Recenzje

 

Można oglądać wiele filmów ze względu na ich zdjęcia, fabułę, muzykę, czy grę aktorską. Film jest tym lepszy, czyli wywiera na widzu większe wrażenie, jeżeli kilka tych aspektów stoi na najwyższym poziomie, zgrywa się, łączy tworząc całość. "Leon Zawodowiec" jest filmem w którym nie dość, że każda część jest wyśmienita to jeszcze wszystko współgra ze sobą doskonale.

Leon jest płatnym zabójcą. Doskonałym w swoim fachu, co sprawia, że nie ma praktycznie żadnej konkurencji. Los sprawia, że mieszka obok rodziny, której głową jest mężczyzna o nie do końca czystych interesach. Pewnego dnia do sąsiadów Leona przychodzą ludzie by się "rozmówić", mordują całą rodzinę, oprócz jednej 12-letniej dziewczynki - Matyldy, która otrzymuje schronienie w domu Leona. Między dojrzałym mężczyzną, a młodą dziewczyną dochodzi do zawarcia niepisanej umowy. Matylda może zamieszkać u Leona, ale pod warunkiem, że będzie sprzątać, zmywać, robić zakupy i... nauczy Leona czytać i pisać. On zaś wprowadzi ją do swojego zawodu, czyli nauczy... "sprzątać".

Specyfika tego filmu polega na widocznej zamianie dobra i zła. Z jednej strony mamy tutaj wyraźny podział na dobrego bohatera i złego, tylko, że dobrym jest płatny zabójca, a złym - policjant. To odwrócenie niejako ról sprawia, że w widzu wzbudza to ciekawość. Wszyscy oglądający ten film będą trzymać kciuki za kogoś kto bez mrugnięcia okiem zabija zupełnie obcych mu ludzi. Robi to z zimną krwią. Mimo, iż nikt z nas nie chciałby znaleźć się na celowniku Leona, to mu kibicujemy.

Zasługa w tym samego aktora odgrywającego tą rolę. Patrząc na ten film z chwili obecnej, 11 lat po jego premierze powiem śmiało, że rola Leona była dla Jean'a Reno rolą życia. Już nigdy nie potrafił wbić się tak ściśle w postać, żadna inna osobowość nie pozwoliła mu też rozwinąć skrzydeł. Gdyby rolę tą odgrywał ktokolwiek inny film nie miałby tej siły przebicia. Reno idealnie zagrał mordercę o gołębim sercu. Na co dzień to spokojny facet, wręcz wydawałoby się lekko zagubiony w rzeczywistości. Mieszka bardzo skromnie, chociaż zarabia krocie. Sam prasuje sobie ubrania z niemal pedantyczną dokładnością i skupieniem, za przyjaciela ma roślinkę doniczkową o którą dba jak troskliwy ojciec o syna. Sam mówi o niej, że jest jego najlepszym przyjacielem: "Nie zadaje pytań i jest zawsze szczęśliwy." Właśnie te wszystkie cechy sprawiają, że widz czuje niemal litość gdy patrzy na zachowanie Leona. Idealnie kontrastuje to jednak z bezwzględnością podczas zleceń, choć nawet podczas nich reżyser nie przedstawia nam brutalności samej w sobie. Leon nie męczy swoich "klientów", nie zadaje im nie potrzebnego bólu. Jest zawodowcem, działa szybko i sprawnie.

-Kiedy zaczynasz naprawdę bać się śmierci... zaczynasz doceniać życie. Lubisz życie, skarbie?
-Tak
-To dobrze. Bo nie bawi mnie zabieranie życia komuś komu kto go sobie nie ceni.


