Amerykanie uwzięli się kręcić wszystko to co wyszło kiedyś jako komiks i stało się bardzo popularne. Niestety jedne opowieści da się łatwo przenieść na ekran kin, z innymi jest większy kłopot. Niedawna ekranizacja "Sin City" stworzyła zupełnie nowy wymiar komiksowych opowieści. Inni twórcy zdają się nie nadążać i niestety płacą za to w chwili obecnej. "Batman - Początek" to wskrzeszenie kilku filmów o Batmanie. Widzowie mogli bowiem oglądać już "Batmana" (1989), "Powrót Batmana" (1992), "Batman Forever" (1995) i "Batman i Robin" (1997). Ostatnia część filmu została niemal od góry do dołu zjechana przez krytyków. Plastikowy Batman to nie było to czego oczekiwali widzowie. Obecna produkcja ponownie wydaje się otwierać cykle o Człowieku - Nietoperzu, ale udaje jej się wywinąć z tego grona. Christopher Nolan stworzył coś zupełnie innego. Młody Bruce Wayne prowadzi spokojne życie jako syn ojca - miliardera. Niestety jest on świadkiem brutalnego zabójstwa swoich rodziców. Przyrzeka sobie, że pomści swoich bliskich. Wyrusza w azjatyckie góry gdzie odbywa ciężki trening i tam doskonali swoje umiejętności. Postanawia później powrócić do Gotham City i rozprawić się z całym skorumpowanym miastem. Miało być mrocznie i klimatycznie. Christopher Nolan chciał stworzyć zupełnie nową wizję Batmana. Udało mu się. Odseparował się od fatalnych poprzedników i nadał Batmanowi zupełnie nowe oblicze. Bowiem ten film nie jest o Batmanie, a o człowieku, który ukrywa się za tą maską. Okazuje się, że więcej mamy do czynienia z samym Bruce'm Wayne'm, niż z Człowiekiem-Nietoperzem. Jest tak na pewno za sprawą tego, iż film ten opowiada o tym jak Batman został Batmanem. Jak to się dzieje, że umie pojawiać się i znikać, skąd ma te wszystkie bajery, po co mu peleryna i kto jest ważny w jego życiu. Widzimy zatem bardziej ludzkie oblicze Batmana i to sprawia, że jest on nam bliższy.
Nie zmienia to faktu, że film jest piekielnie nudny. Na początku możemy podziwiać młodość Bruce'a, albo to jak sobie ową młodość przypomina. Później widzimy jak szkolony jest Wayne. Tylko, że to wszystko sprawia, że widz, który chce zobaczyć człowieka w znanej mu masce strasznie się niecierpliwi. Naturalnie nie byłoby tego uczucia, gdyby film potrafił zaciekawić wcześniej, gdyby trening był w jakiś sposób ciekawy, trudny dla głównego bohatera. Gdyby miał on do wykonania w ramach treningu coś niesamowitego. Niestety szkolenie Wayne'a nie jest pasjonujące, ale raczej irytujące. Może i sam Chris Bale stara się uwidocznić jakie męki przechodzi jego bohater, ale tego nie odczuwa widz. Ot, ktoś tam walczy na miecze, wypowiadając intelektualne frazesy, które są niczym innym jak bełkotem filozofa. Mimo wszystko zmęczony już widz doczeka się Batmana jako takiego. I tu następuje kolejne rozczarowanie. Sceny z Batmanem w roli głównej ograniczają się do tego, że ukazana jest grupa mięśniaków z karabinami, którzy nasłuchują odgłosów skradania się Batmana, strzelają na oślep, aż wreszcie zza ich pleców pojawia się Człowiek-Nietoperz i raz dwa załatwia sprawę. Gdy musi dojść do scen walki to kamera pracuje tak szybko, że widz nie nadąża skupić wzroku na tym co tak naprawdę się stało. Czy zła postać dostała w brzuch ręką czy nogą, a może z "dyńki". Efekt jest taki, że my wiemy, że Batman jest na ekranie, ale