Przewróciło się, niech leży
... czyli rzecz o Konstytucji Europejskiej.
W
sierpniowym, ze wszech miar rzetelnym numerze Action Maga, pojawił się artykuł
Caleba na temat świeżo upadłej unijnej konstytucji. Dawid, przypomnijmy,
namawia w nim do kontynuacji procesu ratyfikacji dokumentu, mimo jego spektakularnej
porażki we Francji, a później także Kraju Kwitnącej Marihuany. O ile w większości
przypadków zgadzam się w pełni z naszym politycznym weteranem, o tyle tu
wypada mi zaprotestować. Co niniejszym czynię.
Ok, koniec artykułu, można się rozejść ;)
Caleb ma rację, gdy mowa o przyczynach przegranej. To porażka służb informacyjnych i urzędników unijnych, którzy nie byli w stanie przedstawić społeczeństwom Holandii i Francji korzyści z idei integracji. To przegrana rządu Holandii i prezydenta Chiraqua: Francuzi i Holendrzy zagłosowali wszak głównie przeciw własnej władzy. Przede wszystkim jednak jest to przegrana demokracji jako takiej: wynik referendów pokazuje, że społeczeństwo nie kieruje się zdrowym rozsądkiem, ale zemstą i strachem. Emocje biorą górę nad logiką.
|
Tak jest jednak także u sympatyków rozszerzenia, zdesperowanych by kontynuować proces ratyfikacji. Należy sobie powiedzieć wyraźnie: nie będzie Konstytucji UE w obecnym brzmieniu. To polityczny trup, którego reanimacja nie da żadnych rezultatów. Po przegranym referendum w Holandii nie ma już bocznej furtki, którą można by wprowadzić dokument do realiów unijnych: holenderski parlament nie przyjmie Konstytucji wbrew woli społeczeństwa, bo byłoby to dla niego politycznym samobójstwem. Nawet zresztą, gdyby taka sytuacja zaistniała, to dokument, który nie obowiązywałby w dwóch założycielskich państwach Unii, byłby słaby i wart niewiele więcej niż papier, na którym go wydrukowano. Ale to czyste mrzonki: w niedzielę, 29 maja, Konstytucja Unii Europejskiej zmarła przez odrzucenie. Requistance in pace. |
![]() |
Euroentuzjaści natychmiast wezwali do kontynuacji procesu, w czym przodowali politycy francuscy, nadając całej sprawie znamion groteski. To wszystko piękne, symboliczne gesty - spójrzmy jednak na sprawę pod bardziej pragmatycznym kątem. Czy jest sens zajmować się czymś, czego i tak już na dzień dzisiejszy nie ma? Czy warto wydawać pieniądze na kampanie medialną, na organizację referendów, skoro rzecz okaże się tak walką o pietruszkę? Takie działanie wydaje się bezsensowne, także dlatego, że istnieje dużo prawdopodobieństwo, że i inne kraje powiedzą Konstytucji "nie". To zaś będzie oznaczaj jej koniec w wieloletniej już perspektywie.
Caleb widzi w odrzuceniu Konstytucji we Francji szansę na nowa pozycję Polski w Europie, na miejsce w pierwszym szeregu entuzjastów zjednoczenia. Takiej szansy niestety nie ma, bo Polacy nie stawią się na tyle tłumnie przy urnach, by referendum było ważne, a i niepewnym jest, czy w ogóle przyjmę Konstytucję UE. Po klęsce nad Sekwaną liczba euroentuzjastów spadła z 60 do 40%, a liczba jej przeciwników wzrosła aż do 35% (PBS Sopot). Biorąc pod uwagę, że Polacy słuchają niechętnych Unii populistów częściej niż mój adwersarz Kaczmarskiego, należy bać się, że to strach i zaściankowość przeważą i Konstytucja ponownie padnie na deski. Jakby nie patrzeć, limit cudów wyczerpaliśmy już w poprzedniej dekadzie.
W tej sytuacji najlepszym, co może zrobić Europa, jest odłożenie Konstytucji do szuflady z tabliczką "na później". Należy zwyczajnie odczekać: państwa zachodnie muszą zrozumieć, że wschód nie jest dla nich zagrożeniem, nowoprzyjęci zaś muszą odczuć trwałe korzyści z integracji. Wtedy klimat dla Konstytucji znów będzie korzystny. Teraz zaś pozostaje ratować unijny budżet, bo to kwestia dla UE naprawdę pierwszorzędna. To jest pole do popisu dla Polski: zabiegać o porozumienie, dawać dobry przykład w szukaniu kompromisu. A poza tym uśmiechać się do kamer i robić dobrą minę do złej gry. W telewizji zawsze trzeba wyglądać dobrze. Ot, czysty pragmatyzm.