Recenzje

 

Jak ja uwielbiam pierwszy miesiąc wakacji... radosne wspominanie ostatnich tygodni szkoły (zdałem gimnazjum i dostałem się liceum!), wyrzucanie książek... wspominanie biwaku...wiecie, ostatnio na tym biwaku miałem takie fazy (siedzę i gapię się w ściane przez kilka godzin nie zmieniając pozycji aż ta zaczyna zmieniać kolory. Odlot.) że aż postanowiłem zrecenzować film o schizofrenii. Tak, o chorobie, która powoduje halucynacje, życie we własnym świecie, itd.

Jakiś czas temu obejrzałem film Rona Howarda o człowieku, który mimo choroby stał się jednym z genialnych matematyków. Otóż "Piękny Umysł" opowiada historię (nie całą, oczywiście) Johna Nasha, amerykańskiego matematyka, którego stworzone w latach 50-tych formuły stały się podstawami Teorii Gier stosowanej w ekonomii, za co otrzymał Nagrodę Nobla. Ale zanim to się stało, Nash dużo wycierpiał.

"Piękny Umysł" jest biografią jednego z największych matematyków i zarazem człowieka chorego na schizofrenię. Przez prawie cały film, od studiów aż do starości widzimy Charlesa, współlokatora ze studiów, który nie istnieje... jest tylko wymysłem chorej wyobraźni Nasha. I jest ukazany bardzo wiarygodnie; przykładem niech będzie tu scena, gdzie John i Charles przesuwają biurko. W rzeczywistości jest to walka Johna z samym sobą. I tak, pewnego dnia (po ślubie z jedną ze studentek) John "zostaje szpiegiem", jak mu się wydaje. Od tego czasu zaczyna wykonywać zadania wymyślone przez sztab, ale jednocześnie zaniedbuje rodzinę. W końcu zostaje przyłapany i wysłany do psychiatryka... i to, co tam się dzieje, jest dla niego (a raczej dla każdego) męką. Próby wyleczenia spełzają na niczym, więc sięgają po elektrowstrząsy. Ja nawet nie wiedziałem, jak to urządzenie wygląda - a tutaj podczepiają jakieś kabelki i sru! Prąd radośnie płynie przez jego ciało (ale o bardzo niskim natężenie. Tak myślę...w końcu nie jest to "Zielona Mila").

Russel Crowe doskonale zagrał Johna. Jego zachowanie, gesty a nawet spojrzenie przywodzi na myśl kogoś chorego... jest takim potulnym barankiem. I od początku filmu do jego końca gra najlepiej z całej obsady. Można powiedzieć, że dojrzewa. A już końcowy moment, gdy w kawiarni dają mu pióra jako znak szacunku, autentycznie się wzruszyłem. Poważnie. 
Zresztą oznaka geniuszu Johna pojawia się wtedy, gdy powoli zdaje sobie sprawę z tego, że jest chory. Siostrzenica Charlesa (również wymysł Johna), pojawiająca się cyklicznie powoduje, że John wierzy, że jest chory. Przyznaje się do tego, zaczynając wywód że dziewczynka w ogóle nie rośnie. Sam Charles jest również taki nieobecny... znaczy dla innych osób. Dla otoczenia jest nikim. Podobnie jak William Parcher, agent. Charyzmatyczny agent wywiadu, zlecający zadaniu Johnowi jest w rzeczywistości kimś w rodzaju złego ja Nasha. Dlaczego tak sądzę? Wystarczy obejrzeć fragment, jak żona Jonha chce zadzwonić do lekarza po prawie utopieniu dziecka. A sama żona to po prostu... jego żona :). Ktoś, w kim może poszukać oparcia, pomocy.

Film jest dobry. Oczywiście jest trochę lepszych filmów, ale jako film biograficzny zdecydowanie wyprzedza konkurencję (chyba, za wielu filmów biograficznych nie widziałem). Potrafi wciągnąć, ale chwilami zbyt się dłuży. Niektóre sceny zdają się jednak być zrodzone w głowie jakiegoś prawdziwego schizofrenika - wejście do szopy oklejonej fragmentami gazet czy też ofensywa agentów w tejże szopie (i lesie wokół). Zatem film można obejrzeć i nie zawieść się. Kto szuka kina ambitnego i z dobrą obsadę, niech obejrzy "Piękny Umysł". Może wtedy zacznie zastanawiać się nad tym, czym jest schizofrenia?

 

»Ocena: 8+/10

 

» Zalety
+ role Russela, Connelly i Harrisa
+ znakomite odwozoranie schizofrenii

» Wady
- ciut się dłuży

»Autor: radzio_