|
Byłem na demonstracji Zaczyna się sobotnie
popołudnie. Razem z kumpelami posuwamy się wolnym krokiem wzdłuż ulicy
Świętokrzyskiej. Pokojowa demonstracja. Łańcuchy dłoni, zwarte szeregi, te
sprawy... Czujemy się odrobinę nieswojo ale i prawie przyjemnie w całym tym
tłumie. Przynajmniej dopóki nie skręcamy w Marszałkowską. Bo tam lecą w nas
jajka. Ciskane skrytobójczo - spomiędzy drzew, gdziekolwiek, byle w tłum.
Oberwać może każdy, w dodatku całkiem za nic. Za to że przyszedł. Na ludzi
pada mała psychoza strachu Zapada taka wyczekująca cisza... Nadlatuje kolejna
seria. Paru patriotów chce przez to powiedzieć jak bardzo kocha swój kraj,
zaś reszta zgromadzenia reszta kryje się gdzie popadnie przed ich nisko
latającą miłością. Po kolejnym nalocie moja koszula
nadaje się już tylko do prania, a ja zachodzę w głowę, gdzie ja do ciężkiej
cholery jestem i co za licho mnie tu zagnało. Cóż, trafiłem w niewłaściwe
miejsce i czas nie ten. Konkretniej to w centrum stolicy naszej, gdzie grupa
co bardziej aktywnych Młodych Wszechpolaków postanowiła powitać paradę
równości - demonstrację gejów i lesbijek i sympatyków - tym, co ma najlepsze.
Surowymi jajkami. A znalazłem się tam... Dobra, zacznijmy od początku. * * * Otóż, dobre trzy godziny
wcześniej budzi mnie telefon. A głos w słuchawce prawie że opieprza mnie, że
tu już za chwileczkę, już za momencik, zaledwie parę ulic dalej geje,
lesbijki, i wszelakie ciemiężone mniejszości seksualne wylegną aby stanąć do
heroicznej walki w obronie odwiecznych praw... a ja zamierzam to przespać!
Wstyd! Po czym pada pytanie, czy pójdę i przyłączę się do tej całej parady...
Jako, że gejem nie jestem i nigdy nie byłem i nigdy nie będę, lesbijką
zresztą też nie, waham się przez się chwilę. A jako, że publiczne
manifestowanie własnej seksualności spotyka się w Polsce od paru lat z silną
reakcją osób uważających, że jest to sprzeczne z naturą i narodową tradycją,
a reakcja ta bywa tyle zorganizowana co dla drugiej strony bolesna, waham się
dłuższą chwilę. Po namyśle, wychodzi mi, że szykuje się konfrontacja
osobników, którzy nienawidzą wszystkiego, co jest inne niż oni sami, z ludźmi
pomimo swojej odmienności raczej nieszkodliwymi. I że na dobrą sprawę, to ja
wolę już tych drugich. A skoro tak, to czemu by ich nie wesprzeć,
przynajmniej liczebnie. Jedziemy! Po drodze dowiaduję się, że
demonstracja odbywa się mimo zakazu, znaczy jest nielegalna, co zachęca mnie
bardzo bardzo wielce żeby dotrzeć na miejsce. Poza tym mówią mi, że
kierownictwo Młodzieży Wszechpolskiej, ogłosiło, iż nie użyją przemocy, jeśli
ich nikt nie zostaną sprowokowani -
jeeeszcze większa zachęta. Napięcie rośnie, adrenalinka w gardle
dławi... Powoli wychodzi też na jaw, że wspieranie słusznej sprawy to owszem nasz wielki i szlachetny cel... Ale
właściwie to zżera nas zwykła ludzka ciekawość, a pcha nas dzika chęć, żeby z
bliska i na własne oczy zobaczyć taką demonstrację z krwi i kości. Ale o tym
nikt głośno nie mówi. Jedziemy walczyć o prawa człowieka i już! Po wielu, wielu perypetiach, o
których osobne opowiadanko mogłoby powstać, pod pewnym anonimowym budynkiem
na ulicy Wiejskiej wpadamy na trop parady. Podążając uchwyconym tropem,
wbijamy się w samo czoło pochodu. I cóż tam widzimy? Po pierwsze: gejów jakoś mało.
