|
Dla mojego Aniołka,
Który motywuje mnie do pracy!
Noc pierwsza:
W księżyca blasku
1
W długim szeregu domów jednorodzinnych stała jedna budowla wyróżniająca się na tle innych. Nie imponowała rozmiarami ani nowoczesnym wyglądem czy oryginalną fasadą. Wręcz przeciwnie, prezentowała się skromnie i szaro w porównaniu do pozostałych budynków.
Od strony ulicy, tuż za płotem, znajdował się ogródek. Jeszcze do niedawna porastały go wspaniałe kwiaty takie, jak róże i tulipany – skrzętnie pielęgnowane tworzyły nietypowe kształty zachwycające przechodniów. Obecnie z dawnego przepychu nie pozostało nic. Miejsce pięknych roślin pozajmowały duże chwasty, jeszcze większe pokrzywy i zdecydowanie za wysoka trawa. W takim otoczeniu kwiaty nie miały szansy na przetrwanie, więc zwiędły pozostawiając po sobie tylko wspomnienie. Najwidoczniej domownicy zatracili ochotę na zabawę w ogrodników pozwalając rozrastać się naturze zgodnie z jej prawami, co razem z wyglądem elewacji – liczne pęknięcia i zwisające ze ścian fragmenty tynku – prezentowało się tragicznie.
Niedaleko zaniedbanego domu stał biały sklep. Można było w nim dostać codziennie rano świeże pieczywo, mleko, nabiał oraz artykuły biurowe – w większości kupowane przez dzieci ze szkoły po drugiej stronie ulicy. Droga – przy której stały domy, sklep i podstawówka – była przedzielona w dwóch miejscach żółto-czarnymi pasami ogranicznika, redukującymi prędkość samochodów do dwudziestu kilometrów na godzinę.
Żółty budynek szkoły, z płaskim dachem i przylegającym doń zbyt małą salą gimnastyczną, wyraźnie odcinał się na tle falującego lasu. Tuż za płotem, odgradzającym teren żółtej budowli od ulicy, stał plastikowy kosz na butelki po napojach gazowanych – pojemnik stanowił jedną z niewielu rozrywek miejscowej młodzieży. Zabawa polegała na conocnym przewracaniu go tak, aby wysypać ze środka wszystkie butelki, robiąc przy tym jak najwięcej hałasu, by później uciec przeskakując przez płot i skryć się w lasku za tylną częścią ogrodzenia.
Jeszcze do niedawna szkoła była wyposażona w dwa tego rodzaju kosze, lecz niekończąca się inwencja okolicznej młodzieży spowodowała, że z drugiego pojemnika pozostał tylko dymiący spód. Zabawa ta od dawna nikogo nie bawiła, dostarczała za to dodatkowej pracy osobą porządkującym teren podstawówki.
Aby dotrzeć na podwórko zaniedbanego domu należało skręcić zaraz za białym sklepem – mając po lewej stronie szkołę, a za plecami jeden z ograniczników – w wąską, posypaną drobnymi kamyczkami ścieżkę; jej niewielka szerokość z trudem pozwalał się zmieścić samochodowi osobowemu. W miejscu, gdzie kończyły się kamyczki i zaczynała trawa, trzeba było ponownie skręcić w lewo, aby po chwili przejść przez pordzewiałą bramkę. Tuż za nią czekała popękana, betonowa ścieżka prowadząca do zrujnowanej werandy i brązowych drzwi, z których farba odchodziła płatami.
Tak samo, jak w ogrodzie od strony drogi, rośliny otaczające ścieżkę do drzwi były nieprzyzwoicie wysokie, a wśród nich walały się liczne opakowania po chipsach oraz rozmokłe niedopałki papierosów. Werandę kiedyś pokryto zieloną farbą – odpadała ona w takim samym stopniu jak ta na drzwiach. Wejście do domu, nawet w blasku gwiazd, wyglądało na brudne niczym małe dziecko po całodniowej zabawie, pozostawiając w pamięci niezatarte wrażenie niechlujstwa. Wewnątrz domu – jak i na dworze – panował mrok.
2
Każda rodzina ma swoje sekrety – tajemnice, których nikomu nie zdradza chowając je przed otaczającym ją światem w domowych murach. Niektóre z tych sekretów mogą być przerażające, śmieszne, czy tragiczne. Jeszcze inne to po prostu nic nieznaczące pamiątki przeszłości. Jednak tak naprawdę nie ważne jakie są, liczy się tylko to, że czynią nasze życie pełniejszym i bardziej urozmaiconym.
Wspomnienia pomagają nam niekiedy przetrwać kolejne dni niekończącej się udręki. Ułatwiają utrzymać dobry humor – jeśli dotyczą czegoś wesołego – albo po prostu stanowią jedyną pozostałość po ukochanych osobach, które umarły, bądź z niewiadomych przyczyn odeszły. Lecz często bywa tak, że to właśnie pamiątki z przeszłości powodują ból, wzmagają nasze cierpienie czyniąc nasze życie trudnym, czasami wręcz ciężkim do wytrzymania.
Staramy się wtedy za wszelką cenę wymazać je z pamięci, zapomnieć o tym, co nas gnębi i swoją obecnością nie daje spokoju. Niestety zazwyczaj jest to niemożliwe, a nawet nierealne. Jak na złość wówczas ból staje się jeszcze bardziej dotkliwy, a powodujące smutek obrazy stale powracają – prawie nieustannie przypominając nam o swojej obecności.
Życie człowieka, dręczonego przez demony własnych wspomnień, zmienia się w dziwną egzystencje, której celem jest ucieczka. Unikamy kontaktu z innymi ludźmi, ponieważ boimy się, że nowo zawarte znajomości doprowadzą do kolejnej tragedii, a jej cień w naszym umyśle tylko spotęguje poczucie pustki, zamykając na zawsze wrota do krainy – choć chwilowego – szczęścia.
Wszystkie tego typu myśli wypełniały kolejne dni życia dwójki ludzi mieszkających w zniszczonym budynku. Przez dręczące ich wspomnienia nie byli wstanie prowadzić normalnego życia. Przeszłość zawisła nad nimi niczym złowieszcza burzowa chmura, z której bez przerwy pada deszcz; ciskane przez nią pioruny docierały na ziemie tylko po to, aby wstrząsać całym ich światem.
Każdy dzień był dla nich niczym niekończąca się udręka, tak jakby od świtu do zmierzchu musieli targać własny krzyż, na własną – o wiele bardziej złowieszczą – golgotę. Widmo przeszłości rzucało na nich swój cień zasłaniając wszystko co szczęśliwe i piękne w życiu. Przez tragedię zatracili chęć dbania o dom i podwórko dookoła, nie mieli ochoty na spotkania z innymi ludźmi – chyba, że było to konieczne. Wychodzili na zewnątrz tylko po codzienne zakupy, do pracy czy do szkoły.
Aby uciec od przeszłości robili wszystko, co choć na chwilę pomagało im zapomnieć. Najczęściej ukojenie przynosiły książki oraz muzyka; rzadko się zdarzało, że była to telewizja, ponieważ w niej pojawiało się za dużo bólu, a kreowany przez nią świat za bardzo przypominał rzeczywistość. Innym sposobem na to, aby zapomnieć był sen.
Potrafili spędzać całe dnie na leżeniu w łóżku. Błogie opary snu przynosiły chwilowe ukojenie i niemal wszystkie witali z niemą satysfakcją, która na nowo (choć na krótko) rozpalała ich obolałe serca. Tylko wówczas odzyskiwali dawną chęć życia – dlatego mogli czekać wiele godzin nawet na małą drzemkę.
3
Teraz panowała noc i po pomieszczeniach zaniedbanego domu niosło się tylko kilka dźwięków. Jednym z nich było tykanie zawieszonego w kuchni zegara ściennego, a drugim miarowe odgłosy oddychania dwóch osób.
Najbardziej donośny, przerywany od czasu do czasu ciężkim chrapaniem, dochodził z dużego pokoju, który przylegał bezpośrednio do kuchni. Spał w nim dwudziesto dwu letni mężczyzna. Jego porośnięta przydługimi blond włosami głowa wystawała częściowo za zasłony, jaką stanowiła puchowa kołdra w śmieszne wzorki z roześmianymi misiami.
Fragment odkrytej twarzy nosił na sobie sporadyczne blizny po młodzieńczym trądziku, które najgęściej pokrywały pucołowate policzki śpiącego. Miał krzaczaste, połączone ze sobą brwi, a jego nos wydawał się niewiele mniejszy od dorodnego ziemniaka – iluzji dopełniały liczne pokrywające go piegi. Reszta ciała poniżej nosa skrywała kołdra. Jednak bez zaglądania pod nią można było określić rozmiary mężczyzny, wystarczyło spojrzeć na kształt w jaki układało się nakrycie.
Według takiego osądu śpiący człowiek musiał być ogromy. Jego ciało ciągnęło się prawie przez całą długość łóżka; gdyby urósł o trzy centymetry większy, to zapewne nogi częściowo wisiałby mu w powietrzu. Oprócz tego, że mierzył zapewne ze dwa metry, to wszerz także prezentował się dosyć okazale. Pod kołdrą rysował się sporych rozmiarów biceps prawej ręki oraz ogromne udo i łydka. Brzuch też odcinał się dosyć wyraźnie – sądząc po jego rozmiarach i kształtach pod nakryciem prężyły się doskonale wyćwiczone mięśnie.
Szum oddechu śpiącego przestał być miarowy i zastąpił go już na stałe dźwięk chrapania. Mężczyzna zaczął się wiercić na posłaniu, które skrzypiało od naporu jego ciężkiego ciała. Po krótkiej chwili schował głowę pod poduszkę – powleczoną podobną poszewką jak kołdra –przyjmując pozycję embrionalną. Odgłos chrapania trochę osłabł i teraz brzmiał jak stłumione pokasływanie gruźlika.
Pokój, w którym spał, był największy w całym domu. W świetle latarni – ich światło wpadało do wewnątrz przez niezasłonięte okna nad łóżkiem – błyszczał ekran telewizora ustawionego przy przeciwległej ścianie. Prostopadle do telewizora stał duży segment; składał się z dwóch szaf, barku, kilku szuflad i szafek na ubrania. Reszty przestrzeni nie zapełniono i gdzieniegdzie widniały nagie ściany. Ostatnim meblem w pokoju była wisząca nad łóżkiem półka na książki – ich obwoluty jaśniały najwyraźniej w półmroku pomieszczenia.
Podążając za drugim dźwiękiem oddychania dotrzemy do pokoju także przylegającego do kuchni. Lecz, żeby do niego wejść należy skręcić w prawo zaraz po przejściu przez wejście do domu. Przechodzi się wtedy obok łazienki i na wprost natrafimy na niewielkich rozmiarów drzwi.
W środku pokoju, jaki i w pozostałej części domu, panował mrok. Tylko przez pojedyncze okno wpadały spore ilości światła księżycowego, które umożliwiało pobieżne przyjrzenie się jego wnętrzu.
Był prawie o połowę mniejszy od pomieszczenia zajmowanego przez mężczyznę i panował w nim znacznie większy bałagan. Cała podłoga wydawała się zasłonięta przez sterty ciuchów, które z niewiadomych przyczyn powypadały z szafek, lub ktoś specjalnie je stamtąd powyrzucał. Ubrania tak szczelnie zakrywały wszystko, że w żadnym miejscu nie błyszczała goła powierzchnia paneli. Drzwiczki szafek na odzież wisiały upiornie – niektóre ktoś zostawił otwarte i sterczały złowieszczo czekając na chętnego, który uderzyłby w nie głową.
Wszystkie pootwierane szafki były częścią dużego segmentu stojącego na wprost wejścia do pokoju. Zaraz po lewej stronie stało biurko – jego powierzchnia lśniła w blasku księżycowego światła, a na blacie majaczyły stojaki na płyty i sterta porozrzucanych zeszytów albo książek. Zaraz przy wejściu stało łóżko. Obecnie było rozłożone i to właśnie tuż przy nim odgłos oddychania stawał się najbardziej słyszalny.
Pod błękitną pościelą (pozbawioną jakichkolwiek wzorków) leżała siedemnastoletnia dziewczyna. Ciało miała znacznie drobniejsze od mężczyzny śpiącego w innym pokoju. Jej nogą nie groziło wystawanie poza obręb łóżka, a nawet brakowało im do tego jakieś dwadzieścia centymetrów. Zarys ciała pod kołdrą mógł sugerować delikatne kształty i odpowiednie krągłości dla dziewczyny w jej wieku. Leżała na plecach i głowę miała wygodnie ułożoną na poduszczę, a otwarte oczy wbijała w ciemny sufit próbując za wszelką cenę dojrzeć w nim coś interesującego.
W blasku księżyca jej twarz wyglądała na smutną, lecz piękną – może nawet cierpienie dodawało dziewczynie odrobinę uroku. Sporą część czoła zasłaniały czarne włosy; niektóre opadały niżej dotykając nosa i policzków łaskocząc przy tym. Zarys podbródka był subtelny, tak samo jak usta, które zachwycały jędrnością oraz nosek imponujący drobnym kształtem. Całość wieńczyły głębokie oczy o piwnym kolorze.
Każdy fragment twarzy zachęcał tylko do tego, żeby ją dotknąć i przekonać się czy rzeczywiście jest taka delikatna. Pozostawała tylko obawa, czy pod wpływem dotyku jej postać nie rozwieje się – znikając później niczym mara, o której przyjściu śni każdy mężczyzna.
Zamknęła na chwilę oczy utwierdzając się w przekonaniu, że dzisiejszej nocy już nie zaśnie. Od dobrych trzech godzin starała się usnąć, lecz za każdym razem, gdy jej powieki opadały, a sen wydawał się bardzo blisko, słyszała w swojej głowie przeraźliwe krzyki i skrobanie do okna. Otwierała wtedy momentalnie oczy, lecz jedyne co była wstanie dojrzeć to ścianę szopy sąsiada oraz oblegającą ją plątaninę cieni.
