|
|
|
| |
Pure fucking armageddon cz. 1
| | | |
Pamiętam ten dzień jak dziś. Było południe, niebo przykryte chmurami, lekki
deszczyk. W ogóle jakoś tak duszno i wilgotno, jednak ja - nieustraszony twardziel, ignorując wszelkie przeciwności, gnałem przed siebie na swoim dwukołowym potworze... znaczy się na rowerze, ale nie
bądźmy aż tak dosadni, wgłębiając się w tak nie istotne w tym przypadku szczegóły. Po chwili cały
zziajany i przemoknięty... znaczy się, nie było na mnie widać żadnej oznaki
zmęczenia, dotarłem do swojego celu za jaki postawiłem sobie sklep z prasą. Zsiadając ze swojej bestii, usłyszałem coś
dziwnego. Były to rozlegające się z wewnątrz strzały. "O faken" pomyślałem. Wyjąłem swój pistolet (na kapiszony, ale to szczegół) po czym usłyszałem drugi strzał. Schyliłem się i stanąłem pod ścianą. Unosząc broń w górze, jak to uczyli mnie moi instruktorzy na ze stowarzyszenia Pomocy dla Niepełnosprytnych, na jednym z pokazów psów z okazji dnia ochrony dla ludzi
cierpiących na defekt mózgu. Tak więc zmówiłem pacierz i delikatnie przesuwałem się w stronę drzwi. Ostrożnie wychyliłem głowę i
spojrzałem na drzwi, które teoretycznie powinny być oszklone. Nie żeby nie były, ale jedyne co tam ujrzałem to te cholerne naklejki i reklamy, jedna na drugiej.
Nagle usłyszałem czyjeś kroki i otwierające drzwi. Przełknąłem ślinę, wyskoczyłem na wprost drzwi i
krzyknąłem:
- oł rajd ju fakers, fri ju madafaka! (oto efekty codziennego szlifowania swojego angielskiego ;))
Ku mojemu zdziwieniu, drzwi jakby się zatrzymały w miejscu i lekko kiwały w tył i przód. Z początku myślałem, że bandyta
waha się czy wyjść, czy nie. Ostrożnie zacząłem zbliżać się do drzwi. Po chwili wyłoniła się postać... kobiety. Podszedłem bliżej, nadal trzymając kobietę na
muszce.
- no widzi pani, też miałam z tym problem, moje bóle są także bardzo silne...
Jak się okazało, babka w połowie otwierania drzwi się zaklachała ze sprzedawczynią... Ale zaraz, skąd zatem te strzały? Niestety, szybkie myślenie i robienie innej czynności naraz jest problemem, dlatego musiałem idiotycznie
wyglądać w oczach kobiety, która właśnie wychodziła, widząc mnie jak celuje w nią z dziwnym grymasem na twarzy, jakbym miał zatwardzenie. Niestety głupia baba, musiała mi przeszkodzić, gdy już prawie po rozpaczliwym szukaniu mózgu,
zdezorientowana myśl niemal dotarła do celu. To mógł być sukces i przełom w moim życiu... niestety jak ta nie ryknęła na cały pysk, jak nie upuściła zakupów, z których wysypały się na ziemię i poturlały się różne pisemka typu Przypsiapsióka, czy coś w tym stylu.
Hałas tłukącego się papieru, zmusiły mnie do otworzenia swoich
przekrwawionych oczu. Spojrzałem na panicznie wystraszoną klientkę i
przygrubawą ekspedientkę, oglądającą jakąś strzelaninę w swoim małym, czarnobiałym telewizorku (stąd te strzały), podczas
żucia gumy i przyglądania mi się znudzoną miną... Poczułem się jak idiota, czyli
po prostu byłem sobą. ;) Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale postanowiłem udać, że to wszystko było tak zaplanowane, tak żeby wyjść z twarzą z tej beznadziejnej sytuacji. Zatem jak na miłego, sympatycznego i dobrze wychowanego
dŻELtelmena przystało, rzekłem:
- stul ryj głupia suko i spadaj stąd ale już! a ty grubasie naucz się guć
żume...
- [mlask] że co?
- siata fak ap, to ja tu robię napad nie ty!
- ołkej ołkej, tam jest sejf... tylko dobrze go zamknij dźwićki, bo poprzedni madafak, który nas obrabiał, zostawił niedomknięte dźwićki, a że przeciąg był musiałam zbierać te cholerne,
używane banknoty dwustu i stuzłotowe...
- heh, dobrze by ci to zrobiło!
Po czym niespodziewanie, ryknąłem na cały pysk
- ...a teraz dawaj CD-Action bo ci złamię ten gruby tyłek!!!
