Nieświadomy niczego Paweł ścisnął mocniej dłoń Agaty, a ona przyjęła ten uścisk z przyjemnością i położyła głowę na jego ramieniu.
- Greg, nie zapominaj, że jest z nami dama, Oki. - ostrzegł go Paweł i dodał po chwili w kierunku Dawida - więc, po chuja ci te lody, co?
Tym razem reakcja zebranych (a było ich chyba łącznie ośmiu) była nieco żywsza, dlatego Dawid z nieco szczęśliwszą miną oświadczył.
- Mam przecież dzisiaj urodziny, nie pamiętacie - jasne, że wszyscy pamiętali, to przecież ich super świetny kumpel Dawid, ten, którego wszyscy znają, z którym wszyscy się witają i którego każdy po skończeniu nauki w liceum zapamięta na wiele długich lat. Jasne... - Zawsze na urodziny kupuję jakieś słodycze dla znajomych. Dzisiaj jest specjalny dzień - sprawdzian dojrzałości z matmy - więc uznałem, że lody to lepszy wybór. - Taka głupia, dziecinna i doskonale pasująca do Dawida tradycja tego niezbyt miłego dnia wydała się wszystkim zebranym, dokładnie tym, czego potrzebowali.
Uśmiechnął się i po chwili już cała ósemka trzymała w ręku po lodzie. W niewielkiej lodówce, jaką Dawid trzymał ze sobą, było jeszcze kilka lodów, ale jakoś nikomu się nie śpieszyło, aby każdemu z zebranych na terenie boiska (na oko około dwustu osób, uczniowie klas pierwszych i drugich mieli w tym dniu wolne, szczęściarze byli pewnie właśnie w kinie na "Pasji" czy też innym uduchowionym filmie, albo – co jest nie mniej prawdopodobne – właśnie pili alkohol śmiejąc się z ich położenia). Te lody były tylko ich. Były kolejnym krokiem ku normalności i zwyczajności kolejnego szkolnego dnia.

* * *

- Stary, twój język jest niebieski. - Grzesiek za wszelką cenę starał się być zabawny, jeszcze nigdy wcześniej tak bardzo nie próbował przywołać uśmiechów na usta znajomych, dlatego rozpoczął komentarz odnośnie wyglądu Dawida - wyglądasz jakbyś robił loda Papa Smerfowi.
- Może i lizałem Smerfetkę, ale tobie nic do tego - odparł jego słowny przeciwnik próbując wybić się ponad śmiech znajomych - ale zauważ, że to ty masz zielony jęzor. Więc to ty lizałeś ufokowi.
- Taaaaa. Ja ci dam ufoka.
- Co?! Chciałbyś! - Widać, nawet Dawida stać na pikantny żart.
- Nie, nie chciał bym. A ty Paweł, nie uśmiechaj się. Jęzor masz tak czarny, że już naprawdę wolimy nie zgadywać gdzie Ty go wkładałeś!
Te żarty nie były zabawne. Po zastanowieniu, nie były nawet smaczne. Ale w tej konkretnej chwili to nie było ważne. Nawet niska temperatura i niebo powoli przybierające kolor czerni przestały być ważne. Może jutro wszyscy będą w własnych łóżkach, chorować na zapalenie płuc, ale w tej konkretnej chwili, wszyscy nie spodziewali się żadnego jutra. A myśli, że jutro może nie istnieć powoli przestawała być taka straszna.
- To przygoda! - Szepnęła cicho do ucha Pawła jedyna dama w towarzystwie tych roześmianych głupców - Mówiłam ci Paweł, że każdy dzień może być przygodą.