Do dzisiejszej nocy problemy ze snem wiązały się tylko z tragedią, która odcisnęła na niej swoje piętno. Bezsenność pojawiała się wtedy, gdy umysł podsuwał jej bolesne wspomnienia oraz towarzyszące im obrazy. Fala nacierającej przeszłości zawsze pozbawiała ją spokoju ducha, spychała inne myśli daleko w cień, a sama dziewczyna miała wówczas ochotę zniknąć, albo zapaść się pod ziemie i nigdy ponownie nie wyjść na powierzchnię.
Niestety im mocniej starała się zwalczyć uporczywe myśli, tym bardziej sen nie chciał nadejść, a samopoczucie zmieniało się na jeszcze gorsze powodując łzy. Podobnie było teraz, jednak tym razem zastanawiała się czy słyszany przez nią krzyk jest prawdziwy, czy też stanowi wytwór jej wyobraźni bądź rodzącego się obłędu.
Po uniesieniu powiek nie utkwiła wzroku w suficie, lecz w regałach wypełnionych książkami, których obwoluty błyszczały tak samo wyraźnie jak te w pokoju mężczyzny, ale było ich zdecydowanie więcej – półki, na których stały, stanowiły element segmentu przy ścianie.
Błądziła spojrzeniem po okładkach. W blasku księżyca niemożna było dostrzec tytułów i nazwisk autorów, lecz ona i tak wiedział gdzie co stoi. W pokoju miała bałagan, ale wśród książek zawsze panował ład, ponieważ jej serce wypełniał szacunek do pracy pisarza. Poza tym uważała je za coś najbardziej dla siebie wartościowego – za swój skarb, który potrafił choć na kilka chwil przynieść ukojenie.
Spojrzała w miejsce, gdzie stała jej ulubiona książka. Gdyby zapaliła światło, lub świeciłoby słońce, możnaby ujrzeć jak bardzo obwoluta jest pogięta i momentami postrzępiona. Nie jest to spowodowane niechlujstwem, ale częstym czytaniem oraz ciągłą chęcią powrotu akurat do tej opowieści. W świetle słońca, bądź lampy, byłoby widać tytuł i nazwisko autora, które wydrukowane ozdobną czcionką spoglądają na czytelnika zachęcająco: JOHN IRVING, REGULAMIN TŁOCZNI WIN.
Dziewczyna zamknęła oczy. Jej myśli pofrunęły w kierunku książki, którą czytała kilkanaście razy. Wspominała urok historii o pewnej sierocie – o jego miłości i życiowych wyborach prowadzących do zaskakującego finału. Miała sentyment do tej opowieści nie tylko dlatego, że w pełni ukazywała potęgę wyobraźni i nieustannie zaskakiwała czytelnika czymś nowym, lecz przede wszystkim dlatego, iż była jedną z niewielu pamiątek po zmarłej matce – Regulamin tłoczni win to ostatni prezent od niej.
Na skraju jawy i snu dziewczyna przypomniała sobie słowa dedykacji, które matka wypsiała starannie na pierwszej stronie: Dla Ani – mojej ukochanej córeczki w nagrodę za uśmiech i szczęście jakie wnosi w życie całej rodziny. Dziękuję Ci! Mama. Te kilkanaście słów czytała setki, jeśli nie tysiące razy i nawet wpadając w ramiona snu jej umysł potrafił bez problemu je powtórzyć, wywołując krótkotrwały uśmiech na twarzy.
Już prawie całkiem zapadła w sen, gdy ciszę pokoju przerwał krzyk, a w chwilę później drapanie w szybę. Uniosła powieki i bez zastanowienia spojrzała w prawo – w kierunku jedynego okna.
Akurat w tym momencie księżyc skrył się za chmurami i wnętrze pokoju, jak i przestrzeń za oknem, utonęły w gęstym mroku. Jej przyzwyczajone do ciemności oczy widziały niewyraźny zarys szopy sąsiada i nic poza tym. Nic co mogłoby krzyczeć w taki sposób ani tym bardziej zastukać w szybę okna. Wspomnienie kobiecego wrzasku, który wyrwał ją z upragnionego snu, przypomniało coś bolesnego, coś o czym pragnęłaby zapomnieć, a jednak tkwi w jej świadomości. Myśl pojawiła się na chwilę, poczym zniknęła pozostawiając po sobie ulotne wrażenie dejavu.
Odwracała wzrok, kiedy kątem oka zauważyła jakieś poruszenie tuż za oknem. Uniosła głowę na łokciu i jeszcze raz próbowała wypatrzyć konkretny kształt, który mógłby wydać z siebie krzyk. Blade promienie księżycowego światła przedarły się na chwilę przez warstwę cienkich chmur i Ania tuż przy szybie dostrzegła twarz małej dziewczynki.
Obłoki ponownie zakrył księżyc, ale drobna postać za oknem nadal była widoczna. Jej trupio-białe oblicze wydawało się tylko czekać na to, żeby ktoś ją dostrzegł, aby ktokolwiek zobaczył jak stoi na dworze i podbiegł do niej ofiarując pomoc.
Zanim dziewczyna wstała z łóżka postać na dworze wyciągnęła przed siebie prawą rękę i zastukała w okno. Pukanie było ciche, lecz namacalne. Przypominało Ani upiorne skrobanie gałęzi drzew w horrorach.
Prawie automatycznie wstała z łóżka, zrobiła kilka kroków w kierunku futryny i odsłoniła firanę (dobraną tak, że pozwalała domowinką na bez problemowe spoglądanie przez nią, ale za to z drugiej strony nikt nie mógł zajrzeć do środka). W chwili, kiedy spojrzała w prawy róg okna – gdzie zauważyła twarz dziewczynki – okazało się, że postać zniknęła.
Księżyc na dobre wynurzył się zza chmur potwierdzając tylko obawy Ani. Na zewnątrz nie było nic. Dziewczynka nie pozostawiła najmniejszego śladu po swojej obecności. Za oknem – po lewej stronie – widniała tylna ściana szopy sąsiada, na wprost majaczyły drzwi od komórki na narzędzia, która kiedyś należała do jej ojca; wylana betonem powierzchnia między ścianą domu, a komórką była pusta.
W głowie dziewczyny wrzało od przypływu adrenaliny oraz uporczywych pytań. Zastanawiała się czy twarz za oknem jest tylko wytworem jej wyobraźni, czy też istnieje naprawdę. Myśląc o tym wszystkim położyła się z powrotem na łóżku i owijając swoje ciało kołdrą zamknęła oczy.
Czekała na ponowne – nawet najdelikatniejsze! – stuknięcie, bądź na kolejny krzyk. Nieświadomie pragnęła tego, ponieważ tylko wtedy zyskałaby pewność, że nie zwariowała, iż nadal zachowała choć resztę zdrowia psychicznego.
Mijały minuty, ale nic się nie wydarzyło. Ani wydawało się tylko, że temperatura w pokoju spadła. Czuła, że twarz drętwieje jej z zimna.
Myśli uspokoiły się trochę i dziewczyna zaczynała powoli oswajać się z tym, czego doświadczyła. Oddychała powoli, czując jak serce także zwalnia swój bieg. Zrobiła głęboki wdech i wydech, poczym otworzyła oczy, aby dostrzec, że z jej ust wydobywa się biała para.
Strach powrócił praktycznie w jednej chwili paraliżując ciało Ani. Była to obawa nie o siebie, lecz o resztki swojej normalności. Wraz z lękiem powróciły pytania o to, czy wydarzenia dzisiejszego wieczora były realne.
- Jest tu ktoś? – spytała. – Jeśli tak niech natychmiast się odezwie!
Odwróciła wzrok w kierunku biurka szukając jakiś zmian, ale nie dostrzegła nic. Kierowała spojrzenie w stronę segmentu, kiedy usłyszała pisk dochodzący spod okna – przypominał odgłos ześlizgującej się po tablicy kredy.
Spojrzała na szybę akurat w chwili, gdy firanka poderwała się do tańca, poruszana podmuchami wiatru, których dziewczyna nie czuła. Cała powierzchnia okna była oszroniona, a w prawym rogu, podświetlane z drugiej strony przez promienie księżyca, widniały napisane palcem trzy, zakończone wykrzyknikiem słowa:

Ania zerwała się z łóżka i złapała za firankę – każdy jej krok rozrzucał na boki leżące na podłodze ciuchy. Spojrzała na napis. W momencie, w którym przyglądała mu się ponownie usłyszała dziecięcy krzyk – był tak donośny, że brzmieniem przypominał wrzask dorosłej kobiety. Później do jej uszu dotarł cichy szept odczytujący wyrazy na szybie:
Uważaj na niego!
Nie zdążyła nawet pomyśleć na kogo ma uważać, kiedy zaczęła krzyczeć i w amoku opadła na podłogę. Uderzenie zamortyzowały ciuchy, lecz głowa i tak ją zabolała. Zaraz po tym w pokoju ponownie rozległ się szept, tym razem jeszcze cichszy:
Uciekaj stąd!
Wrzasnęła ponownie. Przez jej krzyk dało się słyszeć pukanie w okno, które po kilku sekundach zmieniło się w upiorne drapanie. Dziewczyna miała już dosyć, chciała za wszelką cenę być gdzie indziej. Jednak umysł nie pozwolił jej na ucieczkę i otulił myśli grubą warstwą mroku. Zamknęła ponownie powieki osuwając się w ramiona nieświadomości. Mdlejąc słyszała stukanie w szybę.
4
Ciepłe promienie słońca padały na jej piękną twarz, a dochodzące zza okna ćwierkanie ptaków powodowało pobudkę.
Otworzyła zaspane powieki i wydarzenia minionego wieczora natarły na nią z siłą nadjeżdżającego pociągu. Wstała z podłogi, szybkim ruchem ręki odsunęła firanę i schylając się w prawy róg okna chuchnęła przeciągle w tamtą stronę. Chciała przekonać się, czy napis rzeczywiście tam był, czy tylko go sobie wyobraziła. To, co ukazało się jej oczom rozwiało obawy o zbliżającym się obłędzie. Na szybie widniała pozostałość po napisie:

Znowu krzyczała, lecz tym razem ze strachu przed osobą, albo duchem, który odwiedził ją wczoraj. Wypełnione lękiem myśli Ani krążyły dookoła nocnego gościa, zastanawiając się przed kim ją ostrzega.
Do pokoju dziewczyny wpadł jej dwudziesto dwu letni brat.
- Co się stało? – spytał.
Nie usłyszał odpowiedzi, a widząc, że jest w szoku podszedł do niej próbując ją uspokoić. Od ponad roku byli skazaniu tylko na siebie i nieraz ukajał rozpacz Ani. Tym razem robił to jednak z niechęcią. Miał już dosyć jej wymysłów.
Spojrzał na szybę i dostrzegł resztki znikającego napisu. Nie mógł rozszyfrować co to, ale jego serce wypełniło się obawą. Bał się o to, że ktoś wie. Po chwili odrzucił tak absurdalną myśl i przytulił do siebie siostrę próbując uciszyć jej wrzaski.
Stali tak razem wtuleni w siebie. On brzydki, wysoki i z wyglądu mało zaradny oraz ona, w porównaniu do niego drobna, ale piękna. Ania uspakajała się ku radości brata. W ciągu kilku minut krzyki zamieniły się w łkanie, któremu towarzyszył ptasi śpiew witający kolejny słoneczny poranek.
W blasku dnia:
Rodzinne sekrety (I)
1
Gdy się uspokoiła odsunęła się od brata i usiadła na łóżku. Naciągnęła aż za kolana białą koszulę, w której zazwyczaj spała, zasłaniając gładkie uda. Spojrzała jeszcze raz na szybę, ale reszta napisu zniknęła. Odwróciła wzrok i spojrzała na mężczyznę stojącego tuż obok.
Jak zawsze stwarzał wrażenie pewnego siebie oraz nie bardzo przerażonego paniką siostry. Spoglądał na nią tymi swoimi niebieskimi oczami i czekał, aż pierwsza się odezwie. Ona tymczasem zastanawiała się czy powiedzieć mu prawdę. Bała się, że nie uwierzy, a co gorsza wyśmieje jej obawy. Wiedziała, że był do tego zdolny. Już nie raz udowodnił, że nie należy do osób, które ufają w takie historię. Zajrzała mu w oczy, próbując wyczytać z nich jakiekolwiek myśli, ale jak zawsze pozostawały nieprzeniknione.
- Dziękuję, że pomogłeś mi się uspokoić – powiedziała.
- Nie ma za co. Przecież wiesz, że od tego tutaj jestem – przerwał na chwilę. – Dlaczego krzyczałaś? Stało się coś konkretnego? – spytał.
- Po wstaniu przypomniałam sobie koszmar, który przyśnił mi się w nocy – skłamała. – Wydawał mi się taki prawdziwy i… po prostu zaczęłam krzyczeć, żeby odreagować.
- Jesteś pewna, że dlatego? Po tym, jak wszedłem to twojego pokoju nie wyglądałaś na kogoś przerażonego zwykłym koszmarem. Jeszcze ten płacz później… To na pewno przez sen?
- Tak, na pewno – odpowiedziała.
- No dobra, skora tak uważasz. Ale teraz już wszystko w porządku?
- Tak – ucięła i ponownie spojrzała na niego.
Dopiero teraz dotarło do niej, że zaspała do szkoły. Przypomniał jej o tym strój brata. Mężczyzna był ubrany w dobrze skrojony garnitur, który doskonale ukrywał jego muskulaturę. Na nogach miał czarne półbuty. Właśnie wychodził do pracy, kiedy zaczęłam krzyczeć – pomyślała.
- Jeśli wszystko w porządku to ja lecę. Zaraz mam autobus, a i tak znowu jestem spóźniony. Szef się wścieknie. Ty też się lepiej pośpiesz, bo z tego, co wiem, to od godziny powinnaś być w szkole – skończył i odwrócił się na pięcie w kierunku drzwi.
Zawahała się przez chwilę, poczym odezwała się ponownie.
- Filip, zaczekaj – przerwała czekając na to, żeby spojrzał na nią. Przystanął bokiem i słuchał. – Zaczęłam krzyczeć nie tylko ze względu na sen. Wydawało mi się, że widziałam kogoś za oknem.