Lesbijek jakby więcej ale też niedużo. Przeważają sympatycy – studenci,
punki, działacze organizacji wspierających cośtam przeciw komuśtam, przeróżne partie próbujące zaistnieć w
wyobraźni wyborców jako postępowe i otwarte, zwykli luzie, niewyżyte
dzieciaki, menele, jeszcze paru punków, i znowu studenci... Prócz nich są
jeszcze VIP’y rozmaite. Wśród nich błyszczy pani Jaruga-Nowacka (ładna z niej
kobita, trzeba przyznać;) Czy VIP’y podnoszą rangę z imprezy, czy to impreza
podnosi rangę VIP’ów, trudno wyczuć. Po drugie: towarzystwo jest
nad wyraz ekstrawaganckie, czyli... może tak: spróbujcie, jadąc kiedyś tramwajem, wyszukać osobę, co wygląda
i zachowuje się w najbardziej pokręcony, ousajderski, najbardziej nietypowy
sposób ze wszystkich i wyobraźcie sobie spory tłum ludzi dokładnie takich, a
niektórych nawet bardziej – tak wyglądali uczestnicy parady. Po kolejne: chroni nas
policja. Fakt ciekawy, zważywszy na to, że całe zgromadzenie jest przecież
nielegalne, czyli wbrew prawu, a policja w tym łamaniu prawa nie tylko nie
przeszkadza, ale jeszcze pilnuje, by łamane było ono w spokoju i bez
przeszkód. To ci policja! Po następne: błyskają flesze.
Fotorepoporterów ściągnęło tu chyba drugie tyle, co samych paradujących.
Wczuwają się jakby kręcili jakieś „Z kamerą wśród zwierząt”. A pewna Kasia,
która wcześniej telefonicznie zbudziła była mnie i na całą tą imprezę
zagnała, na widok obiektywów kryje się i pod ziemię zapada. Wszak ma
dziewczyna rodziców o poglądach wręcz skserowanych ze statutu LPR, co gdy ją
w prasie na fotografii z parady gejów ujrzą, czym prędzej wymienią zamki w
drzwiach, a córeczce, gdy do nich zapuka, powiedzą, ze akwizytorom to oni
dziękują. Milusio, nie ma co... Po przedostatnie: ponad nami
szybują transparenty. Pokrywają je napisy treści rozmaitej, jednak wspólne
jest ich przesłanie: Panie Prezydencie, Nie Lubimy Pana Już. Okazuje się, że
pan Kaczyński, prezydent miasta Warszawy i kandydat na prezydenta caluśkiego
kraju, powiedział, że nie życzy sobie
gejów łażących po ulicach naszego miasta. Ba, nawet wydał stosowne
zarządzenie w tej sprawie, w którym
to kazał gejom siedzieć w sobotę w domu. No cóż, jakby mi ktoś
administracyjnie kazał siedzieć w domu, pewnie bym się wpienił. Nic dziwnego
więc, że gejów trochę poniosło. Na transparentach dominują hasła wobec pana
Kaczyńskiego wrogie bądź bardzo wrogie. Dla przykładu „Ein Reich, ein Volk,
zwei Kaczoren” „Kaczyzm odmianą faszyzmu” „Nie chcemy żyć w Kaczogrodzie” Są
też wielkie, żółte przekreślone kaczki oraz mój ulubieniec - prosty i szczery
komunikat „Spieprzaj Dziadu”. Po ostatnie: muzyka, śpiewy,
tańce, okrzyki i wrzawy wielorakie. Aby o demonstracji było potem głośno,
musi ona sama być raczej głośna. Tak pomyślała zapewne spora część
maszerujących. Tu i teraz i wokoło rozbrzmiewa skandowanie. Hitem jest
„To-Le-Rancja!, To-Le-Rancja!”, na czas mijania pomniejszych grupek
Wszechpolaków zastępowana przez zaczepne „Ho-Mo-Fobia! To-Się-Leczy!” lub
retoryczne „Co Was Tak Mało?!”, zaś do zwykłych gapiów krzyczy się „Chodź-Cie
Z-Nami!”. Niektórzy wołają, żeby „Kaczora do wora, a potem do jeziora!” a
inni z magnetofonu ustawionego na rowerach co rusz puszczają „Kaczkę
Dziwaczkę”. W pochodzie są też bębniarze, całkiem nienajgorsi w swoim fachu,.