* * *

Matka Pawła odchodząc z świata żywych pewnego długiego lipcowego dnia, kiedy padał nieprzerwany deszcz powiedziała mu cicho, aby nie płakał i zaczął żyć.
Miał wtedy jedenaście lat, a to wspomnienie to chyba najstarsze wspomnienie, jakie faktycznie dokładnie pamięta i (na przekór własnym pragnieniom) może bez problemu przywołać w swej głowie.
Ten dzień nie był wcale ciepłym wakacyjnym dniem, lecz dniem, w którym nieprzerwanie padał deszcz. Już nawet sam fakt, że jego matka umarła za dnia, a nie w nocy jak to bywa w większości filmów, odbierał temu wspomnieniu pewną magię, na jaką liczą jedenastoletni chłopcy. To wspomnienie było chłodne, posiadało pewną kliniczną ostrość, jednocześnie nie przywołując w nim żadnych uczuć. Żadnego smutku, ani bólu. Jedynie spokój.
I tego konkretnego dnia, słysząc ten cichy szept Agaty to wspomnienie nagle wróciło do niego niczym bumerang uderzający swego pana w tył głowy.
Przykro pamiętać swoją matkę jako chudą, lekko łysiejącą kobietę, zaledwie trzydziestoletnią starą panią, która umarła na raka płuc (a która nigdy nie paliła), ale jeszcze trudniej jest nie czuć w związku z tym wspomnieniem żadnych emocji.
To właśnie z powodu tego spokoju, jaki towarzyszył temu wspomnieniu, Paweł tak bardzo nienawidził przez całe swoje życie siebie samego. Ten chłód dawał mu niezwykłą pewność tego, że nie jest dobrym synem. Dla niej na pewno nie był dostatecznie dobry.
- Przestań płakać i zacznij żyć. Jutro obudzisz się do zupełnie nowego dnia i ten dzień nie może być gorszy od dnia dzisiejszego, więc musi być lepszy. Bliskość śmierci zawsze pozwala nam docenić życie... Pozwala zrozumieć, że życie zawsze było najbliżej, ale my za często je odpychaliśmy. Opiekuj się twoim tatą, dobrze? On będzie potrzebować tej opieki, boje się, że może nie znieść tego tak jak powinien. Bądź dobrym chłopcem i zawsze słuchaj swojego taty. Kiedy koledzy będą ciebie namawiać do zrobienia czegoś, co twoim zdaniem jest złe, to tego nie rób. Zawsze pamiętaj, że głupcem nie jest ten, kto robi głupio, lecz ten, kto boi się robić mądrze, wiec nie bądź głupcem. I kiedy pewnego dnia pokochasz pewną wyjątkową dziewczynę - a ten dzień nadejdzie na pewno - to nie bój się jej powiedzieć, co do niej czujesz. Mów jej to każdego dnia i każdego dnia, tak jak twój tata, walcz o to uczucie. Pewnego dnia zdarzy się coś ważnego, pewnego dnia będziesz mógł przeżyć największą z przygód - miłość! - i kiedy ten dzień nadejdzie, to proszę ciebie tylko o jedno Pawełku... - powiedziała kaszląc przy tym głośno, otarła usta białą chusteczką (zgodnie z tym, co mówił o niej tata Pawła, była jedną z tych kobiet, które zawsze noszą przy sobie chusteczki, na wypadek gdyby musiały kogoś pocieszyć, lub same być pocieszone... Zwykle mówiąc te słowa tata odruchowo wkładał ręce do kieszeni, jakby w nich czegoś szukając). Na chusteczce pozostała czerwona plama; udała, że jej nie widzi, lecz Paweł zapamiętał tą czerwoną plamkę aż do końca swych dni. - Proszę, bądź dobrym synkiem i kiedy przyjdzie ten dzień zrób dla mnie tylko jedno... przeżyj ten dzień. Przeżyj tą przygodę. Przeżyj to wszystko i na to wszystko zasłuż.
- To przygoda - odpowiedział Agacie, jednocześnie spoglądając w te jej wspaniałe zielone, lecz nigdy smutne oczy. - I kiedyś ktoś mi powiedział, że przygody trzeba przeżyć - ucałował ją w policzek, początkowo nawet nieświadom tego, że przecież pozwala sobie na za wiele - i na nie zasłużyć – ale po chwili to już nie miało żadnego znaczenia.
Tym razem to on poczuł, jak jej dłoń zaciska się na jego dłoni.