Zupełnie inny jest Norman Stansfield, policjant, szef grupy specjalnej..., przemytnik narkotyków. Norman jest zły z natury, wydaje się, że lubi patrzeć na śmierć. Sprawia mu satysfakcję gdy kogoś zabije. Do tego nie ma jasnych reguł postępowania jak Leon, który nie zabija kobiet i dzieci. I tu dochodzimy do kolejnej perfekcyjnie odtworzonej roli. Gary Oldman niemal wyszedł z siebie, pokonał własne ja i pokazał klasę. Stansfield w jego wykonaniu to niemal psychopata. Jego współpracownicy tak naprawdę nigdy nie mają pewności, czy za chwilę lufa pistoletu z ofiary nie przeniesie się na nich i czy Norman nie naciśnie na spust. Interesujące jest jednak tutaj zestawienie policjanta z bezwzględnym zabójcą. Widz czuje w tym momencie pewną bezradność, że jak to? Człowiek, który ich chroni, tak naprawdę może strzelić im w łeb? Okazuje się, że tak.

-Leon, chyba się w tobie zakochałam. To mój pierwszy raz, wiesz?
-Skąd wiesz, że to miłość skoro to pierwszy raz?
-Czuję to.
-Gdzie?
-W brzuchu. Jest ciepły. Zawsze czułam tam ucisk, jakby supeł, ... a teraz wszystko minęło.
- Matyldo, cieszę się, że brzuch cię już nie boli... .


Kolejną popisową rolą wykazała się Natalie Portman, swoją drogą, debiutująca w "Leonie...". Zaliczyła debiut o jakim marzy każdy i jakiego nie mają najwięksi. W miejsce Portman chciano obsadzić Liv Tylor, ale ze względu na wiek Tylor zrezygnowano z niej. Natalie pokazała, że ma talent i umiejętności. Stworzyła postać 12-latki, z niemal patologicznej rodziny, bitą przez siostrę i ojca, urywającą się z lekcji. Filmowa Matylda wygląda jak półtora nieszczęścia z podbitym okiem, rozkwaszonym nosem i papierosem w ręku. Interesuje ją spokojny sąsiad - Leon. Dosłownie puka do jego drzwi w momencie zagrożenia i otrzymuje schronienie. Matylda jest w wieku, w którym następuje pierwsze zauroczenie i pierwsza miłość. Nic więc dziwnego, że imponujący jej mężczyzna - "sprzątacz" staje się obiektem uczuć. Z romansu jednak nic nie wychodzi, bowiem Leon jest pod tym względem zbyt nieśmiały, zresztą może nie tyle różnica wieku, co sam wiek Matyldy niweczą jej plany.

Film powala, łapie za serce i nie chce puścić nawet podczas liter końcowych. Zapewne dzieje się tak ze względu na muzykę. Eric Serra stworzył klimat muzyką, taką która idealnie pasuje do tego co możemy zobaczyć na ekranie. Zresztą za muzykę dostał nominację do nagrody Cesara. Wyjść z kina nie pozwala nam również Sting, który jest autorem piosenki "Shape of my heart". Ja nie miałem odwagi wstać sprzed telewizora przed jej końcem.

-Upewnij się, że zrozumiał i puść go.
-Zrozumiałeś?
-Tak.
-Powiedz to.
-Zrozumiałem.
-Dobrze.


Co tak naprawdę jest siłą tego filmu? Co sprawia, że jest on wyjątkowy? Świetne kreacje aktorskie mamy również w innych filmach, skorumpowanych policjantów jest na pęczki, więc co? Pierwszą rzeczą, która mi przychodzi na myśl o tym filmie, to scena, gdzie ukazana jest twarz Leona podczas gdy musi zgadnąć kogo udaje Matylda, jego mina podczas oglądania w kinie "Deszczowej piosenki", to jak pielęgnuje swojego przyjaciela - kwiatka. Ale również to, jak w jednej z pierwszych scen wyłania się za swoim "klientem" cicho jak anioł, przykładając do gardła nóż. Poezja dla oczu i uszu.

Najciekawsze jest jednak to, że jedyną nagrodą jaką zdobył ten film to Czeski Lew dla najlepszego filmu obcojęzycznego, kilka nominacji do Cesara i to wszystko. Niech jednak Was to nie zmyli. Hollywood już nie pierwszy raz nie poznało się na genialnym filmie. Bo "Leona Zawodowca" po prostu trzeba zobaczyć

 

»Ocena: 10/10

»Autor: Dishman