WSZYSTKO JEST TAKIE ULOTNE...

   To był zwykły, najzwyklejszy wieczór, jakich pełno w roku. Szedłem z przyjacielem do niedalekiego sklepu monopolowego, jako że tylko ten sklep był o tej porze otwarty. Było ciepło, na niebie żadnej chmury. Doskonale było widać wszystkie gwiazdy. Szliśmy, rozmawiając o dziewczynach. Kiedy weszliśmy do sklepu, kupiliśmy, co mieliśmy kupić i chcieliśmy już wychodzić. I wtedy się zaczęło.

   To było jak w kiepskim filmie klasy C. Do sklepu weszło dwóch mężczyzn, jeden w kominiarce, drugi z chustą na twarzy. Jeden z nich wyciągnął pistolet i wrzasnął: "Dawaj kasę ty k****!". Z przyjacielem odwróciliśmy się w ich stronę. Kiedy jeden z nich celował w kasjerkę, drugi ładował pieniądze do kieszeni. Spojrzałem na towarzysza i przerażony, wiedziałem, co on chce zrobić.

   Starał się jak najciszej zajść bandytę od tyłu. Wiedział, co robić. Od wielu lat chodził na ju-jitsu i był w tym dobry. Myślał, że mu się uda i by się udało, gdyby jeden z napastników nie obrócił się i spojrzał na nas. To był ten z pistoletem. Mój przyjaciel, zamiast się zatrzymać, skoczył w jego kierunku. Nie zdążył. W niewielkim pomieszczeniu rozległ się huk, jakby ktoś wystrzelił z pistoletu na kapiszony. Ale broń i pocisk były prawdziwe. Nie było ognia, jak na filmach. Po prostu odgłos. Przyjaciel upadł na plecy.

    Chciałem do niego podbiec, ale napastnik już we mnie celował. Nie obchodziło mnie to. Bandyta coś tam wrzeszczał, ale go nie słuchałem. Byłem koło niego, kiedy napastnicy wybiegli ze sklepu. Rzuciłem im soczystą wiązankę przekleństw, wpatrując się w twarz przyjaciela. Na jego piersi pojawiła się plama krwi. Błękitna koszula zaczęła przesiąkać czerwienią. Nie wiedziałem, co robić. Podniosłem mu głowę, chciałem spojrzeć w jego oczy. Były już puste. Nie oddychał. Nawet nie sprawdziłem pulsu. Siedziałem obok niego przez kilka minut, póki nie zacząłem słyszeć tego, co mnie otaczało.

   Z zewnątrz dobiegł mnie odgłos syreny policyjnej. Po chwili dwóch policjantów było w sklepie. Nie pamiętam nic z tych chwil. Wiem tylko, że kazali mi odsunąć się od mojego najlepszego przyjaciela.

   W ciągu następnych kilku dni byłem dwa razy na komisariacie. Nie wiem, po co. Nic się ode mnie nie dowiedzieli. Potwierdziłem tylko to, co powiedziała im kasjerka. Nic nie pamiętałem. Tylko twarz mojego przyjaciela, i krew spływającą na podłogę.

   Cztery dni od tego zajścia odbył się pogrzeb. Była na nim rodzina, znajomi i połowa szkoły. Obserwowałem ich, ich reakcje. I zobaczyłem, jak kilku chłopaków uśmiecha się i rozmawia ze sobą, podczas gdy ksiądz wygłaszał przemówienie. Ogarnęła mnie złość. Ale mimo całej mojej rozpaczy i gniewu, nie rzuciłem się na nich, chociaż miałem taką ochotę. Patrzałem na ciało mojego przyjaciela i nie mogłem płakać. Czułem się, jakby łzy zamieniły się w kamienie, które nie chcą opuścić moich oczu. Podczas całej ceremonii nie uroniłem ani jednej łzy. Nie mogłem. Nie wiem, dlaczego.

***

   Chociaż to wydarzenie nie miało na prawdę miejsca, zastanawiałem się kiedyś, jakby to było, znaleźć się w takiej sytuacji. Czy wy też się nad tym zastanawialiście, Drodzy Czytelnicy? Jakbyście się zachowali w takiej sytuacji? Co byście czuli? Ja sam nie wiem, co bym czuł. Ale wiem, że taka sytuacja może się wydarzyć. Może nie identyczna, ale łatwo możemy stracić kogoś bliskiego. Dlatego szanujmy to, co mamy, nie płaczmy, jak nam jest źle. Cieszmy się tym, co mamy, bo wszystko jest ulotne. Cieszmy się chwilą. Carpe diem. Nie narzekajmy, ale cieszmy się i śmiejmy. Nigdy nie wiesz, kiedy coś się zmieni. Nigdy nie wiesz, kiedy coś stracisz. Do następnego razu!

Autor: KaMpO vel. kampo_89

e-mail: kampo_89@wp.pl