spis treści | poprzednia strona | następna strona
42 Na Gigancie, Rozdział 11

Rozdział 11, czyli piwo, krew i znaki zapytania...

Noc minęła spokojnie, żołądek jakoś zaakceptował śniadanko z baru szybkiej obsługi, a słoneczko dawało czadu. Około godziny 12.00 przyszedł więc czas na wyjaśnienie sobie kilku spraw z Jackiem. Pogodziłem się z myślą, że ten typ sam do mnie nie zagada, więc postanowiłem wybrać się do jego domku osobiście. Po cichu liczyłem, że nie będzie w nim dziewczyn, ponieważ nie chciałem ich mieszać w żadne sprzeczki. Były za bardzo w porządku.

Moje marzenia spełniły się niestety tylko połowicznie, gdyż oprócz dziewczyn w domu nie było także Jacka. Nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, co czułem. Byłem w stu procentach gotowy na zrobienie kroku, do którego zabierałem się dłużej niż do jakiegokolwiek życiowego postanowienia, a tego menela nie było. Że cholera mnie wzięła to mało powiedziane. Nie pozostało mi więc nic innego niż wycieczka na pieprzoną plażę. Powiesz, że nie musiałem na nią iść, że całe miasto stało otworem, że było jeszcze wiele tajemnic do odkrycia. Jasne, a ja nazywam się Pacino. W mieście w każdej chwili mogłem natknąć się na czarnucha ze slumsów, a tajemnic to miało ono tyle co każda dziura w tych klimatach. Jedyne co mogło mnie w nim zaskoczyć to babcia gorsza od tej z supermarketu. A wtedy mógłbym już zabić. Sam więc widzisz, dlaczego głupia plaża wydała mi się miejscem, w którym można robić coś ciekawego. W końcu kiedyś musiał się trafić jakiś dobry towar, którym da się nacieszyć oczy. Tak, bo na więcej u takich nie ma szans. No, przynajmniej nie mają ich faceci, których świat nie ogranicza się do siłowni i solarium. Czasami tak się zastanawiam, czy laski by do mnie lgnęły, jakbym lekko przypakował i przysmażył skórę. No, i włosy musiałbym ściąć. Takie myśli jednak zawsze kończą się na tym, że wyzywam się od debila. Nie być sobą dla kogoś? Strata czasu, ja wysiadam...

***

Tym razem ręcznik rozłożyłem blisko od zejścia, bo miejsca było sporo. Nic dziwnego - pora była taka, że część ludzi uciekała na obiad, a część była świeżo po śniadanku i maszerowała dopiero by zażyć kąpieli słonecznej lub wodnej. Mnie jakoś tym razem do wody specjalnie nie ciągnęło, więc postanowiłem, że cały czas będę wylegiwał się na słońcu i tylko na chwilę pójdę zamoczyć nogi w wodzie. Sam siebie nie poznawałem, gdyż do tej pory byłem przeciwnikiem smażenia cielska i cały czas spędzałem w wodzie. No, ale taka jest domena dzieci - kochają wodę. Starzeję się. To takie cholerne uczucie. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie siebie za jakieś pięćdziesiąt lat. Nie potrafię sobie wyobrazić, że kiedyś przejdzie mi ochota na częste imprezowanie, uprawianie sportu i seksu. Boję się tego. Strasznie chciałbym być sześćdziesięciolatkiem biegającym za piłką, popijającym piwko z kumplami i wyrywającym dziewczyny na plaży lub chociaż patrzącym na nie pożerającym wzrokiem. A może nigdy nie dożyję takiego wieku? A może wynajdą kapsułkę młodości? Wiem, że te pytania, marzenia i domysły są głupie i naiwne, jednak nie powiesz mi, drogi czytelniku, że nigdy o tym nie myślałeś. A najgorsze jest to, że wszyscy wyobrażamy sobie siebie jako energicznych dziadków, a później wychodzą te wszystkie cholerne choróbska. Najgorsze jest chcieć, a nie móc. A niestety viagra nie pomaga na wszystkie tego typu problemy... Normalnie śmiech przez łzy...