* * *

Wszyscy wżerali już po drugim lodzie (lecz już nie śmiejąc się tak histerycznie) kiedy przy grubych stalowych kratach pojawił się pewien nawet grubszy starszy człowiek z niewielkim pieskiem w ręku.
- Chłopcy, słyszałem właśnie w wiadomościach, co się stało i przybiegłem tu jak szybko tylko mogłem, aby wam pomóc.
Nikt nie sprawiał wrażenia, jakby rozpoznał tego starca. Ale też nikt nie zamierzał udawać, że jego obecność jest czymś złym. Starzy ludzie zawsze uspokajają. To brzmi głupio, ale taka jest prawda. Nawet zabójca, po osiągnięciu wieku siedemdziesięciu lat – tak jak tamten starszy pan z tymi swoimi siwymi włosami, bladą skórą, wytartym sweterkiem i małym popiskującym pieskiem w ręku - wyglądałby jak święty Mikołaj i dokładnie takie samo uczucie spokoju by wzbudzał.
- A w jaki sposób chciałby nam pan pomóc - zaczął dyskusje Grzegorz, najbardziej wygadany z nas wszystkich... ten, który zawsze zaczyna dyskusje.
- Nie ja, ale Marcinek - odparł staruszek i uniósł lekko pieska nadal uwięzionego w jego dłoniach. Marcinek to nie jest psie imię - pomyślał nagle Paweł - takie imię można nadać swojemu synowi, ale nie psu. Takie imię można nadać synowi, który umarł, i dopiero potem nazwać tak swojego psa... ale to już inna sytuacja. Urwał tą myśl w tym momencie, po czym spojrzał w te duże niebieskie oczy staruszka i obiecał sobie, że już nigdy nie pomyśli w taki sposób o nikim, nigdy. Jednak, Paweł ma ten głupi zwyczaj myślenia za wiele. Stale mierzy i ocenia ludzkie emocje, zamiast je po prostu odczuwać.
- To ładny pies, ale wątpię, aby pomógł. - Włączył się do dyskusji i on.
- Tak to ładny piesek, mój dobry przyjaciel. - Odparł starzec, po czym spojrzał w kierunku Agaty, uśmiechnął się w ten urzekający sposób, w jaki potrafią się uśmiechnąć tylko starsi panowie, a ona odpowiedziała równie miłym uśmiechem. Paweł nie czuł żadnej zazdrości (co nie zmienia faktu, że reszta młodzieży, może za wyjątkiem Dawida, zareagowała na tą wymianę uśmiechów kopiując je w możliwie jak najbardziej mściwy sposób, tak jakby oskarżali starca o pedofilię), jedyne co poczuł to strasznie silne ukłucie szczęścia bezpośrednio w samo serce. Ona ma taki piękny uśmiech...
- Postawie psa pod kratami, on przebiegnie między nimi i znajdzie waszą bombę, a potem już łatwo będzie ją rozbroić.
- Serio? - Zapytała Agata nadal się uśmiechając w ten niezwykły, zadziorny sposób, w którym można się zakochać. Do ósmego roku życia mieszkała z tatą w Paryżu, ale po jego śmierci wróciła do matki, do Krakowa. Jednak ten niezwykły angielski akcent nadal gdzieś w niej był. Jej serio brzmiało jak szerio, ale i za to ją kochał. Ten szczery szeroki uśmiech – pomyślał Paweł – również z całą pewnością nie jest czymś polskim, musi być pozostałością po Anglii. Paweł żyje w Krakowie od dobrych dziewiętnastu lat, czyli od zawsze i nie przypomina sobie żeby którakolwiek z jemu znanych osób potrafiła się tak szczerze uśmiechać. – Wygląda na odważnego, ale czy aż tak? - Rzuciła w kierunku staruszka kolejne pytanie widocznie wzbudzając w nim radość samą chęcią podtrzymania dyskusji - wzbudzanie radości to kolejna rzecz, w której jest najlepsza.
- Oj, ten piesek potrafi zaskoczyć. Prawda Marcinku, prawda synku - nie myśl o tym! Nie myśl o tym, nie... - Ten piesek zaskakuje nawet mnie. Chce może młoda dama go pogłaskać?
Wcale się nie zastanawiała. Prawdziwa szczerość to ta, na jaką pozwalają sobie tylko dzieci lub młode angielskie nastolatki. To ta szczerość, która każe im z uśmiechem na ustach wyciągać rękę do nieznajomych i głaskać ich malutkie pieski, ta szczerość, która sprawia, że nawet starszy i bliscy śmierci ludzie nagle zaczynają uśmiechać się niczym małe dzieci.
- Jest taki słodki. I ma takie ładne imię, prawda Paweł? - Zapytała, na co Paweł odpowiedział miłym uśmiechem i już bardziej świadomym niż ostatnio objęciem jej w talii.
- Dobrze Marcinku, czas zrobić to, co należy? - Staruszek zapytał swojego małego przyjaciela (przyjaciela, nie synka!) i położył pieska na ziemi z tą szczególną delikatnością, jaką znają tylko starcy chorzy na reumatyzm, lub ojcowie, zainfekowani przez Boga bezgraniczną miłością do swych dzieci.
Piesek rozejrzał się niepewnie, po czym chwiejnie krokiem – prawie jak niemowlak dopiero uczący się jak uciec z kochającego domu – zrobił pierwszy krok. Fakt pozostaje faktem, że był słodkim pieskiem, ale nie zmienia to faktu, iż jednocześnie bardzo się bał. Rozejrzał się jeszcze raz i nawet nie próbując utrzymać pozorów tego, że faktycznie będzie przechodził przez barierkę ogrodzenia, szybko powędrował w przeciwnym kierunku, wybiegł na chodnik i dalej na ulicę.
Cichy śmiech zebranych przerwał równie cichy szept staruszka.
- Biegnie do domu. Widać faktycznie wyczuwa zagrożenie.

