a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m |
|
DziEń ŚwiRa 2
Aby umieć kochać,
trzeba ukończyć szkołę cierpienia. Rene Nelli.
____________ _(__________.\ _(/\/\/\/\_..|/ _.|__O__O_/_.\ _.\___/\__\__/ __\______.__) ___\__\O/_./ ____\_____/_ __/_________\ _/__/.___._\_.\ | | Otwieram
oczy. Ten przeklęty dźwięk budzika świdruje podstawę mojej czaszki.
To dziś nastąpi wielka trauma. To dziś złożę na słodkie łono uczelni
moje papiery uprawniające do studiowania i czerpania z bogactwa i
głębi Alma Mater. Przy muzyce Linkin Parku, nieco szybciej niż
zwykle dokonuję porannych ablucji. Czysty, wymyty z objęć Morfeusza
siadam przed nieco pożółkłym od kurzu i wilgoci monitorem. Mym
przekrwionym oczom ukazuje się formularz zgłoszeniowy. Dzięki Bogu,
mamy XXI wiek, więc rejestracja przez internet jest sporym
ułatwieniem. Tzn. byłaby. Byłaby, gdyby nie mój dostaffca internetu.
Z PRZERAŻAJĄCĄ jak Freddy Krueger w czasach świetności
frekwentywnością (mniej więcej czterominutową) wyrzucało mnie raz za
razem ze światłowodowej autostrady bitów, prosto na bezbrzeżny ocean
dezinformacji usiany napisami 'connection terminated'. W Polsce
długo jeszcze przyjdzie nam poczekać na dobry i tani internet. Bo
płacę jak za przejazd na wielbłądzie wzdłuż i wszerz pustyń
Afganistanu, a w tej cenie dostaję wycieczkę na wyłysiałej kobyle,
która chyba tylko z przekory zrzuca mnie co pieprzone cztery minuty
prosto na gorący piasek pustyni Sumaryjskiej. Może niedługo to się
zmieni? Tak, ale na gorsze! Pan Giertych (dosyć gier tych!) albo
inny spec zdecyduje się zamienić światłowody na np. kozie jelita
albo wydrążone łodygi rzepaku, jeśli tylko da się na tym trochę
zarobić i założyć mafię biointernetową. Po czterokrotnym (sic!)
logowaniu udaje mi się wreszcie wypełnić te cztery strony
formularza. Teraz trzeba to jeszcze wydrukować.
To boli. To boli, gdy Twe życiowe
plany rozsypują się (jak nie konserwowane z braku funduszy polskie
zabytki) przez złośliwość rzeczy martwych, według mnie jednak
obdarzonych kwasi-świadomością. Spostrzegam to i chce mi się wyć.
Oto okazuje się, że nie mam już kolorowego tuszu w mojej poczciwej,
starusieńkiej drukarce HP 610C (którą pieszczotliwie nazywam Bertą,
bo podczas drukowania wydaje takie same odgłosy jak tytułowa Berta z
kreskówki dla dzieci). Oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego te
cztery strony pełne były kolorowych napisów, tak jakby to było
zaproszenie na wesele albo na barmicwę, a nie podanie o przyjęcie na
studia. Trudno - dzwonię do kumpla obdarzonego błogosławieństwem
kolorowej drukarki (cichej jak Mercedes), przy której mój Trabant to
jęczący i rzężacy flegmą biopaliwa tjaktoj. Kumpel zaspany (dźwięk
telefonu najpewniej zdążył już prześwidrować jego czaszkę) mówi:
-"Dude. Nie ma sprawy." Na szczęście nie należy on do grona tych
osób, które Kazimiera Szczuka zwykła chrzcić imionami 'lannych
ptaszków' albo 'nocnych malków'. Był człowiekiem na którym można
było polegać w potrzebie. Idę więc, wraz ze studenckim loginem i
hasłem w mojej głowie do jego living roomu. Aż lżej na 'selcu'
zrobiło mi się, gdy wchodząc do jego pokoju wyłowiłem od sensualnego
niechcenia muzykę Linkin Parku. Więc on także zagłuszał to przeklęte
świdrowanie, ten ból egzystencjalny twórczością Chestera i reszty?
