Październik 2005      


|:  RECENZJA  :|

Michael Moore - Biali głupcy
Michał Chmielewski

Mało jest osób, które nie znają pewnego filmowego dokumentu o nazwie Fahrenheit 9.11. Reżyser Michael Moore przedstawił w filmie kilka bardzo interesujących faktów, które stawiają prezydenta Ameryki - Dżordża Dablju Busza - w niekorzystnym świetle. Mało jest również osób uświadomionych w fakcie, iż pan Moore pisze książki o jego pięknym kraju, który, po wciśnięciu pod lupę, wcale nie wydaje się taki piękny. Jedna z takich książek autor ochrzcił "Stupid white boys". W naszym kraju nosi ona tytuł "Biali głupcy".

Ameryka w mniemaniu wielu osób - m.in. reżyserów filmowych - jest utopią. Ładne białe domki w czerwonym daszkiem, białym płotkiem i cudownie równo ostrzyżoną trawką. Taki przejedzony już "amerykański sen". Ale, jak każdy sen, ten jest również splotem wizji, które są równie rzeczywiste, jak ślub Spidermana z Catwoman. Ameryka bowiem jest krajem tak zepsutym, tak oblepionym korupcją, fałszem, kłamstwem, rasizmem, marazmem, prywatą, miernotą, oszustwem i polityczną chciwością, że Polska wydaje się być tutaj prawdziwą Utopią.
Poprzez połączenie faktów, nie mających z pozoru ze sobą nic wspólnego, pokazuje prawdę skrzętnie ukrywaną przez Amerykański Rząd. I nie tylko.

Jedenaście rozdziałów, napisanych bardzo solidnym i czasami sarkastycznym stylem, jest tak przekonywujących, że nie sposób się nie zgodzić z autorem. Moore, mimo otaczającej go miernoty, zachowuje poczucie humoru i złośliwość, którą uderza w amerykańską politykę. Rozdział "Bardzo amerykański zamach stanu" obrazuje sytuację wyborów, które "wygrał" polityczny analfabeta (i analfabeta w ogóle, tak, tak!) i aktualny nielegalny mieszkaniec Białego Domu - George W. Bush. Wzięcie w cudzysłów słowa wygrał jest tutaj jak najbardziej odpowiednie, gdyż wybory te były tak sfałszowane, tak podstępnie zgniecione sabotażem, że obrabowanie lasvegasowskiego kasyna przez Dannego Oceana wygląda przy tym jak mały pikuś. Całe wybory były ustawione od początku do końca przez kochającą się rodzinkę Buszów. Naprawdę nie wiem, jak to mogło przejść, skoro chwyty, jakie stosowali, były absurdalne.
Podam jeden przykładzik. Każdy, kto ma na koncie wykroczenia, ma wilczy bilet na głosowanie podczas wyborów. I patrzcie - na Florydzie, ten, kto miał nazwisko podobne do tego gościa z wykroczeniem, był redukowany z listy uprawnionych wyborców (!!!). Mało?

A co wy na to, jeżeli każdy, kto urodził się w tym samym dniu, co przestępca, również nie miał czego szukać podczas wyborów? Mało? To jeżeli miało się podobny PIN do PINu przestępcy... wiadomo chyba, co dalej, nie? I to nie jest błąd Matrixa, tylko Ameryka, panowie i panie. Gdyby były jakieś wątpliwości - dane na ten temat zostały sprawdzone, a ich bibliografia znajduje się w książce.

  Stupid white boys
  ---
  ---
  ---
  ---
  ---
  ---
  -
  ---
  ???
  Brak oceny




I to jest dopiero pierwszy rozdział. W następnych Michael udowadnia m.in., iż Dablju Busz jest wtórnym analfabetą, a potwierdza to faktami, które nie sposób odeprzeć.

W skrócie - Michael Moore niszczy uwielbiany przez miliony "amerykański sen" o wolności narodu i demokracji. Właściwie nie niszczy, tylko ukazuje, że słowo "sen" jest tutaj kluczowym rzeczownikiem.
I jeszcze jedno. "Kraj idiotów" jest piątym rozdziałem. Zgadzam się z nim w pełni jeszcze przed jego przeczytaniem, bo ludność amerykańska po premierze Fahrenheit 9.11, wydaniu tej książki i paru innych - wszystkie "rozbierają" politykę ameryki na części pierwsze, które pokazują jej zepsucie - nadal siedzi z dupami wciśniętymi w fotel, ogląda tok-szoły Oprach Łinfraj i ma to wszystko gdzieś. Zupełnie jak Polacy... Mimo to Michaelowi Mooreowi należy się owacja na stojąco - zarówno za książkę "Biali głupcy", jak i za całokształt.

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!