spis treści | poprzednia strona | następna strona
31 Dzwon

Podobno człowiek ma prawie nieograniczone możliwości. Mógłby osiągnąć wyżyny intelektualne, być telepatą, leczyć biopolem, przewidywać przyszłość, podróżować w czasie, tworzyć, komponować muzykę, mówić wszystkimi językami, odwiedzać gwiazdy, przebudowywać wszechświat i tak dalej. Jest tylko jeden problem. Podobno wykorzystuje tylko pięć procent swoich umysłowych możliwości, a więc nie wykorzystuje dziewięćdziesięciu pięciu. Czyli marnuje. Istnieją oczywiście wyjątki, wyjątki, to znaczy geniusze. Ale i ich mózgi, podobno, pracują tylko na jedną dziesiątą gwizdka.
No, i właśnie. Uczeni wszystkich ras i narodów, wspomagani przez komputery, Mędrców Wschodu, Filozofów Zachodu, Psychologów, Psychiatrów i Cholera Wie Kogo Jeszcze łamali sobie od dawna zęby na tym, co tu zrobić, ażeby, chociaż odrobinę więcej z ludzkiego mózgu wyciągnąć się dało. Może wtedy ludzie przestaliby się mordować, dosłownie i w przenośni. Może przestali by niszczyć, a zaczęli tworzyć.
Lata mijały, a Uczeni, Mędrcy Wschodu, Filozofowie Zachodu, Psychiatrzy, Psychologowie i Cholera Wie Kto Jeszcze ciągle zastępowani byli nowymi, a ich badania nie posuwały ludzkość ani o włosek. Ludzie, jacy byli, tacy byli i basta. Kiedy gdzieś na świecie urodził się geniusz, to zaraz, gdzieś na świecie, urodził się idiota taki, że aż strach. Wychodziło na to, że przeciętnie ludzie ciągle czerpali z tych swoich pięciu procent i nie mieli zamiaru więcej. Wręcz przeciwnie nawet, chcieli używać jeszcze mniej. Przecież mieli telewizory, komputery, telefony komórkowe i wibratory. Jak mordowali i niszczyli wcześniej, tak samo mordowali i niszczyli teraz. Nie chcieli mądrzeć, nie chcieli być lepsi. Dobrze im było tak, jak było.
I co z tym wszystkim mamy począć? Zastanawiali się Uczeni, Mędrcy, Filozofowie, Psychiatrzy, Psychologowie i Cholera Wie Kto Jeszcze. Wymyślili więc urządzenie, Miernik Do Pomiaru Inteligencji, czyli Energii Intelektualnej, tak go nazwali na początek. I miernik ten pokazał, że nie tylko ludzie, ale i cały wszechświat wykorzystuje pięć procent energii, a nie wykorzystuje dziewięćdziesięciu pięciu procent, czyli marnuje. W jednej chwili problem ludzki stał się problemem wszechświatowym, a więc trochę większym.
Już teraz nie pamiętam kto, czy był to Uczony, Mędrzec, Filozof, Psychiatra, Psycholog czy Cholera Wie Kto Jeszcze stwierdził, że być może, problem nie w człowieku leży, ale gdzieś indziej. No dobrze, tylko gdzie?
Tak więc ci, o których stale tu piszę i Cholera Wie Kto Jeszcze zaczęli się zastanawiać nad tym “gdzie?”.
Uczeni powiedzieli, że nie mają pojęcie. Mędrcy, że są głupsi niż byli, a Filozofowie, że wiedzą to, że nic nie widzą. Psychiatrzy stwierdzili, że wszyscy są psychiczni i chyba zbzikowali, a Psychologowie przyznali, że nic się im nawet nie śni po nocach. Jedynym, który nic nie powiedział był Cholera Wie Kto Jeszcze. Zgodzono się jednak w jednym: jest gorzej niż myśleli, bo ludzie są bardziej leniwi. Najchętniej to by tylko oglądali telewizję i rozmawiali przez telefony komórkowe. Jest ich coraz więcej, ponieważ rozmnażać się tylko chcą. A to znaczy, że więcej wszystkiego się niszczy. Znowu mistrzowie wszech maści zaczęli się głowić nad problemem. I kiedy oni się głowili, ktoś udoskonalił miernik. Teraz można było nim badać energię z dokładnością do dwudziestu miejsc po przecinku. Ucieszyli się ci z głowami na swoim miejscu, bo nie ma to jak być dokładnym i przekonać się, ile tak na prawdę energii wykorzystuje wszechświat. To co zobaczyli wprawiło ich w osłupienie. Już nie dziewięćdziesiąt pięć procent energii brakowało. Teraz wyszło im, że wszechświat nie wykorzystuje dziewięćdziesiąt pięć i pół procenta energii. Czyli wykorzystuje jej tylko cztery i pół procenta.
