|
Mniam! Na zegarze godzina 23:20. Jest 15 lipca. Jedynym, co rozjaśnia ciemności panujące w moim pokoju, jest światło monitora. Okno otwarte. Noc nawet ciepła. Słychać dźwięki wydawane przez owady. W domu cisza, nie licząc stukotu klawiszy i głośnego szumu trzech wiatraków w kompie. Ktoś mi parę chwil temu napisał, co do mnie czuje... Warunki genialne by skrobnąć reckę jakiejś gierki, a że przedwczoraj akurat łyknąłem jeden tytuł z ogromnej oferty gier na GBA, to i pisać jest o czym.
Wy wszystkie pewno Buffy znata. W naszej telewizji był puszczany serial (najbardziej w nim chyba mi się podobał kawałek na początku każdego odcinka), mieliśmy z nią dwie gry na duże konsole i jedną na GBC oraz tą, o której tu mowa. Wersja na GBC była przeciętna. Proste zasady, ale za to klimat i komiksowe przerywniki zdecydowanie podbijały wizerunek tej gry. Jako że GBA ma o wiele większe możliwości, to i gierka lepsza. Nie byłoby w serialu nic zbytnio ciekawego, gdyby nie główna bohaterka. Pewnie gdyby Vampire Slayerem był jakiś facet, to i ilość widzów byłaby zdecydowanie mniejsza. Zdecydowanie lepiej także gra się kobietą. Co kilka etapów, a jest ich w sumie 16, Buffy zmienia wdzianko, co zawsze w jakimś tam stopniu urozmaica zabawę (w jednym ze strojów coś białego wystaje jej z tyłu z gaci, ale na majty to zbytnio nie wygląda - dziwne). Wprawdzie już sam tytuł mówi, o czym opowiada fabuła, ale wysilę się i napiszę coś na ten temat od siebie. Otóż Buffy jest pogromczynią wampirów. Ukrywa to i na co dzień jest po prostu uczennicą. Ma jednak kilkoro znajomych, którzy wiedzą, kim jest naprawdę (w to wchodzi też czarownica czy tam wiedźma - kogo to obchodzi), i pomagają jej, jak tylko mogą. Raz na jakiś czas pojawia się jakiś większy boss, ale każdy z nich i tak prędko dostaje w dupę.
W telegraficznym skrócie założenia gry można określić tak: zapierdzielamy przed siebie i rozkładamy wampiry na różne sposoby. Ponoć rozbraja się je za pomocą kołków, krzyża czy też wody święconej, ale tutaj można także tego dokonać przy pomocy noży, toporów, buławy, jakiegoś popierdółkowatego działka. Sprzęcik znajdujemy w drewnianych skrzynkach, zostawiają je czasem przeciwnicy, a już na pewno kolesie, których uratujemy. Niektóre przedmioty można ze sobą łączyć i tym sposobem tworzyć naprawdę mocne narzędzia rozpierdzielu. Bardzo dobre na bossów. Wymachiwanie bronią to jednak nie wszystko, co Buffy potrafi. Gdy nie trzyma nic w ręku, może nasuwać łapami. Poza tym zawsze może sprzedać kopniaka. Można nawet wystosować parę prostych combosów. Gdy trzeba złapać się liny rozciągniętej między dwoma punktami lub dostać się na wyżej umiejscowioną platformę, Buffy może podskoczyć lub wykonać wyższy, podwójny skok. Czasem trzeba sobie także pomóc przesuwając skrzynkę lub głaz z jednego miejsca na drugie. Po etapach porozsiewane są dźwigienki, pociągnięcie których powoduje otworzenie się jakiegoś przejścia lub wyłączenie jakiegoś mechanizmu. Podczas gry napotkamy na sporo prostych zagadek, co zdecydowanie urozmaica grę opartą na założeniach przedstawionych na początku akapitu.
|
Graficzka w Buffy: Vampire Slayer trzyma ponadprzeciętny poziom i może się podobać. Jak dla mnie w porządku. Postacie, jak i część obiektów spotykanych po drodze, wyglądają jak prerendery i wyglądają nawet ładnie. Zwiedzane miejsca składają się z całkiem wielu elementów, co zdecydowanie nie budzi uczucia pustki i wrażenia, że autorzy poszli na łatwiznę. Poszczególne etapy są krótkie, więc designerzy leveli zbytnio się nie pomęczyli. Usiadł taki, podłubał sobie w nosku, uformował malutką kuleczkę, w kilka minut zaprojektował kilka niewielkich miejscówek (bo każdy etap składa się z kilku mniejszych) powtórzył to jeszcze 15 razy i koncept leveli już gotowy. Na szczęście postarali się o to, by popierdzielanie po planszach nie nudziło i wrzucili co jakiś czas parę pomysłów na urozmaicenie zabawy. Levele mają kilka różnych scenerii: miasto, las, jaskinia, podziemia, wnętrza budynków, szpital, cmentarz. To cieszy. Zaskakujące jest wykorzystanie facjat aktorów z serialu w przerywnikach. Co prawda ograniczają się one do fotek bohaterów i tekstu czytanego, ale nie wymagajmy od GBA cudów, choć miały one miejsce, grał ktoś może w Max Payne na GBA? Ci co grali, wiedzą o czym mówię. Tam słychać było głosy znane z wersji na większe sprzęty. Wspomnieć zdecydowanie należy o muzyce, ta bowiem, tak jak oprawa graficzna, buduje odpowiedni nastrój i przyznać muszę, że nawet mi się podobała. Nie rewelacyjna, ale mimo wszystko w porządku, jak zresztą cała gra.
Wydawać by się mogło, że Buffy na GBA to nawet dobra gierka i można weń z przyjemnością poszarpać. I tak też jest. Jedyne co może drażnić to czas potrzebny na ukończenie gry. Wystarczy bowiem 100... minut! Tyle mniej więcej ja potrzebowałem na ukończenie gry i to bez żadnych cheatów w postaci quick save'a. Dla niektórych to żadna wada, bo np. sporo świetnych gier na NES-a też było krótkich. Buffy jednak aż tak dobra nie jest, na GBA mamy dużo lepszych gier, ale jak już nie ma w co grać, to i w to można.
|
|
|
nastrój, potrafi wciągnąć
|
100 minut
|
Producent: Natsume
Rok produkcji: 2003
Platforma: Game Boy Advance
Język: angielski
|
|