Nie idę gdzie nie idę

... czyli polska frekwencja wyborcza i co z niej wynika.

Ktoś Bardzo Mądry powiedział kiedyś, że jedną z najgorszych rzeczy, jaka przydarzyła się młodej polskiej demokracji, są sami Polacy. Polacy bowiem, po początkowym hurraoptymizmie, radości i poszły konie po betonie, zawiedli się tak na niej, jak i na kapitalizmie. Trudno im się dziwić: afery, korupcja i wojny na górze mogłyby i Buddę przyprawić o wrzody. Kłopot w tym, że zabiedzeni Polacy zareagowali w najgorszy z możliwych sposobów. Na rybę, czyli bojkotem.

Dzieci i ryby głosu nie mają; polska rzeczywistość pokazuje, że co raz rzadziej zależy na nim także dorosłym. Przeświadczenie, że politycy z urzędu zdeterminowani są do złodziejstwa, sprawiło, że frekwencja wyborcza po roku 1989 sukcesywnie spadała. Wzrastała jedynie przy wyborach prezydenckich (lubimy głosować na osoby z krwi i kości) i, jednorazowo, przy referendum unijnym: chcieliśmy wówczas zdać ten, wykreowany przez media, swoisty egzamin. Gorzej, że już w następnych wyborach, tych do Parlamentu UE, zareagowaliśmy niezwykle apatycznie: do urn poszło jedynie 20 procent Polaków. I by było jeszcze straszniej: nic nie wskazuje na to, by było to dno, od którego można by się wreszcie odbić.

Socjolodzy, politolodzy i różnej maści samozwańczy eksperci biją na alarm i słusznie wskazują, że taka frekwencja to jest rzecz brzydka i wstydliwa. Próbuje się opracować różnego rodzaju programy naprawcze: wspomina się o kampaniach społecznych, edukacji w szkołach, a nawet o nauczaniu za pośrednictwem ambony. Niestety, w moim odczuciu, wszystkie te próby nie uwzględniają jednego czynnika: Polacy mają dość i polityki, i namawiania do niej. Nie czujemy, by cokolwiek od nas zależało; Polacy zawiedzeni są elitami i dlatego w najbliższej, dziesięcioletniej może perspektywie, do urn z własnej woli chodzić raczej nie będą.
Dlatego, moim zdaniem, należy zaciągnąć ich siłą.

Powszechny obowiązek wyborczy to nie jest rozwiązanie nowe - od wielu lat występuje na świecie, skutecznie spełniając swą rolę. Co ciekawe, zmuszenie obywateli pod groźbą kary do głosowania nie jest bynajmniej domeną totalitaryzmów: do urn trzeba iść w Belgii i Luksemburgu, dwóch założycielskich krajach Unii Europejskiej. W obu przypadkach, co oczywiste, całkowicie rozwiązany został problem frekwencji wyborczej. W obu też, co ważniejsze wyrabia się nawyk, że tak trzeba, a więc i tak należy. Społeczeństwo obywatelski wykuto tam pod przymusem - lecz efekt przecież jest ten sam.

Dla demokracji zaleta jest oczywista; zastanówmy się jednak, czy taki nakaz nie ogranicza świętego prawa do niemieszania się w politykę? Są przecież ludzie, którzy nie chodzą mieszać się w rzeczy, którymi się brzydzą lub których nie rozumieją; są wreszcie religie, które zakazują głosowania, tak jak zakazują służby wojskowej. To wszystko prawda, lecz przymus wyborczy nie ogranicza wbrew pozorom tych praw: pamiętajmy, że wyborca może zawsze wrzucić pustą kartkę. Ma prawo do oddania głosu nieważnego, w tym przypadku będzie to jednak wreszcie jego świadoma decyzja! W tej chwili w domach zostajemy często z czystego lenistwa; obowiązek wyborczy uczyni z niegłosowania działanie bardzo przemyślane. Wielu z tych zaś, którzy chwycą w rękę kartę od głosowania, zdecyduje się jednak nie marnować swego głosu. I choć będzie to wówczas w dużej mierze konkurs piękności, to lepszy taki konkurs, niż brak jury. Wybory w Polsce w gruncie rzeczy i tak sprowadzają się do zagadnienia, kto ma lepszy krawat.

Są tu rzecz jasna potrzebne sankcje za niedopełnienie obowiązku, bo, mówiąc obrazowo, żaden koń bez bata nie ruszy. Groteskowym byłoby, gdyby kara była zbyt surowa: nikt nie powinien trafić pod sąd ani tym bardziej do więzienia. Widziałbym tu raczej karę finansową, jednorazową, dostosowaną do zarobków osoby, wynoszącą, dajmy na to, 15% miesięcznej pensji. W przypadku najuboższych można by zamienić ją na pracę na rzecz państwa, bo i taka kara spełni swe wymogi. Wiadomo: najdotkliwiej boli nas kieszeń i praca za grzechy.

Oczywiście projekt takiej ustawy byłby politycznym samobójstwem i wymagałby odwagi i dojrzałości, której tak Polakom, jak i polskim politykom zwyczajnie brakuje. Mimo więc, że jest to dobre rozwiązanie, pozostaje nam iść na wybory z własnej woli. Socjologom pozostaje bić na alarm. A politykom bić się po teczkach. Mówiąc krótko: stara bieda.

UnionJack