Who cares?
Metis, Hellfire aka Ninjin Ex Infernis



Gdzieś nad bezdenną otchłanią własnych obaw, marzeń i straconyh złudzeń spotkali się ponownie. Wymienili krótkie spojrzenia. Na twarzy jednego z nich pojawił się uśmiech. Rozłożył ręce i pochylił do przodu. Od północy nadpłynął wiatr, niosąc ze sobą delikatny chłód nocy.

- Widziałeś kiedyś takie niebo? Miliardy gwiazd i my - zawieszeni nad przepaścią wyobraźni. W miejscu tak nierzeczywistym, a jednocześnie znajdującym się jedynie o mgnienie oka od rzeczywistości. Tej od której tak często uciekamy, by choć przez chwilę poczuć się lepiej. Tworzymy krainy zamieszkałe przez magiczne stworzenia, a jednocześnie nie dostrzegamy piękna otaczającego nas na każdym kroku.

- Gwiazdy... Tak, teraz są piękne. Ale już niedługo, za kilka wieków, ich światło zblednie, aż wreszcie całkiem zgaśnie. Tylko czas jest wieczny...

Przez chwilę patrzył w górę. Nigdy nie zobaczy niczego równie niezwykłego... Westchnął i spojrzał na zegarek.

- To jak? Idziemy?

Skinienie głowy wystarczyło za odpowiedź. Ruszyli przed siebie. Wiedzieli, czego mogą się spodziewać na końcu swojej drogi, ale szli. Możliwe, że czasem droga jest ważniejsza od celu.

- Wiesz, chyba źle się wyraziłem mówiąc, że piękno nas otacza. Ono jest w nas samych. Gdzieś w centrum naszej duszy jest mała szklana kula wypełniona najjaśniejszym światłem. Każdy uśmiech to kolejna rysa na jej powierzchni. Pewnego dnia coś potoczy się zupełnie inaczej i kula pęknie. Światło wypełni twoje wnętrze i poczujesz, że to najpiękniejszy moment twojego życia. Pełnia szczęścia. Piękno.

- Ale nie można się uśmiechać przez całe życie. Los nie szczędzi razów i często brakuje siły, żeby się podnieść po ciosie wymierzonym w najczulszy punkt. Niewielu ludziom dane jest doświadczyć piękna, o którym mówisz. Niewielu potrafi je dojrzeć, będąc uwięzionym w szarości otaczającej przestrzeni, albo pędząc co sił w tym chorym wyścigu. Rozejrzyj się. Po co to wszystko?

Zatrzymali się. Wokół było pełno ludzi - jakby zahipnotyzowanych, zapatrzonych w jakiś niewidoczny punkt na wprost oczu. Każdy, jak mógł najszybciej, zmierzał w swoją stronę, nie zwracając uwagi na dwie postacie stojące na drodze. Niektórzy z nich często upadali, zaraz się podnosząc, inni nie wstawali już wcale. Wiatr zawiał mocniej, wznosząc w powietrze chmurę pyłu. Gdy opadła, nikogo już nie widzieli. Byli sami.
Pod stopami jednego z nich wyrosła czerwona róża. Schylił się i delikatnie ją zerwał.

- Dlaczego ta róża za chwilę zmieni się w proch? To wszystko... to tylko iluzja.

Zacisnął mocniej rękę, a kwiat usechł na ich oczach i po chwili został po nim tylko popiół.

- Sztuczne piękno. Imitacja, która dla wielu jednak jest wystarczająca. Sztuczne uczucia.

Szli dalej, a krajobraz powoli zaczął się zmieniać. Łąki pełne kwiatów zastąpiły wielkie pola spękanej ziemi. Drzewa nachylały się ku niej umierając w ułamkach sekund. Gwiaździste dotąd niebo zasnuły ciemne chmury. Zaczęło padać.

- Deszcz. Pamiętam, że kiedy byłem młodszy, lubiłem siedzieć przed oknem i patrzeć na świat rozdzierany kryształowymi łzami nieba. Teraz wolę moknąć. Chłonąć każdą kroplę błękitnego smutku, stawać się jego częścią. Nie wiem nawet kiedy, ale przywykłem do wszechobecnej martyrologii tego świata. Chyba nie ma innego wyjścia.

Rzucił swojemu towarzyszowi sarkastyczne spojrzenie.

- Myślisz, że ja nigdy nie cierpiałem? Wiem co znaczy ból. Kolejne uderzenie przychodzi właśnie wtedy gdy myślisz, że najgorsze już za tobą. Kiedy nie masz sił by krzyknąć "Dość!" i pozostaje tylko jedno rozwiązanie... ostateczne. Wtedy tak myślałem. Myliłem się. "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać." Rozumiesz?