Ze świeżymi, nie żółtymi
papierami udałem się do schronu dla zmęczonych życiem alkoholików,
ratującym w zimowe noce przed zamarźnięciem - na miejsce zwane
przystankiem autobusowym. Oto AUTOBUS - 'jeszcze nie widać, a już
JEDZIE'. Wsiadam. Nie, raczej WSIADAM - wyjątkowość dzisiejszego
dnia została potwierdzona przez mniejszą niż zwykle liczbę pasażerów
żółtego olbrzyma. Niestety, dopiero potem zrozumiałem, że los znów
ze mnie kpił, bo oto (mimo pozornej arkadii) podróż nie była
przyjemna. Była Kafkowska. Oto cztery nastolatki dzielą się ze
wszystkimi Bogu ducha winnymi pasażerami szczegółami swoich
wczorajszych, imprezowych, zabarwionych erotycznie figli. Oczywiście
ktoś zapyta: -'Co w tym złego?' Ba, większa część męskiej
(uwięzionej w szponach własnego libido) publiczności była nawet
zachwycona szczegółami typu (niech znak '#' oznacza głupie
śmiechy-chichy tych dziewcząt): '## No i poszłam na GÓRĘ ###### z
Markiem ##, ten tego wiesz ########## potem zasnęłam po tablecie ##
(bo z Monisią złożyłyśmy się tak, żeby każda miała po połówce), rano
się budzę ## i widzę że leżę ######### nie obok Marka, ale obok
Archiego ###### Czaisz akcję, stara?###'. Ratujcie! Gdzie nasze
etyczne podwaliny? Gdzie nasz kręgosłup moralny?! Gdzie nasza
zdolność myślenia? Nie chciałem słuchać z wypiekami na twarzy tych
papkowatych opowieści podobnie jak to czyniła większość facetów. Ja
się tym brzydziłem, rzygać mi się chciało.
A potem docierały do mnie (jakże
ciężko jest wyłączyć pieprzoną percepcję) zdania typu: 'Ja mówię, że
ja pójdę, ona mówi, że nie - spoko - ona pójdzie. ##### To ja mówię:
No dobra, ja pójdę, skończ już stara. ######## A ona znowu: Ja
pójdę! #### Aż w końcu Marek mówi (elokwentnie - mój przypis):
Wiecie co? Idźcie obie naraz! Czaisz? #####'. Myślę. Intesywnie
myślę. 'We are, we are, the youth of the Nation' - słowa utworu
P.O.D kołaczą się w mojej głowie. Co się stało z normalnymi, nie
spłyconymi przez... no właśnie przez co? dziewczynami? Tymi, które
nie kierują się religią solarium, tymi które nie budują totemów z
fatałaszków, wreszcie tymi, które zachowują świątynię swego ciała i
ducha? Wiem, wiem - uogólniam, nie jestem obiektywny. Teraz nie mogę
być - tamto wspomnienie nadal budzi we mnie pejoratywne odczucia
dotyczące całej płci pięknej. Były tam. Tak, teraz pamiętam - były
tam także te normalne dziewczyny, tyle tylko że miały godność - tą
atawistyczną ludzką godność zachowania milczenia. Szacunek. Enaf.
Nagle: jeb! To miejsce miało jednak przeżyć katharsis - dwie z nich
zbierają się do wysiadania. Ta pierwsza (co zapamiętała elokwencję
tego tam Marka) dumna widocznie z wrażenia jakie po sobie zostawiła,
rozpycha czerwonych, libidalnych facetów i nagle wpada na mnie.
