spis treści | poprzednia strona | następna strona
43 Opowieść o Grimwaldzie - część 2, Smokobójcy

Była ciemna, mroczna noc. Szalała burza. Błękitne i fioletowe błyskawice raz po raz przecinały czarne niebo. Deszcz lał z nieba strumieniami tak jakby ktoś podziurawił za pomocą karabinu maszynowego sferę niebieską. Cóż za pogoda! – pomyślał Grimwald – na szczęście siedzę sobie tutaj w cieplutkiej tawernie nad kuflem najlepszego w całej krainie piwa! A to co pomyślał sobie nasz bohater było najprawdziwszą w świecie prawdą. Właśnie był gościem wspaniałej karczmy „Pod zdechłą tchórzofretką” w niewielkiej mieścinie zwanej Aksoiw. Ostatnia jego przygoda nie skończyła się najlepiej. Nie dość, że zmusili go do poślubienia księżniczki, to jescze do tego uciekając z zamku spotkał damę swojego serca. Ponoć dowiedziała się o tym, że jej ukochany rycerz wyruszył na ratunek królewnie i teraz bohaterskie, sokole oko Grimwalda otaczał fioletowy siniec. Knecht chwalił się teraz wszystkim, że to rana poniesiona w boju. Rozejrzał się wokół siebie. Znajdowali się tutaj chyba wszyscy najsłynniejsi okoliczni bohaterowie. I nic dziwnego – pomyślał Grimwald – komu w taką pogodę chciało by się zgrywać herosa. A byli tu między innymi tak słynni wojowie jak na przykład Emrod Krzywozęby – rycerz herbu zielona marchewka, Godfryd von Dackelstein, Vexez z Otsaimu, krasnolud Thurin Grzmiąconosy oraz elficki łucznik Thilononfolglorfindelonolrdel. Nawet był tu słynny ze swego zamiłowania do koronkarstwa barbarzyńca Teme Straszliwooki. Grimwald odwrócił wzrok od zgromadzonych w izbie ludzi, uniósł do ust kufel i łyknął wspaniałego zimnego piwa. Zerknął na swych współtowarzyszy. W izbie nie było już wolnych stolików, więc przysiadł się do dwójki dość osobliwych osób – młodego wędrownego barda w skromnym, połatanym kaftanie oraz całkiem ładnej dziewczyny w różowych szatach z wyhaftowanym cukierkowatym misiem oraz czerwonym serduszkiem. Rycerza zdziwiła jej obecność w karczmie – jedynymi kobietami które odważyły by się tu wejść były krasnoludzkie damy lekkich obyczajów. Tej interesującej dwójce towarzyszył jeszcze niewielki pies o wielce podejrzanym wyrazie pyska. Bard właśnie chwalił się swoimi niezwykłymi przygodami siedzącej obok niego kobiecie: 
– ..No więc wybrałem się ostatnio na taki turniej dla bardów. 
– To ciekawe! I co? – odparła słodziutkim dziewczęcym głosem kobieta.
– Podchodzę normalnie do stołu. A za nim komisja konkursowa – ork, elf, krasnoludzka kobieta i normalnie jeszcze do tego gnom! Wyciągam harfę i zaczynam grać i śpiewać mój najnowszy utwór pod tytułem “Lasy Otsaimskie”
– Ach! – westchnęła dziewczyna – To musiał być naprawdę cudowny romantyczny utwór o miłości! 
– Hmm... No, niezbyt zabardzo. No ale opowiem ci dalszy ciąg. Kończę grać i normalnie posypały się słowa krytyki! Gnom to nawet zachichotał i powiedział mi, że śpiewam jak stara zgniła parówka! 
– Och nie!
– Tak tak!
– Hau! – odparł siedzący pod stołem pies.
– A ten paskudny elf to powiedział mi normalnie że jestem archiw... arkani..... no chyba nie dosłyszałem do końca. 