Jak to?!! Krzyknęli Uczeni, Mędrcy, Filozofowie, Psychologowie, Psychiatrzy, a Cholera Wie Kto Jeszcze dodał: Co to ma znaczyć? Czyżby poprzednie urządzenie było aż tak niedokładne? Czyżby myliło się aż tak okrutnie? A może coś w zaokrągleniach się popieprzyło? Przekrzykiwali jeden drugiego. A jeśli nie? A jeśli wszechświat faktycznie wykorzystuje jeszcze mniej energii? Ale co się dzieje z energią, której nie wykorzystuje? Gdzie ona przepada? Podrzucił pytania Cholera Wie Kto.
Były to frapujące kwestie i znowu wszyscy ruszyli, w te pędy, do rozwikływania problemu. Zmieniały się pokolenia myślicieli, aż Cholera Wie Kto zaproponował, żeby wspólnie podzielili się swoimi spostrzeżeniami. Długo debatowali i doszli do następujących wniosków:
Ten problem jest ogólnowszechświatowy. To nie człowiek sam z siebie jest leniwy, zmordowany i zniszczony, czyli, ogólnie mówiąc zły. Takie są tendencje całego kosmosu. To kosmos się psuje, a psując się, psuje człowieka.
- Tak Nie Może Być!!! – Wrzasnął Cholera Wie Kto, inny Cholera Wie Kto dowrzeszczał:
- Musimy Coś Z Tym Zrobić!!!
Puściły się tęgie głowy w wir pracy. Myśleli i dyskutowali, dyskutowali i myśleli. A tak byli zajęci swoją pracą, że nie dostrzegli, iż w normalnych ludziach zaszła kolejna, druzgocząca zmiana. Już nie wybierali sobie programów telewizyjnych, teraz już oglądali, furt, co leciało, a najchętniej wszelkiego rodzaju teleturnieje i seriale. Nawet przez telefony komórkowe przestali rozmawiać i teraz wysyłają już tylko SMS´y i puszczają sobie sygnały dźwiękowe. Jedyną rozrywką, która się im nie znudziła, było ciągłe mnożenie się. I pewnie trwało by tak dalej, gdyby nie to, że ktoś, już nawet nie pamiętam kto, udoskonalił miernik. Dało się nim zmierzyć wszystko z dokładnością do stu miejsc po przecinku.
Zebrali się wszyscy tęgo myślący i włączyli urządzenie. I co się okazało? Okazało się, że już prawie dziewięćdziesiąt sześć procent energii ginie gdzieś we wszechświecie. Wtedy dopiero Uczeni, Mędrcy, Filozofowie, Psychiatrzy, Psychologowie i Cholera Wie Kto Jeszcze zauważyli, że gorzej się dzieje, w ogóle.
- Panowie, jest źle. – Filozoficznie stwierdzili Filozofowie.
- Tak, to prawda. – Mądrze pokiwali głowami Mędrcy.
- Musimy przebadać, wystawić diagnozę i wyleczyć. – Podsumowali Uczeni, Psychologowie i Psychiatrzy.
- Jednak pytanie brzmi: “jak się do tego zabrać”? – Posmutnieli wszyscy.
- Zbudujmy statek kosmiczny. – Cholera Wie Kto to powiedział.- W ten sposób będziemy mogli ruszyć na poszukiwanie kosmicznego problemu.
Zaczęły się więc prace projektowe odpowiedniej łodzi kosmicznej. Miała być wielka. Tak wielka, żeby pomieściła w sobie wszystko, co może się okazać potrzebne i wszystkich, którzy mogli by być pomocni. W końcu statek taki został zaprojektowany. Była tylko jedna bolączka, otóż, jak namówić złych i leniwych ludzi do pracy?