* * *

Staruszek i jego piesek już zniknęli. Pozostawili po sobie jedynie dziwne uczucie niepokoju oraz bolesną cisze.
- Masz może jeszcze jakiegoś loda? - Zapytał z nadzieją w głosie Grzesiek.
- Tak, ale tylko jednego, dla mnie. - Usłyszał odpowiedz Dawida i nieco posmutniał, na co Dawid przyjrzał mu się przez chwile i w milczeniu padał mu tego przeklętego loda.
Grzesiek może i próbował udawać, że to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, ale kiedy ma się ojca alkoholika i matkę sześć stóp pod ziemią trudno jest udawać, że takie drobne akty dobroci nie robią żadnego wrażenia. Klepnął Dawida w ramie i z uśmiechem przyjął poczęstunek.
- Wiesz, gdyby nie te grube okulary, blond włosy i grube sweterki, jakie ubierasz byłbyś spoko kumplem. - Oświadczył bez żadnego konkretnego powodu, nawet nie zwracając uwagi na wszelki podtekst, jakiego można było się doszukać w tym zdaniu. I tak wszyscy wiedzieli, że Gregory pod pewnymi względami jest... ujmijmy to – bardziej odważny, od pozostałych. Dlatego w wszystkim, co mówił doszukiwano się jakiegoś podtekstu. Ale taki już los jedynego geja na uczelni, prawda?
- Co masz na myśli? - zapytał lekko zaczerwieniony Dawid.
- Wstyd chodzić z takim capem na podryw. A co myślałeś, koteczku?
- Ahaa. – Chyba ta odpowiedz poprawiła mu humor, bowiem nagle trochę się rozluźnił. – No, szkoda że nie dałeś mi tego hinta jakieś trzy lata temu, kiedy jeszcze dziewczyny z klasy mnie nie znały. - W takich dniach jak ten nawet kiepskie żarty mogły doczekać się sporego odzewu. Co zaskoczyło Pawła chyba najbardziej to to, że wiele z tych kiepskich żartów wypowiadał właśnie Dawid, człowiek, który raczej nie ma w zwyczaju żartować. Widać nie poznał go tak dobrze jak mu się wydawało. Jednocześnie Paweł ma tą silną świadomość, że razem z Gregiem znają Dawida najlepiej z całej klasy, jest kimś w rodzaju członka ich paczki. Takiego pomniejszego członka, nie jednego z głównych członków. Wiedzą na przykład, że gra świetnie na gitarze w pewnym zespole muzycznym. I oczywiście wiedzą - tak samo jak wszyscy jego najbardziej zaufani przyjaciele, czyli (przykro przyznać) tylko oni - dlaczego nie lubi przeklinać... Nic wyjątkowego. Wręcz przeciwnie, coś zupełnie zwyczajnego. W domu nasłuchał się tak wiele przekleństw starego i starej stale się kłujących, że na starość, odkąd mieszka u babci (sąd stwierdził, że tak będzie dla niego lepiej... i tym razem polski sond chyba się nie mylił) już najzwyczajniej w świecie nie przeklina.
Nagle lody się skończyły i wszyscy – paradoksalnie dopiero teraz – zaczęli doskonale odczuwać chłód panujący na zewnątrz. Biorąc pod uwagę to, że większość z zebranych tego dnia na terenie boiska tego konkretnego liceum nie była ubrana zbyt grubo, bo i po co; przecież dzień zapowiadał się na długie ślęczenie przed jakimiś głupimi matematycznymi zadaniami, co prowadzi jedynie do spocenia, a nie przeziębienia... Szczególnie dziewczęta; ubrane w swoje najbielsze bluzeczki i najlepiej zaznaczające idealną figurę (lub ukrywające jej nieidealność) czarne sukieneczki miały problem z zimnem. Róża (Agata zawsze dla niego będzie Różą) objęła się rękoma, na co Paweł zareagował w jedyny właściwy sposób (jednocześnie w myślach przeklinając się za to, że nie uczynił tego wcześniej) i podał jej swoją marynarkę.