– Skończ może już waszmość tą gadkę bo mi piwo kwaśnieje! – powiedział Grimwald. Na pewno nie słyszałaś droga pani moich bohaterskich przygód! Jestem Grimwald – rycerz jedyny w swoim rodzaju! Dzielny, waleczny, rycerski jak sam Zaw’isha i wielce skromny. 
– Ja jestem Lanilia - czarodziejka. Chodzę tu i tam, pomagam ludziom w walce z różnymi dziwnymi stworami, kocham kwiatki, serduszka, pluszowe zwierzątka, motylki oraz walczyć z orkami.
Teraz właśnie Grimwald zrozumiał dlaczego dziewczę to przesiadywało w tej karczmie – gdyby ktoś ją napastował, poczuł by niechybnie na swej skórze jakieś starożytne bojowe zaklęcie. Nagle odezwał się Bard:
- A ja jestem Cetebos i jak widzicie robię w bardowstwie. Preferuję jednak muzykę alternatywną, undergroundową. A ten pies jest psem o wdzięcznym imieniu Kłąb. Umie podawać łapę, aportuje i w ogóle.
- Milusi Misiaczek Psiaczek!– powiedziała słodkim głosikiem Lanilia– No jakby go trochę umyć no i uczesać i dać mu na głowę różową kokardkę to normalnie ...
Grimwald spojrzał na brudnego, rozczochranego i prawdopodobnie również zapchlonego kundla z jednym odgryzionym uchem. Od razu rozpoznał w nim mieszaninę takich znanych ras jak basett, collie, jamnik, pekińczyk, a nawet prawdopodobnie słynny terier Otsaimski. Pies brzydko popatrzył się na nich swymi brązowymi oczami pełnymi małych czerwonych żyłek.
- Miło was poznać, Zacznę opowiadać moje niezwykłe przygody – wykrzyknął pośpiesznie rycerz – No więc gdy ... 
Nie dokończył. Do izby wpadł zdyszany, ociekający krwią wieśniak. Osunął się na klepisko. Wszyscy na sali zamilkli. Karczmarz ryknął na cały głos:
- Co! Ginąć w moim barze! To bezczelność! Podłogę mi zabrudzi. 
Grimwald nie wahał się podbiegł do umierającego. Miał nadzieje, że ten może zapisze mu jeszcze co nieco w spadku. Gdy pochylił się nad człowiekiem ten wychrypiał:
- Nasza wioska Trats została zaatak... To potworne... Zrobił to ....
- Kto? – ryknął Grimwald
- To.. Smok!
Grimwald przeraził się. Ostatni raz widziano smoka w krainie jakieś 153 lata temu. Miał pieczarę pod zamkiem Otsaim i zabił go podstępem jakiś początkujący przedsiębiorca produkujący tanie obuwie sportowe dla elfów. Nasz bohater uświadomił sobie także jedną, ale za to bardzo potworną i przerażającą rzecz. Był rycerzem!
- No, Grimwaldzie, teraz masz możliwość udowodnienia swojej bohaterskości. To znaczne lepsze niż zwykłe opowieści. Znam drogę do tej wsi – powiedział bard.
- Ale ja... – wymamrotał rycerz
- Tak! Wiemy, że jesteś tak bardzo skromny – do rozmowy dołączyła się czarodziejka – nie musisz nic mówić!
- No a jaką potem napiszę pieśń! Normalnie ręka, noga, mózg na ścianie! – powiedział rozentuzjowany bard – Teraz na pewno wygram konkurs bardowski.
- Chętnie wam pomogę – kontynuowała zachwycona dziewczyna – Ach! To takie romantyczne! Jak w starych pieśniach. 
Lanilia i Cetebos złapali rycerza za obie ręce i mimo tego, że zapierał się mocno nogami, wrzeszczał i wzywał straż, pociągnęli go za sobą. Ruszyli drogą w stronę wioski napadniętej przez straszliwego jaszczura. Za nimi truchtem ruszył na swoich króciutkich, krzywych, kosmatych nóżkach pies Kłąb.

