Varia

 

W młodości nie cierpiałem westernów. Po prostu nie lubiłem epoki Dzikiego Zachodu, tak jak dzisiaj nie lubię okresu np. siedemnastowiecznej Europy. Jednak nie tylko epoka sprawiała, że uważałem ten gatunek za niepociągający – nie przemawiały do mnie także postacie występujące w tychże filmach Źli rewolwerowcy i dobrzy szeryfowie, między którymi narastały wzajemne animozje, kojarzyli mi się z westernami aż za bardzo. Teraz filmy o Dzikim Zachodzie są moim ulubionym filmowym gatunkiem i bardzo ubolewam nad tym, że większość ludzi wyobraża sobie western jak ja, gdy ledwie przekroczyłem wiek 13 lat – owszem, western był taki, lecz działo się to... 45 lat temu. Przez tyle czasu w każdym gatunku musiały zajść jakieś zmiany – w westernach również. 

W tym artykule mam zamiar przedstawić historię westernu z mojego własnego punktu widzenia. Nie chciałbym zarzucać Was suchymi faktami, ale wręcz przeciwnie: opowiedzieć, jak na mnie oddziałały przełomowe dla tego zapomnianego gatunku filmy. 

"Dyliżans" reż. John Ford (1939)

Pierwszy western powstał już w 1903 roku – kiedy to kinematografia była w powijakach. Był to “Napad na pociąg”, którego fabułę znakomicie streszczono w tytule. Potem gatunek się rozwijał, przede wszystkim w Ameryce, jednak już w latach 20. ubiegłego wieku filmy o bandytach i szeryfach zaczęto kręcić w Europie. Prym w tej dziedzinie wiodły Niemcy, masowo wypuszczając kiczowate produkcje dla widza szukającego taniej rodzinnej rozrywki. W Europie jednak nie nakręcono wówczas niczego godnego uwagi, więc bastionem westernów pozostawała nadal Ameryka. 

To właśnie tam kręcono klasyczne filmy, takie jak “Dyliżans” (1939) Johna Forda, “Rzekę Czerwoną” (1959) Howarda Hawksa czy “W samo południe” (1952) Freda Zinnemanna. Można by tu w nieskończoność wymieniać inne pozycje z tego gatunku, polecając je lub odradzając, ale to mijałoby się z celem. Żaden z westernów, choćby nie wiadomo, ile Oscarów zdobył i jak wielką zyskał popularność, nie zdołał wybić się poza ramy gatunku. Nie znaczy to jednak, że twórcy nie potrafili wykrzesać czegoś oryginalnego. W 1962 roku mało znany reżyser kręci “Strzały o zmierzchu”. Film uznany za dość oryginalny i niekonwencjonalny. Jego twórca miał się później stać sławny dzięki niespotykanej dotychczas przemocy i gwałtowności, lecz do postaci Sama Peckinpaha wrócę nieco później...

Sergio Leone 

1929-1989

Rewolucja nadeszła dopiero w 1964 roku wraz z człowiekiem, który wywrócił do góry nogami świat westernu. Był nim Sergio Leone i jeśli chodzi o westerny, to bez wahania nazwałbym go najbardziej inspirującym i wpływowym reżyserem gatunku. Jak już wspominałem, europejskie tanie filmidła nie przykuwały zbytnio uwagi światowej (czy nawet europejskiej) publiki. Dlatego też Leone do swojego pierwszego filmu podchodził pełen obaw; miał on bowiem być kręcony we Włoszech – ojczyźnie reżysera. Leone pragnął na początku (celem uzyskania szerszego rozgłosu) zaangażować do filmu gwiazdorów amerykańskich, takich jak Henry Fonda, James Coburn czy Charles Bronson. Wszyscy oni albo byli wówczas zajęci, albo okazali się być zbyt kosztowni. Ale Sergio Leone nie poddawał się tak łatwo i koniecznie chciał powierzyć główną rolę Amerykaninowi. W końcu trafiła ona do Clinta Eastwooda, który w owym czasie grał w serialu “Rawhide”. Jeszcze nie wiedział, że debiutancki film nieznanego Włocha przyniesie mu światową sławę już do końca życia... 

