|
Latałem sobie właśnie po okolicy w poszukiwaniu smacznej końskiej kupy[łżesz, wcale nie jesteś smakoszem końskich gówien. Jakbyś był, to napisałbyś "końskie placki"! Ups, chyba się wygadałem... - Iron Cookie], gdy poczułem ten dziwny zapach, nigdy jeszcze w swoim długim życiu takiego smrodku nie czułem. Przez myśli przeszły mi wszystkie te smakowitości jak szambo, gnojownik czy park miejski (czyli swoistego rodzaju hipermarket z masą promocji). Jednak błędem było podążanie za wonią tego "czegoś", bowiem doprowadziło mnie to do domu...
Wsunąłem się przez szparę w oknie i zobaczyłem obiekt, który wydawał ten smród. Jakiś człowiek siedział przy maszynie zwanej komputerem, śmierdział jak nic na tym świecie. Postanowiłem zawrócić, bo co jak co, ale ludzie nie pałają miłością do nas, much (co innego w drugą stronę, my, muchy, kochamy ludzi, oni zostawiają tyle świństwa i śmieci, że aż żyć się chce). Obróciłem się na pięcie i w długą, z powrotem na zewnątrz. Na zbieracza kupy, nie mogłem się wydostać, ktoś ustawił niewidzialną ścianę tuż przed moim nosem. Przez parę minut próbowałem jeszcze ją sforsować uderzając głową, ale nic to nie dało. Pozostało mi przeczekać człeka gdzieś w bezpiecznym miejscu.
Tak oto sobie znalazłem całkiem miłe lokum, usiadłem na szafie stojącej naprzeciwko komputera i zacząłem obserwować. Dziwny ten człek był, bo tuż przed jego gębą pojawiali się inni ludzie, a ten do nich, o dziwo, gadał. Pewnie ma jakieś kompleksy, albo coś, i nie może na zewnątrz wyjść, by sobie porozmawiać. W każdym razie wreszcie skończył dialog z tymi dziwacznymi postaciami, po czym rozpoczął monolog sam ze sobą. "Cholera, jeżeli kogoś dzisiaj nie zabiję to wykituję. Czekaj, czekaj, tu coś było... Hmm..." Wyciągnął jakiś dziwny okrągły przedmiot i wsadził do komputera. Już po kilku minutach ponownie umilkł, chwycił myszkę i położył palce na klawiaturze.
"Taaa... Wreszcie jakaś dobra gra." Po tych paru słowach człeka zobaczyłem tylko broń i masę innych jeszcze dziwniejszych postaci niż tamte, tym razem oni biegli, a człek hipnotycznie wciskał lewy klawisz myszy. Jak się okazało, grał w jakaś nową grę, czy jak to oni nazywają. Jakiś Deadhunt, czy coś. W każdym razie dowiedziałem się, że to jest wersja demo, cokolwiek miałoby to znaczyć. W każdym razie podleciałem bliżej, na ścianę, i zacząłem obserwować.
Ci ludzie to są dziwni, lubują się w zabijaniu przedstawicieli swojego gatunku. Oto bowiem ten cały Deadhunt polegał na niczym innym jak strzelaniu do zombie (tak to człowiek nazywał, chyba to ludzie mieszkający w kraju Zombielonia, albo Zombienna), tak, aby one nie zabiły głównego bohatera gry. Zombie atakują ze wszystkich stron, a gracz dysponuje bronią i nieskończoną doń amunicją. Aby przetrwać, trzeba celnie strzelać i zwinnie poruszać się na arenie.
O dziwo, gra ta miała fabułę. Chodziło o to, że wszyscy ludzie zamienili się w zombie (wyjechali do Zombienny?), został tylko jeden, który chce przeżyć. Dobrze im tak, mogli nie budować tyle oczyszczali ścieków. O i tyle, byle pretekst do wyrzynania jeszcze większej ilości przeciwników. Swoją drogą klimat podobny jest do tego, który był w filmie "Świt Żywych Trupów" (który to notabene oglądałem, stołując się w pewnym multikinie). W tym demie było parę różnych trybów rozgrywki. Każdy z nich różnił się zaledwie paroma szczegółami, a to zombie pojawiały się grupami, a to bomba na planszy, a to Highlander (czyli filmowy Nieśmiertelny, którego zabić można tylko odstrzeliwując łeb). Tak czy siak, wszystko polegało na jak najszybszym strzelaniu do wrogów.