- Nieważne, ile razy życie powali cię na ziemię, a ile razy się z niej podniesiesz. Wiem o czym mówisz. Ale kiedy cios jest zbyt silny i czujesz że następny będzie już ostatni, kiedy nie masz nawet najmniejszej nadziei? Co wtedy? Pozostaje ci leżeć i czekać, modląc się o jak najszybsze zakończenie twoich cierpień. A kiedy ono nie nadchodzi, zebrać resztkę sił...

Spojrzał na przyjaciela, ale ten wydawał się nieobecny. Wpatrywał się w odległy punkt na horyzoncie i uśmiechał do swoich myśli.

- Utrata nadziei, brak szansy na lepsze jutro, chęć popełnienia samobójstwa. Przerabiałem to wszystko całkiem niedawno. Teraz, gdy myślę o sobie z tamtego okresu mogę powiedzieć tylko, że byłem idiotą zaślepionym przez strach.
Ubierasz to w ładne słowa, ale to w większości głupota i strach. Nie staraj się mnie przekonać, że jest inaczej. Mówisz o zbyt silnych ciosach. Nie ma takich. Są tylko zbyt słabi ludzie.

Znad linii widnokręgu wyłonił się cel ich podróży. We mgle było widać tylko zarys monumentalnego budynku, ale oni dobrze wiedzieli... Potężne, grube mury i równie potężna brama wejściowa, stanowiąca jedyny możliwy sposób dostania się do wewnątrz. Żadnych innych drzwi czy okien. Obaj potrafiliby przywołać dokładny obraz tej katedry, o każdej porze. Już tyle razy tam byli...

- Zbyt słabi ludzie... Zadziwiające, jak potężną siłą jest nadzieja. Tak naprawdę to chyba ona trzyma nas przy życiu. Jeśli chcesz zabić człowieka, najpierw zabij w nim nadzieję. Reszta... to już formalność. Chociaż w zasadzie nie ma różnicy. Rodzimy się martwi, w tej kruchej skorupie nazwanej egzystencją. I po co? Z perspektywy Wszechświata nie jesteśmy więksi czy ważniejsi niż ziarnko piasku na plaży w Sopocie, i nie trwamy dłużej niż mrugnięcie okiem. Mimo tego uważamy się za istoty zdolne dokonać rzeczy niezwykłych, wykraczających nawet poza bezmiar tej nieskończonej przestrzeni. Doprawdy, niesamowitym tworem jest homo sapiens.

- Jednak wydaje mi się, że jest we mnie trochę więcej życia niż w trupie. Początek nie może być jednocześnie końcem. Nieważne jak bardzo byś tego pragnął.

Po raz pierwszy od ich spotkania w jego oczach zagościł smutek.

- Kiedy zacząłeś tą wojnę ze światem? Przecież kiedyś taki nie byłeś. Za wszelką cenę starasz się mu udowodnić, że nie ma racji. A może sobie? Jeśli się nie przystosujesz to zginiesz. Mówisz o perspektywie Wszechświata. Spróbuj tak patrzeć na ludzi, a nie oceniać ich tylko względem siebie. Zrozumiesz, że nie oni się na Ciebie uwzięli, tylko ty na nich. Zrozumiesz co to znaczy żyć.

- Błąd. Nawet jeśli się przystosujesz to zginiesz. Nieważne, jaki jest twój sposób na życie, i tak drogi wszystkich z nas kończą się w jednym miejscu. Możesz powiedzieć, że w takim razie należałoby coś po sobie zostawić - coś, co następne pokolenia mogłyby podziwiać. Jasne. Ale komu ci ludzie o tym powiedzą? Ich podziw dla twojego dzieła umrze razem z nimi, później z ich dziećmi, wnukami i tak dalej, i dalej... aż do końca świata. Wszystko umiera. Nieskończoność Wszechświata też robi się coraz mniejsza. To dość paradoksalne - bo jakim sposobem może się skończyć to, co nieskończone - ale odpowiedź jest prosta: nie ma rzeczy nieskończonych. A kiedy już nie będzie życia, śmierć też się skończy. Pojęcia nie mam, ilu ludzi myśli podobnie, ani ilu chętnie uwolniłoby mnie od moich trosk i szczerze mówiąc, mam to dalece gdzieś. Niech myślą, co chcą. Na końcu tej drogi zostanie tylko jeden problem.