No, ale wróćmy już lepiej do rzeczywistości, bo to nie literatura S-F. Ręcznik sobie leżał, kąpielówki przykrywały moje intymne miejsca, a ja stałem z otwartymi ustami i wpatrywałem się w ocean. Marzyłem o tym, jak pięknie byłoby znaleźć się w miejscu, w którym woda zlewa się z niebem. Marzyłem o dziewczynie, z którą popłynę tam łódką. Dlaczego ona wyglądała jak Kate? Ona mi się podobała, ale poza sympatią nic do niej nie czułem. No, przynajmniej tak mi się wydawało. Czasami mam tak, że w marzeniach widzę różne dziewczyny. W snach natomiast robię różne dziwne rzeczy ze znajomymi kobietami, z którymi w rzeczywistości mam kontakt bardzo pobieżny. Czy moja podświadomość jest mądrzejsza od duszy? Czy w ogóle jest coś takiego jak dusza? A może my jesteśmy tylko jedną wielką reakcją chemiczną, która trwa średnio siedemdziesiąt pięć lat? Może moja podświadomość to inna osoba? Może jestem ja, moja wyobraźnia, podświadomość i mózg? Boję się o tym myśleć... Ty też tak masz?

No patrz, znowu filozofuję na tematy zbyt mądre dla marnych śmiertelników. Głupio gadam i pewnie czasami odechciewa ci się czytać moich wypocin. Racja, bo kto by lubił czytać same nudne rzeczy? No, bo czy nudnym nazwać nie można opowiadania o tym, jak stało się na plaży i gapiło w wodę? Nie, ja chyba nie dam ci teraz spokoju z tym filozofowaniem. Co rozpocznę jedną myśl to nachodzą mnie jakieś pokręcone refleksje. Wracając jednak do meritum sprawy, długo wcale nie stałem i w końcu położyłem się na ręczniku. Leżałem i błądziłem wzrokiem. Czułem, że nachodzą mi do oczu łzy. Za dużo nimi ogarniałem. I najgorsze jest to, że widziałem samo piękno. Nie widziałem samotności. Samotny byłem tylko ja leżący na tym głupim ręczniku, a wszyscy inni plażowicze oddawali się rozrywkom w parach lub grupach. Te ich pieprzone, roześmiane twarze. Też tak się kiedyś śmiałem, kiedy wyjeżdżałem z kumplami pod namiot. Swojej decyzji jednak nie żałowałem - przecież miałem do kogo wracać, a me samotne wakacje były tylko odpoczynkiem od wszystkich znajomych gęb. Odpoczynek ten stawał się jednak zbyt długi. Przez myśl mi przeszło, że na wieczór mógłbym zamówić sobie jakąś panienkę, jednak chwilę później coś mną wstrząsnęło i powiedziało, że dziwki są tylko dla słabeuszy. Tak, bo co to za filozofia zapłacić i się zabawić? I dlaczego do cholery człowiek jest zawsze mądry po szkodzie? Dlaczego zaczyna myśleć dopiero, gdy dostanie solidnego kopniaka w dupę? Nie jesteśmy cyborgami. Proste.