Zdjęcia się rozpoczęły, sceny filmowano, wreszcie film został ukończony. Początkowo miał nosić tytuł “The Magnificent Stranger”, ale Leone zmienił go na “A fistful of dollars” U nas znany jest on pod tytułem “Za garść dolarów” – i jest to kamień milowy w historii westernu. Film uzyskał rozgłos nie tylko ze względu na oryginalny styl reżysera (nagminne zbliżenia na twarze, a przede wszystkim oczy bohaterów) oraz muzykę skomponowaną przez Ennio Morricone, ale przede 

"Za garść dolarów" reż. Sergio Leone (1964)

wszystkim ze względu na podejście do tematu. “Za garść dolarów” to pierwszy western, w którym zniknął podział na dobrych i złych bohaterów. Główną postacią, graną przez Eastwooda, był człowiek znikąd (co też było wtedy zabiegiem nie za często stosowanym), w dodatku nie kierujący się wartościami moralnymi, lecz własnymi korzyściami – jak sam tytuł wskazuje, gotowy zrobić wszystko za garść dolarów. Leone do końca swojej kariery nie ukrywał brutalności – lubował się w krwistych scenach i nie unikał ich nigdy, także w swym debiutanckim filmie. Szokiem było też dla światowej widowni ukazanie nie gładkich, ucharakteryzowanych facjat (jak to miało miejsce wcześniej), lecz brodatych, brudnych, przesiąkniętych potem gęb – to tylko potęgowało nastrój wszechobecnego (mniejszego bądź większego) zła w świecie filmu Leone. Moment wypuszczenia produkcji na światło dzienne był dla westernu tym, czym dla ludzkości wynalezienie koła. 

Kasowy sukces spowodował, że Leone nakręcił sequel pt. “Za kilka dolarów więcej”. Film różnił się od swojego poprzednika jedynie fabułą: tym razem Eastwood współpracował z Mortimerem, lecz nadal obaj kierowali się nie chęcią wyplenienia zła, lecz własnymi pobudkami, np. zemstą. Do roli pułkownika Mortimera zaangażowano z polecenia Leone holenderskiego aktora, który od czasu do czasu pojawiał się w trzecioplanowych rolach w westernach amerykańskich reżyserów. Był nim Lee Van Cleef. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Van Cleef spisał się nadzwyczajnie, więc zagrał również w trzeciej części tej trylogii (nazywanej zresztą później Trylogią Dolara): “Dobrym, Złym i Brzydkim”. 

"Za kilka dolarów więcej" reż. Sergio Leone (1965)

To pierwsze dzieło Leone, jakie obejrzałem. Zachwyciłem się już na początkowych napisach, kiedy to film nawet się jeszcze nie rozpoczął – a sprawiła to muzyka Ennio Morricone. Ten motyw muzyczny miał się przewijać przez cały czas trwania filmu, a ja miałem go sobie nucić aż do dziś... Zresztą duet Leone i Morricone – dwóch szkolnych kolegów – jest chyba najlepszym odzwierciedleniem idealnej współpracy reżysera z kompozytorem. Muzyka była w filmie tak ważna, że ostatnią scenę pojedynku (co ciekawe, trzyosobowego) realizowano z utworami puszczonymi na planie, do których aktorzy dostosowywali swoje ruchy i gesty. To właśnie muzyka przykuła mnie do ekranu i nie pozwalała odejść – a warto było oglądać do końca, bo po tym filmie mój stosunek do westernów uległ całkowitej zmianie. Prosta historia o poszukiwaniu zaginionego skarbu zburzyła wszelkie stereotypy. 

Potem, w 1969 roku, Sergio Leone – wtedy już światowej sławy reżyser – realizuje, wg wielu, swój najlepszy western: “Dawno temu na Dzikim Zachodzie” z Charlesem Bronsonem i Henrym Fondą w rolach głównych. Mnie jednak się on niezbyt spodobał – może ze względu na powolną akcję, a może ze względu na długość filmu. Niemniej, chciałbym go obejrzeć po raz kolejny – wtedy na pewno wiedziałbym już, co w nim jest nie tak albo przeszedł na stronę entuzjastów tego filmu. 