Zanim odpowiedział minęło kilkadziesiąt sekund i już zaczynała się martwić, że odwróci się pozostawiając tę sprawę bez komentarza. Serce szalało jej w piersi, a myśli huczały wyczekując. W końcu na twarz Filipa wykwitł uśmiech, a on sam odparł:
- To pewnie znowu sąsiad podkrada nam cegły spod okna. Zastanawia mnie czemu nie przyjdzie i nie spyta, czy może je sobie zabrać – urwał i parsknął śmiechem.
Śmiali się obydwoje. On z tego, co powiedział, a ona, żeby odreagować stres i zachować pozory normalności. Już dawno nie słyszała żartu w wykonaniu Filipa, a tym bardziej jego śmiechu. Ta scena przypomniała jej dawne czasy. Aż do dzisiaj nie wiedziała, jak bardzo tęskniła za takimi chwilami. Przestała się śmiać, ale na ustach nadal pozostał jej cień uśmiechu.
- Jeśli nie chcesz spóźnić się na ten autobus, to musisz już wyjść, braciszku – rzekła.
- Masz racje. Do zobaczenia popołudniu, siostrzyczko – powiedział, a później zniknął w półmroku kuchni.
Po chwili usłyszała jak wychodzi z domu. Zamykając drzwi wyjściowe nadal się śmiał. Gdy wychodził z pokoju dziewczyna widziała w jego oczach iskierkę szczęścia. Sama pogrążyła się w nadziei, że może kiedyś wszystko wróci do normalności. Pragnęła tego i ten poranny żart złagodził trochę wspomnienie minionej nocy.
Leżąc myślała o dziewczynce, którą widziała przez okno. Nie przypominała Ani nikogo znanego, ale coś w jej wyrazie twarzy i krzyku wydawało się znajome. Myśl była ulotna i zaraz schowała się do skorupy świadomości, ale pozostawiła po sobie trudny do zatarcia ślad.
Dziewczyna, po krótkiej walce z sobą, wstała z łóżka i pośród rozrzuconych ciuchów zaczęła szukać czegoś, w co mogłaby się ubrać. Czekał ją kolejny dzień w szkole średniej. Do domu wróci około godziny szesnastej, a brat przyjedzie z banku dopiero przed dziewiętnastą. Będzie miała trochę czasu na to, aby poszperać trochę po domu. Może znajdzie coś, co naprowadzi ją na trop nocnego gościa.
2
W ciągu półgodziny zdążyła się umyć, zjeść śniadanie i była gotowa do wyjścia. Założyła prawie pusty plecak. Później nałożyła buty i ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych. W balasku dnia wyglądała jeszcze lepiej. Założyła na siebie jasnozieloną sukienkę w kwiatki, kończącą się nad kolanami. Jej nogi były idealnie gładkie, zaznaczone brązem wiosennej opalenizny. Włosy rozpuściła i swobodnie opadały poniżej ramion. Skryte pod sukienką ciało zwróci uwagę niejednego męskiego przechodnia, a jej twarz zafascynuje każdego bez wyjątku.
Spojrzała na zegarek ścienny, który wskazywał 9:46. Zbeształa się w myślach za niepotrzebne ociąganie. Wybiegła z domu zamykając pośpiesznie drzwi i chowając klucz do kieszeni plecaka. Mało brakowało, a wypadłby jej z ręki. Tak bardzo śpieszyła się na autobus, że nie usłyszała szeptu podążającego za nią z mroków pustego domu:
Uciekaj…proszę!
Głucha na błagalny głos pobiegła w stronę przystanku. Podczas drogi zapomni o widzianej w nocy twarzy i zajmie się pośpiesznym przeglądaniem zeszytów oraz odrabianiem zadań domowych jeśli zaistnieje taka potrzeba. Kolejny dzień ucznia zaczynał pochłaniać ją oraz resztę jadącej do szkoły młodzieży.
3
Jeszcze tylko dwie minuty – odliczała w myślach. Za sto dwadzieścia sekund na korytarzu rozlegnie się dzwonek kończący ostatnią lekcje dnia i tego tygodnia – wtedy pozostali w szkole uczniowie wybiegną z klas, aby jak najszybciej dotrzeć do domu. Ania, jak i reszta jej klasy, wierciła się na krześle, spoglądając nerwowo na zegarek ścienny. Tylko koleżanka z ławki wydawała się w miarę spokojna i z opanowaniem czekała na początek weekendu.
Podstarzały nauczyciel zamknął dziennik, odsunął się od biurka i wstał. Popatrzył od niechcenia na całą klasę i uśmiechnął się. Dwadzieścia trzy osoby (dziewięciu chłopaków i czternaście dziewczyn) zamarły w oczekiwaniu.
- Pamiętajcie o rozprawce na poniedziałek. Minimum trzy strony A4 z wypisanymi źródłami na końcu. Życzę wszystkim owocnego weekendu. Możecie wychodzić – gdy skończył mówić na korytarzu rozległ się dzwonek.
Uczniowie zaczęli opuszczać klasę, a każdy z nich mruczał w kierunku nauczyciela: Do widzenia. Na ich twarzach malował się uśmiechy, a myśli wszystkich krążyły już dookoła planów na najbliższe dwa dni wolnego. Obecnie nikt nie przejmował się pracą domową, a jej cień zawiśnie nad nimi dopiero w niedzielę wieczorem.
Ania jak zawsze wychodziła ostatnia. Nigdy się nie śpieszyła, ponieważ tak naprawdę nie miała do czego wracać. Właśnie przechodziła przez drzwi prowadzące na korytarz, chcąc opuścić zielonobiałą salę od języka polskiego, kiedy usłyszała za sobą głos polonisty:
- …poczekaj chwilę, chciałbym z tobą porozmawiać.
Odwróciła się i ponownie weszła do jasno oświetlonej sali. Jej oczy nie zdradzał żadnych emocji, a ruchy wyrażały lekkie zniecierpliwienie. Nauczyciel stał przy biurku i spoglądał na nią – zastanawiał się.
- Usiądź – zaczął. – Chce z tobą porozmawiać na temat twojej pracy. Nie wiem, jak na to zareagujesz i wolałbym, żebyś usiadła.
Dziewczyna posłusznie zajęła miejsce w drugiej ławce środkowego rzędu. Zrobiła to nie ze względu na obawę o swoją reakcje, lecz dla świętego spokoju i satysfakcji humanisty. Nauczyciel nie usiadł, ale pochylił się trochę nad biurkiem, wspierając ciało opartymi o nie dłońmi.
- Już na początku roku szkolnego zauważyłem, że na tle klasy wyróżniasz się jeśli chodzi mój przedmiot – mówił. – Oczywiście miałaś gorsze i lepsze dni, ale nie zmienia to faktu, że jesteś jedyną osobą, z którą spokojnie mogę rozmawiać na lekcjach. Ostatnio…
- Dziękuje… – wtrąciła Ania.
- Pozwól mi skończyć – skarcił ją. Dziewczyna zarumieniła się i pozwolił mu kontynuować. – Ostatnio przyniosłaś mi swojej opowiadanie. Zaskoczyło mnie to trochę, bo muszę przyznać, nie podejrzewałem cię, że piszesz.
Zasępił się na kilka sekund, poczym dodał.
- Gdybyś przyniosła mi wiersze nie byłbym tak zaskoczony. Poezja jest obecnie dosyć popularna, choć może nie tak dobra, jak kiedyś. Hip- Hop trochę to wszystko wypacza, choć są wyjątki.
Dzięki tej muzyce młodzież sama zaczyna tworzyć i to na pewno jest jej wielki plus. Dlatego moje zdziwienie byłoby mniejsze. Ale jeśli chodzi o prozę, to osób w twoim wieku, które się tym interesują jest nie wiele, a przynajmniej w większości nie okazują tego.
Nauczyciel przerwał. Sięgnął po szklankę z wodą stojącą na biurku i napił się. Ania przyglądała się wszystkiemu z fascynacją, czekając na dalszy ciąg rozmowy.
- Zdziwiłem się, ale nie powiem, że było to uczucie nieprzyjemne – rozpoczął ponownie. – Zawsze lubiłem, gdy moi uczniowie próbowali tworzyć coś samodzielnie. Przeczytałem twoje opowiadanie jeszcze tego samego dnia. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Historia o małej dziewczynce porzuconej przez rodziców bardzo mi się spodobała. Szczególnie jej ewolucja jako postaci. Finał także mile mnie zaskoczył. Zanim przejdę dalej, chciałbym się ciebie spytać, czy jesteś gotowa na odrobinę krytyki?
Zdziwiło ją to pytanie. Jej zdaniem każdy, kto pisze oddaje swoje prace do przeczytania właśnie dlatego, żeby oprócz pochwał usłyszeć także odrobinę krytyki. Bez niej pisarz się nie rozwija. Popada w dziwne samouwielbienie i przestaje pracować nad swoim stylem, ponieważ nie dostrzega błędów – tym bardziej, jeśli czytelnicy nie umieją mu ich wskazać. Każda krytyczna opinia prędzej, czy później wychodzi na dobre – dzięki temu autor eliminuje swoje literackie słabości.
- Właśnie przede wszystkim dlatego oddałam panu do przeczytania moją prace. Bardzo chciałam dowiedzieć się, co inni będą o niej myśleć. Na pewno pańska krytyka mi nie zaszkodzi, a nawet wyjdzie na dobre – odparła.
Polonista spojrzał na nią i uśmiechając się ciągnął dalej swoją wypowiedź.
- Do fabuły nie mam żadnych zastrzeżeń, ale jak dla mnie używasz zbyt wiele przymiotników, przez co zdania stają się niepotrzebnie za długie. Druga sprawa to objętość całego tekstu – twoje opowiadanie jest trochę za obszerne.
- Osobiście zawsze lubiłam długie historię i pewnie dlatego sama takie piszę. Jeśli chodzi o nadmiar przymiotników to postaram się to zmienić, albo choć trochę ograniczyć ich ilość. W nowym…
- Jeszcze jedna sprawa – przerwał jej. Ania przestał mówić i słuchała uważnie z narastającą niecierpliwością. – Martwi mnie treść twojego opowiadania. Momentami wydawało mi się, że jest ono głosem zagubionej dziewczynki, która woła o pomoc. Wiem, że jest ci ciężko z powodu tragedii rodzinnej, ale pamiętaj o tym, że izolacja od rówieśników nie ukoi twojego bólu. Wręcz przeciwnie, tylko wszystko pogorszy.
Dziewczyna wyprostowała się i z nieufnością spojrzała na nauczyciela. Oddając mu opowiadanie do przeczytania nie podejrzewała, że odniesie tę historię do niej. Sama nigdy się nad tym nie zastanawiała. Nie wiedziała, że pisząc aż tak bardzo zdradzi się ze swoimi lękami i cierpieniem. Dopiero teraz do niej dotarło, jak wielki wpływ ma na nią to wszystko, co wydarzyło się ponad rok temu. Skrzywiła się na samo wspomnienie.
- W sumie to wszystko, co miałem do powiedzenia. Nie przestawaj pisać i pamiętaj, że całkowicie uciekając od ludzi w świat fikcji tylko pogorszysz swoje samopoczucie. Spróbuj wyciągnąć rękę do ludzi, a znajdzie się ktoś, kto ci pomoże.
Odsunął się od biurka i odwracając się w kierunku tablicy dodał:
- Z niecierpliwością czekam na twoją kolejną pracę. Teraz zmykaj, bo pewnie śpieszysz się do domu i nie chcesz już znosić ględzenia podstarzałego polonisty.
- Do widzenia, dziękuje za wszystko – powiedziała Ania wstając z ławki.
Nauczyciel nie odpowiedział i zajął się pisaniem czegoś na tablicy. Z niewiadomych dla niej powodów nie chciał patrzeć jak wychodzi. Z niemal dwudziestominutowym opóźnieniem wyszła na opustoszały korytarz pierwszego piętra i udała się w kierunku schodów, a później na dół do drzwi wyjściowych. W kącikach jej oczu błyszczały łzy żalu i radości, a na ustach majaczył cień niedawnego uśmiechu.
4
Podróż autobusem mijała jej wyjątkowo spokojnie. Nikt się nie dosiadł i nie próbował z nią rozmawiać, co przyjęła z miłym zaskoczeniem – odkąd jeździ do szkoły zawsze ktoś przynajmniej próbował, ale dzisiaj żaden odważny się nie znalazł.
Podczas drogi powrotnej myślała o niedawnej rozmowie z nauczycielem. Była rozdarta między zadowoleniem, a smutkiem. Z jednej strony cieszyła się, że poloniście spodobało się jej opowiadanie, a z drugiej strony bolało ją to, że w swojej pracy za bardzo obnażyła swoje uczucia – czego podczas pisania w ogóle nie dostrzegła.
Do tej pory nie postrzegała pisania jako ucieczkę – po prostu było. Chociaż zawsze podczas tworzenia czuła się nieobecna, a wszelkie powracające wspomnienia uciekały; wyparowały na jakiś czas. Dzięki nauczycielowi zrozumiała, że tak naprawdę chciała odciąć się od prawdziwego świata. Pragnęła schować się przed przeszłością, teraźniejszością, a tym bardziej przed przyszłością, której widmo powodowało w niej największe przerażenie.
Bała się tego, że nigdy nie zrzuci z siebie jarzma smutku, a jej przyszłość będzie jednostajnym bytem, którego podstawowym celem stanie się unikanie doczesności i innych ludzi. Teraz przeraziło ją to, że smutek oraz chęć ucieczki widać nawet w jej pracach; do tej pory uważała, że umiejętnie unikała przelewania własnych odczuć na kartki papieru – widocznie myliła się. Jako młoda osoba nie podejrzewała, że dzięki temu opowiadania będą bardziej wartościowe – bo tylko wtedy słowa pochodzą nie z umysłu, lecz z serca.
Drgnęła zaskoczona. Coś zimnego smagało ją po plecach, powodując niechciane drżenie i gęsią skórkę. W pierwszym momencie odniosła wrażenie, że są to czyjeś palce – zimne niczym styczniowy lód. Zanim odwróciła się, żeby sprawdzić kto to, poczuła jak do ucha ktoś przystawił jej jeszcze zimniejsze usta i szepnął:
Nie wracaj…do domu! Uważaj na niego!
