|
Nadzieja fanów kina kopanego. Wszystkie recenzje, jakie czytałem na temat tego filmu, były istnym wodospadem pochwał i zachwytów, jakoby nareszcie wskrzeszono filmowe bijatyki, bez dyskretnej pomocy komputerów. Bo wiadomo przecież, iż w dzisiejszych czasach nawet Forest Whitaker mógłby wykonywać powietrzne kopniaki a la Neo.
"Ong-bak" natomiast miał być powrotem do autentycznego mordobicia. Przyznaję - główny bohater, którego nie ośmielę się nazwać aktorem z przyczyn podanych w dalszej części tekstu, w przyzwoity sposób łupie po łbach swoich wrogów, nie korzystając z żadnych cyfrowych bajerków.
Ale co z tego, skoro reszta filmu jest... nie mierna, o nie. Właściwie to określenie go jako tragicznego przedstawienia byłoby dla niego komplementem.
Ja rozumiem, że to miał być film autentyczny - prawdziwe sceny walki, nie jakieś tam podniebne trzaskanie się po ryjach wśród błyskawic - ale to, co jest jednym z podstawowych motorów napędowych jakości filmu - gra aktorów - jest po prostu koszmarna. I nie tylko ona. Wszystko inne też. Przebieg akcji, kwestie mówione, fabuła - wszystko jak jeden mąż przypomina parodię parodii, która parodiowała parodię innej parodii.
Nie wiem, czy w Korei
(Japonii czy Chinach - nie wiem, gdzie kręcono film [nie udało Ci się wstrzelić, o dziwo film wyprodukowano w Tajlandii :D -
Dishman]) tak wygląda dobre kino, ale jeżeli tak, to pod względem kinematografii tamci ludzie są upośledzeni. Co z tego, że potrafią wynaleźć elektronicznego psa, kalkulatora wielkości Escape na klawiaturze, czy zegarek z telefonem, mikrofalówką, pralką i terminalem, skoro nie potrafią nawet imitować gry aktorskiej.
[a od kiedy to rozwój techniczny idzie w parze z kinematografią? - Dishman]
A jak wychodzi w swojej roli główny bohater? Pomijam już fakt, że wszystkie jego kwestie mówione można zmieścić na małej żółtej karteczce na notatki.
[to akurat nie jest wyznacznik jakości bohatera, przypomnę, że kwestie Rambo w taki razie spisane były chyba na chusteczce do nosa - Dishman]
Sama gra prezentuje się tak, jak innych. Nie dość, że mało mówi, to jeszcze robi to jak przedszkolak, który dopiero co nauczył się składać literki z
elementarza i chce się tym pochwalić wszystkim wkoło. [zadaniem aktora jest wcielić się w postać. nie wiem czy widziałeś polskie "Ciało", Królikowski jest głównym bohaterem a nie wypowiada żadnego zdania - Dishman] Dlatego nie mogę przypisać mu określenia Aktor, ale Pełna Niedoróbek Ćwierćimitacja Aktora wspaniale do niego pasuje.
A sam przebieg filmu? Boże, zlituj się nad nami. Ja naprawdę jestem cierpliwy, rozumiem, że aby rozwinęła się akcja, potrzeba fabułę przedstawić, rozwinąć, ale w wykonaniu Koreańczyków (czy kogo tam
[Tajlandczyków :D - Dishman]) wygląda to jak Teletubisie w wersji dla dzisięciolatków.
[hmm... wiesz Teletubisie są skierowane chyba do jeszcze młodszych dzieci, więc chyba potraktuję to jako komplement dla filmu :) - Dishman]
Muzyka jest bardzo, ale to bardzo ważnym elementem filmu. Szkoda, że twórcy
"Ong-baka" o tym nie wiedzieli. Bo nie uważam, że puszczenie pseudo-melodii z dziurawej kobzy podczas walk świadczyło o ich rozległej wiedzy na ten temat. Monotonne, kaleczące uszy
dźwięki, które z bólem w gardle muszę nazwać muzyką, skomponowane są jakby na kolanie
[słyszałem już że można grać (pierdzieć) na ręku, na palcach, ale gry na kolanie jeszcze nie słyszałem :D -
Dishman], na "macie i pocałujcie mnie w d...".
A teraz najgorsze (tak, tak, w tym filmie są jeszcze gorsze rzeczy, niż te wyżej opisane
[aż strach się bać - Dishman]). Za dzieciaka lubiłem wrestling. Te dziesięciominutowe walenie krzesłem po ryju, nie nabijając mu nawet siniaka, po to, aby bity przeciwnik w ostatnich trzech sekundach wstał i przytrzymał swojego wroga przy ziemi, co prowadziło do zwycięstwa. Ach, wtedy wierzyłem, że te walki są prawdziwe. Nieważne.
[skoro nieważne, to po co to piszesz?! -
Dishman] Do czego zmierzam? Do tego, iż walki w "Ong-bak" są za dłuuuuuugie (poza pierwszą). Nowe wcielenie
Bruce Lee dostaje w kość przez piętnaście minut, a później wykańcza przeciwnika potężnym łokciowym ciosem w głowę.
[Van Dame w większości swoich filmów obrywa na początku walk, żeby później zebrać się w sobie i wygrać - Dishman] Najbardziej rażące w oczęta jest brak ran, które powinny (!!!) wyskakiwać na twarzy. A tu nic, kopią się, kopią, a tu ani kropelki krwi, wargi wyglądają na nietknięte, żadnej kolorowej śliweczki pod okiem. Przeciwnicy wyglądają, jakby coraz bardziej wymyślne ciosy mistrza Muai-Tai (czy jak to tam się pisze
[zaczynasz mnie irytować swoją niewiedzą, Muay Thai -
Dishman]) nie robiły na nich większego wrażenia, niż ukąszenie komara w nadgarstek. Ich to po prostu nie boli...
Ale mnie - widza - tak. I to bardzo.
Ocena dla filmu? Niedostateczny! I jutro z rodzicami w szkole ma się wstawić!
["wstawić"? chyba "stawić" - Dishman] Albo nie. Naciągnięta do przesady dwója. I nie chcę go nigdy więcej oglądać.
»Ocena:
2/10 [ocena wystawiona przeze mnie na
podstawie ostatniego akapitu - Dishman]
PS. Słyszałem coś o istnieniu drugiej części. O bogowie, miejcie litość...
[Tia...
. Radzę najpierw popracować nad swoją twórczością. - Dishman]
»Autor:
|