* * *
Nad ranem znaleźli się w wiosce którą spopielił smok. Była by to typowa zabita dechami dziura, gdyby mieszkańców było stać na najtańsze deski, młotek i oczywiście odpowiednie gwoździe. Widok rozciągający się przed naszymi bohaterami był iście przerażający. Kilka chat było doszczętnie spalonych a część zburzonych. Wchodząc do wsi minęli kilka rozpaczających wieśniaczek.
- To smutne! – powiedziała płaczliwym głosem Lanilia – biedni ludzie. Grimwaldzie, musisz się pozbyć tego niedobrego smoka!
- Oczywiście! Grimwaldzie, zabij, Grimwaldzie uratuj! .. – odburknął rycerz.
- Ach! Jakiś ty skromny! – powiedziała dziewczyna.
- Cicho! – przerwał im bard skrobiąc coś piórem na pożółkłym kawałku pergaminu – Właśnie piszę tekst pieśni. Właśnie zapisuję jak chyżostopy Grimwald Wielce Waleczny wraz ze swą równie bohaterską drużyną wszedł do grodu spustoszonego przez smoka!
Doszli do siedziby sołtysa. Była to rozlatująca się chatynka pokryta niezwykle kiczowatymi malowidłami ludowymi. Na ich spotkanie wyszedł z niej niski, brudny i co najstraszniejsze – nieogolony osobnik, który przedstawił się jako sołtys. Bard wyjaśnił mu, że Grimwald chce pobić smoka by udowodnić swoje męstwo. 
- Musicie się oczywiście przyrychtować do bitki – powiedział im na to sołtys – U naszego wioskowego kowala możecie kupić trochę broni w cenach hurtowych. Przy zakupie dwóch mieczy mizerykordia gratis!
- Ale my nie chcemy nic kupo... – wybąkał Cetebos
- Cicho! Wojownik bez porządnej broni jest nikim! A musicie jeszcze u naszego magika mikstury leczące kupić! A i pozwolenie na zabicie smoka od naszej Gildii Obrońców Zwierząt – tylko 153 złocisze! Nawet możecie nabyć u mędrca pomysł na zabicie smoka.
Lanilia jęknęła. 
- A czy chociaż macie tu jakiś sklepiczek z milutkimi pluszowymi zwierzaczkami?
- Ano oczywiście! Nawet dwa! – odparł sołtys, którego rozpierała duma.
- A gdzie mieszka ten ancymonek smok?
- Mieszka w pieczarze znajdującej się na zboczu Majaczącej Góry, o tu – sołtys wyjął zza pazuchy swej niezbyt eleganckiej, jaskrawej, pstrokatej kapoty starą podniszczoną mapę i pokazał palcem ( niezbyt zresztą czystym – Autor )
Choć nasza drużyna nie miała dużo pieniędzy to jednak skusiła się na artykuły u miejscowych sprzedawców. Grimwald nawet zakupił dwa miecze, ponieważ bardzo go skusiła ta mizerykordia – starą gdzieś zapodział. Bard uzupełnił zapasy atramentu i pergaminu a Lanilia z dumą niosła torbę pełną różowych myszy i osiołków. Nawet Kłąb stał się szczęśliwym posiadaczem „magicznej kości do gryzienia +3” za jedyne 50 sztuk złota i niósł ją teraz dumnie w swym ociekającym śliną pysku. Nagle nasi bohaterowie przypomnieli sobie po co tu naprawdę przyjechali. Mieli na szczęście pomysł na zabicie smoka, który kosztował tylko 90 sz. Grimwald miał za zadanie podrzucić pod pieczarę stwora zdechłą owcę wypchaną jakimś tajemniczym czymś co miało spowodować natychmiastową eksplozję smoka.
- To jak w prawdziwej opowieści – powiedział bard Cetebos wymachując zdechłą owcą.
- Łatwo ci tak mówić! – odparł mu Grimwald – to nie ty podrzucisz mu to paskudztwo! Ale poświęcę się! – rycerz wyprostował się – dla chwały, rycerskości, honoru oraz mojej jakże wielkiej skromności.
- No to do dzieła – odparła Lanilia – pomogę ci moimi czarami!