Wpada i mówi: -'Może byś się tak kotuś PRZESUNĄŁ - chcemy z
koleżanką WYSIĄŚĆ, co? Zanim ustąpiłem, powiedziałem tylko
(parafrazując tego tam Marka): -'Idźcie obie naraz!' Spojrzała,
zaskoczona śmiałością tej wypowiedzi i wyszła tłamsząc i targając
ramiączko kwasi-bluzeczki koleżanki (mówię kwasi, bo bluzeczka była
tak cienka, że mogła stanowić kartkę papieru (mapę wczorajszej
imprezy?), lub jak kto woli sieć pajęczą czarnej wdowy). Jest! Jest
mój przystanek! Wysiadam. Jakbym wrócił z innej czasoprzestrzeni. Z
jakiejś pętli czasowej. Dzień Świstaka się skończył. Brakuje mi
tylko komory dekompresyjnej, bo wolne rodniki wywołane nagłym
dostępem tlenu rozsadzają mi płuca. Jest dopiero dziesiąta rano, a
ja już jestem skrajnie wyczerpany. Go. Nygga go. The profecy must be
fulfilled! Roger that. I'm going.
Docieram do gmachu Politechniki.
'Korytarzem w górę, drugie drzwi na lewo'. Wchodzę. Moim oczom
ukazuje się widok sali o wymiarach 10x8 metrów, jednak cztery ławki
były tak zręcznie ustawione, ze rekrutacja na łono Alma Mater
odbywała się na kwadracie 2x2. Gee - najpierw korytarz jak u Kafki,
a potem klaustrofobiczny widok umyśnie źle zagospodarowanej
przestrzeni sali. Czy to może zagrywka w stylu 'tłoczcie się, bo jak
ktoś z zewnątrz zobaczy kolejkę, to przynajmniej będzie wiedział że
to właśnie tutaj jest rekrutacja'? Czekam, bo przede mną papiery
składa jakiś chłopak, który przyjechał razem z mamą. Zaraz. Jak to?
PRZYJECHAŁ RAZEM Z MAMĄ ZŁOŻYĆ PAPIERY NA STUDIA?! Coś tu nie gra.
On się nie odzywa, jego matka robi to za niego. Nie zrozumcie mnie
źle - ja nie mam zamiaru wyśmiewać się z tego chłopaka - jest mi go
raczej żal. Widać, że matka trzyma go pod kloszem abulicznej
zależności dającej się porównać jedynie z totalitaryzmem. Gość
został wychowany na zasadzie 'All I want you do: is to be more like
ME and be less like YOU'. Zgwałcony psychicznie, jest teraz, po
dwudziestu latach wyprany z całej osobowości. Bez wolności osobistej
jako spoiwa, rozpadają się w jego życiu wszystkie łańcuchy
przyczynowo-skutkowe. Wypisano mu planszę zasad, zamiast
czterowymiarowego środowiska życia. Jedyną rzeczą, jaką obdarzyła go
matka był kompleks Edypa. Niestety, z czterema punktami (dwie
mierne) chłopaczyna nie ma szans dostać się bez egzaminu, o którego
wynik w jego przypadku jestem dziwnie niespokojny. Widać na planszy
będącej substytutem życia brakowało pola o nazwie 'nauka'. Po co Ci
ona? Masz mamę.
Dziesiąta piętnaście. Moja
kolej. Student z tym poczuciem wyższości, jakie zawsze posiada
pełnoprawny uczeń wobec 'kota', z krzywym uśmieszkiem przyjmuje moją
teczkę. I chyba sprawdzał, czy nie ma tam lustracyjnych informacji o
Belkach, Hejmiach czy Oleksych, bo trwało to piekielnie długo.
Biurokracja jest krwiobiegiem trawionego przez rak korupcji
organizmu polskiego. Proszę - 'Żeby Polska, Żeby Polska, Żeby Polska
była Polską': Dowód osobisty. Jest. Dowód wpłaty. Checked.