Zdrętwiała ze strachu, ale zdobyła się na odwagę, aby się odwrócić. Siedziała plecami do kierunku jazdy i źródłem zimna okazało się otwarte okno. Za nią nie było nikogo oprócz kierowcy na samym przedzie. Dzisiejszego dnia ludzie pozajmowali miejsca z tyłu autobusu i to tam panował gwar rozmów i pojedynczych chichotów. Zastanowiło ją to w jaki sposób okno się otworzyło. Przecież wcześniej było zamknięte? Może podczas hamowania się uchyliło? – pomyślała.
Uspokoiła się i spojrzała przez okno. Widziała dobrze znane jej budynki, które od dzieciństwa mijała spacerując po osiedlu. Na następnym przystanku wysiądzie i spokojnym krokiem uda się do domu, gdzie czeka ją tylko dobrze znany chłód czterech ścian. Mając w pamięci wszystkie wydarzenia minionych kilkunastu godzin czuła się dziwnie. Coś wisiało w powietrzu – jakieś nieprzyjemne zdarzenie.
Autobus zatrzymał się na jej przystanku, a ona wstała i wysiadła. Ruszyła do domu, gdzie czeka ją walka z przeznaczeniem. Życie Ani przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny zmieni się prawdziwy koszmar, a wszystko przez wspomnienia – przez demony, które tak bardzo chciałaby pokonać.
5
Dotarła do drzwi wejściowych domu i jak zawsze zaczęła szukać kluczy. Nie wiedziała dlaczego, ale ciągle zapominała gdzie je włożyła. Duża kieszeń plecaka – nie, tam są książki i zeszyty! Przednia kieszeń – też nie! Znajomy chłód metalu wyczuła dopiero w jednej z mniejszych kieszeni bocznych. Włożyła głębiej dłoń i wyciągnęła grzechoczący breloczek w kształcie miniaturowego niedźwiedzia z pękiem trzech kluczy.
Wybrała ten najbardziej pozdzierany – niegdyś w kolorze srebra – i otworzyła nim drzwi. Zatęchły zapach niewietrzonego domu uderzył do jej nozdrzy i skrzywiła się. Trzeba otworzyć okna i posprzątać; nie chce mi się – pomyślała. Miała jednak świadomość tego, że brat wróci jeszcze bardziej zmęczony i ucieszy się, gdy zobaczy, że zrobiła porządek – chociaż prowizoryczny.
Zrezygnowana ściągnęła buty i weszła do kuchni. Spojrzała na zegarek, który wskazywał 16:28. Po krótkim przystanku ruszyła do swojego pokoju. Rzuciła plecak w kąt i przeleciała wzrokiem po wnętrzu. Stwierdziła, że chyba żadna z dziewczyn w jej wieku nie ma takiego bałaganu. Uśmiechnęła się na myśl, że w pewnym sensie jest wyjątkowa. Wiedziała, że trzeba to zmienić i zacznie to robić od dzisiaj. Nie przebierając się zaczęła sprzątać.
Czas mijał jej szybko i kompletnie zapomniała o duchu, który ją odwiedził. Wkładając ciuchy do szafki nie zastanawiała się nad tym, na kogo ma uważać i dlaczego nie powinna wracać do domu. Ani nawet przez myśl nie przeszło, że własny brat mógłby zrobić jej krzywdę – nie wiedziała, jak bardzo się myli.
Nie była w stanie zajrzeć do jego wnętrza. Spoglądając w oczy brata widziała tylko niemożliwą do przebicia błękitną ścianę. Od zawsze był dla niej zagadką, a od śmierci rodziców stał się jeszcze bardziej posępny i nieodgadniony, a czasami kompletnie nieprzewidywalny. Momentami wydawał się radosny, aby po krótkiej chwili zmienić się w kogoś smutnego, a co gorsza złego na cały świat i każdego człowieka – nawet na nią.
Martwiło ją jego zachowanie, tym bardziej, że nigdy nie rozmawiał z nią o swoich uczuciach. Ani razu nie powiedział jej o tym, co go trapi, co powoduję, że wpada w wielogodzinne zadumy, podczas których był kompletnie nieobecny – podczas tworzenia Ania nie zdawała się aż tak odległa. Jego ciało wyglądało wtedy na takie kruche (pomimo swojego ogromu), że prawie niematerialne. Od śmierci rodziców zmienił się – niestety nie zauważyła jak głęboko te zmiany sięgają.
Powkładała wszystkie ciuchy do szafki, po odkurzała i przeniosła się do pokoju brata. U niego panował większy ład, dzięki czemu nie miała tak dużo roboty jak u siebie. Później zajęła się kuchnią. Po umyciu naczyń i zamieceniu podłogi stwierdziła, że na dzisiaj wystarczy. Pozostały pokój na dole i ostatni u góry posprząta jutro.
Ocierając pot z czoła wzięła się za zrobienie sobie jakiegoś jedzenia. Chleb miał dwa dni, ale był zjadliwy. Wzięła ukroiła trzy kromki, które po chwili zamieniła na kanapki z serem i pomidorem. Po dziesięciu minutach nie było po nich śladu, a Ania udała się do swojego pokoju, żeby napisać parę stron nowego opowiadania.
6
Pierwszy raz podczas pisania czuła się dziwnie, jakby nie była sobą. Napisanie każdego słowa – tak jak zawsze – nie sprawiało jej trudności. Krótkie i długie wyrazy składały się na zdania, zdania na akapity, a akapity na strony. Z każdym kwadransem kolejna biała kartka zapełniała się i dziewczyna odkładała ją na bok. Czas gnał do przodu na złamania karku, ale ona tego nie czuła. Zbliżała się dziewiętnasta, a Ania nadal siedziała za biurkiem pisząc. Miała poszukać w domu śladów nocnego gościa, albo czegoś, co naprowadziłoby ją na jego trop, lecz pochłonięta przez własną wyobraźnie kompletnie o tym zapomniała.
Nieobecna myślami praktycznie nie poczuła jak w pomieszczeniu zrobiło się zimniej. Nie zauważyła, że przy każdym oddechu z ust wydobywają się białe obłoki, a skóra na odsłoniętych ramionach prawie całkiem się zmarszczyła. Pomimo słonecznego dnia światło także zrobiło się mroczniejsze, a cienie dłuższe. Z twórczego amoku wyrwał ją dopiero cichy jęk dochodzący z innego pokoju.
Poruszyła się nerwowo na krześle i oderwała wzrok od do połowy zapisanej kartki. Co to do cholery było? – pomyślała. Przez chwilę patrzyła tępo w ścianę, aby po krótkim wahaniu obejrzeć się za siebie.
Firanka tańczyła w takt nie wyczuwalnych podmuchów wiatru, falując i unosząc się na wszystkie strony. Ogarnięta strachem wstała i niepewnym krokiem podeszła do okna. Było zamknięte. Wyciągnęła prawą rękę przed siebie i pochwyciła za niespokojny materiał. Praktycznie w jednym momencie firana przestała się poruszać, ale za to w pokoju temperatura spadła o kolejne kilka stopni.
W innym pomieszczeniu po raz kolejny rozległ się jęk, tym razem bardziej błagalny – prawie przerażony. Ania podskoczyła i jak oparzona odeszła od okna. Musiała wyjść do kuchni, ale bała się, że mogłaby zobaczyć tam coś złowrogiego; coś nie z tego świata. Jej umysł wypełniały obawy, a rozbudowana wyobraźnia podsuwała najróżniejsze wytłumaczenia.
Co jeśli czeka tam bestia i zaraz po moim wejściu wyskoczy, żeby mnie zabić? – pytała samą siebie. Na samą myśl o potworze – jego pokrytym szczeciną ciele i pozbawionych wyrazu oczu, które błyszczą niczym nieoszlifowane diamenty w blasku jesiennego księżyca – zaczęła dygotać.
Stanęła przed drzwiami do kuchni i szarpnięciem ręki otworzyła je. Musiała to zrobić szybko, bo inaczej mogłaby stracić resztki odwagi, które i tak były wystarczająco przytłumione przez strach. Gdy stanęła na progu dotarło do niej jak zimno dookoła się zrobiło.
Podążając za białą chmurką swojego oddechu weszła do kuchni. Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu i niegdzie nie czaił się żaden potwór gotowy do skoku, aby jednym pociągnięciem szpon zakończyć jej życie. Tylko cienie wydawał się trochę za długie jak na tę porę dnia. Przecież w kuchni zawsze wcześniej robiło ciemniej, ponieważ nie ma w niej okien, idiotko – skarciła się.
Tym stwierdzeniem dodała sobie trochę otuchy i jej dotychczas niespokojne serce uspokoiło się. Stawiając powoli stopy na posadzce poruszała się w kierunku pokoju brata. Gdy była obok kuchenki usłyszała ponownie, jak ktoś – najprawdopodobniej dziewczynka – krzyczy z przerażenia. Skuliła się w sobie, ale nadal kierowała się do kolejnego pomieszczenia. Serce podchodziło jej do gardła, a oddech stał się zbyt płytki i chrapliwy.
Ponownie przystanęła, tym razem przed drzwiami pokoju brata. Musiała stoczyć kolejną walkę ze sobą, lecz na szczęście o wiele krótszą. Zatrzymując powietrze w płucach oraz dygocząc z zimna i strachu weszła do pokoju.
W pierwszej chwili oniemiała. Stanęła jak wryta i tępo spoglądała przed siebie. To, co działo się wewnątrz przeszło jej najśmielsze oczekiwania, nawet bestia o ostrych zębach i szponach wydawała się przy tym zjawiskiem bardziej realistycznym.
Obydwa okna były szeroko otwarte, a firany podrywane przez wiatr, którego dziewczyna nie czuła, tańczyły ze sobą coś co wyglądało na parodię walca. Łóżko do niedawna zasłane teraz przypominało pobojowisko, albo miejsce całonocnej orgii. Pierzyna pozwijana leżała w nogach, a poduszki z porozrywanymi poszewkami tworzyły niski stos na środku posłania. Prześcieradło znalazło się w górnym prawym rogu przyciągając wzrok swoim szkarłatnym kolorem.
Książki pospadały z regału nad łóżkiem i walały się wszędzie dookoła. Wiatr kartkował ich strony. Ania dostrzegła, że na każdej widnieje mały odcisk dłoni o barwie krwi. Wszystkie szafki segmentu ktoś pootwierał i powyrzucał ubrania na podłogę, które teraz walały się chaotycznie. Telewizor leżał przewrócony, a z jego wnętrza dochodziło złowieszcze trzaskanie. W powietrzu dawało się wyczuć zapach spalenizny.
Dziewczyna, przerażona ogromem zniszczeń, zrobiła nieśmiały krok do przodu nadal oglądając wszystko z niedowierzaniem. Niewyczuwalny wiatr nadal poruszał kartkami książek i firankami. Ani zdawało się, że całemu zamieszaniu towarzyszy nieprzerwany szept, który co kilka sekund osiągał swoją kulminację zmieniając się w krzyk przerażenia. Sama również wrzasnęła:
- Kto tu jest?! Wyjdź natychmiast i pokaż się!
Jednak oczom Ani nic się nie ukazało. Za to szept zmienił się w bardziej donośny dźwięk, tak, że mogła usłyszeć, co ktoś do niej mówi:
Uciekaj stąd uciekaj stąd uciekaj stąd uciekaj stąd UCIEKAJ STĄD UCIEKAJ STĄD!!!
Po raz kolejny na końcu zmienił się w przeraźliwy krzyk. Dziewczyna wzdrygnęła się. Wołanie było tak głośne, że aż zakręciło się jej w głowie.
Patrzyła na to wszystko z rosnącym niedowierzaniem. Spoglądała raz na łóżko, raz na rozrzucone książki, albo na rozbity telewizor. Dopiero po prawie trzydziestu sekundach dojrzała, że na środku pokoju leży coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na zeszyt A4 w twardej oprawie. Za chwilę skojarzyła, że tak naprawdę jest to ich rodzinny album ze zdjęciami. Wiatr nie kartkował jego stron. Leżał spokojnie, czekając na to, żeby go ktoś znalazł.
Nie zważając na bałagan wokoło oraz dotkliwy chłód podbiegła do album i uniosła go z podłogi. Gdy to zrobiła wszystko w pokoju ucichło. Nikt nie szeptał, ani nie krzyczał, a wiatr przestał podrywać do tańca firany i kartki książek. Zapanowała cisza, jakby wszystko czekało na to, co za chwilę ma się wydarzyć.
Z rosnącym podnieceniem otworzyła album i przyjrzała się stronie tytułowej: Pamiątki i chwile warte zapamiętania rodziny Mazowieckich. Pod spodem znajdowało się zdjęcie całej czwórki. Zrobili je przed dwoma laty będąc w Zakopanym. Rodzice uśmiechnięci na drugim planie obejmowali stojące z przodu dzieci. Z tylu majaczył skalisty szczyt Giewontu ze spoglądającym w dół krzyżem.
W kąciku oczu Ani pojawiły się łzy i wspomnienia uderzyły w nią z ogromną siłą. Przyglądała się zdjęciu z rosnącą tęsknotom, kiedy kartki albumu same zaczęły się przewracać. Ruch nie był nagły, ale spokojny – tak, że mogła patrzeć na powklejane zdjęcia.
Widziała siebie w najróżniejszych momentach. Pierwszy dzień w szkole, wakacje, ferie zimowe, czy wspólne święta. Na wielu fotografiach towarzyszył jaj brat, albo rodzice. W końcu kartki przestały się przewracać i zatrzymały się na przedostatniej stronie. Było tam tylko jedno, monochromatyczne zdjęcie.
Na środku fotografii stała pięcioletnia dziewczynka, a z tyłu za nią widok zasłaniała ceglana ściana. To nie jestem ja – pomyślała Ania. Przyjrzała się twarzy dziecka i od razu znalazła podobieństwo. Ten wyraz twarzy, te wielkie oczy i niepowtarzalne usta. To moja matka! – chciała krzyknąć. Jednocześnie skojarzyła, że to właśnie tę postać widziała w nocy i to ona próbuje ją ostrzec. Ale dlaczego i przed kim?