- Odbierzmy im telewizory, zamieńmy wygodne łóżka na kamienne, wyłączmy sieci komórkowe, wyrwijmy wibratory z rąk dziewic, a rozmnażać pozwólmy się im tylko raz w miesiącu. Zobaczycie, że z nudów wezmą się do roboty. – Mędrcem musiał być ten, który to wymyślił, bo kiedy tak zrobiono, na efekty nie trzeba było długo czekać.
Podniosły się ludziska ze swych legowisk. Nie wszyscy, co prawda, niektórzy woleli leżenie na kamieniu od najlżejszej nawet pracy. Prawdą jest również, że i mordowanie się nasiliło, a zniszczeń przybywało. No, ale czemu tu się dziwić, nuda robi swoje. Jednak zamierzony cel był szczytny, a jak wiadomo, cel zawsze uświęca środki. Zaczęli się garnąć ludziska do budowy statku.
Prace zostały rozpoczęte i zakończone. Statek był gotowy i czekał na start. Załadowano sprzęt i ludzi, kapitan statku usiadł za sterami i zaczęło się odliczanie. Nikt nie przyszedł pożegnać się z wyprawą. Wszyscy wrócili do swoich telewizorów, miękkich łóżek, telefonów komórkowych. Kto chciał, mógł rozmnażać się do woli.
Smutno było opuszczać Ziemię, na której nikt nie tęsknił. Nikt nie życzył szczęśliwej drogi, miłej zabawy, odnalezienia celu i w końcu, powrotu. Ech, ta ludzka niewdzięczność.
Szybko jednak zapomniano o tym, co było. Przed podróżnikami były zadania ważniejsze. Tu chodziło przecież o losy całego wszechświata.
Podróż miała być długa, wydawało by się, bez końca. Każdy na swój sposób próbował spędzać wolny czas. Kto chciał oglądać przestrzeń kosmiczną, mógł robić to przez iluminatory, specjalnie do tego przeznaczone. Kto nie miał na to ochoty, mógł podziwiać przestrzeń wewnątrz statku. A było co oglądać i jak czas zabijać. Space Ship posiadał cztery olimpijskie baseny, dwa stadiony piłkarskie, boisko go gry w rugby, dwadzieścia kortów tenisowych, osiem hal do gry w koszykówkę i siatkówkę. Były przewidziane i inne rozrywki. Bary dla samotnych i w grupie, kina normalne i porno, dyskoteki, dancingi, nawet pokoje do gry w szychy, domino i bierki. Kto i na to nie miał ochoty, mógł po prostu spać.
Uczeni, Mędrcy, Filozofowie, Psychiatrzy, Psychologowie i Cholera Wie Kto Jeszcze samym lotem i rozrywkami nie interesowali się wcale, pracowali bez przerwy. Zabawa nie dla nich była. Co chwilę spoglądali na miernik i łapali się za głowy. Energii ubywało w zastraszającym tempie. Znaczyć to mogło tylko o jednam, zepsucie postępuje.
- Jak długo jeszcze mamy szukać? – Pytali Uczeni.
- Szukajmy, aż znajdziemy. – Odpowiedzieli Filozofowie.
- Bo kto szuka, ten znajdzie. – Dopełnili Mędrcy.
- Tylko, czy aby zdążymy? – Cholera Wie Kto i po co zadał to pytanie.
Psychiatrzy i Psychologowie nic nie mówili. Bo jakby tak do domu wariatów trzeba było kogoś posłać, młotkiem w kolano stuknąć, posłuchać o tym, co się komu w nocy śniło, a na koniec przepisać kurację odwykową, to oczywiście, czemu nie? Kosmos jednak to nie człowiek. Jak go leczyć? Co poradzić? Jaką diagnozę postawić? To nie ich działka, nie mają co robić między tymi wszystkimi Uczonymi, Mędrcami, Filozofami i Cholera Wie Kim Jeszcze. Opuścili więc całe towarzystwo i poszli sobie zwiedzać statek.