- Dziękuję, od razu lepiej. - Powiedziała nadal dziwnie szczęśliwa i pobudzona. - Jak wyglądam?
Postanowił przemilczeć odpowiedz na to pytanie. Nawet w stu procentowo męskim ubraniu wyglądała jak stuprocentowa kobieta. Boże, ona jest piękna! Długie delikatnie zakręcone miodowe włosy, jasna, lecz jednocześnie lekko opalona cera, szczupła figura i ten uśmiech, te oczy, mały nosek i pełne usta... i ponownie ten uśmiech. Kiedy Paweł był mały, bał się że może nigdy nie odnajdzie tej jednej jedynej dziewczyny, której Bóg podarował jego uśmiech i bez której nigdy nie będzie szczęśliwy. Boże... Powstrzymując się przed eksplodowaniem, zdał sobie sprawę z tego, że zaczyna powstrzymywać się przed tym, aby ją ucałować. Już otwierał usta, aby powiedzieć jej coś ważnego a jednocześnie tak banalnego... kiedy gdzieś w oddali odezwał się głośny kobiecy krzyk. Krzyk ten uniemożliwił mu dowiedzenie się co chciał powiedzieć.
- Kurwa! - Przywołało to wspomnienie jego wychowawczyni, ten głos, równie kobiecy, należał jednak do nauczycielki. - Spędziłam razem z moją klasą godzinę w budynku, w którym jest bomba, zanim wysłałam ucznia, aby sprawdził, dlaczego nadal nie słychać dzwonka ogłaszającego zbiórkę na maturę. Kurwa! - przeklęła jeszcze raz, w sposób w jaki Dawid nigdy nie chciał przeklinać. Po namyśle, można się domyślić dlaczego. To jedno słowo odebrało tej miłej i spokojnej młodej dwudziestoośmioletniej kobiecie ten spokój i piękno, w jakim wcześniej na pewno zakochał się nie jeden z jej uczniów. Teraz nawet jej klasa, z którą przed chwilą trenowała przydatne zadania przed maturą, patrzyła na nią jak na wariatkę - Mogłam Kurwa umrzeć i nawet byście tego nie zauważyli.
- Panno Agnieszko - przerwała jej wiece dyrektorka, na potrzeby fikcji literackiej możesz nazywać ją Teresą. - Niech się panna weźmie w garść. Ludzie patrzą.
- Pieprzyć ludzi! Przez tą godzinę bomba mogła wybuchnąć i dowiedziałabym się o tym dopiero, kiedy ogień wypalałby mi skórę - nagle wszelka komiczność tej sytuacji znikła - Pieprzyć ludzi, którzy tak niemile postanowili pieprzyć mnie i moją klasę. Prawda jest taka, że gdybym nie kazała sprawdzić, co się dzieje, to bym się tego, kurwa, nie dowiedziała. I gdyby coś wybuchło, to na pewno mielibyście trzydzieści dwie ofiary, w tym mnie.
Odwróciła się na pięcie i odeszła. Widać miała zły dzień - Pomyślał Paweł i jakieś dwieście innych osób, które ją wtedy usłyszało (a jej głos, trzeba przyznać, że nagle stał się bardzo donośny). Część z uczniów i uczennic poszła za nią, jeden nawet wyskoczył z komentarzem w jej kierunku "pani profesor, pieprzmy ich", ale sprawnie zgasiła takie komentarze każąc tamtemu uczniowi...
Cóż, powiedzmy, że strach ma wielką władzę. I uznajmy, że nie wiedziała co mówi...
Nikt się wcale nie uśmiechał. Róża nawet posmutniała i to bardzo... To powoli przestało być zabawą.
Po krótkiej chwili Paweł zauważył coś dziwnego, co go wcale nie zaskoczyło. Wszyscy na boisku oddalali się coraz bardziej od cienia dużego chłodnego budynku liceum. Niektóre z osób zapragnęły ucieczki... inne już uciekały spindrając się po pochyłych kratach boiska. Pozory spokoju i normalności zaczynały znikać niczym lody w niewielkiej lodówce piknikowej Dawida.