-Jak zwykle wiele słów, niewiele odpowiedzi. Mimo wszystko muszę się z tobą zgodzić, ale tylko częściowo. Zostaniemy zapomnieni, to oczywiste. Nie mamy nic oprócz życia, a w konsekwencji także śmierci. W takim razie może warto zatroszczyć się, by te kilkadziesiąt lat było trochę bardziej różnorodne niż paczka makaronu, a przynajmniej tak zabawne. [żart dla wtajemniczonych ;)]

Gdy zbliżali się do katedry zapadło milczenie. Ciszę przerywały tylko miarowe odgłosy ich kroków i kropli deszczu rozbijających się o ziemię. Nie mogli zrozumieć dlaczego tu przychodzą. Powtarzali w myślach "Może tym razem będzie inaczej?".

- Witaj stara przyjaciółko.

Przeciągnął ręką po brudnym ceglanym murze.

- Dzisiaj napewno nam się uda.

- W to nie wątpię.

Nie dało się nie wyczuć ironii tej wypowiedzi. Wolnym krokiem podszedł do wrót, uważnie się im przyglądając. Jedyna rzecz, która nigdy się nie zmieniała. Katedra była tu zawsze, od samego początku, a on był pewny, że jeszcze długo będzie tu stała. Zatrzymał się dwa kroki od drzwi.

- Życie jest jak domek z kart. Dodajesz coraz nowe piętra, a im więcej zbudujesz, tym bardziej się boisz. Nie trzęsienia ziemi czy huraganu, a najdelikatniejszego powiewu spod motylich skrzydeł, który obróci tą misterną konstrukcję w ruinę. Może warto na niego czekać?
Człowiek to organizm autodestruktywny. Zresztą, jak każdy inny. Tylko jednego można być w życiu pewnym... Ale - martwi się nie martwią.

Zbliżył się do bramy i od razu poczuł ten dziwny chłód, który przeniknął go całego, w każdej najmniejszej części. Poprzednim razem czuł się tak samo - świat za tą ciężką bryłą metalu przerażał go, ale jednocześnie dawał tyle nadziei... Wiedział, że po drugiej stronie otrzyma wreszcie odpowiedzi na te wszystkie pytania, które zadawał przez całe życie. Gdzieś za tą zimną materią czeka na niego spokój i wieczne szczęście. Czeka na niego On sam...
Wystawił ręce przed siebie i dłońmi dotknął bramy. Zaparł się stopami o ziemię, wziął głęboki wdech i z całej siły popchnął furtę. Było tak jak się spodziewał. Zaśmiał się i odwrócił do swojego kompana.

- Jutro twoja kolej.

Zebrali kilka przemokłych od deszczu gałązek i ułożyli z nich stosik kilka metrów przed bramą katedry. Odkąd zaczęli tu przychodzić zawsze je tu kładą, a ogień zaczyna płonąć. Nie pytają dlaczego, po prostu siadają i rozmawiają.

- Przestało padać.

- To dobrze, ognisko nie zgaśnie.

Długo rozmawiali nie mogąc dojść do porozumienia. Właściwie to nigdy im na tym nie zależało. Nie pozostało im nic innego. Czekali na świt, zawsze tak robili. Gdy pierwsze promienie słońca oświetliły katedrę, a ogień przygasał...

- Moja kolej.

Dotknął ręką gładką powierzchnię drzwi. Zadrżał gdy chłód ogarnął jego ciało. Już teraz wiedział, że brama pozostanie zamknięta. Odwrócił się i poczuł na plecach jej lodowaty śmiech. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał by... Odwrócił się ponownie i złapał mosiężny uchwyt. Pociągnął z całej siły, a drzwi nadspodziewanie łatwo ustąpiły. Na tyle łatwo by pozwolić nieprzygotowanemu na taki rozwój wypadków upaść efektownie na plecy.

- Przez cały czas były otwarte.

Wstał otrzepując ubranie z kurzu. Cały czas się śmiał.
Wnętrze katedry wypełniało białe światło. Przyciągało go ku sobie jednocześnie oślepiając. Nie mógł dostrzec co znajduje się za tą świetlistą zasłoną.

- Nie wchodzisz?

- Myślisz, że znajdę tam wszystkie odpowiedzi? To niemożliwe. To, czego się dowiem stworzy po prostu nowe pytania. Błędne koło.

Kopnął drzwi, a te zatrzasnęły się z hukiem.

- Poza tym, nie miałbyś wtedy z kim rozmawiać.

Odeszli, by już nigdy tu nie powrócić. Tam gdzie większość bohaterów takich opowieści - w stronę zachodzącego słońca. Zawiał wiatr, a katedra stojąca tu od niepamiętnych czasów rozsypała się jakby zbudowana została z ziarenek piasku. Przestała istnieć, bo oni przestali w nią wierzyć. Teraz szukają pewnie kolejnej katedry, kolejnych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Nic innego im nie pozostało.




Metis Hellfire aka Ninjin Ex Infernis

When I look at you on this dark century
It must always be with generosity
That we both may share the hope in hearing
That we're not just spirits disappearing
"Hope" - Anathema