Monika Luft - Śmiech iguany
Michał Chmielewski
Śliczna, mądra i uprzejma dziennikarka telewizyjna wpada pewnego dnia, aby napisać powieść. Nie taką nudną i płytką, która po przeczytaniu zostanie zapomniana podczas pierwszej wizyty w toalecie. Chce wystukać na klawiaturze ciekawą, solidną i przede wszystkim wciągającą jak tornado powieść, dzięki której jej uznanie w mediach nie będzie zawdzięczała tylko dziennikarstwu, ale i prozą przez nią spłodzoną.
Proza ta nosi nazwę "Śmiech iguany", a jej mama nazywa się Monika Luft.
Początek książki jest obrazem dzisiejszej sytuacji w polskiej telewizji. Autorka przedstawia czytelnikowi, co dzieje się, kiedy gasną kamery, a prezenterka może zdjąć z twarzy sztuczny uśmiech. A dzieje się nieciekawie - układy między znajomymi wypychają zdolnych, ale pozbawionych takich właśnie układów dziennikarzy.
Główna bohaterka przekonuje się o tym na własnej skórze, dzięki czemu dostaje bezpłatny urlop na czas nieokreślony - zostaje zwolniona. Korzystając z oszczędności wybiera się ze swoim chłopakiem na niezapomnianą wycieczkę do Meksyku, która rzeczywiście zostanie przez nich zapamiętana, ale nie w takim kontekście, jakim by sobie życzyli. Zostają bowiem poniekąd dobrowolnie wplątani w przemyt, który kończy się fiaskiem - ich "pracodawcy" wystawili ich, orżnęli, zrobili w bambuko. Facet trafia do więzienia, gdzie pozna wszystkie soczyste aspekty życia więziennego, a jego dziewczyna podejmuje szereg nieudanych prób wyciągnięcia go. Dla zepsucia Wam przyjemności czytania zdradzę, że udaje jej się to przez całkowity zbieg okoliczności - przypadek przez duże P.
Powieść czyta się przyjemnie, szybko, co bardzo sobie cenię. Szybko zapoznajemy się z głównymi bohaterami, poznajemy ich myśli i odczucia, przez co łatwo się do nich przywiązać. A takie powieści właśnie lubię - gdzie bohaterzy nie są bezbarwni, pozbawieni uczuć.
A tutaj mamy do czynienia z niemalże prawdziwymi ludźmi, którzy zostali postawieni w ździebko niewygodnej dla nich sytuacji. Nikt poza Szpilmanem nie sprawił, bym czuł żal podczas czytania. A teraz - nikt, poza Władysławem Szpilmanem
i Moniką Luft.
|
|
|
|
| Smiech Iguany |
|
| Nie ma |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| chyba obyczajowa |
|
| - |
|
| - |
|
|
Brak oceny |
|
|
 |
|
|
Zatem - kongratulejszyn. Tym bardziej, że bardziej przywiązuję się do bohaterów, pochodzących z Marsa, a nie Wenus - a w "Iguanie" widzimy świat głównie kobiecymi oczami - i nie jest to przejaw mojej szowinistycznej strony, tylko... no dobra, jest. Tym bardziej należą się owacje dla Moniki Luft.
Książkę łowiłem w bibliotece kilka miesięcy (nie pierwszą i zapewne nie ostatnią). Uważam, że - uwaga, banał! - było naprawdę warto.
|