A great day for freedom
Metis



Siedzę w swoim pokoju.
Odwracam głowę od monitora i patrzę za okno. Wiatr delikatnie porusza gałęziami drzew, białe chmury przesuwają się leniwie po niebie. Pod chmurami szybują ptaki. Podobno to jedyne istoty w tym świecie, które mogą czuć się naprawdę wolne...

Zamykam oczy. Na początku widzę tylko czerwień własnych powiek, jest coraz ciemniejsza. Ciemniejsza i ciemniejsza, aż wreszcie zupełnie czarna. Zapala się jakiś pojedynczy punkt. Jasne, ciepłe światło. Zapala się następny. I następny. Po chwili są ich dziesiątki. Setki. Miliony pojedynczych punktów.
Jeden wydaje się jakoś dziwnie znajomy. Idę, nie, lecę w jego kierunku. Czas traci swoje znaczenie. Sekunda zamienia się w wieczność. Tylko po to, by zaraz wieczność stała się sekundą. Słońce.

Wróciłem. Stało się coś złego. Nic nie mówisz, ale widzę to w twoich oczach. Mokrych od łez.
Już dobrze, jestem tu. Dla Ciebie. Nigdy Cię nie zostawię. Znowu płaczesz. Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?

Od kiedy tu jestem jeszcze na mnie nie spojrzałaś. Cisza. Wychodzisz. Mogę iść z Tobą?
Śliczne kwiaty. Po co... ach, tak, imieniny Anki. Ale dokąd idziesz? Przecież to nie w tą stronę. Słyszysz? Odezwij się!

Co my tu robimy? To nie miejsce dla nas. Jeszcze nie. Może... kiedyś. Co? Co mówisz? Opuściłem Cię? Przecież jestem tu, cały czas jestem przy Tobie. Spójrz na mnie! Nie jestem duchem!
Ale... Nie, to niemożliwe...

Znowu patrzę w monitor.
Kursor mruga zachęcająco. Pora coś napisać. Może to prawda z tymi ptakami?




Metis