- dobra, czego sobie książę zażyczy... i zamknij dźwi, jak będziesz wychodził
Wyszedłem jakby nigdy nic przed sklep z nowym CD-Action w ręce. Jednak miałem nieodparte wrażenie jakbym o czymś zapomniał. Jakby jakaś ogromna okazja uciekła mi sprzed nosa. I wtedy mnie oświeciło! Tak! Eureka!
Odbezpieczyłem broń i wszedłem ponownie do sklepu
- [mlask] to znowu ty? co chcesz tym razem, jakiegoś pornosa dla gejów?
- zamknij ryj, głupia madafako, jeszcze raz usłyszę jak niepoprawnie wymawiasz to jakże piękne i dźwięczne słowo, jakimi są DRZWI to
rozkwaszę ci twój tłusty łeb, i połamie twoją grubaśną dupę, której nie potrafisz wyciągnąć z krzesła z oparciami i przez którą musiałaś
powiększyć framugi w dźwiach.
Teraz z nieodpartym wrażeniem, że tym razem nic mi nie umknęło, wyszedłem przed sklep, trzaskając drzwiami i nagle ujrzałem jak jakieś dzieciaki próbują obrobić mój sprzęt i uprzejmie poprosiłem, aby się od niego oddalili:
- hej wy, walone na ryj, małe dupy! pięć metrów od mojego arcydzieła sztuki motoryzacji zaawansowanej, sio sio, a kysz a kysz, już was tu nie ma brudasy.
Jednak spoglądając na te małe, bezbronne dzieci, odezwało się we mnie uczucie współczucia. Coś we mnie pękło, przełamałem się. Zrozumiałem że należy pomagać biednym. Widząc, że biedaczki nie mają nawet butów na nogach. Oooj, chudziny straszne, pewnie nie mają co
bojarstwa jeść. Patrzyły na mnie takim niewinnym, uroczym wzrokiem. Postanowiłem zrobić w swoim życiu choć jeden dobry uczynek, dlatego zdecydowałem się na ten jakże szlachetny gest i podarować im nieco, zapewne bardzo potrzebnych pieniędzy:
- macie tu miedziaki durnie, kupcie se buty... buehehe.
Na to jakiś trzylatek używając wielu, powszechnie uważanych za wulgarne i obraźliwe wyzwisk w moją stronę, wyjął Colta, po chwili reszta ekipy miała przy sobie Berrety, Desert
Eagle, Kałasze, M16 z wyrzutnią rakiet, Thomsony, Koktajle Mołotowa, Miniguny, Shoutguny, dwururki i bóg wie co.
Jednak jak na prawdziwego twardziela przystało, niczym
Rambo, szlachetny rycerz, nie bojący się śmierci, ani żadnych wyzwań... zacząłem spie***ać gdzie pieprz rośnie. Wsiadłem zatem na swój rower, ostrzeliwany przez bandę młodocianych bandytów, ruszyłem przed siebie ile sił w nogach. Jak to na typowych filmach bywa, na 100 strzałów wroga, bohatera nie trafia ani jeden, tak
oczywiście było w tym przypadku. Po chwili zacząłem zbliżać się do zakrętu. Za
zakrętem myślałem, że już ich zgubiłem - jakże okrutnie się myliłem. Omal nie dostałem zawału, gdy nagle z
zamkniętego garażu wyjechał ogromny dżip. Temu to nic nie brakowało... nie miałem się specjalnie okazji
przyjrzeć, ale stwierdziłem że Ambrams się przy tym chowa. Nie patrząc jednak za siebie, gnałem ile sił do przodu. Nagle przypomniało
mi się, jak w poradniku młodego skauta, pisało, że gdy goni nas np. krokodyl, należy uciekać zygzakiem i rzucać w niego co ma się pod ręką. Tak też zrobiłem. Jednak jedyne co miałem pod ręką to CDA i broń... hm, cóż trzeba
trochę pomyśleć... Jest! Mam! Eureka! Otóż przypomniał mi się jeden z odcinków
McGivera, gdy koleś będąc w beznadziejnej sytuacji postanowił zrobić bombę
z rzeczy które miał pod ręką. Hm, może pamiętacie który to mógł być odcinek? ;) Zatem po wielu skomplikowanych czynnościach, z rozebranym licznikiem, bez linek z przednich hamulców, paru szprych z koła, odblaskowego misia i kawałka opony,
skonstruowałem samonaprowadzającą się rakietę nowej generacji
ziemia-ziemia, mająca siłę rażenia taką samą co 1 kilogram c5. Do tego jeszcze zbudowałem komputer pokładowy z AI lepszą niż człowieka i taki fajne czerwone migające neony. Nie żeby na coś były potrzebne, po prostu dla bajeru, jak to widziałem na jakimś serialu. Aha, jeszcze mi
zostało trochę części, to sobie zrobiłem taki fajny papierowy wiatraczek i przyczepiłem do kierownicy... z tym się męczyłem najdłużej. ;D
- ołrajd gajs! fajer!