Pojedynczy podmuch wytrącił jej album z rąk, a do uszu Ani po raz kolejny dotarł krzyk. Był tak głośny, że wszystko dookoła zdawało się trzeszczeć od jego naporu. Bębenki dziewczyny wyprężyły się do granic wytrzymałości, aby usłyszeć dwa wstrząsające słowa:
…przed Filipem!
Nie zdążyła odwrócić się w stronę, z której dochodził głos, ponieważ na przestrzeni kilkunastu godzin jej umysł po raz drugi skapitulował i dziewczyna osunęła się na podłogę, obok zamkniętego albumu. Lecz teraz nie wpadła w mroczne chmury nieświadomości, ale w wir wspomnień. Mające miejsce ponad rok temu wydarzenie ponownie zagościło w głowie dziewczyny, powracając niczym koszmar, z którego każdy budzi się z wrzaskiem na ustach.
Na twarzy dziewczyny tańczyły promienie słońca, a temperatura w pokoju wróciła do normy. Gdzieś we wnętrzu domu dało się słyszeć dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Ktoś wszedł do domu w momencie, gdy Ania przeżywała swoją tragedię na nowo.
W objęciach snu:
Rodzinny dramat
1
Dzień był wyjątkowo brzydki i od samego rana wszyscy mieli przeczucie, że coś się stanie. Wystarczyło spojrzeć przez okno, aby przekonać się, że nawet pogoda zwiastuje nadejście jakiegoś kataklizmu. Cała czwórka siedziała w domu dziwnie podenerwowana i tylko wyczekiwała na to, co się wydarzy. Lecz nie wiedzieli, że zbliżająca się katastrofa będzie dotyczyć ich bezpośrednio, a jej widmo odmieni na zawsze życie Anny i Filipa.
Pierwszy marcowy deszcz zmienił się w ulewę, której towarzyszyły podmuchy wiatru dochodzące do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Wyglądając przez okno można było zobaczyć tylko kołyszące się drzewa oraz strugi grubego deszczu zalewającego tę część świata. Wszyscy ludzie pochowali się w domach i czekali na pierwsze w tym roku promienie wiosennego słońca.
Rodzina Mazowieckich także nie maiła zamiaru opuszczać swojego domu. Każdy zajmował się czymś, co choć na krótko pozwalało zapomnieć o dziwnym przygnębieniu związanym z brzydką pogodą.
Rodzice (Barbara i Robert) siedzieli i oglądali telewizor, z którego dźwięki niosły się po całym domu. Filip leżał i czytał, a Anna pisała. Pozamykani we własnych pokojach nie rozmawiali ze sobą. Gdyby tylko wiedzieli, że za niecałą godzinę ich życie ulegnie zmianie, to na pewno staraliby się wykorzystać ten czas znacznie lepiej. Ale przecież taka wiedza nie jest dana nam ludziom i później cień tych ostatnich, spędzonych razem chwil zawsze nas prześladuje. To świadomość tego, że te końcowe momenty mogliśmy wykorzystać inaczej najbardziej boli i wraca do nas podczas długich godzin bezsennej nocy.
2
Anna kończyła pisać swoje nowe opowiadanie, kiedy usłyszała, że na podwórko wjeżdża samochód. Odłożyła długopis na bok i wstała, żeby z ciekawości zobaczyć kto przyjechał. Odeszła od biurka zostawiając nieskończone opowiadanie, w którym nigdy później nie napisała ostatniego zdania i nie postawiła ostatniej kropki podsumowującej tym samym wiele godzin spędzonych przy tej historii.
Wyszła do kuchni czekając na dzwonek do drzwi. Zastanawiała się kto postanowił ich odwiedzić w tak brzydka pogodę, a ta niewiedza coraz bardziej jej przeszkadzała. Mijały minuty, ale nikt nie zadzwonił. Miała powrócić do pisania, kiedy zamiast dzwonka rozległo się głośne pukanie.
- Jest tam kto? Otwórzcie szybko, bo zaraz wiatr mnie porwie – rozległo się wołanie zza drzwi.
Głos wydawał się jej znajomy, ale jakoś nie potrafiła przypasować go do konkretnej osoby. Kto to może być? – pomyślała i wyszła na korytarz, żeby otworzyć niecierpliwemu przybyszowi. W tym samym czasie do kuchni wpadł Filip, chcąc zobaczyć co się dzieje. Stanął na środku pomieszczenia i czekał.
Dziewczyna podeszła do drzwi i odsunęła zamek. Zanim zdążyła pociągnąć klamkę w dół gość zrobił to za nią.
Początkowo nikogo nie widziała. Patrzyła tylko przed siebie na opadające z nieba krople i na kołyszące się drzewa. Dopiero po kilkunastu sekundach zobaczyła mężczyznę, który wyłonił się zza drzwi.
- Witaj Aniu! Wpuścisz mnie? – wykrzyczał jej niemal do ucha.
Kto to jest do cholery? – myślała dziewczyna. Dopiero po przyjrzeniu się twarzy gościa przypomniała sobie skąd go zna.
Był trochę blady i oczy miał mętne, ale to na pewno on. Kolega Filipa, Michał Zawada. Gdyby nie spływający po jego twarzy deszcz zapewne od razu by go rozpoznała. Przecież przez tyle nocy myślała o nim. O jego czarnych, rozmierzwionych włosach. O delikatnych rysach i głębokich, orzechowych oczach, które teraz wydawały się jej dziwnie zamglone, jakby tuż za nimi próbowało się coś ukryć. Jeszcze kilka miesięcy temu podkochiwała się w nim; przez wspomnienie dawnego uczucia odsunęła się na bok i powiedziała uśmiechając się:
- Jasne, wchodź.
- Dzięki, jeszcze chwilę i wiatr by mnie porwał – odpowiedział i wszedł do środka.
Zamknął za sobą drzwi, poczym odwrócił się i zaczął ściągać buty. Dziewczyna przyglądała się każdemu ruchowi Michała, a jej serce podskakiwało w piersi z radości. Mierzyła go iskrzącym spojrzeniem od stóp do głowy.
Nie wiedziała dlaczego, ale kiedyś wydawał się jej niższy. Pamiętała, że jeszcze kilka miesięcy temu był od niej większy tylko o dziesięć centymetrów, a teraz wzrostem dorównywał Filipowi. I te jego oczy, zrobiły się takie dziwne, jakby nieobecne. Gdy się schylił, żeby rozwiązać sznurowadło przy jednym z butów, które niefortunnie zaplątało się w supeł, zauważyła, że przyniósł ze sobą dużą, czarną torbę. Przyglądając się jej kształtom stwierdziła, że jest wyładowane do granic wytrzymałości. Na tle materiału wyraźnie odcinały się kształty czegoś ostrego.
Michał wstał i spojrzał na Anię. Patrzył na nią przez chwilę bez wyrazu, aby na końcu uśmiechnąć się. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
- Słuchaj, Aniu. Nie chcę wam zachlapać podłogi, więc jeśli możesz przynieś mi ręcznik. Byłbym bardzo wdzięczny, bo czuje się tak, jakbym miał zaraz się rozpłynąć. Przez tę cholerną pogodę całkiem przemokłem – odparł.
Zamyśliła się na ułamek sekundy i krzyknęła do brata, który czekał w kuchni:
- Filip, jak możesz to przynieś ręcznik z łazienki! Michał będzie wdzięczny!
- Nie ma sprawy, zaraz przyniosę – usłyszała w odpowiedzi.
Głos Filipa był dziwnie cichy i jakby trochę smutny. Coś tu jest nie tak, przecież przyjechał jego przyjaciel, a on siedzi w kuchni i podsłuchuje, zamiast wyjść i go przywitać – pomyślała.
Michał czekał bez słowa, wpatrując się tylko tępo przed siebie. Czując się coraz dziwniej Ania odwróciła się, chcąc wyjść z korytarza do kuchni.
- Poczekaj tu chwilkę, Filip, zaraz przyniesie… - nie zdążyła dokończyć, ponieważ Michał złapał ją za kark i brutalnie odwrócił.
Jego oczy teraz płonęły dziwnym blaskiem, od którego dziewczyna zdrętwiała ze strachu. Mężczyzna wzmocnił uścisk, a ona próbowała się wyrwać, lecz z każdym szarpnięciem jej opór był słabszy. Czuła się dziwnie, jakby ktoś w jednej sekundzie wyssał z niej całą energie. Robiła się senna. Jej ciało traciło ochotę do walki i kiedy myślała, że na zawsze pochłonie ją ciemność poczuła dotkliwy ból na policzku. Uścisk Michała zelżał, a ona wyrwała mu się, wykorzystując do tego resztkę sił.
Chciała uciec, wołając o pomoc brata, który dziwnie długo nie wracał z ręcznikiem. Ale nie była w stanie. Coś nie pozwalało się jej poruszyć z miejsca. Chwiejąc się na wszystkie strony, z zamglonymi oczami czekała na to, co Michał miał zamiar zrobić.
Zaśmiał się chrapliwie, przystawił usta do jej ucha i szepnął;
- Nie bój się, nic ci nie zrobię. Poczujesz ból, ale tylko troszkę.
Złapał ją w pasie i odwrócił plecami do siebie. Traktował Anie jak szmacianą lalkę, a ona nie próbowała mu się wyrwać. Już nie miała siły. Uczucie zmęczenia powróciło, a świat wirował dookoła. Zdążyła tylko zastanowić się na tym, dlaczego tak jest, kiedy mężczyzna uderzył ją mocno w kark pozbawiając przytomności.
3
Przez kolejne kilka godzin obudziła się na tylko raz na dłużej i te obrazy, które do niej docierały w zupełności wystarczyły, żeby odcisnąć na jej świadomości swoje piętno. Siedziała pod ścianą, nie była związana, ale nie miała energii na ucieczkę, a tym bardziej na walkę. Tylko od czasu do czasu spoglądała półprzytomnymi oczyma dookoła na wydarzenia, których nikt wolałby nie oglądać.
Wewnątrz pokoju panował półmrok i trudno było jej skupić wzrok na czymkolwiek, ale zdążyła się zorientować, że zaniesiono ją do jedynego pomieszczenia na górze. Widziała, że w kącie leży jej brat i nie rusza się. Z uda wystawała mu drewniana rękojeść, czegoś co wyglądało na długi nóż. Spodnie i białą koszulkę miał całkowicie zakrwawioną.
Na dużym stole, kupionym na wypadek imprez rodzinnych, leżeli rodzice. Barbara i Robert nie poruszali się. Michał pozbawił ich ubrań. Z brzuchu Roberta uśmiechała się do Ani podłużna rana. Gdyby przyjrzała się bardziej, zapewne zauważyłaby, że wystają z niej szare jelita i trzustka.
Matka wyglądała tak, jakby zasnęła. Na pierwszy rzut oka nic jej nie było. Dopiero później dziewczyna zobaczyła, że Barbara ma całkowicie rozpłatane gardło. Do oczu Ani napłynęły łzy. Chciała krzyczeć, drzeć się w niebogłosy aż do całkowitego zdarcia krtani, ale nie mogła. Nie była wstanie wyartykułować niczego głośniejszego niż zduszony szept:
- Dlaczego, Boże, dlaczego?!
Cały blat stołu pokrywała krew. Z ciał rodziców wypływało jej tyle, że aż kapała na puszysty dywan zakrywający podłogę. Michała nigdzie nie było w pobliżu, w każdym razie wtedy tak uważała. Jedyne, co dostrzegła więcej w pokoju, to niemal nienaturalną plątaninę cieni przy drzwiach. Odniosła wrażenie, że coś się w nią wpatruje. Gorzej! – że coś dotyka jej myśli, że żywi się jej strachem i smutkiem. Ponownie chciała krzyknąć, ale głowa opadła na dół, a oczy same się zamknęły.
- Śpij słońce, spij – ktoś szepnął.
Głos nie dochodził z żadnego konkretnego miejsca. Wydawało się, że rozległ się tylko w jej głowie. Umysł dziewczyny zaczął pokrywać się cieką mgiełką nieświadomości. Zasnęła, tak jakby dookoła panowała zupełna cisza i spokój – jakby wokoło nie rozgrywał się najgorszy z możliwych koszmarów.
4
Budziła się jeszcze kilka razy, aby po kilkudziesięciu sekundach ponownie zasypiać. Czasami przez sen słyszała dziwnie, nieznane słowa; nawoływania, których same brzmienie powodowało gęsią skórkę. Były momenty, kiedy wiedziała, że coś stoi przy niej. Czuła, że to nie człowiek, a co gorsza miała wrażenie, iż jest to coś znacznie przerażającego niż zwykła bestia. Chciała wtedy otworzyć oczy, spojrzeć na tę istotę i napluć jej w twarz, ale nie mogła – była kompletnie pozbawiona sił.
Sny towarzyszące dziewczynie nie zawierały w sobie żadnych obrazów. Tylko od czasu do czasu powracał smutek i żal. Jakaś część jej świadomości chciała krzyczeć, płakać za utraconą rodziną, ale dopóki się nie obudzi nie będzie mogła tego zrobić.
W końcu, gdy myślała, że już nigdy nie zrzuci z siebie mgiełki nieświadomości, otworzyła oczy, aby zobaczyć jak bestia przybiera postać człowieka, którym był ich przyjaciel Michała Zawada.
Nienaturalna plątanina cieni poruszała się w dziwny sposób. Chwiała się raz na prawą, raz na lewą stronę. Później jej poszczególne fragmenty odrywały się od głównej części znikając tak, jakby nigdy nie istniały. Cała czynność trwała nie dłużej niż minutę, ale dla Ani ciągnęło się to przez całą wieczność.
Gdy cienie znikły jej oczom ukazała się postać Michała. Teraz był jeszcze wyższy – głową dosięgał prawie sufitu. Po jego ciele chodziło mnóstwo much i różnego rodzaju wijących się stworzeń, które zaraz schowały się pod skórę mężczyzny. Z nosa i uszu sączyła się krew – wiły się w niej białe robaki. Dziewczyna odwróciła spojrzenie w bok, gdzie pod ścianą leżał jej nieprzytomny brat.