* * *

Chcę abyś coś wiedziała. Chcę abyś wiedziała, że dla mnie zawsze będziesz najważniejsza. Chcę ci po prostu powiedzieć, że ciebie kocham. I że chciałbym spędzać z tobą więcej czasu. Wiem, że po skończeniu nauki w tej szkole nasze drogi mogą się rozejść. Wiem także, że tego nie chcę. I tak jak ktoś kiedyś powiedział, że o miłość należy walczyć każdego dnia, tak ja każdego dnia chcę walczyć o ciebie. Czy chcesz... To znaczy, zastanawiałem się czy moglibyśmy razem...
W myślach układał całe zdania, nadal trzymając w ramionach Hermionę. Ich lekkie objęcie było tak miłe i przyjemne. Już otwierał usta, kiedy nagle dyrektorka otworzyła drzwi i unosząc lewą rękę w górę w znaku zwycięstwa stwierdziła...
- Koniec! Nic nie znaleziono. Możecie zaczynać pisać! - Nawet sam wielki Stephen King lepiej nie ująłby w słowa prostoty zwyczajnego polskiego zakończenia zwyczajnego polskiego popołudnia w zwyczajnej polskiej szkole.
Chyba nigdy wcześniej ziemia nie widziała tak szczęśliwszych maturzystów... Przed napisaniem matury.

