« poprzednia | spis treści | następna »  
Def Jam Fight for NY [XBOX]
Iggy

Murzyńskich klimatów ciąg dalszy...

EA: BIG, najprężniej rozwijający się oddział Electronic Arts. Firma, która wie jak zadowolić klienta, zna od podszewki zasady funkcjonowania rynku gier. Ich dzieła zaspokajają potrzeby najbardziej wymagających graczy na całym świecie. Ich specjalność to gry arcadowe, dostarczające hektolitrów czystej zabawy. Żadnych tabelek, wykorzystywania przemyślanych strategii, po prostu czysty hardcore. Programiści zasłynęli z takich hiciorów jak chociaż SSX, seria traktująca o snowboardingu. Warto wymienić także świetne NBA: Street oraz inne pozycje z końcówką „street”. Genialna grafika i przyjemność przyjemność grania. Te dwie cechy łączą wszystkie tytuły spod szyldu EA: BIG.


Def Jam, raperska rzeźnia wraca w postaci świetnego sequella, oferującego więcej możliwości, lepszą grafikę i miodny klimat, który nie każdemu przypadnie od gustu. Fabuła gry nie skupia się na wydarzeniach części pierwszej, nie rozwija nawet żadnych wątków, zdawałoby się ważnych. Jest to całkiem inna historia, przedstawiająca undergroundowe mecze wrestlingowe w wykonaniu największych sław amerykańskiego rapu.

Intro pokazuje nam, aresztowanego twardziela, bossa jednej z ekip. Wywożony on zostaje zapewne w bardzo miłe miejsce, jakim jest więzienie, kraina mydła. Na nieszczęście panów z policji, radiowóz zostaje zmasakrowany przez odpicowanego Jeepa, który przyjechał w celu oswobodzenia D-Mooba. Jak się później okazuje, typkiem, który uratował ogromnego madafakę, jesteś Ty a raczej, twoja postać. Genialnie został rozwiązany edytor, za pomocą, którego tworzymy swoje wirtualne „ja”. Jest to nic innego jak portret pamięciowy. Świetnie pozwala to nam na wczucie się w klimat. Brawa dla koderów EA BIG. Wracając jednak do fabuły. Dzięki swojemu bohaterskiemu czynowi, zostajesz członkiem paczki-gangu Pana D-Mooba. W imię miłości i przyjaźni przyjdzie Tobie stłuc wiele wirtualnych ryjów. I tu uwaga, każdy przeciwnik to cyfrowy odpowiednik gwiazdy muzyki rap. Spotkamy wiec, Snop Doga jako Crow, główny bad ass. Zmierzymy się z Red Manem, Methood Manem, Carmen Electrą (!!) Seaunem Paulem, Xzibitem i innymi „ziomalami” z Ameryki. Ludzie, którzy uważają się za „anty-burżujów” mogą powiedzieć, że cała ta gra to tylko reklama dla tych wszystkich czarnoskórych raperów, można się z tym zgodzić. W takim razie, ja chcę więcej takich reklam! DJFFNY jest bardziej nieliniowy od swojej poprzedniczki. Teraz każda decyzja ma wpływ na dalszą rozgrywkę. Zostaniemy postawieni przed wyborem naszej laski, i tylko od niej zależy, czy będziemy na tyle wierni, aby ją chronić. Jest ciekawie. Możemy również wybierać, gdzie najpierw zmierzymy się z przeciwnikiem, kolejność jest dowolna. 

Rozwój bohatera jest naprawdę ogromnym plusem dla tej gry. Czy będzie on pakerskim wrestlerem albo piekielnie szybkim karateką, zależy od punktów, przyznawanych po każdej wygranej walce. Każdy ten punkt możemy wydać na jakiś element, siła nóg, siła rąk, zdrowie, wytrzymałość i szybkość. Otwiera nam to ogromne możliwości w stworzeniu Conana XXI wieku. Oprócz statystyk, istnieją również style walk, jakimi nasz „nigga” walczy. Maksymalnie można wybrać trzy spośród pięciu stylów. Najbardziej ciekawym stylem okazuje się „Martial Arts”, kung-fu połączone z ulicznym „łubu-dubu”. Na efektowne ciosy, przypominające fatalisty, wydamy kolejne punkty. Im droższy cios, tym bardziej efektowny. 

System walki jest naprawdę jednym z najbardziej prymitywnych systemów, z jakimi się spotkałem, Def Jam konkuruje z Double Dragon. Lecz mimo to, gra się naprawdę miodnie. Proste kombinacje zapewniają masę rozrywki. Nie raz wymaluje Ci się banan na twarzy, kiedy zobaczysz jak rozbijasz głowa oponenta mur/głośnik/drewno. Zdaje się, że prymitywne jest piękne :). Za wyprowadzenie ciosu odpowiadają cztery przyciski, X-noga, Y-ręka,, A- łapanka i L-power. Proste jak budowa cepa. Nawet najbardziej niepojętny gracz, szybko rozpracuje system walki w tym tytule. Programiści idealnie maskują mainstream i komercyjne zagrywki, na tym polega magia EA: BIG. 

Przejście trybu „story mode” zajmuje około sześciu godzin, lecz zostają nam jeszcze inne, przekozackie tryby. Dzięki bonusom, granie staje się ciekawsze, dodatkowe areny, przeciwnicy, wyzwania, wszystko to dodaje miodu do gry. Największą radochę przysparza nam multiplayer, nie ma to jak skopać tyłek swojemu kumplowi, w taki murzyński sposób! Na ekranie tłuc się może aż czterech graczy na raz! Sojusz lub każdy na każdego, polecam tą drugą opcję! Podczas grania, serce bije szybciej, nerwowo patrzę się na swojego przeciwnika w realu. Multiplayer sprawił, że przestałem kłócić się z bratem, wolę usiąść z nim i zaciukać jedną rundkę w DJ.

Wymodelowanie postaci to pierwsza klasa, to samo tyczy się aren. Całe mnóstwo poligonów zostało wpakowane na każdy cal raperskiego outfitu. Wszystko to utrzymane w komiksowym dizajnie. Ogromni madafacy wyglądają naprawdę przerażająco! Areny również maja sieczym pochwalić, ogromna interakcja z otoczeniem. Rozpadające się elementy otoczenia, wściekła i skora do pomocy publiczność, oraz star-fatality. Najlepszym motywem jest kursujące metro, sami domyślcie się reszty. 

Oprawa dźwiękowa zdobyła status „TLX.”, dostają to tylko gry z najlepszą ścieżką dźwiękową. Na playliście usłyszymy praktycznie każdego, liczącego się rapera. Kawałki te znają praktycznie wszyscy polscy „ziomale”, osobiście nie słucham tej muzyki, dla mnie to tylko basy i krzyki:), aczkolwiek miło się gra z takim czymś lecącym w tle. Każdy fan rapu znajdzie tu coś dla siebie. 

Na koniec chciałbym powiedzieć, że gra jest przednia, wiele radości sprawiło mi obutanie Seauna Paula i Carmen Electry, miłe. Nawet rasowi metalowcy powinni spróbować swoich sił w tej naprawdę kozackiej, ale zwykłej gierce. Widzimy się w Brooklynie niggaz!


efekciarstwo
klimat
grafika
śmierdzi komercją
za „zwykła”
nic nowego
prymitywny system walki
Platforma: X-box
Wydawca: EA
Deweloper: EA: BIG

« poprzednia | spis treści | następna »