Płakała kiedy Michał podszedł do niej i szepnął:
- Nie bój się. Ty i Filip będziecie żyć. Teraz odejdę i więcej mnie nie zobaczycie, ale bez wątpienia zapamiętacie dzisiejsze wydarzenie. Zmieni to cała waszą przyszłość, a ja nareszcie stworzę własną historię, tak aby nigdy mnie nie zapomniano.
- Ty sukinsynu! Zabiłeś ich! Zamordowałeś moich rodziców i chcesz, żebym normalnie żyła. Wole śmierć. Wole odejść razem z nimi – wyszlochała.
- Jeszcze nie czas na ciebie. Za niedługo tak, ale nie dzisiaj.
Odszedł od niej i zbliżył się do nieprzytomnego Filipa.
- Otwórz oczy! – rozkazał Michał, a ten niczym maszyna wykonał jego polecenie.
Morderca schylił się i zbliżył usta do ucha rannego. Szeptał do niego. Robił to bardzo cicho, prawie niesłyszalnie. Dopiero pod koniec do Ani dotarło kilka poszczególnych słów: zabijesz, zbawienie i dusza.
Wzdrygnęła się. Przez smutek nie dotarł do niej sens tych słów, a później z biegiem dni zapomni o tym krótkim epizodzie.
Przez łzy widziała jak Michał wstaje, podchodzi do drzwi, podnosi czarną torbę i wychodzi. Był nagi, ale widocznie nie przejmował się tym. Pozostawił ich bez słowa z zakrwawionymi ciałami rodziców.
5
Początkowo po wyjściu Michała Ania nie mogła się podnieść. Lecz z biegiem minut jej ciało odzyskiwało dawną energię. Długo walczyła ze smutkiem, chęcią poddania się. Chciała tylko leżeć, czekać aż ją samą dosięgnie śmierć. Wtedy znalazła cel, który pomógł podźwignąć się jej na nogi. Musiała uratować Filipa, który nadal leżał półprzytomny w kącie.
Wstała. Zanim podbiegła do brata spojrzała na rodziców. Leżeli nadzy na stole. Nie poruszali się. Z ich płuc nie wydobywał się odgłos wdychanego i wydychanego powietrza. Umarli. Zamordowała ich osoba, którą mieli za przyjaciela, a ona sama do niedawna była w nim zakochana. Zaszlochała ponownie i krzyknęła. Tym razem z jej ust nie wydobył się zduszony jęk, tylko czysty wrzask smutku i goryczy, wyrażający ból po stracie ukochanych osób.
- Byli tacy szczęśliwi za życia, nigdy się nie kłócili! Dlaczego, Boże! Dlaczego ich zabrałeś, a mnie zostawiłeś, żebym cierpiała?! Dlaczego, przecież nic złego nie zrobili?
W przypływie smutku podeszła do martwych ciał Roberta i Barbary. Schyliła się i złożyła dwa ostatnie pocałunki na ich zimnych ustach. Łzy rosiły wszystko dookoła. Opadając na dywan, skórę dziewczyny, a nawet na stół, gdzie zmywały niewielki ilości krwi. Wyciągnęła rękę i zamknęła im powieki. Najpierw ojcu, potem matce.
- Kocham was – wyłkała.
Drżąc i szlochając podeszła do leżącego Filipa. Przykucnęła przy nim w kałuży krzepnącej krwi i dotknęła jego szyi. Puls miał słaby, ale miarowy. Chciała spojrzeć w oczy brata, ale miał zamknięte powieki. Zamiast wybiec z domu i wezwać pomoc uderzyła go lekko w twarz.
Drgnął nieznacznie, ale nadal był nieprzytomny, więc uderzyła go jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz, dopóki całkiem nie otworzył oczu i nie spojrzał na nią dziwnie zamglonym wzrokiem. Zdawał się nieobecny, a jego spojrzenie całkowicie nieprzeniknione.
- Oni nie żyją, rozumiesz! – krzyknęła. – To Michał ich zabił!
Opadła bezwładnie na ciało brata szlochając. On nie powiedział nic tylko patrzył na nią bez wyrazu. Wiedział, że przeżyje. Jego przyjaciel mu to powiedział. Będzie żył i dopisze nowy rozdział do historii Michała. Teraz zamknął oczy słuchając szlochu siostry, upajając się przy tym jej smutkiem, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że wszystko zmierza w dobrą stronę.
W mroku nocy i w blasku dnia:
Rodzinne sekrety (II)
1
Obudziła się i prawie w tym samym momencie wstała na równe nogi. Jej umysł był rozkojarzony po bolesnym śnie. Wspomnienie tragedii powróciło bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek wcześniej. Miała ochotę płakać, ponownie opaść na podłogę i nie wstawać z niej dopóki nie poczuje się lepiej. Wiedziała jednak, że nie ma na to czasu, ponieważ koszmar sprzed roku ponownie ją doganiał. Już nie tylko w myślach, ale także w rzeczywistości. Musiała uciekać z domu z obawy przed rodzonym bratem.
Miniony sen przypomniał jej wszystko ze szczegółami. Wrażenie, że coś było nie tak w dzień śmieci rodziców powróciło. Myśl, że własny brat przyłożył do tego rękę wydawała się trudna do zaakceptowania, ale w miarę upływu sekund Ania coraz bardziej się z nią oswajała. Zaczynały do niej docierać szczegóły, na które wcześniej nie zwracała uwagi, albo po prostu nie chciała ich przyjąć do wiadomości.
Pozostawało pytanie, dlaczego Filip to zrobił, przecież to byli także jego rodzice. Niestety nie umiała sobie na nie odpowiedzieć. Martwiło ją to, bo przecież nadal był jej bratem. Zostali sami i powinni opiekować się sobą nawzajem. Ich obowiązkiem nie była wzajemna walka, ale troska.
Przerwała na chwilę rozmyślania i rozejrzała się dookoła. Dopiero wtedy dotarło do niej, że jest już za późno na ucieczkę, iż najprawdopodobniej będzie musiała stawić czoła Filipowi. Uświadomiła to sobie w momencie, gdy zauważyła, że ktoś przeniósł ją z pokoju brata do jedynego pomieszczenia na górze, do którego przez ostatni rok w ogóle nie zaglądała.
Niewiele się tu zmieniło w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Wnętrze było zakurzone, a w oknie wisiała gruba kotara zasłaniająca całkowicie widoki z zewnątrz. Dziewczyna podbiegła do niej i odsunęła ją trochę na bok. Na dworze panował mrok rozjaśniany blaskiem księżyca i ulicznych latarni. Nieba nie zakrywały żadne chmury i w niektórych miejscach można było dostrzec pojedyncze gwiazdy.
Z pokoju widziała dach białego sklepu, fragment ulicy i dach podstawówki.
Odwróciła się od okna próbując ustalić jak długo spała. Dwie, trzy godziny, może nawet dłużej. W każdym razie na dworze zdążyło zrobić się ciemno. Skierowała wzrok w stronę źródła światła. Okazało się, że pokoju nie oświetlała żarówka (w miejscu gdzie powinna być zwisał tylko pęk kabli), a cztery grube świece umieszczone w świecznikach powkręcanych w dwie boczne ściany. Blask żółtawego światła w zupełności wystarczał, żeby widzieć rzeczy boleśnie przypominające tamten marcowy dzień.
Na wprost dziewczyny stał podłużny stół. Ciągle widoczne były na nim liczne plamy zaschniętej krwi, pomimo tego, że przed rokiem – tego była w stu procentach pewna – wszystkie usunęła. W takim razie to nie jest krew rodziców. Ale jeśli nie ich, to czyja?
Na to pytanie także nie otrzymała na razie odpowiedzi.
Kilka kolejnych szczegółów wzbudziło w niej większy niepokój. Na ścianach widniały krwawe odciski dziecięcych dłoni. W wielu miejscach były rozmazane lub wytarte, ale bez problemu dało się rozpoznać kształty palców. Gdzieniegdzie krew tworzyła bliżej nieokreślone wzory, zakrywając powierzchnie ściany, dodając jej w ten sposób upiornego wyglądu.
W blasku świec wszystko przypominało średniowieczne miejsce kaźni. Grozę podkreślały trzy powyginane noże leżące pod stołem – na nich także dostrzegła szkarłatne plamy krwi. Każdy z kolejnych szczegółów wywoływał w niej rosnące przerażenie. Widziała rzeczy absurdalne dla normalnego człowieka, które w wielu przypadkach potrafiłyby wywołać szaleństwo, albo tymczasowe otępienie.
Ania podbiegła do drzwi. Pociągnęła za klamkę w dół i naparła na nie z całej siły.
- Zamknięte na klucz, cholera! – zaklęła.
Próbowała jeszcze kilka razy je otworzyć, ale drzwi nie drgnęły nawet o milimetr. Zrozpaczona odeszła od wyjścia i ponownie przeszła na drugi koniec pokoju, żeby zobaczyć, czy uda się jej wydostać prze okno. Mocnym pociągnięciem rąk zerwała całkowicie kotarę i odrzuciła ją w kąt.
Przez szybę widziała tylko krótki parapet, na który zapewne by się zmieściła, ale nie wiedziała co dalej. Nie pamiętała, czy pod spodem znajdzie coś, na co mogłaby się opuścić. Jak przez mgłę próbowała sobie przypomnieć, ale obraz tej części domu nie chciał pojawić się w jej myślach.
Postanowiła zaryzykować. Przyjrzała się ramą okna i zobaczyła, że Filip usunął klamkę. Cofnęła się i ruszyła do najbliższego świecznika. Zdmuchnęła płomień łapiąc jednocześnie za masywną powłokę o ostrych krańcach. Pociągnęła do siebie.
Stopiony wosk rozlał się dookoła omal jej nie parząc, ale świecznik nawet się nie poruszył. Spróbowała jeszcze raz i nic. Skapitulowała i podbiegła do drugiego. Powtórzyła czynność, ale ten także nie drgnął.
Dysząc zbliżyła się do przedostatniego świecznika, wiszącego na równoległej ścianie. Ponownie zgasiła płomień, lecz tym razem odczekała chwilę na to, żeby wosk zdążył ostygnąć. Nabrała głęboko powietrza i z całej siły pociągnęła. W pierwszym momencie myślała, że znowu się nie uda, ale przy drugim pociągnięciu poczuła, jak śruby lekko wyszły ze ściany. Zachęcona spróbowała po raz trzeci, czwarty i nareszcie przy piątym szarpnięciu świecznik wyskoczył.
Włożyła w to tyle energii, że świeca wypadła ze środka upadając na podłogę. Dziewczyna uniosła świecznik w górę przyglądając mu się pobieżnie w nikłym świetle ostatniej świecy. Był dosyć duży i powinien się nadać do wybicia okna. Spoglądając na trzy krótkie, powyginane śruby odczuła chwilową radość.
Wróciła do okna i z dużą siłą uderzyła świecznikiem w szybę. Pierwszy cios wystarczył do tego, żeby fragmenty szkła wzbiły się w powietrze. Spora ich część wyleciała na dwór, ale kilka – dosyć sporych – wylądowało na zerwanej wcześniej zasłonie. Kilkoma sprawnymi ruchami oczyściła framugę okna z odłamków, aby później pozrzucać je z parapetu. Upadały ponad cztery metry w dół, gdzie znikały w gąszczu trawy.
Wszystkim czynnością towarzyszył nawał dźwięków. Każdy jej ruch powodował nowe źródło hałasu, który niósł się przez zamknięte drzwi dalej w głąb domu.
Wypuściła z ręki świecznik i właśnie wspinała się na parapet, kiedy usłyszała poruszenie na schodach. Ktoś szybko po nich wbiegał i w momencie, gdy dziewczyna jedną nogą znalazła się na dworze, dopadł do drzwi. Kilka sekund trwało zanim Filip trafił kluczem do zamka, ale w końcu mu się udało i stanął w progu patrząc na swoją siostrę.
Dziewczyna przestała wychodzić przez okno, ponieważ wiedziała, że teraz mijałoby się to z celem – i tak zdążyłby ją wciągnąć z powrotem. Odwróciła się od okna. Uważając, żeby nie nadepnąć na odłamek szkła ruszyła w kierunku brata z wyciągniętą do ciosu dłonią.
Filip zdążył zrobić dwa kroki do przodu, kiedy Ania zbliżyła się do niego. Machnęła ręką chcąc go uderzyć, ale mężczyzna zdążył ją pochwycić. Dziewczyna nie czekając na rozwój wydarzeń spróbowała uderzyć lewą ręką, ale ona także zniknęła w wielkiej dłoni Filipa.
Jęknęła i próbowała się wyszarpnąć, ale jego uścisk był zbyt silny. Pomimo oporu przyciągnął Anie bliżej do siebie tak, że prawie stykali się ciałami. Czuła jego śmierdzący alkoholem oddech i coś jeszcze, czego nie mogła zidentyfikować. Ponownie miała wrażenie, że zna ten zapach, ale myśl szybko wyparowała z jej głowy pod wpływem nienawiści do brata.
- Dlaczego to robisz, przecież jesteśmy rodziną?! – krzyknęła.
Filip milczał przez kilka sekund. W między czasie spróbowała ponownie się wyrwać, ale bez skutku. Spojrzała w jego oczy, które przybrały nieprzenikniony wyraz i powtórzyła pytanie, tym razem ciszej:
- Dlaczego to robisz?
- Ponieważ oni nigdy mnie nie kochali – załkał. – Nigdy, rozumiesz?! Wiesz jak to jest, gdy spoglądasz w oczy bliskiej osoby i nie widzisz w nich miłości? Nie, nie wiesz i nie próbuj mi robić wyrzutów! Ty zawsze byłaś ukochaną córeczką, a ja stałem na uboczu i czekałem choć na jeden dzień, w którym poczuje się kochanym.
Słowa Filipa docierały do niej z pewnym opóźnieniem. Próbowała zrozumieć ich sens, a przede wszystkim zrozumieć jego, ale nie mogła. Nie była w stanie pojąć, jak coś takiego w ogóle zagościło w głowie brata.