***

Czas leciał, a ja się smażyłem jak na patelni. W pewnym momencie doszło do mnie, że zapomniałem posmarować się kremem. Jak coś się wali to już masowo - pomyślałem, mając w głowie obraz czerwonej i schodzącej skóry. Szczerze mówiąc to byłem w takim nastroju, że fakt spalenia się miałem w głębokim poważaniu. Chciało mi się spać. Na rozmowę z Jackiem ochota też mi przeszła i postanowiłem, że od tej pory będę miał go gdzieś. Przynajmniej do momentu, w którym nie wyjaśni mi kilku rzeczy. Już zacząłem nabierać ochoty na zamoczenie nóg, kiedy zagadał do mnie jakiś wysoki blondyn...
- Grasz w siatkę? - zapytał prosto z mostu.
- No, gram! A co, potrzebujecie jednego?! - zapytałem z rozpędu.
- No... Nie, nie zupełnie... - zaczął się plątać język przybyszowi.
- To o co chodzi? - burknąłem tonem zawierającym kumulujące się we mnie zdenerwowanie.
- Widziałem jak kilka dni temu grałeś tutaj. Niezły jesteś - wreszcie przeszedł do konkretów.
- No, coś tam umiem - odpowiedziałem skromnie i prawdziwie.
- Wiesz, szukam partnera, bo dzisiaj po południu jest turniej - kontynuował.
- Ja mam grać razem z tobą? No, OK., dobra, zgadzam się! - wykrzyknąłem szczęśliwy. Może szczęściem nie ociekałem, ale cieszyłem się, że popołudnie będę miał jakoś wypełnione.
- Ej, ale ten turniej to chyba tylko dla plażowiczów, nie? - zapytałem zdenerwowany, że może jeszcze jacyś mocarze przyjadą.
- Tak, taka zabawa. A później jest bankiet w barze niedaleko boiska. To na pewno chcesz? - zapytał tak, jakby wcześniej nie zajarzył, że się zgodziłem.
- No pewnie. A tak na boku to Steave jestem - odpowiedziałem, gdyż uświadomiłem sobie, że z tych wszystkich emocji zapomnieliśmy się sobie przedstawić.
- Andy, miło mi - powiedział blondyn, wyciągając do mnie prawą dłoń, którą szybko uścisnąłem.
- Dobra, to bądź na boisku o 18.00 bo wtedy zaczynamy grać - dodał biegnąc w stronę wyjścia do miasta.
- Pewnie, że przyjdę, trzymaj się - odpowiedziałem na pożegnanie.
To niesamowite. Już któryś raz podszedł do mnie nieznajomy człowiek i złożył jakąś propozycję. Czyżbym budził jakieś szczególne zaufanie? A może wyglądam na frajera? Pewnie tak, bo moje przygodne znajomości raczej nie dostarczały mi do tej pory wielu pozytywnych wibracji. Swoją drogą nie potrafiłem jednak gościowi odmówić, gdyż wyglądał sympatycznie, a i ja miałem ochotę na mały wysiłek fizyczny i wyładowanie wszystkich negatywnych emocji. A na te sprawy nie ma lekarstwa lepszego od sportu.

***

Na plaży siedziałem do godziny 15.00. Po propozycji Andy'ego straciłem całkowicie ochotę na kąpiel, gdyż cały czas rozmyślałem o czekającym mnie miłym wieczorze. Trochę sportu i dobrej zabawy - to jest coś, co było w stanie wprowadzić mnie w dobry nastrój i tym samym dodać energii na dalszą część pobytu w Light.

Obiad zjadłem w takiej małej knajpce niedaleko ośrodka i na szczęście nie natknąłem się tam na nikogo z paczki Jacka. Jedzenie, które tam podawali było jakieś jałowe, jednak praktycznie nie zwracałem na to uwagi, bo człowiekowi będącemu w dobrym humorze wszystko pasuje.

Po obiedzie wróciłem do mojej chatki i oddałem się nieróbstwu. Tak, bo myślenie o pierdołach jest zwyczajnym nieróbstwem. Leżysz na łóżku i snujesz postanowienia na przyszłość, obmyślasz plany, które pomogą ci zrealizować niespełnione marzenia, a na końcu wyzywasz samego siebie od niepoprawnego optymisty i wszystkie te założenia walisz w kąt. Piszę ogólnie, ale po prostu nie uwierzę, że ktoś robi inaczej. Wiem, że nie jestem wszechwiedzący, ale na ludziach się znam. Pieprzony urodzony humanista ze mnie...

Czas się cholernie dłużył, lecz w końcu zaczęła się zbliżać upragniona godzina 18.00. Włożyłem na siebie czarną koszulkę i spodenki w kratkę, wziąłem plecak z niezbędnymi rzeczami i wybyłem na turniej.

***

Na plaży był już tłum. Z oddali dostrzegłem mały stoliczek, przy którym dokonywano zapisów. Andy już nas wcześniej zapisał - wystarczyły tylko imiona. Drużyny nie miały niestety żadnych specyficznych nazw. Szkoda, bo to dodaje uroku takim kameralnym rozgrywkom. Drużyn zapisało się osiem, a my w pierwszym meczu mieliśmy grać z takimi dwoma dryblasami - Carolem i Robertem. Dobrze, że nasze spotkanie nie inaugurowało zabawy, bo wtedy trema jest największa. Szczerze ci powiem, drogi czytelniku, że wcześniej w takich rozgrywkach uczestniczyłem tylko jako kibic. Zawsze byłem za słaby lub nie miałem odpowiednich znajomości. A tu taka niespodzianka - ktoś bezinteresownie zaprosił mnie do gry. No, ale to nie czas na wielkie podniety, gdyż wiadomo, że żadnym niedocenionym talentem nie jestem, i że czasami trafiają się sympatyczni ludzie.