Po “trylogii dolara” włoski western przeżywał rozkwit. To Leone zapoczątkował ten gatunek i był jego najgenialniejszym reżyserem – żaden bowiem jego “konkurent” nie zdobył takiej sławy, co on. Działo się tak przede wszystkim, ponieważ nawet po całej trylogii twórcy nie mogli pojąć znaczenia jego filmów – i przez to nadal kręcili westerny podobne do amerykańskich klasyków, tyle że przy zwiększonej dawce bezsensownej brutalności... Przemoc była za to sensowna w filmach Sama 

Peckinpaha, który w 1969 roku nakręcił symbol ekranowego okrucieństwa - na którym mieli się później wzorować m.in. Stanley Kubrick i Quentin Tarantino – “Dziką Bandę”. Od tej pory Peckinpah zyskał przydomek “Krwawego Sama” oraz jednego z czołowych twórców westernu, który w roku 1973 kręci ostatni epicki western epoki Leone – “Pat Garrett i Billy The Kid”. Jest to historia dwóch dawnych przyjaciół, z których jeden ciągle powtarza, że “czasy się zmieniają” i zostaje szeryfem, a drugi, powtarzając to samo, nadal pozostaje bezwzględnym bandytą. Szeryf Pat Garrett dostaje zadanie schwytania bądź zabicia swego dawnego przyjaciela – Billy’ego Kida. Co ciekawe, nie ma przy tym żadnych oporów – zgadza się na wykonanie zlecenia i zawzięcie poszukuje swojego przeciwnika. Wkrótce to Garrett staje się uosobieniem tych “zmieniających się czasów”, które nie mogą pozwolić komuś takiemu jak Billy Kid żyć spokojnie. W filmie zaskakuje przede wszystkim końcowa scena, kiedy to spodziewamy się pojedynku albo wielkiej strzelaniny, a wszystko kończy się na jednym strzale... 

John Ford 

1895-1973

Po tym kluczowym filmie w całym gatunku nastał jakiś zastój. Owszem, westerny nadal były kręcone, jednak brakowało im – po pierwsze – oryginalności, a po drugie ciekawego podejścia do tematu. Dużą popularnością cieszyły się wtedy komedie rozgrywane na Dzikim Zachodzie, a nawet parodie (vide “Płonące Siodła” Mela Brooksa z 1974 r.), aktorzy w nich występujący stali się gwiazdami – a był to m.in. Bud Spencer czy Terence Hill. Leone też skończył z reżyserowaniem westernu, wypuszczając swój ostatni film w tym gatunku, czyli “Garść dynamitu” z 1971 r. Western chylił się powoli ku upadkowi, lecz wpływu Leone na światową kinematografię ocenić nie sposób. Do inspiracji tym twórcą przyznawali się głównie reżyserzy młodzi, dopiero zaczynający swoją karierę, np. Martin Scorsese czy Brian DePalma. Jednak dla ojców klasycznego amerykańskiego westernu, m.in. Freda Zinnemanna i Johna Forda, dzieła Leone były albo zupełnie nieznane, albo całkowicie nie do przyjęcia – starsi reżyserzy, którzy odchodzili w zapomnienie, nigdy nie zaakceptowali wizji przedstawianej przez Leone czy Peckinpaha. Eastwood, oprócz czynnie uprawianego aktorstwa, zajął się również reżyserią swoich własnych produkcji – właśnie westernów. Do roku 1985 nakręcił trzy filmy, z których jedynie ostatni – “Niesamowity Jeździec” – okazał się być godny uwagi. W swoich filmach Clint kontynuował dawny image jeźdźca znikąd i donikąd zmierzającego, który jednak stał się bardziej pozytywnym bohaterem (przez co, oczywiście, cały film również staje się bardziej optymistyczny), co widać było wyraźnie właśnie w “Niesamowitym Jeźdźcu” – opowieści o przybywającym do małego miasteczka pastorze, który ucieka przed swoją przeszłością, przy okazji rozprawiając się z miejscową bandą nękającą mieszkańców miasta. 

"Tańczący z wilkami" reż. Kevin Costner (1990)