* * *

Grimwald biegł ile sił w nogach. Za nim ziała potworna ciemna jaskinia w której wnętrzu błyszczało dwoje zielonych, okrutnych ślepi. Stojący nieopodal za kamieniem Lanilia i Cetebos ujrzeli jak z przepastnego wnętrza jamy powoli wysuwa się ogromna głowa smoka. Ich pies zjeżył sierść na karku i zawył niczym obdzierany ze skóry łoś. Smok schylił głowę i schwycił w zęby pozostawione przed jego mieszkaniem zdechłe zwierze gatunku owczego. Jaszczur połknął owcę i zionął ogniem w stronę ofensywnie wycofującego się rycerza. 
-AAARRRGGGHHH! – zawył wojownik. Strumień ognia przeleciał akurat nad jego głową. Przyspieszył biegu.
-Muszę mu pomóc! – wrzasnęła czarodziejka do pośpiesznie zapisującego barda. Podniosła swą zgrabną, szczupłą rękę i wyszeptała zaklęcie w starożytnym języku elfów:
- Magister libros pulchros de historia Otsaimia discipulis placere putabat!
Błękitno – seledynowy płomień strzelił z jej pięknie wypielęgnowanych paznokci i trafił w postać Grimwalda, która na chwilę zajarzyła się na fiołkowo. Grimwald poczuł przypływ mocy i nagle zaczął biec z większą prędkością.
- Ha! – powiedziała czarodziejka – To czar szybkobiegania! Zawsze skutkuje!
- Eee.. a mogła byś mi jeszcze raz przedyktować te słowa? No wiesz tego zaklęcia? – powiedział Cetebos.
Grimwald z małpią zręcznością unikał płomieni przecinających przestrzeń wokół niego. Niestety, gdy już był blisko głazu, za którym znajdowała się reszta drużyny, potknął się o wystający z ziemi korzeń. Przyjaciele ruszyli mu na ratunek i po paru chwilach wciągnęli go za głaz.
- Uff! Udało się! 
Smok schował łeb do pieczary. Po chwili z ciemnej otchłani buchnął dym. Grimwald, Lanilia i Cetebos patrzyli z przerażeniem. Smok eksplodował. Zobaczyli błysk i usłyszeli huk. Z jamy buchnął kłąb dymu i wysypały się z niej kawałki smoczej skóry. 

* * *

Bohaterowie rozradowani opuszczali wioskę. Ludzie wiwatowali na ich cześć. 
- Nie dostaliśmy pieniędzy! – powiedział Grimwald – ale trudno, wioska jest i tak bardzo biedna a nam wystarczy chwała!
- Ale mam za to cudny poemat – wykrzyczał Cetebos – Zarobię na nim miliony! A wam się także dostanie!
- Nieźle! – powiedział rycerz – wiecie co? A może założymy spółkę. Razem będziemy podróżować i walczyć w imię dobra, sprawiedliwości i zarabiania dużo pieniędzy!
- To niezła myśl! – powiedziała czarodziejka Lanilia
- Hau – szczeknął Kłąb ( co znaczyło w języku psim tyle co „tak” – Autor )
- Ale najpierw udamy się do Elflandu na konkurs bardów!
- Niech ci będzie drogi Cetebosie - powiedział Grimwald, który już zwęszył zapach mamony.
Bohaterowie bez pośpiechu opuścili wioskę i skierowali się w stronę zachodzącego słońca, czego wymagała konwencja. Tymczasem sołtys zgromadził się wraz z innymi mieszkańcami wioski pod jego niegustowną chatą.
- Ale dali się nabrać! Ja cię! – powiedział jeden z wieśniaków.
- No! Ale mieliśmy niezły pomysł! Zd’zih pobiegł do karczmy umazany sosem pomidorowym i udawał, że umiera. Ci frajerzy przyjechali tutaj i dali się namówić na te gigantyczne zakupy. Spaliliśmy trochę starych desek – tych co mamy nimi podobno wioskę zabijać i już zniszczenia po ataku smoka gotowe.
- A ten smok to normalnie już genialny pomysł. Zrobiony z masy solnej łeb, pomalowany farbkami plakatowymi przez dzieciaki kowala. Cud! A ogień fajnie zrobiliśmy. Garniec oliwy i miech mogą uczynić cuda. – powiedział uradowany sołtys
- Wybuch też fajnie wyszedł – Dużo dymu, fajerwerki co zostały po nowym Roku, no i te skóry jaszczurów z mokradeł koło Otsaim pocięte na kawałki.
- Nie ma co! – zaśmiał się sołtys – To się nam udało. Zarobiliśmy kupę kasy na tych naiwniakach. No to co planujemy na następny raz? 
- Wiem, wiem! – wrzasnął kowal – przebierzmy się z orków!
- Dobra myśl! Hej! Stryjek! Przynieś no trochę farby! Jeno zielonej!

 
Dijabringabeeralong [whan@interia.pl]

|strona 43|