Kserokopie. Checked. Formularz. Checked. Ale zaraz - nr identyf się
nie zgadza, nie zaraz! - są aż cztery! -'Do czterech razy sztuka,
co?' - student dobrze bawił się kosztem mojego ainternetowego,
najpewniej prototypowego, rzepakowego łącza. Ale uwaga! Bierze w
łapy moje maturalne świadectwo. Nagle: jeb! Metamorfoza - jego
twarz, jego aparycja zmienia się o 180 stopni: -'Łał, byli już u nas
z szóstkami z matematyki - ale żeby jednocześnie i z matmy i z
polskiego mieć szóstkę - to się rzadko zdarza. 'Się wysłowić umiem'
- odparłem w myślach. Drugi student (z gatunku ludzi i do tańca i do
różańca) chciał się do mnie przyczepić, ale nie za bardzo miał do
czego, więc przyczepił się frontalnie, bezpośrednio, bezczelnie do
mojego wyglądu. Do wzrostu konkretnie (mam nieco ponad 2 metry
wzrostu). -'Taki wysoki, to pewnie będzie na salach wykładowych
żarówki wkręcał ####' Wybaczcie znak '#', ale jego rżenie w stylu
zadowolonego chichotu Jasia Fasoli zbyt drażniąco podziałało na moją
morfologię. Jop twoju mać. Społeczna asymilacja domaga się w tej
sytuacji milczenia, więc milczałem. Bla, bla, bla, reszta papierów
sprawdzona. Idźcie ofiary skończone. Obrzęd ku czci biurokracji
właśnie zakończył się ostatnim spazmem zmęczonego hołdu. Lecz oto
ten rżący mówi do mnie: -'Spotkamy się w październiku'. Intensywnie
myślałem: 'Nie - możemy spotkać się już teraz. Zadzwoń do mnie, gdy
będziecie mieli zabarwioną erotycznie imprezę (koniecznie zaproś
Marka), zostaniesz moim mentorem, wprowadzisz mnie w towarzystwo,
będziesz moim imprezowym mistrzem Xaoo, a gdy ktoś z kompleksem
konusa w końcu przyczepi się do mojego wzrostu i będą 'dymy' (cytuję
nastkę), ty zbierzesz ekipę i niczym czwarty jeździec apokalipsy,
jako mój prywatny Mesjasz uratujesz mnie i zabijesz Smoka, co ma
dziesięć rogów i siedem diademów. TY, przez CIEBIE, dla CIEBIE.
Amen.
Dosyć. Dosyć tego. W akcie
desperacji, w resztkach asymilacji społecznej pytam: 'OK, to
wszystko?' Słyszę to słowo: 'TAK', które z rana jak śmietana, działa
na moje chi jak balsam albo zabieg spa. -'Dziękuję uprzejmie, do
widzenia' - odczuli nutkę sarkazmu w tej wypowiedzi. Te pięć minut
sprawia, że mam ochotę uderzać pałeczkami, nie! czołem chcę uderzać,
w ten tytułowy blaszany bębenek z powieści Güntera Grassa. Jeszcze
na uczelni spotykam kumpelę. Przedstawia mi swoją koleżankę, bodaj
Ankę: -'Wiesz, Anka chodzi na wykłady ze sztuki konwersacji!'. Mówię
ze sztucznym jak biust Dody zainteresowaniem: -'Hmm, to nawet
ciekawe. Sztuka kowersacji. Serio tam chodzisz?'. A ta Anka
zzieleniała, nie wiem, jakby przestraszona, czy co? mówi:
-'No'............ I cisza ........... cicho sza ....... Półminutowe
milczenie było krępujące dla nas wszystkich. Albo Anka była dopiero
na jednym z tych wykładów, albo umiała (jako niedoceniany talent
empatyczny) czytać w myślach i przeczytała w mej głowie jak w
książce, historię mojej dzisiejszej traumy? Zmieniam zdanie. Czasami
milczenie nie jest darem. Czasem jest klątwą. Pożegnałem się i
kazałem kumpeli pozdrowić jej brata, który teraz prawdopodobnie
biegał po jakimś tam poligonie (ukończone dwa fakultety ukończone) z
tą jakąś tą świecą dymną, w masce gazowej, na planie jakiegoś
głupiego filmu pod wiele mówiącym tytułem: 'Ćwiczenia kotów'. Tak -
był w wojsku. 'You in the ARMY now'. 'Like toy soldier'. Zresztą
życzyłem mu tego biegania. Bo lepsze to, niż (w imię indoktrynacji)
paradować w onucy jak w stringach, bo tak chce rezerwa. Enaf!
