|
Inspektor Callahan to postać, która nie może pozostawić widza obojętnym. Dajmy na przykład to, że Callahan stołuje się w wiecznie tym samym tanim barze. Callahan zamawia hot-doga. Callahan słyszy alarm z pobliskiego banku. Callahan odgryza lwią część posiłku i wyciąga swoje Magnum .44. Callahan w końcu, przeżuwając hot-doga, zabija bądź też rani kilku złodziei. Callahan połyka hot-doga. Callahan wygłasza niezapomniany tekst i sprawdza, czy jeden z rabusiów ma dzisiaj szczęście. Tak właśnie w przybliżeniu wygląda zwykły dzień z życia inspektora policji San Francisco.
Oszczędzę sobie dalszego przybliżania czytelnikom tej postaci, bo chyba każdy zna jeżeli nie Harry’ego Callahana, to na pewno Clinta Eastwooda oraz jego ekranowy sposób bycia. Muszę jednak nadmienić, że Eastwood w „Brudnym Harrym” nie zagrał, jak to wiele osób sądzi, twardziela, który serce ma z kamienia – gdyby tak rzeczywiście było, Callahan za nic miałby rodziny ofiar czy śmierć swojej żony... Abyś, drogi Czytelniku, nie miał mi za złe, że nie odpowiedziałem na fundamentalne pytanie „Kogo zagrał Eastwood?”, powiem, że zdaniem tylko i wyłącznie moim, Clint zagrał cynika – i zrobił to tak dobrze, że Brudnego Harry’ego ze stoickim spokojem mógłbym nazwać największym cynikiem współczesnego kina. Trzeba także podchodzić do zachowania Callahana z dużym dystansem – pamiętajmy, że to tylko film, a w nim wszystko jest możliwe, nawet olewanie burmistrza miasta. Swoją drogą, ciekawym zjawiskiem jest to, że dzisiejszy widz nabija się z pewności siebie i cynizmu inspektora Callahana, ale gdyby mu zaserwować potężną dawkę wybuchów i gonitw rodem z Hollywood, gdzie bohaterowie zmartwychwstają po kilka razy – na pewno dobrze by się bawił. Nie mam pojęcia, co różni dzisiejsze produkcje od tych, zrealizowanych kilka lat temu – przecież Brudny Harry jest tak samo nierealną postacią jak każdy inny „dobry glina”, a że ma dobre, harde teksty...
Dla niektórych z was filmy powstałe w latach 70. mogą nie zaliczać się już do kina współczesnego – być może jakaś część z was miałaby rację, ale w przypadku filmu Dona Siegela mylilibyście się, bowiem największą zaletą tej produkcji jest jej ponadczasowość. Wszelkie schematy, które obowiązują do dziś w kinie sensacyjnym Don Siegel (co ciekawe, nauczyciel Sama Peckinpaha) przełamał już 30 lat temu. W którym filmie sensacyjnym już po dziesięciu minutach wiemy, kim jest morderca, tzn. widzimy jego twarz, znamy zachowania? W którym filmie sensacyjnym policjant musiał łapać przestępcę aż dwa razy? Wreszcie w którym filmie żółtodziób przydzielony do pracy ze starym wygą byłby od razu, bez żadnych represji i „prześladowań”, przyjęty pod skrzydła policji jako „równy gość”?... Wymieńcie mi film, który nie posiadałby tej tajemnicy „kim jest morderca”, a nadal trzymałby w napięciu przez cały seans? Taki film to właśnie „Brudny Harry”.
Wspomniałem o napięciu, nie pozwalającym odejść od ekranu telewizora – ono rzeczywiście istnieje, lecz jest jakby skutkiem ubocznym. Film, który aż kipiałby od akcji i nie trzymałby w napięciu, musiałby być produkcją wyjątkowo nieudaną. Tak, bo „Dirty Harry” zdecydowanie jest filmem czystej akcji, w którym nie ma czasu na jakieś romanse czy wątki poboczne – wątek jest jeden: Callahan wraz ze swym partnerem musi schwytać Skorpiona – psychopatycznego zabójcę, który bawi się w snajpera i szaleje po całym San Francisco...
Fabuła jest prosta aż do bólu, więc reżyser słusznie wywnioskował, że aby przedstawić tę banalną historyjkę ciekawie, trzeba będzie powziąć odpowiednie kroki... Pierwszym było zatrudnienie do roli tytułowego bohatera Clinta Eastwooda. Możecie się uśmiać, ale do tej roli przymierzani byli m.in. Frank Sinatra, John Wayne, Steve McQueen i Paul Newman. Być może John Wayne sprostałby oczekiwaniom, ale wtedy nie odkrylibyśmy przecież talentu Clinta Eastwooda, który do tej pory był wprawdzie znany, ale tylko ze spaghetti westernów Sergia Leone. Jak więc trafił pod skrzydła Dona Siegela? Wystarczy znać filmografię tego reżysera, a wszystko staje się jasne: był on twórcą kilku westernów, m.in. „Dwóch mułów dla siostry Sary”, w którym Eastwood zagrał główną rolę. Kolejnym krokiem (nie wiem, którym z kolei) było zatrudnienie do roli Skorpiona Andy’ego Robinsona – aktora zupełnie mi nieznanego, ale w roli szalonego mordercy bardzo przekonywającego... i ten szeroki uśmiech – aż sam widz czuje się niepewnie. I wreszcie jeden z kluczowych elementów filmu – muzyka.
Skomponował ją niejaki Lalo Schifrin. Aż do dziś myślałem, że z muzyką tego kompozytora nigdzie się nie spotkałem... a jednak. Jest on autorem jednego z najbardziej znanych tematów przewodnich – do „Mission: Impossible”. Co ciekawe, nie powstał on, gdy Brian de Palma kręcił film w latach 90., lecz już w roku 1968 – ten znany motyw był wówczas przeznaczony do telewizyjnego serialu o tym samym, co film de Palmy, tytule. Kawałki w „Brudnym Harrym” przywodziły mi na myśl tylko innego mistrza – Isaaca Hayesa („Shaft”, „Kill Bill”) – bowiem utwory Schifrina były niemal identyczne. Nie chcę, abyście pomyśleli sobie o jakimkolwiek plagiacie – w końcu „niemal” nie znaczy „tak samo” – bo muzyka pana Isaaca spodobała mi się bardziej, natomiast słuchając soundtracku z „Brudnego Harry’ego” ciśnie się na usta jedno słowo: archaiczność. *
Chyba najlepszą rekomendacją filmu Siegela będzie to, że obfituje w akcję i cyniczne teksty Callahana, a mimo to trzyma w napięciu i nie jest przewidywalny, jak większość dzisiejszych hollywoodzkich produkcji. Może i filmy sensacyjne nie są moim ulubionym gatunkiem, to widziałem ich wiele, ale tak jak na „Brudnym Harrym” bawiłem się tylko, gdy oglądałem „Zakładnika” – a było to już sporo miesięcy temu. Szkoda tylko, że tę specyficzną ponadczasowość i brak schematów typowych dla kina sensacyjnego zrozumiałem dopiero po trzech „oglądnięciach” filmu – ale ponoć lepiej późno niż wcale.
*Może i wydawało mi się to wszystko bardziej archaiczne od muzyki Hayesa, lecz warto wspomnieć, że Lalo Schifrin dostał aż sześć nominacji do Oscara i dwie do Złotego Globu.
»Ocena:
-
»Autor:
|