- Co ty bredzisz! – odparła. – Przecież jesteś ich synem i moim bratem. Jak mogłeś kiedykolwiek pomyśleć, że oni cię nie kochają. To byli nasi rodzice, a ty pozwoliłeś na to, żeby Michał ich zabił. Jesteś tak samo winny, jaki i on!
- Nie, nie jestem twoim bratem i nigdy nie byłem ich prawdziwym synem, w tym sęk – powiedział Filip. – Powiedz mi, siostrzyczko, czy widzisz jakieś podobieństwo między nami? Czy widzisz we mnie jakieś cechy, które mieli Robert i Barbara?
Spojrzała na niego, żeby się upewnić. W nikłym świetle świeczki wyglądał blado, ale bez wątpienia miał racje. Nie było między nimi podobieństwa. Nie przypominał matki i ojca. Filip miał dwa metry wzrostu, muskularne ciało i twarz poznaczoną bliznami po trądziku. Rodzice i Ania nie należeli do osób wysokich i cała trójka była dosyć drobna.
- To, że nie jesteś do nas podobny, nie świadczy o tym, że cię nie kochali! Byłeś ich synem, jak możesz myśleć inaczej? – upierała się Ania.
- Ja wcale tak nie myślę, siostrzyczko, ja to wiem. Tuż przed ich śmiercią znalazłem papiery adopcyjne. Zabrali mnie z domu dziecka, gdy miałem szesnaście miesięcy, więc nie mogłem tego pamiętać, ale te dokumenty mówią same za siebie. Nie wiem dlaczego to zrobili, ale nie zmienia to faktu, że jestem adoptowany i nigdy mnie nie kochali! – krzyknął.
Jego słowa coraz bardziej ją przerażały, lecz w miarę upływu sekund wydawały się prawdziwe.
Uścisk Filipa zelżał i zauważyła w tym szansę dla siebie. Pociągnęła mocno ręce, ale brat szybko zorientował się o co chodzi i ponownie zacisną dłonie. Była uwięziona. Nie miała więcej pomysłów i zrezygnowana stała w miejscu. Całkowicie opadła z sił. Tylko litość ze strony Filipa mogła ją uratować, ale patrząc na krwawe ślady na ścianach i jego zachowanie wiedziała, że nie może na to liczyć.
- Ale skoro cię adoptowali, to zrobili to dlatego, że chcieli mieć dziecko. Pomyśl nad tym?
- Może było tak do momentu, gdy ty się pojawiłaś. Później wszystko się zmieniło – odrzekł. – Ty byłaś dla nich oczkiem w głowie, a ja przyglądałem się jak cię rozpieszczają. Ciebie chwalili, a mnie karcili. Czy nie tak było? – spytał. – Nawet na większości zdjęć jesteś ty, a mnie nie ma!
Słuchając brata robiło się jej smutno. Żałowała, że Filip tak myśli, a co gorsza takie rozumowanie sprowadziło go do tego, iż przyczynił się do śmierci rodziców. Ciągle nie potrafiła zrozumieć dlaczego na to pozwolił. Jakie szaleństwo doprowadziło Filipa do tak drastycznej decyzji?
- Powiedz mi czemu pozwoliłeś Michałowi ich zabić? Przecież przez tyle lat cię wychowywali? – zapytała.
- Ja mu nie pozwoliłem tego zrobić. Wierz mi, nie chciałem, żeby zginęli. Kochałem ich – wyłkał. – Michał do mnie zadzwonił i powiedział, że właśnie wraca z Warszawy do rodziców i chciałby mnie odwiedzić. Odpowiedziałem, że chętnie się z nim zobaczę. Ale już przez telefon wydawał się dziwny. Jego głos był hipnotyzujący i każde słowo powodowało we mnie euforię. Mówił wiele rzeczy, nie wszystkie pamiętam, ale po skończonej rozmowie poczułem nienawiść do was – uciął.
Uścisk Filipa mocno jej doskwierał. Czuła jak jego dłonie pozostawiają na nadgarstkach ślady, które szybko nie zejdą. Najpierw musisz się uwolnić, dopiero wtedy zaczniesz się martwić – poprawiła się w myślach.
- On nie jest człowiekiem, prawda?
- Nie, nie do końca – odparł. – Strasznie się zmienił. Jego duszę coś opętało. Jakiś potwór albo demon. Gdy zabił Roberta i Barbarę zostawił we mnie trochę tej istoty. Obiecał mi to, że moja dusza będzie wolna, że w końcu poczuje prawdziwą miłość. Ciebie oszczędził dlatego, żeby mi to ułatwić.
Spojrzał w jej oczy, a ona poczuła, że nie żartuję. Nie był już tym Filipem, którego kochała, ale potworem zdolnym do okrutnych czynów. Tym razem jego źrenice wydawały się mniej nieprzeniknione, jakby coś z wnętrza chciało na nią spojrzeć.
Filip uśmiechnął się, a za błękitem oczu coś drgnęło.
- Zanim jednak do tego dojdzie po cierpisz trochę. Spróbuję ci uświadomić, czym naprawdę jest ból i co ja czułem widząc, że rodzice mnie nie kochają.
Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Rozmowa dobiegła końca i zbliżał się czas, kiedy szaleństwo na dobre zawładnie Filipem. Wiedziała, że już nic więcej do niej nie powie, tylko wykona swoje zadanie. Sprawi, że będzie cierpiała. Najgorsza była świadomość, że ból własnej siostry przyniesie mu ukojenie. Cała ta sytuacja zakrywała na absurd, albo groteskę, ale niestety dla Ani zbliżające się wydarzenia stanowiły urzeczywistnienie najgorszych koszmarów.
W przypływie strachu szarpnęła się chcąc wydostać się ze stalowego uścisku. O dziwo jej ręce wyskoczyły z łatwością. Zamachnęła się, żeby go uderzyć, ale nie zdążyła. Był znacznie szybszy, a przede wszystkim silniejszy.
Jego pięść uderzyła ją w twarz rozcinając wargi. Padła na podłogę i niezdarnie próbowała się podnieść. On doskoczył do niej. Przygniótł jej ciało kolanem i zaczął dusić. Ręce Filipa zaciskały się z mocą imadła. Próbowała się wyrwać, ale nic z tego. Świat odpływał i odpływał ponownie stając się nierealnym. Przenosiła się myślami w inne miejsce nie wiedząc dokładnie czy żyję, czy już nie.
2
Już od dwóch godzin świeciło słońce, kiedy w mieszkaniu Tadeusza Zawadzkiego – polonisty ze szkoły Ani – zaczął dzwonić budzik. Jego dźwięk wymieszał się ze śpiewami ptaków, które docierały do pokoju przez uchylone okno. Mężczyzna natychmiast otworzył oczy i zerwał się z łóżka.
Szybko zamienił piżamę na granatowe dżinsy i czarny golf. Zakładając skarpetki zastanawiał się nad tym, co ma dzisiaj zrobić.
Od wielu dni o tym myślał i ta sprawa nie dawała mu spokoju. Ta jej samotność i chęć ucieczki przed innymi ludźmi; to opowiadanie o opuszczonej przez rodziców dziewczynce, która niemal pragnie odejść z tego świata. Czy da się jej jeszcze pomóc, czy już jest za późno?
Niestety sam nie mógł odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania. Dlatego postanowił, że porozmawia z Anną Mazowiecką z dala od szkolnych murów. Może wtedy uda mu się do niej dotrzeć.
Oprócz niepokoju o zdrowie psychiczne dziewczyny umysł i serce starca wypełnione były miłością. Tylko w jej obecności czuł, że jest kimś więcej niż podstarzałym nauczycielem. Gdy spoglądał na nią ze swojego biurka nabierał nowej energii do pracy i życia. Nie była to jednak miłość zwyczajna, jak może zakwitnąć między kobietą, a mężczyzną – raczej był to ten rodzaj miłości, jaki panuje między ojcem, a córką.
Kochał ją jak dziecko, którego nigdy nie miał i zmartwiony o jej przyszłość – połączony z nią dziwną więziom – postanowił pojechać, aby spróbować pomóc Ani wrócić do normalności.
Szybko przemył twarz, umył zęby i założył buty. Gotowy na spotkanie z uczennicą wyszedł z domu. Zamknął drzwi od mieszkania i ruszył w kierunku przystanku autobusowego. Jego serce wypełniała obawa, ale w miarę stawiania kolejnych kroków nabierał pewności, że wszystko będzie dobrze. Nie wiedział nawet jak bardzo się myli.
3
Śpiew ptaków. Dziwne ciepło na twarzy i ten głos docierający jakby z innego miejsca, oddalonego o setki kilometrów od niej.
Wstawaj…proszę…wstawaj!
Gdzie ja jestem? – zastanawiała się. Wszędzie pozbawiona obrazów ciemność i dziwny żar rozpalający skórę. No i znowu ten głos, ten jedwabisty szept dziewczynki, który poruszał jej serce, a umysł wznosił na wyższy poziom świadomości. Ten głos…
Wstawaj…uciekaj!
Śpiew ptaków taki wyraźny, taki piękny, taki żywy. Czy to wszystko może być prawdziwe. Czy to tylko sen, urojenie umierającego?
Uciekaj…
Tym razem szept dziecka już nie był jedwabisty i odległy, ale bliski i naglący. Ciemność zaczęła wirować, rozrzedzać się. Przebijały ją promienie jasnego światła, rozdzierał ją śpiew ptaków i głos dziewczynki. Szum własnych myśli:
(obudź się!)
(wstawaj, dasz radę!)
(tylko unieś powieki…)
(unieś je choć odrobinę!)
Ostatnim wysiłkiem woli otworzyła oczy. Ciemność całkiem się rozwiała, ale świat przed oczami nadal jej falował – był dla niej taki nierealny. Wszystkie wydarzenie powracały, wstrząsając umysłem dziewczyny, powodując ból w sercu. Ściany dookoła wglądały tak, jakby żyły: poruszały się chcąc ją zniewolić, zgnieść i nigdy nie wypuścić.
Wstawaj…on zaraz wróci…proszęęęę!
Zamknęła oczy, zrobiła głęboki wdech i z powrotem uniosła powieki. Wszystko wróciło do normy. Ściany przestały drgać – spokojnie stały w miejscu. Wnętrze pokoju nie zmieniło się przez te kilka godzin. Okno nadal było rozbite i wpadały przez nie promienie słońca, a ostatnia świeczka, która wcześniej się paliła, teraz dogasała – zaschnięty wosk zakrywał cały świecznik przybierając dziwny kształt otwartej paszczy.
Świat przestał się zachowywać nienaturalnie, ale na twarzy nadal czuła ciepło… i ból, ból z rozbitej wargi oraz posiniaczonej szyi. Wyczuwała czyjąś obecność, ale nie potrafiła określić kogo. Tylko ten szept… taki znajomy.
Wstawaj!!! Uciekaj!!!
Z początku nie potrafiła sobie przypomnieć przed kim ma uciekać, ale zaraz dotarło to do niej. Przypomniała sobie, że jest w niebezpieczeństwie. W jej głowie pojawił się obraz brata o niebieskich oczach, za którymi coś się skryło – coś, co pragnęło jej śmierci.
Ania nie mogła pozbierać się z podłogi, ale powracający strach zmobilizował ją do działania. Próbowała się podnieść, ale nic z tego. Każdy z mięśni dziewczyny krzyczał przy poruszeniu – protestował przed powrotem do pracy. Myślała, że nie da rady wstać, kiedy poczuła jak ktoś zbliża się do niej. Nikogo nie widziała, ale za chwile jej ust dotknęły inne usta. Były zimne i małe, ale ich pocałunek obudził w dziewczynie siłę. Całe ciało zaczęło pracować na wysokich obrotach i kiedy krótki całus się skończył wstała na nogi.
- Co się ze mną dzieję? – spytała na głos.
Teraz wszystko będzie dobrze…tylko wyjdź stąd…opuść dom!
- Mamo! Mamo, to ty! – krzyknęła do niewidzialnego właściciela szeptu.
Czekała kilkanaście sekund, ale nie otrzymała odpowiedzi. Po policzku spłynęła jej łza tęsknoty.
Bała się wyjść z pokoju, ale musiała to zrobić, ponieważ wiedziała, że Filip za niedługo wróci, a wtedy na pewno ich spotkanie nie zakończy się kolejnym omdleniem, tylko śmiercią – już wystarczająco długo się nią bawił.
Napełniona nową energią patrzyła po pokoju szukając czegoś, czym mogłaby się obronić. Spojrzała pod stół, ale powyginane noże zabrał Filip. Jej wzrok padł na rozbite okno. Zbliżyła się do niego. Wychyliła się za parapet, żeby zobaczyć, czy uda się bezpiecznie z niego zejść. Poniżej była tylko ściana i gęsta trawa – nic na co można by bezpiecznie opaść.
- Cholera! – zaklęła.
Postanowiła, że wyjdzie normalnie, przez drzwi.
- No dobra, tylko jak to zrobisz? – powiedziała do siebie.
Właśnie miała schować głowę z powrotem do pokoju, kiedy zobaczyła, jak koło białego sklepu przechodzi podstarzały mężczyzna w czarnym golfie – obecnie był jedyną osobą na ulicy; dookoła panował wręcz nienaturalny spokój. Nie czekając na to, aż ją zauważy krzyknęła:
- Pomocy! Błagam, niech mi pan pomoże!
Te słowa wystarczyły, żeby człowiek zwrócił na nią uwagę. Z daleka wydawał się jej znajomy, ale pod wpływem rosnącego strachu nie mogła sobie przypomnieć skąd go zna.
Mężczyzna bez słowa ruszył w kierunku drogi podjazdowej do domu Ani.
Dziewczyna odsunęła się od okna. Dobrze, że nie zrobiła tego gwałtowanie, bo wtedy w stopę wbiłaby sobie odłamki szkła. Przystanęła spoglądając na nie. W głowie rozbłysła jej pewna myśl i rozpoczęła szukać wzrokiem wyrwanego w nocy świecznika. Zaraz go dojrzała i podniosła wprawnym ruchem.