* * *

- To był głupi żart - stwierdziła jasno wychowawczyni, jednocześnie na jej twarzy zaczęły pojawiać się pierwsze kolory inne od bieli… i ona wracała do życia. - Głupi żart i nic więcej. Nie wiemy, kto to zrobił. I nie chcę oczywiście zwalać winy na was, ale jeśli ktokolwiek z was wie, kto to uczynił, to niech o tym od razu powie. Wtedy jego odpowiedzialność będzie mniejsza. - Zatrzymała wyczekując odpowiedzi.
Wszyscy odruchowo spojrzeli na Grześka. Co Grzesiu, masz może coś do powiedzenia, jakieś wyznanie? Ten za to równie odruchowo stwierdził:
- Kurwa, nie! Co się tak gapicie?
- Kurwa, wiesz co! - zaśmiał się Dawid, po czym przyłożył młodą dłoń do ust. Był taki szczęśliwy. Taki żywy, teraz, kiedy był tak blisko śmierci. I teraz, kiedy był tak blisko dorosłości. Paweł, w myślach zanotował, że dzisiaj musi przejść się z Dawidem na piwo.
- Czas głupich żartów jednak dobiegł już końca - kontynuowała, udając, że nie słyszała tej wymiany zdań. - Teraz nadszedł czas dorosłości. Płomienie ognia młodości, jakie do niedawna mogły wypełniać wasze młode serca, nigdy nie zgasną, gdyż to by oznaczało śmierć za życia. Teraz jednak musicie pozwolić im zasnąć i zapomnieć o tym, co dziecinne. Teraz, bowiem wkraczacie do świata dorosłych. Za chwile drzwi prowadzące na zewnątrz zamkną się. Szczerze – w sposób, w jaki nauczyciel nie powinien byś szczery – zazdroszczę tej osobie, która dokonała tego telefonu. Gdyż jest to jedna z tych nielicznych osób, które było stać na wykorzystanie swego ognia do granic możliwości, jeszcze zanim zgasł zupełnie. – Zamilkła na chwilę, Pawłowi przypomniała się jedna z lekcji wychowawczych, na której mówiono o swoich marzeniach i powołaniu, w pewnym momencie uczniowie zapytali swoją nauczycielkę, jakie jest jej powołanie i największe marzenie. Nikt nie spodziewał się, że odpowie, że bycie nauczycielką (przecież płacą jej za nauczanie, a nie okłamywanie uczniów), ale tak samo nikt nie spodziewał się, że powie, że chciałaby być ponownie dzieckiem i móc żyć bez granic... Bo przecież, w chwili sądu ostatecznego nie będziemy żałować tego, co uczyniliśmy, lecz tego, czego nie zdążyliśmy zrobić i byłoby naprawdę wielką stratą żałować tego, że nigdy nie było się dzieckiem. – Po tym dniu będziecie już prawdziwie dorośli. Wszelkie głupie żarty będą już wam na zawsze zabronione. Ale ta jedna osoba będzie mogła powiedzieć w przyszłości swym dzieciom, że uczyniła kiedyś największy żart, na jaki tylko nastolatek może sobie pozwolić. Głupi, ale wielki. - Stwierdziła, a w jej oczach można było dostrzez ten niezwykły blask.
Paweł zrozumiał nagle, że to co początkowo wziął za strach tej kobiety w rzeczywistości mogło być szczerym zachwytem dla sprawcy tego zamieszania. Pani profesor stojąca dalej za wychowawczynią tej konkretnej klasy rozkazała stanowczo, aby zaczęli pisać.
I posłuchali...