Pozostali, czyli ci którzy pozostali, znowu wzięli się do pracy. Nic oprócz niej ich nie obchodziło. Tak byli nią pochłonięci, że ani razu nie wyjrzeli przez iluminatory. A szkoda, bo kiedy by to zrobili, ujrzeliby zmianę, jaka na zewnątrz statku zaszła. Gdzieś w oddali zniknęły galaktyki, a na ich miejsce pojawiła się pustka. Nie taka zwykła pusta, ta pustka była wielka i kosmiczna. Wtedy i oni zaczęli odczuwać ochotę, aby się położyć i obejrzeć telewizję albo po prostu tylko się położyć. Resztkami woli pracy wspólnie doszli do wniosku, że dzieje się z nimi coś niedobrego. Rzucili okiem na miernik i o mało nie poprzewracali się, widząc cyfrę, która na mierniku wyskoczyła. Jeden i pół procenta, szeptali jeden drugiemu. To strasznie źle, wróciło szeptem od drugiego do pierwszego.
- Spójrzmy, co się dzieje na zewnątrz. – Ktoś powiedział.
Puścili się pędem myśliciele. Dopadli iluminatorów i zobaczyli stado czarnych dziur. Całe setki ich były.
- Już wiemy gdzie leży problem! – Wrzasnęli chórem. – To czarne dziury pochłaniają energię. 
- Zatrzymajmy się i zacznijmy je łatać. – Rzucili propozycję Uczeni.
- To nie załatwi problemu. – Odpowiedzieli Mędrcy i Filozofowie. – Musimy odkryć przyczynę powstania tak wielkiej ilości czarnych dziur. Naprawianie skutków to tylko półśrodki. W ten sposób będziemy mogli powiedzieć, że operacja się udała, ale nie wiemy dlaczego pacjent umarł. Lećmy dalej.
I polecieli. Kapitan dwoił się i troił, czworzył i pięciorzył, żeby nie wpaść do którejś z dziur. A było ich ciągle więcej i więcej. Pot wiadrami ściekał z kapitana.
Ciężko powiedzieć jak długo trwało jego zmaganie ze sterami. Wszyscy tak zafascynowani byli pracą tego tytana żeglugi kosmicznej, że nikt nie spojrzał na zegarek. Aż tu nagle, w jednej chwili, czarne dziury się skończyły i statek znowu znalazł się w otwartej przestrzeni. Podniosły się gromkie okrzyki radości. Wszyscy wiwatowali na cześć kapitana.
- Zobaczcie! – Krzyknął koś. – Tam przed nami jest Coś.
- Tak, - potwierdził inny ktoś – on ma rację. Tak rzeczywiście jest Coś.
- Nie jest to czarna dziura i nie jest to galaktyka. Nie jest to gwiazda i nie jest to planeta.
- Więc co to może być? – Jak zwykle Cholera Wie Kto zadał to pytanie.
- Polećmy tam i obejrzyjmy to Coś z bliska. – Zdecydował kapitan statku.
Tak też się stało. Lecieli, a to Coś przybliżało się i w rosło oczach. W końcu jasnym się stało, że tym Czymś jest maszyna. Tylko kto i po co ją tam postawił? Zaproponowano, żeby oblecieć maszynę do koła i z góry na dół.
Z drugiej strony wielka rura była, z której wystawała w połowie ukończona albo jak kto woli, w połowie nie ukończona czarna dziura.
- I odkryliśmy naszą przyczynę. – Powiedzieli Uczeni. – Ktoś postawił tu tę maszynę, żeby produkowała czarne dziury.
- Nie zgadzamy się z tym, - krzyknęli Mędrcy – zbyt szybko wyciągamy wnioski. Wszystko musimy przemyśleć. Możliwe jest, że ta maszyny miała tworzyć galaktyki, a nie czarne dziury. Możliwe, że się zepsuła tylko i po naprawieniu wszystko wróci do normy. Nie możemy z góry zakładać czyichś złych intencji.
- Jeśli to jest maszyna, - zaczął Cholera Wie Kto – a wszystko wskazuje na to, że jest, to powinna mieć wyłącznik. Znajdźmy go wiec i wyłączmy maszynę, czas ucieka.
Na tym dyskusja się zakończyła. Nakazano kapitanowi zatrzymać statek. Kapitan wyłączył silniki i rozpoczęło się hamowanie. Nie trwało długo i statek się zatrzymał. Zwołano wszystkich znajdujących się na statku ludzi, informując ich, że właśnie oto dolecieli do celu podróży i teraz trzeba zabrać się do pracy.
