Książki w moim życiu...
Tuxedo
Tak, to zaczęło się bardzo, bardzo dawno temu. Ponieważ nauczyłem się czytać w
stosunkowo młodym wieku, szybko zacząłem nabytą umiejętność wykorzystywać.
Niestety, z pierwszych "czytanek" utrwaliła mi się tylko jedna - "Na jagody".
Pamiętam realistyczne obrazki, ptaki spoglądające na mnie z co drugiej strony i
wciągającą opowieść...
Tylko tyle, aż tyle. Czasami bardzo się dziwię, jak mało pamiętam z lat
dziecinnych, tudzież z całkiem "świeżych" roczników. Nie wiem, czy to objaw
wczesnej sklerozy, jakiejś innej choroby czy po prostu nie przywiązuję uwagi do
wspomnień, nie staram się ich utrwalać bo zamiast tego wolę pomyśleć o
przyszłości albo "opcjonalnej teraźniejszości" (czyli po prostu pomarzyć :-)).
Więcej "pozostałości" mam z okresu wczesnoszkolnego. Bardzo miła bibliotekarka i
pani od biologii w jednym nie mogła odstraszać, więc i lektur w tym okresie było
sporo. Znaczy "lektur" nie w sensie tych programowych, ale raczej tych czytanych
"dla siebie". I tak moim sercem zawładnęła seria o potrafiącym rozmawiać ze
zwierzętami doktorze Dolittle. Pozycji tych było kilka, jednak pozostawiły one
spory niedosyt i rozczarowanie, gdy usłyszałem, że wszystkie już przeczytałem.
Dalej podobała mi się "Karolcia". Ta z kolei była dziewczynką (no bo przecież
nie chłopcem, nie te czasy :P), która znalazła czarodziejski koralik spełniający
życzenia. Problem stanowił fakt, że z każdą spełnioną prośbą koralik się
skurczył, aż znikł zupełnie... (to chyba nie jest "spoilerowanie" - w końcu ilu
z Was sięgnie teraz po tę książkę? ;-)). Trzecia zapamiętana pozycja to "Baśnie
1000 i jednej nocy". Szkoła zakupiła tę książkę gdy byłem już "uznanym
czytelnikiem", więc dostałem ją pierwszy i z ochotą obłożyłem w nowiutkie,
przezroczysto-zielone okładki :). A było co obkładać, grube było ustrojstwo, ale
świetnie się czytało.
"Plastusiowy pamiętnik" jeszcze sobie przypominam, ale to tylko dlatego, że
znajomość z plastelinowym ludzikiem (i Tosią oczywiście) odświeżyłem... w
gimnazjum :). Że dziwne? Ale, wierzcie mi, dla samej miny bibliotekarki warto
było :). Bo i nie była to ta sama bibliotekarka, moja pierwsza szkoła została
zamknięta, gdy weszła w życie reforma oświaty (tak, tak - to mój rocznik został
tym "eksperymentalnym").
Gimnazjum nie było jakimś szczególnie dobrym okresem jeśli chodzi o przeczytane
przeze mnie książki. Ot, kilka lektur i wszystko. (A "kilka" tylko dlatego, że
po prostu większej ich ilości nie przerobiliśmy - wtedy bardzo ważne dla
polonistki były wiersze umieszczone w podręczniku - i słusznie!). Wprawdzie z
usług biblioteki korzystałem dość często, ale w większości przypadków
"arcydzieła literatury dla młodzieży" pozostawiałem nietknięte... Chociaż
pamiętam parę fajnych pozycji, np. "Szkoła przy cmentarzu", czyli takie horrorki
dla nastolatków, jakąś powieść o chłopcu, który widział indian no i klasykę
przez duże "K" (umieszczone na okładce...), ale akurat z tytułami będzie
kiepsko.
|
Szkoła średnia - i tu odżyłem :). Przez dwa tygodnie mieszkałem w internacie i w
tym czasie zorganizowano nam wycieczkę do miejskiej biblioteki. Z miejsca
wziąłem trzy książki Danikena (wcześniej czytałem jedynie "Objawienia", bo tylko
to było dostępne). Po kilku miesiącach zapłaciłem za to 20zl., jako że z
internatu szybko zrezygnowałem, a o książkach, po ich przeczytaniu, zwyczajnie
zapomniałem (a i drogi do biblioteki nie kojarzyłem... moja orientacja
przestrzenna jest niemal zerowa). Ale nie żałuję! Kiedy je bowiem oddawałem, w
moje ręce wpadła Książka Idealna, czyli "Dziecko na niebie" Jonathana Carrolla.
Tytuł łączy w sobie psychologię, magię, humor, tragizm, horror i pewnie jeszcze
wiele innych rzeczy. W każdym bądź razie od tego momentu stałem się wielkim
fanem twórczości Carrolla i właściwie ograniczyłem się tylko do niego.
Oczywiście w przerwach dokształcałem się czytając niektóre lektury, no i wpadł
mi w ręce "Dobry omen" Pratchetta. Niestety, tylko ta jego książka była...
Później jeszcze "wpadli" Paolo Coelho i Tomasz Lis ("Co z tą Polską" i "Nie
tylko Fakty" - obie pozycje polecam! Chociaż dla szerszej publiki z pewnością
przystępniejsza będzie ta druga)
Wracając jeszcze do lektur to powiem wprost - nie przepadam. Podobały mi się
"Cierpienia młodego Wertera", podobał się "Mały Książe", podobał się... no
właśnie, więcej, niestety, nie pamiętam. Parę tytułów też ominąłem, np. "Lalkę"
Prusa, ale akurat ja mogłem sobie na to pozwolić. I tak jak zwykle wyszło na to,
że jako jedna z nielicznych jednostek w klasie przeczytałem daną pozycję...
Tymczasem wystarczyło wcale nie takie znowu dobre streszczenie. Ale tego sposobu
raczej nie polecam, trzeba mieć wyrobioną markę u polonisty :) (Ale znowu wtedy
to można już praktycznie NIC nie robić i jechać na swojej inteligencji,
elokwencji i innych takich pierdołach :P).
A co robię, znaczy czytam, teraz? Otóż... cały czas Carrolla. Od kilku miesięcy
poluję na jego wydania poprzez Allegro, czytam po raz drugi niektóre pozycje i
szukam jeszcze nie czytanych. Np. teraz wpadł mi w ręce "Czarny koktajl" i
oczywiście zajął zaszczytne miejsce na półce. A trochę dalej, nieco już
przykurzone, czekają "Paragraf 22" Hallera, "Dotknij diabła" Higginsa i dwa hity
Marqeza ("Miłość w czasach zarazy" i "Sto lat samotności") Czy się doczekają?
Hm, pewnie nie, biorąc pod uwagę, że przed kwadransem dostałem kolejną paczkę od
Allegrowiczki...
|