spis treści | poprzednia strona | następna strona
44 Coastrage: Pałac Gorack

Wciąż jechali tym samym wozem transportowym. Droga była nierówna, więc rzucało nimi z boku na bok. Niespodziewanie powóz zatrzymał się. Usłyszeli czyjeś kroki, coś jakby szczęk zbroi. Xaras uchylił lekko drzwi. Woźnica rozmawiał ze strażnikiem.
- Niech się pan strzeże! Zbiegła nam dwójka robotników z kamieniołomów. – odrzekł żołnierz. – Jeden to Elf z ciemnoblond włosami, za Towarzysza ma Kwasowego Pancernika, a drugi to Xaras Cabrio’ von Imperios. 
- Jak ich gdzieś zauważę, to od razu wyślę wiadomość. Dziękuję za ostrzeżenie.
Argon zamknął drzwi i znów zrobiło się ciemno. Elf oświetlił kuzyna czarem Światła. 
- Co mówili? – zapytał Kerd, bawiąc się kulą czaru w dłoni.
- Nie jest dobrze. Poszukują nas.
- Co?!
- No tak. Pewnie o naszej ucieczce dowiedział się jakimś sposobem Gerard. Nigdy nie szukają pojedynczych zbiegów, takich jak my, chyba, że dostaną rozkaz z góry.
- Rozumiem... – powiedział Elf. Spojrzał w kąt. Po chwili znów popatrzył w oczy Xarasa:
- Czy na pewno ten wóz zawiezie nas do Gorack?
- Pewnie. Dostawy żywności pochodzą z pól okalających stolicę. – Argon położył się na podłodze i zamknął oczy.
- Moje skrzydła... – wyszeptał Elf.
- Hm? – odezwał się Harikassi i podbiegł do maga. 
- Tak chciałbym je mieć... – łza spłynęła mu po policzku. Towarzysz już nic nie mówił. Tylko usiadł Kerdowi na kolanach i wtulił się w jego ciało. 
Elf obudził się. Bolała go głowa. Pewnie przez to, że źle się ułożył podczas snu. Skulił się i ziewnął jak ogr. Przypomniał sobie chwilę odcięcia skrzydeł. Ten ból....krzyk....to było tak, jakby stracił część duszy. 
Woźnica zatrzymał powóz. Kerd słyszał jakąś rozmowę, ale nie skupiał się na znaczeniu słów. Jednak po chwili ocknął się, gdyż ktoś powiedział:
- Kontrola! Musimy przeszukać pojazd! 
Podniósł się natychmiast i zaczął trząść Xarasem.
- Xaras! Zbudź się! No już! – szeptał. Co chwilę zerkał przez ramię, ponieważ w każdej chwili mógł wejść celnik. Kuzyn nie chciał się obudzić. Kerd denerwował się coraz bardziej. W końcu nie wytrzymał. Walnął Argona z całej siły w twarz.
- Aj! – krzyknął Xaras. Mag zakrył mu usta.
- Xaras cicho! Musimy się jakoś wymknąć, bo kontrola tu zaraz wpadnie!
- O kurczę. – kuzyn wstał i obudził Harikassi’ego. Po chwili zamyślił się. W końcu odezwał się:
- Mam plan. Niezbyt inteligentny, ale zawsze plan.
- Wal. – powiedział mag. W tej chwili to był gotów na wszystko. 
- Ee... – Argon podrapał się po głowie. – Co ja miałem....a! – uniósł w górę palec wskazujący. – Jak oni tu wpadną to ich wykopiemy.
- Że co? I to niby ma być plan?
- Mówiłem, że nie jest zbyt inteligentny. – odparł zgryźliwie. – Przygotuj się i jak wpadną, to łupnij w nich najsilniejszym zaklęciem unieruchamiającym jakim aktualnie dysponujesz. Jasne?
- Nie, ciemne. – zażartował mag. Harikassi spojrzał na niego krzywo.:
- Nie czas na żarty, Kerd. Lepiej bądź w gotowości. Ja w nich plunę jakimś lepkim kwasem.