***

I zaczęło się - od razu uderzyliśmy z grubej rury i wyszliśmy na prowadzenie 3:0. Niestety nasi przeciwnicy nie byli tzw. chłopcami do bicia i szybko "wstrzlili" się w mecz. Po zaciętej walce w pewnym momencie był remis 10 do 10. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że zaczęło mi brakować sił. Umiejętności to ja miałem, jednak jeśli nie trenuje się przynajmniej raz na tydzień to o zmęczenie nietrudno. Szczególnie w meczu rozgrywanym na poważnie. Powiedziałem sobie jednak, że przynajmniej jedno spotkanie musimy wygrać i postanowiłem walczyć do upadłego. Szybko im odskoczyliśmy, gdyż Carol zaczął psuć zagrywkę, a Robert miał kłopoty na przyjęciu. W turnieju grało się tylko jednego seta, więc nie mieliśmy problemów z zwycięstwem - skończyło się 21:15. Mieliśmy już co najmniej czwarte miejsce...

Wyniki jednak nie były dla mnie żadnym priorytetem. Może to głupio zabrzmi, ale cieszyłem się samą grą, tym, że mogę być między ludźmi i dla nich grać. Cieszyłem się do momentu, w którym ujrzałem nowoprzybyłych kibiców. To było wprost niesamowite - w odległości czterech metrów stały od siebie Kate i Jessica oraz te dwie napalone nastolatki, z którymi miałem nieprzyjemność spotkać się dnia poprzedniego. Zamurowało mnie od stóp do głów. Jedna mnie zauważyła i krzyknęła "cześć ogierze", czy coś w tym stylu. Spaliłem się strasznie i najchętniej bym się wtedy ulotnił z miejsca zdarzenia. Ale nie mogłem. Nie mogłem popsuć sobie humoru, nie mogłem zawieść Andy'ego, nie mogłem oddać zwycięstwa walkowerem. 

W półfinale wylosowaliśmy Tony'ego i Jima - takich dwóch nażelowanych, niskich kolesi. Wyglądali niegroźnie, jednak przez przypadek pierwszego meczu nie wygrali. Zresztą nie będę owijał w bawełnę i powiem ci, drogi czytelniku, że nam także spuścili porządne manto. 21:12 to się nazywa wstyd. Ale ja nie mogłem się skupić. Starałem się, jednak oko mimowolnie mi uciekało na boki. Raz patrzyłem na Kate, raz na te dwie zołzy.

I na tym nasz udział w imprezie się zakończył, bo meczu o trzecie miejsce nie przewidziano. W nagrodę dostaliśmy darmowe piwko na bankiecie oraz jakieś zasrane dyplomy. Tak się nastawiłem na granie, a w rzeczywistości stałem gdzieś z boku. Stałem i zastanawiałem się, co myślą inni. Po co przyszła Kate? Czy te dwie małe gardzą mą osobą? A może nie chcą dać za wygraną? Chciałem usłyszeć odpowiedzi na te wszystkie pytania i jednocześnie cholernie się ich bałem. Absurd jest wszędzie...

***

Turniej był tylko taką przykrywką do bankietu. Wpuszczali wszystkich, a ludzie non-stop się złazili. Z ciekawości głównie. Myśleli pewnie, że coś za darmo rozdają. Sępy jedne - najpierw trzeba się narobić, żeby coś dostać. W siatę pograliśmy, więc piliśmy za darmo. My, czyli zawodnicy. Reszta płaciła i to słono, ale przecież każdy chciał być na najważniejszej imprezie w mieście...

Ja zająłem stolik w kącie sali, a Andy nawet się do mnie nie dosiadł, bo z miejsca poszedł zarywać dziewczyny. Pewnie tylko po to chciał grać w tym turnieju - na ładnych sportowców lecą wszystkie. Kolejny śmieć w moim ludzkim śmietniku...

Siedziałem na plastikowym krześle i popijałem piwko. Jedno, drugie, trzecie. I wtedy dotarła do mnie myśl. Co ja tutaj robię? Rozejrzałem się po sali - Jessica i Kate zagadywały z jakimiś dresami. Nie wiedziałem co jest grane. Ale tak szczerze, to miałem w dupie ich romanse. Tak samo, jak plotkowanie i strojenie min napalonych nastolatek. W pewnym momencie obsługa puściła jakąś kiczowatą muzyczkę, ludzie zaczęli tańczyć, a ja z grymasem na twarzy opuściłem salę.

