:: Żniwa okiem "odśrodkowym"
Gloggy w pierwszym numerze skrobnął kilka zdań o temacie tytułowym, ale co on, k***, może wiedzieć o ciężkiej pracy rolnika? :P Spytacie, co w takim razie wiem ja? Otóż całkiem sporo ;]
Żniwa - początek
Gdy we wtorek obejrzałem prognozę pogody, mocno się zdenerwowałem. Otóż przez najbliższe dni miało... prażyć słońce! Jako że to końcówka lipca, można się było spodziewa prawdziwego wysypu wszelkiej maści kombajnów, Ursusów itp. I faktycznie - już następnego dnia rano obudziła mnie wielka, czerwona maszyna raźno sunąca pod moim oknem, dumnie prężąc ostrza. Świadom już wtedy byłem zbliżającego się Armageddonu, ale czekałem. Cierpliwie.
Żniwa - przebudzenie
Najpierw "przebudziłem się" ja. Z tym, że akurat niczego jeszcze nie podejrzewając. Był piątek, mój ojciec (zwany dalej tata-psychopata - Bundy rulezzz :D) w pracy, więc spokojnie zasiadłem do wertowania AM, grania w ISS-a i różnych takich pierdół. Jakież było moje zdziwienie, gdy w Samo Południe(C) stary polonez z piskiem opon zatrzymał się przed naszym domem. I się zaczęło.
Żniwa - pierwsza krew
Ten sam dzień, godzina "zero" (czyli trzynasta ;-)). Zostałem właśnie "poproszony" o pomoc sąsiadom we wnoszeniu zboża. Spytacie, co to i po co? Ano polega to na tym, że przyczepa pełna owsa/żyta/pszenicy/etc. podjeżdża pod tzw. "górę" stodoły i na ową "górę" trzeba zapakować zboże. Jak zapakować? Ręcznie oczywiście :/ Tak więc jedna osoba stoi na wspomnianej przyczepie i nabiera w wiaderka o kilkunastolitrowej pojemności rzeczone zboże. Następnie te wiaderka podaje osobie stojącej na górze. Ta osoba odbiera ładunek i zwykle od razu na miejscu wysypuje. Niestety - projekt budynku gospodarczego moich sąsiadów jest mocno udziwniony i osoba odbierająca musiała wiaderko w miarę szybko dostarczyć kilka metrów dalej, gdzie za okienkiem o wymiarach metr na metr stała osoba, która miała za zadanie trafić zbożem z wiaderka do specjalnej przegrody. Jak więc sami widzicie, żmudny to proces, czaso- i pracochłonny, w dodatku dający zerową satysfakcję z wykonywanej pracy. Mnie w udziale przypadło najpierw bieganie z wiaderkiem, ale po kilkunastu minutach wysiadł mi kręgosłup, zwyczajnie jestem za wysoki i musiałem biegać skurczony jak niejeden emeryt w państwie polskim :). Szybko więc zostałem oddelegowany do okienka. Tam już praca była mniej uciążliwa, ale po pewnym czasie znowu musiałem biegać, bo przy okienku nie było już miejsca i musiałem odchodzić z każdym wiaderkiem dalej, do następnej przegrody. Ile tych wiaderek było? Nie wiem, ale jeśli już liczyć to zdecydowanie albo w setkach, albo w tysiącach.
Praca mijała dość szybko i ani się spostrzegłem, a minęły już dwie godziny. W tym czasie zostałem poczęstowany kompotem, który w zasadzie dało się pić. W zasadzie, bo człowiek spragniony wypije (prawie) wszystko. I owo wszystko będzie mu smakowało, ale kiedy już ugasi pragnienie poczuje w ustach obrzydliwy posmak, jeśli oczywiście to, co pił, było obrzydliwe. A ten kompot z pewnością był.
Gdy praca miała się ku końcowi, usłyszałem donośne wołanie. Wołającym był mój tata-psychopata, a okrzykiem moje imię. Cóż, nie pozostało mi nic innego jak przerwać i w te pędy biec kilkadziesiąt metrów. Co się okazało? Ściągał mnie tylko dlatego, że na podwórko wdarły się dwie, jak to określił, Cyganki. Znaczy nie, zaraz tam "wdarły". Ot, weszły sobie, zwyczajnie, przez furtkę. Mama wyniosła im wodę i to bardzo zdenerwowało mojego szanownego rodziciela. A musicie wiedzieć, że jego z reguły wszystko denerwuje i zasługuje na nadany mu przeze mnie przydomek. Jako że z mojej strony nie było żadnej reakcji (poszedłem tylko sprawdzić, czy wszystko gra), psychopata prędko podbiegł do kobiet i zaczął im grozić nakazując opuszczenie posesji. W prawej ręce trzymał nóż i wykrzykiwał, że je pozabija. Na to jedna z nich, ze stoickim spokojem odparła, że nie miałby sumienia. Phew! Gdyby go znała, wyniosłaby się w ciągu kilku setnych sekundy... Na (swoje) szczęście panie sobie jednak poszły i pozostał względny spokój. Dostałem obiad (fatalnie przyrządzone flaki) i zacząłem czekać. Czekać na najtrudniejszą część dnia. W godzinę później pojawiło się Ono. ZBOŻE! Co w tym takiego strasznego? Niby nic, ale dwie sporej wielkości przyczepy wyżej wymienionego trzeba było przetransportować w połowie do skrzynek, a w połowie "na górę". Jak? Zwyczajnie. Łopatą.