- Dobrze Harikassi. – pochwalił Towarzysza Argon. – Czekajmy.
Drzwi zaczęły się otwierać. Weszło dwóch strażników. Kerd wypuścił w ich stronę czerwoną kulę, która sprawiła, że momentalnie zdrętwieli. Hari wypluł na nich lepką, cuchnącą ciecz. Cała trójka wybiegła z wozu. Na zewnątrz stał oddział dobrze wyszkolonych Retsitów. Jeden z nich powiedział:
- Patrzcie! To Xaras – zdrajca Imperium. Łapać go!
- No nie. Jeszcze ich tu brakowało. Zwiewajmy. – rzucił pospiesznie Argon. Pobiegł w stronę polnej dróżki. Elf ledwo za nim nadążał. Harikassi radził sobie o wiele lepiej. Żołnierze wsiedli na konie i rozpoczęli pościg. Kerd co chwilę wywracał się i potykał. W pewnym momencie upadł na twarz. Jakiś Retsit chciał mu wbić włócznię w plecy, ale Xaras szybko to zauważył. Wrócił się i w ostatniej chwili wyrwał żołnierzowi broń z ręki. Strącił go z konia. Wsiadł razem z Elfem i Harim na wierzchowca i popędzili przed siebie. 
Retsici zbliżali się z każdą chwilą. Xaras popędzał konia. Mag z Towarzyszem starali się strzelać zaklęciami w przeciwników. Po chwili żołnierze byli już tak blisko, że mogli strącić trójkę przyjaciół ręką. Xaras przymknął powieki. Dźgał konia nogami, aby biegł szybciej. Nawet w takiej chwili Elf był pod wrażeniem talentów Argona – tym razem zadziwiały go zdolności jeździeckie kuzyna. Nagle otoczyła ich niebieska poświata, która odrzuciła Retsitów na różne strony. Xaras spytał się Kerda:
- To ty?
- Skąd! – odparł zdumiony mag.
Z wysokich kłosów zboża wyłonił się dziwny młodzieniec. Miał długie blond włosy, z jednej strony zaplecionego krótkiego warkoczyka. Wykonał tajemniczy gest i napastnicy unieśli się w powietrze, a po chwili odlecieli hen daleko. Xaras z Kerdem zdębieli. Młodzieniec podszedł do nich i spytał się:
- Nic wam nie jest? – ale nikt nie odpowiedział. Kuzyni siedzieli na koniu z otwartymi ustami. Harikassi się na nich dziwnie popatrzył i odrzekł:
- Oprócz tego, że moi towarzysze są w szoku, to chyba nic. A tak poza tym....kim jesteś?
- Jestem Taconius, Człowieczny, młody pogromca smoków.
Dom Taconiusa znajdował się na niskim wzniesieniu, godzinę drogi od pól. Była to zwykła chata, jakich na Etherwind na pęczki. Człowieczny zaprowadził ich do stajni. Stał tam najdziwniejszy wierzchowiec jakiego widzieli. Był to Shehor, bardzo rzadkie i niezwykłe stworzenie. Zamiast grzywy miał ostre jak brzytwa, ogromne kolce i potężny jaszczurzy ogon. W oczach czaił się ogień. Jego sierść miała czarny kolor. Shehory były kilka razy bardziej szybsze i wytrzymalsze niż zwykłe konie oraz inteligentniejsze. Osoby posiadające te wierzchowce były bardzo szanowane na Etherwind.
Potem poszli coś zjeść. Taconius ugotował zupę ziołową. Nie była może zbyt smaczna, jednak czuli się po niej pełni energii. Xaras zauważył coś dziwnego w wyglądzie Taconiusa. Miał on bowiem niespotykane fioletowe oczy. Gdy siedzieli przy kominku, zagaił:
- Taconius?
- Proszę, mów mi Taco, Xaras.