Na dworze było już ciemno, paliły się latarnie, które dodawały plaży nutki romantyczności. Moje oczy napełniły się łzami. Zawsze tak mam, kiedy jestem sam w cholernie romantycznym miejscu. Moja głowa wypełnia się tysiącami myśli, wspomnień i marzeń. W takich chwilach strasznie pragnę, żeby ktoś mnie przytulił, jednak nigdy me pragnienie się nie ziszcza. Po dziesięciu sekundach przechodzą mnie dreszcze. Znowu nie czuję nic. Idę tylko po piwo i wracam na plażę, a w oddali widzę dziewczynę. Siedzi na brzegu. Siedzi i zapewne myśli.

***

Stałem tak i patrzyłem przez dobre dziesięć minut. Bałem się do niej podejść, a z reguły bardzo szybko nawiązuję z ludźmi kontakt. Od niej coś promieniowało. Coś bliskiego memu sercu, ale za cholerę nie wiedziałem co. W końcu zbliżyłem się o jakieś dziesięć metrów.
- Podejdź, na co czekasz?! - zawołała śmiało dziewczyna. Posłuchałem i ujrzałem ją w pełnej okazałości. Miała piękne, niebieskie oczy i blond włosy. Była przeciwieństwem Kate i dziewczyny z basenu. Ale i tak była śliczna.
- Smakowało? - zapytała z przekąsem.
- Tak, dobre to piwko - rzuciłem, gniotąc pusty kubek.
- Ja nie o tym. Przed chwilą pożarłeś mnie wzrokiem - zaczęła filozofować. Lubię takie gierki. Wtedy facet od razu wie, że dziewczyna jest nim zainteresowana.
- Pycha - odpowiedziałem z braku laku.
- Małomówny jesteś - próbowała kontynuować.
- Tak, dzisiaj tak. A tak poza tym to Steave jestem -powiedziałem, podając jej rękę.
- Kelly - rzuciła nonszalancko dziewczyna i mocno uścisnęła mi dłoń. Poczułem, że musiała dostać solidnego kopniaka od życia, bo zwykłe kobiety tak mocno nie cisną.

Już chciałem zarzucić jakiś ciekawy temat, kiedy na plażę wybiegła kompletnie pijana Kate. Podbiegła do Kelly i wepchnęła ją do wody. Jasnowłosa uderzyła ręką w wystający z dna kamień i solidnie się przecięła.
- Mało ci suko?! - wrzeszczała Kate.
- Pojebało cię?! - rzuciłem Kate na przywitanie. - Zostaw ją, o co ci chodzi? - kontynuowałem cały zdenerwowany. Kelly w tym czasie wstała i zaczęła uciekać. Pobiegłem za nią. Normalnie bym ją zostawił, ale czułem, że ta dziewczyna skrywa jakąś tajemnicę.
- Ty skurwielu, pożałujesz jeszcze tego! Znam cię z tego basenu! Kurwa, pamiętam cię! - krzyczała jak w transie Kate, podczas gdy ja oddalałem się w kierunku wyjścia na miasto. Dziesięć metrów przed nim dorwałem Kelly. Wyrywała mi się i krzyczała, żebym ją zostawił w spokoju. Nie mogłem. Zmusiłem ją, żeby poszła ze mną do domu opatrzyć ranę.

***

W domu wyczerpana dziewczyna padła jak kawka. Po założeniu opatrunku niemal natychmiastowo zasnęła. Nic dziwnego - alkohol, stracona krew, wysiłek fizyczny. Bomba zegarowa w ludzkiej skórze.

I nie myśl drogi czytelniku, że po raz kolejny postanowiłem wszystko przemyśleć we śnie. Nie, tamtej nocy nie mogłem w ogóle spać. Cały czas miałem w oczach Kate. Zastanawiałem się, co ją łączyło z Kelly i o co jej chodziło z tym basenem. Przecież to niemożliwe, żeby to ona była tą pięknością w czarnym kostiumie. Byłem z siebie dumny, że pomogłem Kelly, jednak spokoju nie dawała mi myśl, że może się ona okazać kolejną postacią, która najpierw będzie się przymilać, a później wbije nóż w plecy. Z nerwów obgryzłem paznokcie u rąk. Bałem się tych wszystkich ludzi. Wszyscy coś przede mną ukrywali, a ja byłem jak ten gościu w Truman Show...

 
zabójca [zabojca@buziaczek.pl]

|strona 42|