Jane Austen - Mansfield Park
Master Wrona!
"O Fanny Price, o Fanny Price,
Kto Ciebie ukochać będzie umiał?"
Hmmm... Słowa zaczerpnięte z tekstu piosenki grupy Myslovitz wspaniale pasują do głównej bohaterki powieści, którą pragnę przedstawić. A dorzucę mimochodem, iż czytając o Fanny Price, co chwilę uśmiechałam się i podśpiewywałam: "O Fanny Price..." A tak w ogóle to nieraz odnosiłam dziwne wrażenie, że tytuł książki powinien brzmieć raczej "Osaczona", a to ze względu na liczne perswazje ze strony rodziny w sprawie poślubienia pewnego jegomościa.
Historia, na pierwszy rzut oka, rodem z "Kopciuszka". Biedna dziewczyna zostaje przygarnięta przez obrzydliwie bogate wujostwo pod dach. Od Kopciuszka Fanny różni się tym, że nie jest ona aż tak druzgocąco pomiatana przez najbliższe otoczenie.
Panna Price stanowi przykład wyjątkowo cichej i usłużnej osóbki, niezdolnej wręcz sprawiać innym kłopotu, ani zmartwień. Z początku snuje się po domu, niczym cień samej siebie, lecz niedługo odnajduje przyjaźń i wsparcie w starszym kuzynie, zacnie zwiącym się Edmundem.
Sądzę, iż mogę tu także wyjawić (bez oskarżenia mnie o spoilery), iż panienka z biegiem lat poczyna żywić do niego znacznie silniejsze uczucia, niż on mógłby przypuszczać, i których, niestety, on sam do niej nie podziela. I w tym oto miejscu rozpoczynają się problemy sercowe osoby małomównej i z reguły uwielbiającej cierpieć w samotności (a kocha, korka jednego, za przeproszeniem tak, że nawet jego koślawe pismo przyprawia ją o miłe sercu dreszcze).
Sama fabuła strasznie mi się podoba. Z resztą zauważyłam (po przeczytaniu chociażby "Dumy i Uprzedzenia" oraz "Rozważneji Romantycznej"), że pani Austen ma w tych książkach podobny i charakterystyczny styl pisania. Wprowadza czytelnika (iście umiejętnie) w świat wydarzeń i nadaje swoim bohaterom cechy tak wyraziste i tak nam znane z życia codziennego, że nie można w żaden sposób odczuć, iż zostali oni wprowadzeni w zdarzenia tylko po to, aby zapełnić jakąś tam zaistniałą przypadkowo lukę.
Są opinie mówiące, że ta książka w całym dorobku twórczyni jest tą najtrudniejszą ze względu na wplątanie do powieści licznych zwyczajów i tradycji związanych z ówczesnym bytowaniem w Anglii. Ja się z owymi opiniami nie zgadzam w żadnej mierze, bowiem powieść "łyka" i "połyka" się równie dobrze, jak wspomniane nieco wyżej.
Moim skromnym zdaniem dodatkową przyjemnością zachęcającą do wglądu w lekturę (szkoda, że nie szkolną, bo zawiera mnóstwo przemyśleń i rozważań na tematy, które młody człowiek powinien kształtować i rozwijać) dopełnia fakt, że przenosimy się do miejsc, które mieliśmy możliwość oglądać jedynie w filmach. Te wszystkie damy, panowie, służba, dwory, dochody majątkowe i wreszcie miłość, której przecież w książkach nie powinno nigdy zabraknąć. Czemu, zapytacie? Odpowiedź wydaje mi się prosta, wręcz banalna. Nikt nie potrafi żyć bez miłości (jaka by ona nie była). A kto jednak temu przeczy, zatwardziale się oszukuje. Miłość sama w sobie stanowi pociechę w trudnych chwilach, dodaje otuchy, pozwala ukraść słońcu trochę promieni i wprawić człowieka w błogi i anielski nastrój.
No cóż. Jednak ta cudowna i piękna miłość ma także drobne wady (ech! Jak wszystko na tym świecie z nami na czele). Posiada moc omotania ofiary w niewiarygodny sposób. I to tak, że staje się ona ślepa i podąża wyłącznie tam, gdzie ją owa miłość prowadzi. Przykładem podobnej i zaślepionej kochaniem ofiary jest nasz drogi Edmund. Oj! Tego to nieraz miałam prawdziwą ochotę trzepnąć w ten nierozgarnięty łep, by zwrócił uwagę na kogoś innego, prócz tej przemądrzałej panny Crawford. No, ale co poradzić. koleś chodzi z opaską na oczach i zdjąć jej nie ma najmniejszego zamiaru.
