Recenzje

 

O kinie amerykańskim zwykło się mówić, że jest napompowane i puste w środku. Nie posiada żadnego przesłania, nastawione jest na dobrą zabawę przy popcornie. Jednak rynek filmowy za oceanem jest bardzo duży, zatem nic dziwnego, że od czasu do czasu pojawiają się tam filmy moralizatorskie. Takie, które ponoć mają przesłanie, poruszają ważne tematy. Jest jeden problem, takich filmów się za dużo nie robi i niestety nikt nie ma w nich wprawy, a to oznacza, że podczas seansu możemy się niemiłosiernie męczyć.

Zastanawiałem się przez jakiś czas co sprawiło, że "Miasto gniewu" ukazało się na polskich kinach. Pierwsza myśl, to pewnie ktoś był w Stanach, oglądał, spodobało mu się i przytaszczył kliszę do Polski. Jednak to chyba nie do końca tak było. Ktoś z Monolithu widocznie wypatrzył, że w "Mieście..." gra całkiem niezła obsada, więc może warto w tą produkcję zainwestować. Problem polega na tym, że nie do końca jestem przekonany, czy taka tematyka zainteresuje Polaków.

Pewnego dnia tuż nieopodal drogi policja odnajduje zwłoki mężczyzny. Zaczyna się dochodzenie, które prowadzi Graham. Jednak film nie skupia się tylko na jednym wątku. Jest bowiem tutaj ich więcej. Poznajemy bowiem rodzinę Arabów - emigrantów, którzy próbują uczciwie żyć w Stanach, jednak nie za bardzo im to wychodzi. Mają problemy, włamania, nie zamykające się drzwi. Uważają, że wielu ludzi chce ich oszukać, wykpić. Dlatego mają uszy i oczy szeroko otwarte. Są na tym punkcie przewrażliwieni. Kolejna historia opowiada o mężczyźnie o imieniu Farhad, który z wyglądu przypomina raczej członka gangu, kogoś kto ma meksykańsko-włoskie korzenie. Tak naprawdę ma on kochającą rodzinę i stara się żyć uczciwie, montując lub reperując zamki. Mamy też do czynienia z dwoma Murzynami, gdzie jeden jest przewrażliwiony na punkcie swojego koloru skóry, we wszystkich białych ludziach widzi rasistów, uważa, że ludzie patrzą na niego i myślą, że to gangster, którym przecież jest, ale jest z tego powodu wielce urażony. Obaj kradną samochody, ale mają swoje zasady. Nigdy nie obrabują Murzyna. Dalej mamy do czynienia Jean i jej mężem - prokuratorem, oraz policjantem, który nienawidzi Murzynów, wykorzystuje swoją pozycję do obmacywania aresztowanych kobiet, oraz czarnoskórego producenta telewizyjnego, który z kolei wydaje się mieć kłopot z asertywnością.

Wątków jest co niemiara. Takie filmy mają swoje zalety i wady. Zaletą jest to, że widz świetnie się bawi, gdy widzi, że niby oddzielne historie nagle zaczynają się łączyć w całość. A świat jest mały, bo Meksykanin reperuje drzwi prokuratorowi, oraz Arabowi, ktoś jest rodziną kogoś innego, a żonę producenta filmowego poniża znany nam policjant, itd. Wadą jest to, że nie możemy skupić się na danej historii, wszystko przecieka nam przez palce. Gdy już wczuwamy się w daną sytuację następuje przejście do innego epizodu. Historie mieszają się ze sobą, przeplatają. Nie ma wyraźnego podziału jak to było np. w "Sin City".

Wcześniej wspomniałem o obsadzie. Faktycznie jest tu kilku aktorów znanych. William Fichtner znany choćby z "Armagedonu", czy "Gniewu oceanu", Don Cheadle, który zanotował role w takich filmach jak: "Traffic", "Zabić prezydenta", czy obie części "Ocean's". A z przedstawicielek płci pięknej nie może nam umknąć Sandra Bullock, czy Thandie Newton, która partnerowała Cruise'owi w drugiej części "Mission: Impossible". Chciałoby się powiedzieć plejada aktorów, znani, rozpoznawani, tylko, że niestety na skutek urywanych opowieści, przeplatanych ze sobą nie mogą się wykazać. Chciałbym powiedzieć, że Bullock wreszcie mnie do siebie przekonała, ale nie mogę, bo jej rola była wręcz epizodyczna, jak wszystkich, bo ten film to niemal zlepek epizodów.

Twórcy filmu chcieli nam przesłać myśl, więc warto się nad nią zastanowić. Film bowiem opowiada o stereotypach. Murzyni są bardziej agresywni od białych ludzi, na Arabów patrzy się krzywym wzrokiem, nie chce sprzedać broni, bo jak powiedział sprzedawca pistoletu: "Ludzie boją się wsiadać do samolotów", Chińczycy to zawsze nielegalni emigranci, raczej małomówni którymi wszyscy pomiatają. Natomiast biali są pewni siebie i bogaci. Czyż to nie ostra jazda na stereotypach? Wydaje się, że reżyser chciał pokazać zależności między ludźmi, to jak żyją obok siebie, radzą sobie z problemami. Jak czarni traktują żółtych, a biali czarnych. Jest w filmie jeszcze coś. Wszyscy bohaterowie mają swoje rodziny, kontakty, znajomych, oraz pewne wady. Jedni kradną, drudzy nie przyznają się do rodziny, jeszcze inni nie potrafią się przeciwstawić. Zabawne jest to, że wszyscy przechodzą przemianę. Policjant, który jeszcze przed chwilą bezczelnie poniżał kobietę, teraz ryzykuje swoje życie, Murzyn, który okrada samochody nagle okazuje swoje serce i pomaga innym, a nie myśli tylko osobie, producent filmowy mający problem z powiedzeniem "nie", zgrywa bohatera, żona prokuratora, która denerwuje się, że naczynia ze zmywarki nie są włożone do szafki rozumie, że tak naprawdę jest sama i musi zmienić swoje życie.

To wszystko jest straszne. Kończy się happy endem. Gdy oglądałem ostatnie sceny miałem nieodparte uczucie, że oglądam "Jezioro marzeń" - taki serial na Polsacie. Nastrojowa muzyka w tle, zdjęcia na świecące ulice w nocy, na gwiazdy na niebie i ukazana zaduma bohaterów, to jak sami uśmiechają się do siebie, jak okazują swoje uczucia. Koniec filmu jest taki sam, podobny może też trochę do zakończeń "Ostrego dyżuru". Tylko ja się pytam, czy to jest serial dla młodzieży, czy film? Z amerykańskich filmów wypływają trzy rzeczy: albo patos, albo lukier, albo brutalność. Tutaj reżyser zafundował na słodki lukier... jak dla mnie za słodki.

 

»Ocena: 5/10

»Autor: Dishman