- Do dzieła. – Zakończyło się przemówienie Najmądrzejszego z Mądrych.
Otwarły się wszystkie włazy i wylał się z nich strumień ludzi. Nie mogli się nadziwić wielkości maszyny. Każdy z nich wyglądał przy niej, jak mrówka przy ich rakiecie. Po chwilowym szoku, jaki każdy z członków wyprawy przeżył, i po oswojeniu się z widokiem urządzenia, zaczęły się poszukiwania. Nic to jednak nie dało. Maszyna była pokryta grubą warstwą oleju i kurzu. Wyłącznik musiał znajdować się gdzieś pod całym tym brudem.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać i już łapano ścierki, wiadra, miotły i łopaty, i entuzjastycznie zabrano się za porządki. Praca była ciężka i monotonna, bo urządzenie strasznie się zapuściło. Ściągnięto z niego grubą, stu metrową warstwę brudu, kiedy ktoś krzyknął:
- Mam! Znalazłem coś!
Wszyscy porzucili miejsca swojej pracy i przybiegli, żeby zobaczyć, co też tam znaleziono. A tym czymś było “I”. Czyżby wyłącznik? Szarpano, ciągnięto, przekręcano i wciskano, nic nie skutkowało.
- To nie jest wyłącznik. – Zawyrokowali Uczeni.
Więc co? Należałoby zapytać i tak też zrobiono.
- Trudno z jednego “I” stwierdzić, co też to może być i do czego służy. Może jest to litera, a może szczebel drabiny. Kopmy dalej.
Już po chwili ukazało się “A”, potem “D”, “T”. Jasnym więc było, że są to litery, a do tego kształtem przypominające te ludzkie, łacińskie, znane wszystkim. Po cichu zaczęto spekulować o tym, że jest to twór wykonany ludzką ręką. Nikt jednak nie odważył się tego na głos powiedzieć.
Do wcześniej odkrytych znaków dołączyły kolejne. Były to: “ם”, “י”, “E”, “ה”, “M”, “ו”. A dwa odkryte jako ostanie: “ל” i “א”. W tym momencie powstał pełny napis, a wyglądał on tak: “םיהולא MADE IT”.
Druga część napisu nie pozostawiała wątpliwości. Jednak, co znaczy pierwsza jego część? Zarządzono więc przerwę w pracy i wszyscy udali się na naradę.
- Co o tym myślicie koledzy? – Zapytali Mędrcy.
- Nie ulega wątpliwości, że jest to zaszyfrowana nazwa wykonawcy. - Odpowiedzieli Uczeni. 
- Trzeba dowiedzieć się w jakim to jest języku. – Podsunęli Filozofowie. – Czy jest ktoś, kto to wie?
- Ja wiem. – Cholera Wie Kto to powiedział. – To po hebrajsku znaczy Bóg.
- Jak to Bóg? – Wykrzyknęli przerażeni Uczeni. – Boga przecież nie ma.
- Jak widzicie jest. Podpisał się pod wykonaniem tej maszyny.
- To nie możliwe. Z naszych wyliczeń wynika, że Boga nie ma. – Obstawali przy swoim Uczeni. – Ta maszyna jest na to dowodem. To nie Bóg zbudował maszynę, ale człowiek.
- Teraz to my nie rozumiemy. – Wrzasnęli Mędrcy. – Jest maszyna i jest napis. Napis mówi, że maszynę zbudował Bóg, a wy mówicie, że to człowiek ją tu postawił? Wytłumaczcie to.
- To bardzo proste. – Uśmiechnęli się Naukowcy. – Mędrcy twierdzą, że Bóg jest nieomylny. A tu oto, przed nami, stoi maszyna, maszyna popsuta. Z tego wniosek, że Bóg jest niedoskonały, bo stworzył niedoskonałe dzieło, ale przecież Bóg nie może tworzyć niedoskonałości bo jest nieomylny, a więc On jej nie stworzył, bo po prostu nie istnieje.
- Wasze twierdzenie jeszcze nie świadczy o nieegzystencji Boga.