- No dobra...Taco...co się stało z twoimi oczami?
- Ach, to. – zaśmiał się Człowieczny. – Wszyscy o to pytają. Bo wiesz...mój ojciec był także pogromcą smoków. To on mnie nauczył wszystkiego co wiem....lecz podczas walki z Purpurowym Smokiem...ech...został zabity...to znaczy, ta bestia go pożarła. Jednak zdążył przebić mu przełyk i można powiedzieć, że odniósł zwycięstwo. W każdym bądź razie....jeszcze przed tą walką kazał mojej matce wykąpać mnie w krwi tego smoka. Zrozpaczona po stracie męża kobieta wykonała jego ostatnie życzenie. Wymyła swojego pierworodnego i zarazem jedynego syna – znaczy się mnie – w smoczej krwi. Nie była świadoma jaką otrzymałem moc. Jednym z jej czynników jest to, że mam fioletowe oczy. Tyle na razie wystarczy wam wiedzieć. A teraz chodźmy spać. Trochę późno już. 
Taco dał swoim gościom osobny pokój. Kiedy leżeli w swoich łóżkach, Kerd zaczął rozmowę:
- Jak myślicie...czy Taconius nie jest za młody na pogromcę smoków?
- Też mnie to zastanawia. – odrzekł Harikassi. Xaras zachrapał doniośle. Elf się roześmiał. 
- W sumie na oko to on wygląda na jakieś 160 lat....i jeszcze jedno...dziwię się, że mieszka sam. 
- Wiemy o jego ojcu, ale nie powiedział nam nic o swojej matce. No, oprócz tego, że wykąpała go w smoczej krwi. 
- Może jest to dla niego sprawa wstydliwa.
- Nie wiem co o tym mówić. Skończmy ten temat. – Hari położył się na swojej poduszce. Po chwili znów się podniósł. Spojrzał tajemniczo na Kerda.
- Co? – zapytał poirytowany mag.
- A nic. Tak mi się teraz przypomniało, że Meribrathen....
- Meribrathen? Co, co mówiła? – pytał entuzjastycznie mag. Aż oczy błyszczały mu się z podniecenia. 
- Hm, chciałbyś wiedzieć, nie? – powiedział Harikassi z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
- No jasne! Mów, mów.
- A po co ci to wiedzieć?
- A...po nic.... – Kerd zarumienił się. – Ale chcę...muszę...
- Musisz? Czemu? – Harikassi kochał doprowadzać maga do szału (co zresztą wszyscy wiedzą). Teraz nadarzyła się ku temu okazja, więc musiał ja wykorzystać. 
- Bo tak! Gadaj co wiesz! – zagrzmiał Elf. Jego wściekle niebieskie oczy na moment zrobiły się czerwone z wściekłości.
- Hm...hm.... – Hari udawał, że myśli. – Ona powiedziała....że...
- Że....
- Chciałaby...
- Chciałaby... – powtarzał Kerd za Harikassim. 
- E....nie pamiętam. – skończył Towarzysz i pokazał magowi swój długi język. Elf myślał, że zaraz wybuchnie. Jednak uspokoił się i tylko dał Hari’emu przyjacielskiego kuksańca. 
Xaras wstał najwcześniej z całej trójki. Postanowił pójść nad rzeczkę, która znajdowała się nieopodal domu Taconiusa, pięć minut konno. 
Kiedy tam dotarł, rozłożył się wygodnie na soczyście zielonej trawie. Urwał źdźbło jakiegoś zielska i zaczął je rzuć. Pomyślał, że skoro już jest nad rzeką, to mógłby wyprać swoje brudne bandaże. Zdjął je delikatnie ze swojej rany na piersi. Po chwili usłyszał bicie swojego serca. Zamoczył materiał w wodzie. Tarł bandażem o bandaż. Na szczęście, chociaż do pewnego stopnia dały się doprać. Założył je ponownie. Wskoczył do wody. Pływanie miał we krwi, przecież był pół-Argonem, a jaszczuroludzie ubóstwiają ten sport. Błony między jego palcami automatycznie się rozprostowały i wchłonęły zapasy wody. Ogon powodował, że przemieszczał się bardzo szybko. Nawet ścigał się z rybami. 