Chciałabym jednak jeszcze raz powrócić do sprawy związanej z tradycjami i zwyczajami panującymi w szanowanym domu w Mansfield Park. To jasne, iż największe znaczenie ma tam pan domu, a po nim syn pierworodny (w tym przypadku traktujący wyjątkowo lekko pieniądze, Tom Beltram), który w przyszłości odziedziczy dwór z wszystkimi jego wygodami. Za nimi znajduje się kolejny syn (przeznaczony na duchownego). Panie również są poważne, a jakże! W tamtych czasach panowała w wyższych sferach (tego o dzisiejszych Vip'ach powiedzieć się nie da) niemożliwa do przyjęcia przez rozum kultura w obejściu!
|
|
|
|
| Mansfield PArk |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| - |
|
| --- |
|
| miękka |
|
| ??? |
|
| Brak oceny |
|
 |
|
|
Panowie bardzo grzecznie prowadzili rozmowy z paniami, ustępowali miejsca, szlachetnie zabiegali o ich względy (a dzisiaj wystarczy takiemu powiedzieć: "Ej! Ładna z ciebie du..!" I laska już przejęta i chodzą takie ludki ze sobą. Brrr... Nie do pomyślenia!). Ech! Doprawdy, nie to, co dzisiaj. Pewnie, że są wyjątki od reguły, ale wtedy nie do pomyślenia było nawet obrażenie, a już tym bardziej zniesławienie panny. I kurde, tak powinno zawsze być. Kurczę, wiem, że zanadto się czepiam, więc proszę o jakie takie puszczenie moich słów między uszami, jeżeli kogokolwiek przyprawiły o mdłości.
A tak odchodząc od tych kulturalnych zachowań, doszłam ze zdumieniem do wniosku, że Fanny kocha swego... kuzyna! A tymczasem u nas ksiądz grzmi na ambonie, że ślubu do 7 pokolenie nie udzieli. Coś tu jest nie tak. Troszkę się nad tym wszystkim zastanawiałam i naprawdę nie wiem, skąd myśl, że kuzynostwo po ślubie nie ma prawa bytu. Powzięłam decyzję poczytać Pismo Święte podczas nadarzającej się decyzji i tam poszukać odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. lecz, jeśli ktoś by je obecnie znał, proszę o wytłumaczenie, ponieważ ja się już pogubiłam.
Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do przeczytania "Mansfield Park". Książka warta poświęconego jej czasu i odkrycia, co też się z tą biedną Fanny podzieje na świecie. A ważnym argumentem, moim osobistym, jest to, iż nieczęsto się zdarza, żebym od samego początku, a potem do końca, polubiła postać głównej bohaterki, a w tym wypadku niewątpliwie miało to miejsce.
Ps. Ta kobietka znajduje się w podobnej sytuacji, co ja zazwyczaj (oh, okrutny losie!): wymarzony facet nie kocha jej miłością kochanka, a na domiar złego ugania się za nią jakiś przeklęty podrywacz i bawidamek. No nic, wypada jedynie współczuć sobie i jej...
Ps2. Chcecie poznać dewizę balową Fanny Price? Oto ona:
"tańczyć troszkę z Edmundem i nie za wiele z panem Crawfordem, widzieć jak William (brat) dobrze się bawi i trzymać się z dal od ciotki Norris".
Co do ciotki Norris: charakterkiem przypomina kotkę z Harry'ego Pottera, panią Norris. Równie upierdliwa, że się aż tak brzydko wyrażę.
Ps3. Henry Crawford o Fanny (gdy nagle zdał sobie sprawę, że coś go do niej ciągnie i truł jej tym potem życie...):
"To jedyna kobieta, jaka może zwalczyć wszystkie jego (tzn. wuja - Admirała) uprzedzenia, ponieważ jest dokładnie taką kobietą, jaka jego zdaniem, nie istnieje".
Urocze, nieprawdaż? I to w istocie cała Fanny! Próżno szukać ze świecą podobnej dziewczyny.
|