Po półtorej godzinie machania nabawiłem się dwóch piekielnie bolących odcisków na lewej ręce. Tak w ogóle to jestem praworęczny, ale zadania "siłowe" traktuję obukończynowo.
Po kolejnych sześciu kwadransach rozpętała się burza. Dosłownie. Urocze piekiełko pełne skwaru nagle przerodziło się w bębniącą ulewę i grzmot za grzmotem. Słowem - full wypas. Nie muszę chyba mówić, że nie było mowy o przerwaniu pracy. Pocieszony myślą o chwalebnej śmierci przy łopacie pracowałem dalej.
Każda, nawet największa przyczepa ze zbożem ma swój koniec. Ta, jak się ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało, również miała. Gdy zeskoczyłem i z nutką radości poczłapałem do wyjścia, okazało się, że nieopodal jest jeszcze druga przyczepa. Okazało się też, że ona również przeznaczona jest dla mojej skromnej osoby. Już miałem zemdleć, ale postanowiłem najpierw bliżej przyjrzeć się wrogowi. Wtedy iskierka nadziei zabłysnęła w sercu moim, bo oto szanownego zboża było na niej niezbyt wiele. Ot, kilkaset machnięć łopatą i po krzyku...
Ale nie, po krzyku było dopiero wtedy, kiedy dokładnie wymiotłem resztki owsa (żyta? pszenicy?) i oczywiście pięknie złożyłem plandekę. Burza tymczasem szalała w najlepsze, więc zaliczyłem jeszcze krótki sprint na trasie stodoła - dom, zakończony wspaniały hamowaniem - mój nos znalazł się w odległości kilkunastu milimetrów od drzwi.
Żniwa - decydujący ciągnik
Jak to zwykle po ulewnym deszcze bywa, wszystko dookoła jest mokre. Również pozostała na Polu(tm) słoma zamokłą i do tzw. "zwózki" nadawała się raczej średnio. Prawdę powiedziawszy to nie nadawała się wcale. Oznaczało to dwa-trzy dni odpoczynku, przeznaczonego na opatrywanie i gojenie odcisków, tudzież inne codzienne sprawy, typu rozmowy z kurczakami czy wysyłanie maili Azorowi (co, nie oglądaliście nigdy Grześka Halamy? :P).
Po upływie rzeczonych dni nadszedł sądny dzień. Tym razem praca była nie tak ciężka (dla mnie), ale za to psychopata miał zdecydowanie więcej okazji, by sobie na mnie pokrzyczeć. Ot tak, dla sportu. Tego popołudnia moim głównym zadaniem było prowadzenie ciągnika wysokozardzewiałego barwy żółtej. Lawirowanie między belkami słomy czy zawracanie na małej przestrzeni, w dodatku na spadku, sprawiły, że już od dawna nie boję się właściwie niczego i nabrałem przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych :D Co do zadań pobocznych, to już dość typowo - otwieranie/zamykanie stodoły, zakładanie wiadra na wydech ciągnika (nie bardzo wiem, po co, może żeby pożaru nie spowodować albo co?).
Kilka godzin pracy lekkiej, co nie znaczy przyjemnej i... koniec! Znaczy koniec dla mnie, bo o szesnastej musiałem być już na Placu Manewrowym(tm), przedtem oczywiście zaliczyłem prysznic, rowerową podróż na przystanek autobusowy i wybulenie dwapięćdziesiąt za sześciokilometrową podróż tymże busem. Na placu, jak to na placu - instruktor tradycyjnie spał a ja nietradycyjnie poległem na całej linii, ale byłem padnięty, nie w humorze i do tego myślami zupełnie gdzie indziej, więc nawet obserwowanie pana podnoszącego kolejne strącane przeze mnie pachołki nie dało mi większej satysfakcji.
Żniwa - przebudzenie
Tego się nie spodziewałem. Powinienem był przewidzieć, zauważyć, ale nie. Odkrycie było przerażające - przecież PRZED domem mamy jeszcze jedno pole!!! Nie tak znowu rozległe, ale zawsze. No i faktycznie, nie minął nawet tydzień, nie zagoiły się rany (i urazy psychiczne), a już robota zaczęła się od nowa, tyle że na mniejszą skalę. Od zrzucania zboża się wykręciłem, a zwożenie belek zajęło niecałe dwie godziny. Ogólnie mogło być gorzej, ale zdecydowanie lepiej też mogło się trafić. Ale to już nie w tym wcieleniu ;-)
Żniwa - podsumowanie
Możemy teraz podsumować, zreasumować, skonkludować czy co tam jeszcze chcecie. Okres żniw zaliczam na zdecydowany minus mieszkania na wsi (większą niedogodnością jest oczywiście "Wszędzie daleko(tm)"). Kilka dni ciężkiej pracy, atmosfera napięcia, hałas, spaliny i ogólny chaos. Zdecydowanie nie polecam w tym okresie udawania się na wakacje do krewniaków na wsi, chyba, że macie na nazwisko Boryna ;-) W takim wypadku jak najszybciej się ze mną skontaktujcie w celu ustalenia warunków zamiany ze mną na czas żniw :)
Tuxedo
|