Chciał już wyjść, gdy zauważył, że nad rzekę przybył również Taconius i zaczynał coś ćwiczyć. Xaras postanowił, że nie będzie mu przeszkadzał i tylko poobserwuje. 
Człowieczny ćwiczył ciosy w nieznanym Argonowi stylu walki. Przy okazji dawał mistrzowski popis swoich magicznych umiejętności. Widać było, że ćwiczył nowe czary, gdyż co chwilę zerkał do ksiąg. „Ech...gdyby Kerd miał taki zapał do nauki jak Taco” – pomyślał Xaras. 
Przyroda „tańczyła” razem z Taconiusem. Wokół niego latały ptaki, wirował wiatr, liście, nawet rzeka wyrzucała więcej wody na brzeg. To wszystko było takie piękne. Argon nie widział w swoim życiu czegoś równie niezwykłego. Gdy Taco zaczął znów czytać księgi Xaras wyszedł na brzeg. Człowieczny uśmiechnął się do niego:
- Wiedziałem, że kiedyś będziesz musiał wyjść z tej wody. 
- E....-Argon zmieszał się. 
- Nic nie szkodzi. Obserwowałeś mnie?
- W sumie tak. Co to za styl walki? – zapytał i podszedł do Człowiecznego.
- Mój własny. Pomieszanie wszystkich istniejących stylów. 
- Ciekawe. – Xaras spojrzał do ksiąg Taconiusa. Okazało się, że nie były to książki z czarami, ale podręczniki o smokach. Patrzył się na nie z zaciekawieniem.
- Muszę rozszerzać swoją wiedzę. 
- Taco, czy nie jesteś za młody na pogromcę smoków? – odrzekł Argon i spojrzał w bok. Czuł się dziwnie onieśmielony Człowiecznym. Może, się go bał...
- Może. No ale ktoś tradycję musi podtrzymać w rodzinie, nie?
Przesiedzieli u Taca trzy dni. Kerd stwierdził, że muszą już ruszyć do Gorack, gdyż teraz każda minuta jest cenna i z każdą chwilą Gerard rośnie w siłę. Dziwne było to, że nie wydała się prawda o pochodzeniu Elfa...
Pod wieczór zaczęli siodłać swojego konia. Taconius przyglądał się ich zmaganiom i kłótniom. Tak im zazdrościł, sam chciałby mieć rodzinę...choćby taką najmniejszą...
Postanowił, że pożyczy im swojego Shehora, gdyż na nim dojadą do stolicy w pięciokrotnie krótszym czasie. Przyjaciele bardzo ucieszyli się na tę wiadomość. 
Niedługo potem byli już w drodze do Gorack. Radius – wierzchowiec Taconiusa – mknął tak, jakby nie odczuwał na sobie żadnego ciężaru. Kerd czuł, jakby znowu leciał. Zamknął oczy i rozkoszował się tą chwilą. Jednak przypomina sobie w końcu o utracie skrzydeł...
Jeszcze nie świtało, gdy znaleźli się pod murami stolicy. Zsiedli z Shehora. Radius puścił im oko i pomknął do domu. Z daleko było widać gigantyczny pałac Imperatora. Cel ich podróży. To tu ma się wszystko ułożyć. Xaras poklepał kuzyna po plecach:
- Jesteśmy w domu. 
Kerd aż się wzruszył. Po tylu latach...nareszcie...aczkolwiek nie cieszył się na zapas. Wiedział, że będzie musiał stoczyć najtrudniejszą bitwę w swoim życiu....bitwę o tron z Gerardem. 

 
Paula Sadowska (Evolva) [ksiondz_lorenzo@o2.pl]

|strona 44|