W sumie widziałem tylko jeden tryb rozgrywki w całości. Człek biegał tam ze strzelbą (a w demie są dwa rodzaje broni, shotgun właśnie i karabinek szturmowy, przy czym na danym poziomie mamy dostępną tylko jedną giwerę) i nawalał do tych zombie. Im dłuższy czas grania, tym przeciwników było coraz więcej, a poza tym byli lepiej uzbrojeni i opancerzeni. Na początku rozwala się zwyczajnych parobków z byle młotkiem, ale na końcu pojawiają się nawet rycerze okuci w lśniące zbroje i wyposażeni w długie miecze u boku. Tych ostatnich można wyeliminować strzelając w najsłabiej chronione miejsce - łeb, bo trafiając w tułów zdrapiemy jedynie lakier z ich puszek.
Raz na jakiś czas pojawiały się power-słupy, czy jakoś tak. Były to znaczki, które po pochwyceniu (za pomocą specjalnego klawisza) dawały jakąś moc specjalną, a to nieskończoną amunicję, przez co nie trzeba było zmieniać
|
magazynków, a to spowolnienie czasu, supersprint lub dodatkowe granaty. Te ostatnie lepiej radziły sobie z zombie rozrywając ich na drobne kawałeczki.
Rozgrywka, wydawałoby się, banalna, ale ilość wrogów i ich zapał sprawiały, że za pierwszym podejściem rzadko można przejść dany level (no, chyba że na najniższym poziomie trudności). Widać było, że gra się człekowi niezmiernie podobała. W pewnym momencie, po zabiciu grupy zombie, zaczął nawet śpiewać wesołą piosenkę. Jak to te słowa szły, niech pomyślę... A, już wiem, mniej więcej tak: Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę... Ja ci nogi, ja ci nogi dać nie mogę...
Efekty specjalne tej gry raczej nie powalały. Niby wszystko było ładne, zielona arena, wokoło drzewa, na środku wzgórze, a na nim kamienny krąg, ale było to ciut przestarzałe, nawet The House of the Dead 3, w które grał człek wcześniej, wyglądało nieco lepiej. No, ale co tu się dziwić, jaka maszyna by pociągnęła 200 świetnie wyglądających zombie (bo i tylu może się na arenie pokazać)? Jedyne, co mi się podobało, to zombie (przemilczę fakt, że wszyscy byli czarni, autorzy to chyba rasiści). Poza tym, że byli dobrze zrobieni, broń i pancerze coraz silniejszych przeciwników wyglądały świetnie, to przypadły mi do gustu również strefy trafień na ciałach zombiaków. Zależnie gdzie trafiłeś, różny był tego efekt, ale wszędzie leciało mięso. Trafiając w głowę, odpadała ona cała lub wróg tracił jej połowę (w drugim przypadku przeciwnik nadal biegał). Gdy seria wyląduje na brzuchu, to zobaczymy jelita wychodzące przez świeżo zrobione otwory itp... Człekowi też się to chyba podobało, bo na jego twarzy widniał szatański uśmieszek.
Dźwięków i muzyki nawet nie warto wspominać, bo w takiej grze się praktycznie nie liczą. Zresztą i tak nikt nie zwraca uwagi na nie, wystarczy, że są, bo co można powiedzieć o wystrzałach z broni czy jęczeniu zabijanych?
No, ale co dobre szybko się kończy, tak więc i człek zabił wszystkich biegnących w jego stronę i zaliczył level. Nie przejął się tym zbytnio, nacisnął parę razy klawisz z napisem Esc i wrócił do swoich codziennych zajęć, na koniec dodał jeszcze, zupełnie jakby wiedział, że go obserwuję, "Jak ja lubię zabijać...".
Wtedy zobaczyłem, że inny człek otworzył drzwi wejściowe, którymi czmychnąłem na zewnątrz, by odnaleźć jakąś jeszcze świeżą kupę. I love the smell of kupa in the morning.
Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...
Ja ci nogi, ja ci nogi dać nie mogę...
[Ja mam lepsze!
Tańczą na stryczkach wisielcy
W drgawkch się kurczą rytmicznie
Śpiewają swoją piosenkę
Melancholicznie i Ślicznie
Wspaniale bawią się Wesołki
Chwilę wspomnienia każdy trup
Gdy wytrącono spod nóg stołki
I gdy stanęły oczy w słup!
A. Sapkowski, "Chrzest Ognia"(polecam!) - Iron Cookie]
|
|
|
rzeź
zabijanie
mordowanie
robienie na drutach
|
brak przekazu filozoficznego
grafika mogłaby być lepsza
|
Gatunek: kill'em all
Producent: REL Games
|
Procesor: Pentium III 800 MHz
Pamięć RAM: 256 MB
Karta graficzna: 32 MB
System: Windows :)
|
|