Dzięki nim towarzystwo, kiedy akurat nic ideowego nie wrzeszczy, może
popląsać sobie w rytm takiej samby ulicznej, albo prowizorycznego reggae. W
mig zawiązują się różniste skaczące kółka graniaste. Zupełnie jakby ci
wyklęci zboczeńcy chcieli wbrew pokazać tym wszystkim homofobom, że są
niewinni niczym bawiące się dzieci. Tak to w dużym skrócie
wyglądało. * * * Ogólnie rzecz biorąc,
demonstracja jako całość mnie rozczarowała. Być może trochę z mojej winy,
może dlatego, że spodziewałem się diabli wiedzą czego, łańcuchów dłoni,
zwartych szeregów... Tymczasem trafiłem na skrzyżowanie kiczowatego pikniku z
nerwową pyskówką. Demonstranci jakoś nie byli w stanie się zdecydować czy
przyszli tańczyć i śpiewać, jacy to oni są liberalni czy wpadli zdrowo
nawrzucać Kaczyńskiemu. Towarzystwo miotało się między tymi skrajnościami i
nie było jakiegoś wspólnego ducha, któryby scalił tą zbieraninę w jedną
zgraną społeczność. Nikt na koniec nie wygłosił żadnego orędzia do ludu, nikt
nie podsumował i nie przypomniał, o co właściwie walczymy. Myślę, że cała akcja została
zaplanowana przede wszystkim z myślą o efekcie medialnym, jaki miał wywołać
cały ten przemarsz. Chodziło o to, żeby prasa odnotowała, że dwa i pół
tysiąca ludzi spowodowało utrudnienia w ruchu ulicznym stolicy, aby wbrew
zakazom administracyjnym i ciskanym z ukrycia jajkom pokazać, że istnieją i
istnieć dalej zamierzają. Żeby wieczorem z studiu telewizyjnym zasiadły
gadające głowy i wyraziły swoje zdanie na rzeczony temat. I wreszcie żeby pod
każdą strzechą od Bałtyku po Tatry zagościła rozmowa, o tym, jakich to czasów
dożyliśmy, że geje robią sobie rajdy po stolicy, a jacyś studenci się z nimi
solidaryzują. Ten wtórny efekt wypalił jak najbardziej natomiast sama
demonstracja chociaż kolorowa i momentami zabawna, sprowadziła dyskusję na
całkiem ważny temat do poziomu wymiany głupich sloganów. A to akurat nie
było, mym zdaniem, takie do końca
w porządku. Dlatego też, wszystkim
czytelnikom udział w takich formy społecznej aktywności szczere odradzam. A Wszechpolakom chciałbym
jeszcze powiedzieć, że jaja rozbijać należy o kant patelni, bo takie właśnie
jest ich przeznaczenie. Podczas gdy stosowanie agresji wobec drugiej strony
sporu dowodzi braku wiary we własne racje i lęku, iż te racje nie mają
żadnych szans w normalnej dyskusji, takiej
bez użycia siły. O! Tyle z placu boju. Rainman wczesny lipiec 2oo5 |