żeby mu się przyjrzeć to już nie da rady. To po to czekałem godzinę na Batmana, żeby zobaczyć szybki montaż i pracę kamerzysty, w której tak naprawdę nie wiadomo kto się z kim bije? Christian Bale to aktor z talentem i na pewno nie tuzinkowy. Okazało się, że jego wzrost dokładnie odpowiada wzrostowi swojej komiksowej postaci, ale za to waga przed produkcją nie napawała optymizmem. Bowiem trzeba Wam wiedzieć, że Bale przed Batmanem grał w "Mechaniku" gdzie wcielił się w rolę niemal kościotrupa z niedowagą 30 kg! Miał zatem 6 tygodni, aby powrócić do swoich normalnych gabarytów. Dla samego aktora rola w tym filmie była naprawdę ważna. Bowiem już 8 lat temu startował do roli Robina w "Batman i Robin", niestety bez powodzenia. Tym razem jednak został nie jakimś tam Robinem - dodatkiem, tylko główną postacią! Christian Bale gra w tym filmie przyzwoicie, ale nie czaruje, nie popisuje się umiejętnościami. Powiedziałbym wręcz, że na tym samym poziomie zagrałaby połowa aktorów Hollywood. Czy zatem to taki trafny wybór obsadzając Christiana w tej roli? Zagrał ją tak jak powinien, ale nie tchnął w Batmana nic więcej.
W filmie pełno jest znanych aktorów. Choćby w rolę Alfreda (służącego Waynów) wcielił się Michael Caine, ale chyba dlatego, że rolę tą odrzucił Anthony Hopkins, również postać Foxa miała mieć innego wykonawcę w postaci Laurence'a Fishburne'a. Może to i dobrze, że ten filmowy Morfeusz tutaj nie gra, bo mielibyśmy poplątanie z pomieszaniem. Połączenie Matrixa z Batmanem może byłoby i intrygujące, ale nie wiem czy takie dobre. Ostatecznie zmiennik nie jest wcale gorszy, wręcz lepszy i to o kilka poziomów. Bowiem Morgan Freeman swoją aktorską twarz posiada. Obie postacie służą w filmie jako rozweselacze i skupiają na sobie cały humor. Jeżeli na ustach widza pojawia się uśmiech to właśnie w scenach albo z Alfredem, albo z Foxem. Tylko, że i humor jest na poziomie filmów sensacyjnych. Wymuszony, w stylu starych grypsów z których nikt się już nie śmieje. Szkoda. Obok humoru powinna też stać urocza kobieta. Tutaj jest miejsce dla Katie Holmes, która rolę Rachel wydarła z rąk Natalie Portman. Holmes ma w filmie jedno zadanie. Być jego ozdobą. Rolę tą ze względu na swój urok osobisty wypełnia doskonale. Niczego więcej od niej nie wymagamy. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Cilian Murphy, który wcielił się w parszywego Dr. Jonathana Crane. O dziwo aktor ten pretendował do głównej roli, ale musiał oblizać się smakiem i zagrać czarny charakter. Jest jednak taki jaki być powinien. Mroczny, tajemniczy i czasami wywołujący uczucie niepokoju. Wielkie brawa dla Murphy'ego. Film jest typowym hitem komercyjnym. 400 ujęć komputerowych, masa efektów specjalnych i wybuchów. Doborowa obsada przyciągająca do kin. Dużo gadżetów typowych dla tego typu filmów. "Wypasione fury" w postaci "sportowego czołgu", czyli batmobilu. Jako ekranizacja komiksu jest to średniak. Absolutnie nie zaskakuje widza. Jest bardzo dużo filmów podobnych i tak naprawdę oglądając "Batman - Początek" czułem każdą nierówność fotela, co było męczące przez 2 godziny seansu. Jeżeli jednak będziemy go ciągle porównywać do poprzednich filmów, to zdecydowanie Nolan się popisał i stworzył coś zupełnie lepszego.
»Ocena: 6+/10
»Autor: Dishman
tytuł oryginalny: Batman Begins