- sam jesteś frajer
- zamknij głośnik, bo ci skopie RAM!
- ok ok, łączę się z satelitą i ustalam współrzędne celu. Ładuje, plis łajting. Odliczam do pięciu: one, two, three, and cztery, and pięć...
i... SRU! z tytanowej karoserii dżipa zostały tylko spojler i alufelgi. W końcu były z tworzywa sztucznego. Jednak fala uderzeniowa sprawiła, że
przede mną utworzyła się ogromna przepaść. Jednak dla takiego twardziela jak ja, to
błahostka.
- włączam turbo hiper mega zafajane dupalanie.
- się robi szefie!
Takim sposobem poradziłem sobie z ostatnią przeszkodą, jaka stała mi na drodze do domu. No może poza ślimakiem, którego przepuściłem przez ulicę, bo nie chciałem rozjechać biedaczka. Jeszcze przy okazji dotkliwie pobiłem
jakiegoś madafake, bo mi wiatraczek pogiął. Łamaga się omal nie potknął, bo ktoś do niego strzelał... phi! Tak jakby tutaj chodziło o jego życie,
mówię wam, debil jakiś.
"Uff, co za dzień" pomyślałem wchodząc do domu. Myślałem że już nic nie jest mnie wstanie zaskoczyć. Jednak po chwili uświadomiłem sobie, że jest to dopiero początek, gdyż najgorsze było jeszcze
przede mną. Wchodząc do swojego pokoju, zauważyłem że na dworze rozpętała się burza. Moją uwagę przykuł wyraźny brak, jakiegoś istotnego elementu w
wyposażeniu mojego pokoju.
- o maj gat, oł noł! tylko nie to!
Okazała się rzecz straszna. Coś co mogło mi się przyśnić tylko w najgorszych
koszmarach. ZNIKNĄŁ MÓJ PLUSZOWY TYGRYSEK! /w tle grzmot pioruna/
- Nieee!
Mój krzyk było słychać na wsi, oddalonej o 5 kilometrów. W panice zacząłem szukać go gdzie tylko się dało. W szafie, w łóżku, za szafą, w szufladach, w lodówce, w kiblu, krzycząc
- tygrysku, tygryskuuu!
...niestety nigdzie nie było mojego kochanego tygryska. Z początku nie mogłem dojść do siebie, jednak po chwili uświadomiłem sobie jak ta sprawa poważna.
Załamałem się. Siedziałem jak wryty w fotelu i zacząłem rozpaczać o swojego tygryska, na dworze zrobiło się ciemno, a burza na dobre się rozhulała. Nagle usłyszałem jakiś szelest, z początku go zignorowałem, lecz po jakimś czasie zorientowałem, że ktoś chyba chodzi po mojej posesji.
Nie zastanawiając się dłużej, wyjąłem swojego shotguna ze skrytki pod podłogą i wyszedłem na zewnątrz. Zacząłem się uważnie rozglądać, lecz nikogo tam nie widziałem.
- enybody hir?
Usłyszałem tylko miauczenie kota. "Eee, schizmy już dostaje" stwierdziłem. Jednak po chwili z
mroku wyszedł tajemniczy, czarny kot.
- O kiciuś, co tutaj robisz? O jaki ład...
Nie pozwolił mi jednak dokończyć, gdyż przeszył mnie przeraźliwym wzrokiem, aż osłupiałem. Nie
zapomnę tych oczu - zrobiły się takie duże i czerwone, bił z nich żar. Gdzieś w tle uderzył piorun, a mnie ogarnął przerażający i odrętwiający strach. Moje oblane potem ciało, przeszły ciarki, a w myślach usłyszałem jakiś dziwny, pedalski głos powtarzający nieustanne dziwne słowo
"kalep"...
- kalep, kalep, kalep (...)- powtarzał pedalski głos w mojej głowie.
- ech, daj mi spokój!
- kalep
- heh, myślisz że mnie tym złamiesz?
- kalep
- aaa! Dobra czego chcesz?
- kal... no trzeba było tak od razu. Otóż, to ja jestem wielki, wszechmogący Kalep i to ja porwałem twojego pluszowego tygryska... Buhahaha /w tle diabolicznego śmiechu Kalepa słychać grzmot pioruna/
- o ty sukinsynie, zabije cię!
- buhaha, możesz mi co najwyżej... [oddać pewną nieprzyzwoitą przysługę ;)]
- zobaczysz, już nie żyjesz gnoju.
W tym momencie rozmowa się urwała. Zastanawiałem się co to mogło być... cóż, poszedłem do swojego pokoju i uwaliłem się do wyra, po kolejnym ciężkim dniu. Tym razem bez swojej maskotki [chlip]... Sukinsyn jeszcze tego pożałuje...
Ciąg dalszy nastąpi...
Chemosh
pan_pelerynka@o2.pl
| |
|
|
|
|