Jeśli mogłam wybić nim szybę, to dam radę się nim obronić – pomyślała. Nie czekając dłużej ruszyła w kierunku drzwi i dopiero wtedy zaczęła się bać, że mogą być zamknięte. Gdy znajdowała się trzy kroki od nich obrzuciła je wzrokiem.
Na nich, jak i na ścianach, widniały liczne plamy krwi, które w blasku dziennego światła uśmiechały się do niej. Zaczęła myśleć o tych wszystkich osobach chcących się stąd wydostać, pukających w drzwi, krzyczących i płaczących. Przypomniała sobie wszystkie ogłoszenia o zaginionych dzieciach z zeszłego roku i wzdrygnęła się. Wszystko w niej wrzało na same wyobrażenie rzeczy, jakie mógł robić Filip podczas jej nieobecności w domu.
Podeszła do wyjścia i pociągnęła klamkę. Pchnęła. O dziwo okazało się, że są otwarte. Ani serce mocniej zabiło i nie czekając na zaproszenie wyszła na schody prowadzące na dół – do wolności.
4
Polonista usłyszawszy wołanie Ani ruszył z miejsca niczym rasowy sprinter; tak jakby nie miał pięćdziesięciu siedmiu lat, a co najmniej dwadzieścia siedem. Przebiegając koło białego sklepu wzbudził kilkusekundowe zainteresowanie znudzonej ekspedientki, która patrzyła na niego zza lady jak na wariata.
Jego serce podskakiwało za szybko w piersi, a oddech niebezpiecznie przyśpieszył – stał się tak głośny, że Tadeusz biegnąc dyszał prawie jak parowóz. Gnał w kierunku domu swojej uczennicy, chcąc ją uratować.
Po minucie dotarł do drzwi wejściowych i nie dzwoniąc otworzył je wpadając od razu do środka. Znalazł się na korytarzu. Szybkim krokiem podszedł do kolejnych drzwi. Nie czekał na pozwolenie, tylko wszedł dalej w głąb mieszkania.
Gdy stanął zdezorientowany na środku kuchni usłyszał, że ktoś podąża tuż za nim. Odwrócił się w kierunku hałasu, żeby zobaczyć, jak z łazienki wychodzi Filip. Prawą rękę trzymał z tyłu, a oczy gorały mu tajemniczym blaskiem.
- Dzień dobry. W czym mogę panu pomóc? – spytał nauczyciela.
W pierwszej chwili humanista nie wiedział co ma odpowiedzieć. Stał tylko na wprost rosłego mężczyzny i przyglądał się. Z nieokreślonych powodów zaczął odczuwać przed nim strach i serce zabiło mu jeszcze mocniej niż podczas niedawnego biegu. W szczególności jego oczy potęgowały niepokój… i nieobecny wyraz twarzy.
- Dzień dobry – odrzekł. – Nazywam się Tadeusz Zawadzki i jestem nauczycielem Anny, przyjechałem żeby... – nie było mu dane dokończyć, ponieważ Filip wyciągnął prawą rękę zza pleców, przybliżył się i zatopił w brzuchu polonisty ostrze długiego noża.
5
Ania zbiegła ze schodów i wpadła na pełnej prędkości do pokoju, w którym kiedyś najczęściej przesiadywali rodzice oglądając telewizję. Odkąd odeszli pomieszczenie było nieużywane. Wszędzie walały się najprzeróżniejsze papiery, gdzieniegdzie ciuchy, a nawet para stłuczonych okularów. Wszystkie meble pokrywał kurz.
Teraz nie zaprzątała sobie głowy bałaganem, tylko dopadła do kolejnych drzwi i weszła do pokoju brata.
Sądziła, że będzie musiała przebiec przez podłogę usianą porozwalanymi książkami, ale po wczorajszym pobojowisku nie pozostał najmniejszy ślad. Telewizor stał cały na swoim miejscu, łóżko było ładnie zaścielone, a misie na poszewkach uśmiechały się do niej. Firanki ktoś ładnie popoprawiał. Książki stały na półkach i nigdzie nie widniały krwawe ślady. Album ze zdjęciami także zniknął.
Dziewczyna nie zastanawiała się nad tym faktem długo, ponieważ z kuchni usłyszała krzyk. Podbiegła do następnych drzwi.
- Boże, czemu wszystkie muszą być pozamykane? – powiedziała i otworzyła je tak jak poprzednie.
W półmroku, pozbawionej okien kuchni zobaczyła straszną scenę.
Jej nauczyciel od polskiego stał odwrócony plecami i krzyczał. Z tułowia na podłogę spływały strugi krwi, zalewając wszystko wokoło. Mężczyzna próbował się odwrócić w kierunku Ani, ale Filip go powstrzymał wbijając nóż głębiej w jego wnętrzności.
- Filip przestań, słyszysz! – krzyknęła.
Nie czekając na reakcje brata podbiegła do nich i pociągnęła wolną ręką nauczyciela do siebie. Nóż wyskoczył z jego ciała, a on sam krzycząc opadł na dziewczynę. Krew zaczęła płynąć z ciała mężczyzny gęstszym strumieniem. W przypływie wściekłości na brata Ania odciągnęła kawałek dalej Tadeusza i położyła go na podłodze. Starzec zamknął oczy i jęcząc błagał o pomoc.
Dziewczyna przeskoczyła nad ciałem rannego i unosząc w powietrze dłoń ze świecznikiem zamachnęła się na brata. Wewnątrz kipiało jej z wściekłości. Kochała go i nienawidziła zarazem. Wiedział jednak, że jeśli nic nie zrobi, to Filip zabije ją – powiedziało to Ani jego spojrzenie.
Brat chciał złapać jej rękę, ale ona skutecznie ją ominęła i uderzyła go w skroń. Po kuchni rozszedł się dźwięk uderzenia, a z głowy Filipa popłynęła krew.
- Ty dziwko, zraniłaś mnie – szepnął.
Jego oczy nabrały mrocznego wyrazu. Spróbował zamachnąć się ręką z nożem w kierunku dziewczyny, ale ona była szybsza. Zanim zdążył wyprowadzić cios dostał świecznikiem po palcach.
Ciało Filipa przeszedł spazm bólu, kiedy siostra złamała mu kilka kości, a nóż opadł na podłogę. Stawał się coraz bardziej wściekły. Chciał ją zabić! Pragnął wykonać zadanie powierzone mu przez Michała, żeby dostąpić wybawienia, aby poczuć jak wolna dusza wzbija się do gwiazd.
Ania nie myślała, tylko machinalnie uderzyła drugi raz w głowę brata. Cios był silny, ale nie udało jej się go powalić. Krew spływała mu po policzkach, brodzie, aż na biały podkoszulek. Zamachnęła się ponownie i cisnęła świecznik w nos Filipa.
Zajęczał z bólu. Dziewczyna wpadła w trans i uderzała raz za razem nie pozwalając bratu na żaden ruch. W końcu, po jedenastym ciosie, zwaliste ciało mężczyzny opadło na kolana. Próbował spojrzeć w górę na nią, ale nie miał siły. Ania natarła ponownie, tym razem centralnie w środek czaszki.
Uderzenie było tak silne, że dało się słyszeć pękającą kość. Krew popłynęła jeszcze gęściej, a Filip przewrócił się na plecy ciężko dysząc, powalony przez znacznie drobniejszą siostrę.
Dostąpiła do niego i zamiast uderzyć spojrzała na brata. Jego twarz była prawie niewidoczna – wszystko skrywał szkarłat krwi. Tylko oczy mężczyzny ciągle jarzyły się z wielką mocą. Ani zdawało się, że patrząc w nie, nie czuje nic innego oprócz nienawiści. Schyliła się i z wielkim trudem zamachnęła się ostatni raz.
Cios był wymierzony nie w głowę, lecz boczną część szyi. Gdy świecznik przeciął skórę, a następnie tętnice, na podłogę znowu rozlała się krew. Teraz była jasna i spieniona. Wypływała z Filipa plamiąc wszystko, a razem z nią uciekało życie.
Ania odsunęła się od niego. Słychać było jęki oraz płytki oddech, który z każdą sekundą robił się cichszy. Pod koniec stał się tak delikatny, że przywodził na myśl szept małej dziewczynki. W przeciągu niecałych trzech minut oddech ustał, a ostatnia osoba, jaką dziewczyna kochała, zmarła.
Wypuściła z rąk ciężki świecznik o ostrych kantach i uklękła przy ciele brata. Objęła go za szyję, brudząc sobie skórę i zieloną sukienkę w kwiatki. Ucałowała go w usta, jak ponad rok wcześniej rodziców.
- Żegna braciszku, zawsze cię kochałam. Szkoda, że nie potrafiłeś w to uwierzyć – wyłkała.
Zaraz po tym, jak odsunęła twarz, można było zauważyć jak z jego rozchylonych warg i nosa wydostaje się coś czarnego, jakby unoszący się cień. Ania nie zdążyła tego dostrzec, ponieważ rozwiało się pod wpływem niewyczuwalnego podmuchu wiatru. Oczy Filipa nareszcie przybrały normalną barwę, a usta wydawały się układać w kształt uśmiechu.
Dziewczyna płakała, ale musiała ratować nauczyciela. Podbiegła do niego i schylając się uniosła głowę Tadeusza.
- Proszę pana, nic panu nie jest? – spytała.
Mężczyzna otworzył oczy spoglądając na nią półprzytomnie. Krew już od jakiegoś czasu przestała płynąć. Oddech miał płytki, ale miarowy.
- Dostałem w brzuch – odpowiedział. – Ale nóż chyba nie uszkodził żadnych organów.
- To dobrze. Zaraz pójdę wezwać pomoc.
- Kto to był? – odparł wskazując ręką w stronę Filipa.
- Mój brat – ucięła i rozpłakała się bardziej.
- Przykro mi, moje dziecko.
Nie wiedział, co dalej powiedzieć. Ogrom tej tragedii przerósł jego siły i wolał się nie odzywać. Myślał, że Ania nie powie nic więcej, kiedy ponownie otworzyła usta, mówiąc coś kompletnie absurdalnego:
- Niestety nie będę mogła napisać na poniedziałek tej rozprawki.
- Nie martw się, coś na to zaradzimy – zripostował równie głupio.
- Idę wezwać pomoc. Proszę tu chwilę poczekać.
Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy. Wstała i wyszła. Skierowała się do białego sklepu nieopodal. Gdy weszła do środka ekspedientka, patrząc na jej zakrwawione ciuchy, omal nie dostała zawału, ale zaraz uspokoiła się i wezwała karetkę. Ania, nie odpowiadając na żadne z pytań kobiety, wyszła na dwór żeby zaczerpnąć trochę świeżego powierza. Czekając na policje i pogotowie wiedziała, że teraz na pewno wszystko będzie dobrze.
Epilog:
Nadciąga błogi spokój
W pokoju dominował mrok rozjaśniany tylko blaskiem księżyca. W trupio-białym świetle widać było tylko fragment pomieszczenia.
Wszędzie panował porządek, a blat biurka i obwoluty książek błyszczały lekko. W rozłożonym łóżku, przykryta po samą szyję, spała Ania Mazowiecka. Jej piękna twarz nie wyrażała żadnych emocji, a równy oddech potwierdzały tylko, że śpi spokojnie.
Minęło dwa miesiące od śmierci Filipa. Wyprowadziła, się ze starego domu chcąc zapomnieć. Z pomocną ręką przyszedł do niej nauczyciel polskiego, który po wyjściu ze szpitala przyjął ja pod swój dach. Pomimo tęsknoty za rodziną traktowała go jak ojca, a on ją jak córkę, której zawsze pragnął. Pierwszy raz od dawna była szczęśliwa i dlatego udawało się jej bez problemów zasnąć.
Gdyby nie spała dostrzegłaby, że za oknem stoją trzy postacie. Dwie niższe i jedna wysoka. Znajdująca się po środku kobieta, której rysy przypominały twarz dziecka z albumu rodzinnego, wyciągnęła przed siebie rękę i na zachodzącym szronem oknie napisała jedno słowo:
Trzy zjawy odwróciły się i rozwiały się w ciepłym powietrzu nadchodzącego lata, które po chwili zaczęło roztapiać szron na oknie. Dziewczyna nieświadoma odwróciła się w drugą stronę uśmiechając się. Nadchodząca przyszłość Ani będzie pozbawiona bólu i cierpienia. Z biegiem lat wspomnienie rodziny zblednie, ale Filip, Barbara i Robert poczekają na moment, kiedy nareszcie połączą się na nowo.
KONIEC
Szczecin – Wielgowo
Lipiec 2005 roku

OD AUTORA: Powyższe opowiadanie jest doskonałym przykładem jak z błahego pomysłu rodzi się moloch. Początkowo historia Ani Mazowieckiej i jej brata miała być prosta i krótka. Planowałem rozwinąć ją tak na 5, 6 stron. W miarę pisanie okazało się, że wyjdzie z tego coś obszerniejszego niż kilkadziesiąt akapitów. O dziwo pisało mi się „Twarz za oknem” bardzo dobrze, pomimo trochę wymuszonego początku. Całość skończyłem w kilka dni, choć były momenty, gdy myślałem, że nigdy nie postawie w nim ostatniej kropki. Mam nadzieję, że ktoś jednak dotrze do końca i stwierdzi, że ta historyjka ma coś w sobie. Możliwe, że w najbliższym czasie zajmę się spisywaniem losów Michała Zawady. W „Dworze” i powyższym opowiadaniu był tylko postacią drugoplanową, przez co nadal istnieje wiele niedopowiedzeń. Nie wiadomo tak naprawdę czym jest istota, która go opętała i do czego prowadzą popełniane przez niego zbrodnie. Bardzo prawdopodobne, że Michał pojawi się po raz trzeci, ale ostatni. Wierzę w to, że opowieść o Filipie, którego zgubiło wyjście do toalety podobała się:) Dziękuję, każdemu, kto przeczytał całość. Czekam na opinie, tym bardziej jeśli będą
nieprzychylne:)
Ogór [gaau@wp.pl]
|