* * *

Kochać kogoś to znaczy widzieć cud niewidoczny innym.
Francois Mauriac

Dźwięk ostatniego dzwonka rozniósł się głośno po sali. Już nic więcej nie mogli zrobić. Jedynie przestać pisać.
Przez cały ten czas o ściany jego myśli odbijały się te same słowa. Słowa, jakie tak bardzo chciał powiedzieć. Nie dlatego bo kiedyś jego matka, której nawet nie potrafi zapomnieć powiedziała mu, że musi je wypowiadać każdego dnia. Nie dlatego bo ta sama osoba stwierdziła, że jedyne, co jest ważne to to aby żyć i aby robić to co robić trzeba. Nawet nie dlatego bo tego dnia był tak bardzo szczęśliwy, że po prostu musiał w jakiś sposób to szczęście uzewnętrznić. Ale z tego jednego jedynego ważnego powodu – bo te słowa były prawdą.
Cóż. Najwyżej da mi w pysk...
Odwrócił się w kierunku Róży i powiedział.
- Kocham Ciebie. - Stwierdził szczerze i cicho, lecz nie na tyle cicho by go nie usłyszała. Powiedział to nie jak ktoś, kto myśli nad tym, co mówi. Ale jak to małe angielskie dziecko, które robi, co czuje, a nie, co czuć musi. Bez granic i barier zbudowanych z nieszczerych uśmiechów. Te słowa wypowiedział prawdziwy on, a nie ten, którego skórę Paweł przywdziewa każdego dnia, aby wydać się wszystkim wokół normalniejszym i szczęśliwszym niż w rzeczywistości. Potrzebował tego całego długiego dnia na boisku liceum by wreszcie zebrać się do wypowiedzenia tych słów. I nie oszukujmy się, gdyby musiał czekałby tak i rok, by wypowiedzieć choćby jedno z tych słow.
Agata uśmiechnęła się, uniosła dłoni, ucałowała ją, po czym pomachała delikatnie posyłając mu pocałunek. A on teatralnie (niczym w tandetnym filmie romantycznym) przyjął ten pocałunek; schwytał w i dłoń udał, że go połyka (a w ustach poczuł niezwykły smak, który przez chwile kazał mu się zastanowić nad tym ile gry jest w jego grze... to był smak szczęścia).
- Jeśli mnie kochasz, to mi pogratuluj – powiedziała uśmiechając się delikatnie. A on na to spróbował udać, że nie rozumie, co ma na myśli. Ale rozumiał.
Tak jak powiedziała nauczycielka, i on zazdrościł tej konkretnej osobie, która zapoczątkowała ten chaos właśnie tego, że przeżyła swoją młodość do granic możliwości. Teraz jednak, mógł liczyć na to, że ta wyjątkowa osoba nauczy i jego dążyć do wszelkich granic. Bo miłość – podobno – uskrzydla. A czy ptak może bać się granic? Nie, przecież horyzont to nie granica, lecz cel.
Wychodzę z założenia, że prawdziwy dzień nastolatka, to dzień, w jakim młody człowiek staje się człowiekiem dorosłym. Ergo – dzień nastolatka raz jeszcze nie jest dniem nastolatka. Lecz pierwszym dniem kogoś dorosłego. 
Włożyła długopis do torebki. Zamknęła torebkę delikatnie i z pewną gracją, jaką zauważył w jej ruchach tylko on (był w pewnym sensie dumny z tego, że jest jedynym, kto zauważył jej piękno nawet w najdrobniejszych ruchach – sposobie, w jaki zakłada swoje długie miodowe włosy za uszy, oraz sposobie, w jaki się uśmiecha), po czym oparła się rękoma o stół i jeszcze raz na jej ustach wykwitł uśmiech godny róży. Wychylił się z ławki na tyle na ile było to możliwe i ucałował ją delikatnie w policzek. Teraz już obydwoje się uśmiechali.
Był z niej dumny. W pewnym sensie ją podziwiał. Za to jak doskonale powstrzymywała w sobie ten ogień. To pragnienie przygody... Zwane młodością.



OD AUTORA:
To opowiadanie ma równo rok – bowiem napisałem je w ubiegłe wakacje. I muszę przyznać, że choć pisanie tego tekstu sprawiło mi sporą przyjemność, teraz, kiedy właśnie skończyłem jego lekturę i poprawianie widzę aż za dobrze, że jest to opowiadanie napisane drętwym stylem i bez określonego tempa, jakie zmuszałoby czytelnika do przemierzania jego kolejnych stron. Mój wredny styl nadaje się tylko do pseudo-psychologicznych historii i to bynajmniej nie jest powód do dumy. Mam jednak nadzieję, że nie zanudziliście się zanadto w trakcie czytania tego tekstu. Widać – Winix znowu miał racje. Przykre…

 
Seth [prizefighter@op.pl]

|strona 40|