- Bóg musi być doskonały, co z definicji znaczy słowo Bóg. 
- Ale... – Zaczęli Mędrcy.
- Zamknijcie się wszyscy i słuchajcie! – Krzyknął Cholera Wie Kto. – Ktokolwiek stworzył maszynę wiedział co robi, stworzył on bowiem urządzenie perfekcyjne.
- Zaraz, chwila.....
- Nie przerywajcie tylko słuchajcie, co mam do powiedzenia. Ta maszyna to dzwon. 
- Dzwon? Jaki dzwon, co to za bzdury?
- Od dawna już wiemy, - kontynuował Cholera Wie Kto, nie zważając na kpiny – że cały wszechświat wydaje dźwięki, im większe ciało niebieskie, tym dźwięk jest donośniejszy. Ta maszyna buduje w tym momencie coś, co my nazywamy czarnymi dziurami, a w rzeczywistości jest sercem dzwonu. Kiedy dzwon zostanie ukończony, jego dźwięk sprowadzi tu Tego, kto ją zbudował.
- Jest to największa bzdura, jaką kiedykolwiek słyszeliśmy. – Ryknęli śmiechem Uczeni. – Maszyna, budująca wszechświat, który nie jest wszechświatem, tylko dzwonem, który ma sprowadzić tu swojego Twórcę. Po co?
- Już niedługo będziemy się mogli o tym przekonać.
Cholera Wie Kto kończył mówić, kiedy na zewnątrz statku coś zgrzytnęło, świsnęło, a potem dupnęło i nastała cisza. Maszyna stanęła. Na te dźwięki wszyscy zgromadzeni pobiegli zobaczyć, co się stało.
Przed maszyną stał Chłopek Roztropek i trzymał młotek w ręce. Nikt go nie znał i nikt nie wiedział, co taki ktoś może tam robić. A nasz Chłopek Roztropek był złotą rączką. Takim kimś, któremu wydawało się, że wszystko wie lepiej, i że wszystko może naprawić. Nie powinien on wcale brać udziału w tej wyprawie, ale przez zwykłą ludzką pomyłkę przy wpisywaniu nazwisk do komputera, jego nazwisko znalazło się na liście startowej. Nazywał się on bowiem Antoni Obdartus, był bezrobotnym i ucieszył się, że został zaproszony na ten lot, i tak nie miał przecież co robić. Natomiast profesor Antoni Obfartus został w domu.
Nasz Obdartus, kiedy wszyscy poszli się naradzać, pomyślał sobie, że i tak nie zrozumie, co ci mądrale będą gadać, więc zostanie jeszcze przy maszynie i poszuka wyłącznika. Tak sobie grzebał i walił młotkiem, aż walną w pierwszy literę słowa “םיהולא”, cały znak odpadł i pognał gdzieś w przestrzeń kosmiczną. Coś zgrzytnęło, świsnęło i dupnęło, potem maszyna stanęła. Pozostały tylko dwa słowa “... MADE IT”.
Uczeni, Mędrcy i Filozofowie nie wiedzieli co mają robić. Bić Antoniego, czy nosić go na rękach. Cieszyć się, że maszyna została wyłączona, czy tego żałować. Wszyscy czekali jednak, co też się stanie.
Czekali i czekali, a potem znowu czekali, ale nic się nie stało. Ktoś wyciągnął miernik i zmierzono energię. Wskazówka pokazywała, że we wszechświecie został jeden jej procent. Czekano więc dalej. Upływały lata, ale ciągle nic się nie działo, a miernik stale pokazywał jeden procent. Energii nie ubywało, ale i nie przybywało. To chyba dobrze no nie? Pytali jedni drugich. A może lepiej by było, kiedy by dzwon został ukończony? Spekulowali inni. Ktoś zaproponował, żeby jednak spróbować naprawić maszynę, a potem znowu uruchomić, ale większość postanowiła, że lepiej jednak zostawić wszystko tak, jak jest.
W końcu spakowano sprzęt i ruszono w drogę powrotną. Niestety, nie wszystkie oczekiwania spełniają się i nie wszystkie pytania mają tylko jedną odpowiedź.

Koniec

Wiedeń – Bratysława 24.11.2002

 
T.R.Weich [trweich@centrum.cz]

|strona 31|