Cały gatunek był jednak w śpiączce. Zarówno twórcy, jak i krytycy byli pewni, że western został wyeksploatowany do granic możliwości, że nie da się już w nim nic nowego pokazać. Mylili się W 1990. Kevin Costner powoduje renesans gatunku, kończąc realizowanie “Tańczącego z wilkami”. Epicka historia Johna Dunbara – żołnierza walczącego w wojnie secesyjnej, odesłanego na odległy (lecz, jak miało się okazać, zupełnie pusty) posterunek, zaprzyjaźniającego się z miejscowym plemieniem Indian – przyciągnęła tak wiele widzów, że ponownie uwierzono w western. Cały film zdobył aż sześć Oscarów i osiem nominacji. Costner sięgnął do tematów do tej pory nie cieszących się zbytnią popularnością w westernie: mówił o wojnie secesyjnej oraz o Indianach, których życie było motorem całej fabuły, a także o stosunkach między białymi a czerwonoskórymi. Osobiście nie mogę właściwie nic powiedzieć na temat filmu, bo widziałem tylko jego pierwszą część, ale... nie podobało mi się całe to widowisko. Myślę, że główną tego przyczyną był Kevin Costner, którego (mimo że w tej roli spisał się znakomicie) nie lubię. Pierwsza część zdecydowanie nie trafiła w moje gusta – była zbyt powolna, a ja byłem przyzwyczajony do szybkich spaghetti westernów. Mogę tylko cenić ten film za to, że pokazał w owym czasie, że western jeszcze nie umarł... 

"Bez Przebaczenia" reż. Clint Eastwood (1992)

Dwa lata później powoli starzejący się Clint Eastwood sięga po scenariusz, który krążył po Hollywood od ponad dwudziestu lat. Dokonuje odpowiednich modyfikacji i zabiera się za realizację najlepszego westernu w historii kina, a także jednego z moich ulubionych filmów w ogóle – “Bez Przebaczenia”, który dedykuje swoim dawnym przyjaciołom – Sergio Leone i Donowi Siegelowi. “Unforgiven” to film, o którym mógłbym dyskutować godzinami... Jest to historia Williama Munny’ego (w tę rolę wcielił się reżyser filmu) – niegdyś bezwzględnego mordercy, dziś ustatkowanego farmera, który zmienił się dzięki zmarłej już żonie. Teraz Munny wychowuje dwójkę dzieci i męczy się z hodowlą świń. Oczywiście, przez cały film Munny nie zajmuje się uprawą roli. Przyjmuje ostatnie w swojej “karierze” zlecenie pomszczenia oszpeconej prostytutki. Udaje się więc wraz z dwoma kompanami (w tym z Morganem Freemanem) do małej mieściny w stanie Wyoming, celem zabicia kowbojów, którzy dopuścili się zbrodni. Tam rządzi despotyczny, ale utrzymujący ład szeryf (zdobywca Oscara za tę rolę – Gene Hackman), który nie dopuści, by łowcy nagród zakłócali porządek jego miasta... Żeby zrozumieć ten film, trzeba go zobaczyć. Ja powiem tylko, że to tzw. antywestern, a dlaczego? To już temat na oddzielną analizę.

“Bez Przebaczenia” ludzie nazwali hołdem dla westernu – stąd powiedzenie, że “po <Bez Przebaczenia> westernów się nie kręci”. To jednak nieprawda, bo po filmie Eastwooda powstało m.in. “Tombstone” – opowieść o Wyattcie Earpie i jego kompanach, którzy rozprawiają się z bandą Clantonów... Film to niezły, a rola Vala Kilmera jego największą zaletą, jednak do gatunku nie wnosi zupełnie nic. Mimo to miło się go ogląda, bo ma swój specyficzny klimat...

"Bezprawie" reż. Kevin Costner (2003)

I tak oto dochodzimy do dnia dzisiejszego, kiedy to Kevin Costner powraca do starych, dobrych, tańczących z wilkami, czasów, a do kin trafia jego najnowszy western: “Bezprawie”. Niestety, nie wybrałem się do kina na najnowszy film Costnera, ale słyszałem, że nie jest całkiem źle... Jak widać, westerny po “Bez Przebaczenia” nadal się kręci i to z wcale niezłym skutkiem. Mam nadzieję, że choćby w małym stopniu pomogłem Wam okiełznać western, którego jednak nie można poznać przez artykuły – należy zobaczyć samemu filmy Leone, Eastwooda czy Peckinpaha, bowiem to nie tylko klasyka westernu, lecz filmu, kinematografii. Poza tym, jak już wcześniej w którymś tam akapicie wspominałem, wiele dzisiejszych zapadających w pamięć scen (np. trzyosobowy “pojedynek” ze “Wściekłych Psów” Tarantino) pochodzi właśnie z tamtych czasów, które dla mnie jednak ani trochę się nie postarzały.. Zawszę będę szczęśliwy, widząc nieogolone ryje ze spaghetti westernów czy kamienną twarz Clinta Eastwooda. 

»Autor: Wicked Sick