Mission is not accomplished yet, nygga. Mam dziś jeszcze jedną rzecz
do załatwienia. Let's get moving, you piece of shit! Yes
Sarge!
Praca. Złoto Marksa i Engelsa.
Czyni Twe życie sensownym. Czyni Twe wysiłki celowymi. Ja
załatwiałem sobie pracę w supermarkecie. Wiem, obozowi pracownicy w
pieluchach, bo nie ma nawet czasu pójść do kibla - to boli. Ale to
miała być tylko przelotna znajomość, nic nie znaczący flirt z tym
miejscem kaźni - to miała być praca sezonowa na umowę-zlecenie. Same
się nie zarobią pieniążki na czas letniego przesilenia, nie mówiąc
już o uczelnianych wydatkach roku następnego. Byłem już po badaniach
w SaNePiDzIe (bo pracując przy żywności trzeba mieć aktualne testy
na wormsy). Nie będę wchodził w analne szczegóły zdobywania
materiału do badań, czyli tzw. kupki na zamówienie. Nie będę, bo
jest jeszcze kupa innych rzeczy do opowiedzenia. Wchodzę do tego
żółtego budynku super-hiper-turbo-mega-euro-marketu i walę prosto do
drzwi tzw. dyżurki. Kierowniczka przyjmuje moje podanie, a tu nagle
wpada do pomieszczenia jakaś babcia i dziwnie spokojnie (w
porównaniu do jej wejścia smoka) mówi: -'Te piersi z kurczaka są
stare i śmierdzą. Poza tym są za małe. Nie macie jakiś większych na
sklepie?'. O dziwo (God bless respect dla klienta) kierowniczka
marketu nawet nie spojrzała w babciną stronę (widać takie sytuacje
to tutaj codzienność), tylko od razu wskazała uzbrojonym w czarny
tips paznokciem kasę nr2, gdzie zapewne rozdawano nieco bardziej
nadające się do spożycia (bo lepiej 'odświeżone') substytuty
zaśmierdziałych, kalekich kurczaków-retardów.
Trwa wysyłanie umowy do
centrali, co dzięki zrywanemu czterokrotnie połączeniu przedłuża się
w niekończoność, podobnie jak rozszerzanie się wszechświata po
wielkim wybuchu. Chwilę potem słyszę dźwięk dobiegający ze
sklepowego megafonu: -'Pani, która CHCIAŁA WIEKSZE PIERSI proszona
jest do kasy nr4!'. Przetrwałem. Przetrwałem, podpisałem, zdobyłem
umowę. Uczepiłem się finansowej pępowiny, którą ofiarował mi
supermarket w nadziei, że ta wyrodna, uczyniona z wyzysku matka da
mi zastrzyk pieniężnych płynów rodnych. Pora kończyć. Plus
yyyy...siem dioptrii. Przy takiej ilości gadki i ciągłych
konfabulacjach muszę czasem rozluźniać aparat mowy. Dzisiejszy art
był sponsorowany przez cyferkę cztery. Czy ktoś zauważył jak
przewijała się frekwentywnie przez całą tą traumę? Czy ktoś jest w
stanie powiedzieć mi, ile razy ta cyfra odcisnęła swe piętno na
mojej psychice? 'A imię Jego to czterdzieści i cztery'. Ten
przeklęty dźwięk znów świdruje podstawę mojej czaszki. Czas oddać
ponownie swe jestestwo w objęcia Morfeusza.
aNomaLy
PS. Czym się różni
pracownik supermarketu od pizzy z pepperoni? Ano tym, że pizza jest
w stanie wyżywić czteroosobową rodzinę. A jaki jest szczyt
bezczelności? Zadzwonić do 'Constaru' i zapytać, dlaczego na ich
stronie internetowej nie działa przycisk
'Odśwież'. | |
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m
|