MEZOKOSMOS

 


 

Zbudzą ją Bezele Squad i Ośki beat. Zaspanymi oczętami spojrzy na zegar, by po paru minutach leniwej bezczynności ospałym krokiem powstać z łóżka i ruszyć w kierunku łazienki. Gdy dotrze do celu otworzy szafkę, zawaloną żelami, tonikami, kremami, szminkami, pomadkami i odżywkami. One to staną się jej narzędziem pracy przez najbliższych kilkadziesiąt minut. Grunt, podkład, emalia i powoli, po ciężkiej harówce logistyczno- artystycznej, można rozpoznać w niej osobę, która na co dzień przekracza próg własnego mieszkanka. Szybkie śniadanie w postaci dietetycznego jogurtu z pianki mlecznej dojonej z trzyletnich szwajcarskich krów, wdzięcznie spozierających z opakowania, poranna zmiana garderoby na jaskrawą, obcisłą i syntetyczną tkaninę, uwypuklającą kobiecość, a potem szybki bieg na autobus, w takich butach równie wiele wymagający od zmysłu równowagi człowieka, co obracanie nogami belki na wodzie.

W autobusie spotka kolegę z roku, który przyjaźnie zagai: „Co słychać?”, na co ona odpowie: „Weź-normalnie-masakra-już-myślałam-że-nie-zdąże-nic-kuźwa-nie-umiem-na-koło-poracha-że-nie-wiem”. Po minie kolegi można wyraźnie wywnioskować, że nic a nic go taka odpowiedź nie zdziwiła, co nie przeszkodzi jej w kontynuowaniu schematycznie wysławianego monologu: „Kuźwa-wczoraj-miałam-taki-przejebany-dzień-że-masakra-normalnie-chciałam-się-pouczyć-a-tu-zgon-bo-kumpela-przyszła-i-się-tak-nawaliłyśmy-że-masakra-normalnie-kuźwa-nie-wiem”. Jazda szybko mija na inteligentnej rozmowie, a jeszcze szybciej (przynajmniej mówiącemu) na improwizowanym słowotoku, kręcącym się wokół jednego. Wysiada, z gracją rusza w kierunku swej uczelni, by dowiedzieć się na pierwszych zajęciach, że dostała bańkę z zeszłotygodniowego kolokwium, co też chwilę po wyjściu z sali skwituje słowami: „E-no-weż-kuźwa-ona-jest-normalnie-pojebana-przecież-tyle-co-ja-napisałam-to-normalnie-nie-wiem-przeciez-miałam-wszystko-to-co-Kaśka-to-z-jakiej-racji-ona-dostaje-kuźwa-cztery-a-ja-pałę?”. Drugie jej zajęcia, drugie kolokwium, kolejne zaległości do nadrobienia. „Kuźwa-no-jak-miałam-się-nauczyć-jak-kumpela-przyszła-i-się-nawaliłyśmy”- zwierzy się koleżankom, dublując swój poranny monolog. Na wykład nie pójdzie. Po co marnować czas, nuda, i tak ten stary łysol nic ciekawego nie powie, a listy obecności przecież nie zrobi.

Wyciągnie za to kumpelę do galerii handlowej na promocję mokasyn z weluru, tak idealnie pasujących do jej amarantowych spodni. Po drodze kupi jeszcze puder, błyszczyk, żel odżywczy do stóp i krem do całodobowej ochrony skóry rąk. Wracając na chwilę przypomni sobie o uczelnianych niepowodzeniach i obieca sobie, że jutro się pouczy. Z obietnicy zwolni ją towarzyszka, przypominając o jutrzejszej imprze u Karola. Resztę powrotu zajmie im uzgadnianie jej szczegółów. W pewnym momencie wpadnie jej do głowy najgenialniejszy tego dnia pomysł: „Brazylijską!!!”. Zadzwoni do Karola, żeby podzielić się swą wspaniałą ideą, a sama zacznie wygrzebywać ciuchy w kolorach żółto- zielonych.

Do domu wraca szczęśliwa, z torbą pełną zakupów, Nadszedł czas na ich wypróbowanie. Rozpocznie proces odwrotny do porannego, zmyje z siebie grubą warstwę chemii, okrywającą jej lico zużywając przy tym pół paczki kosmetycznych wacików, spojrzy w lustro i wtedy zacznie się dramat. „Pryszcz????!!!!!! Na dzień przed imprezą???!!!!!” Szybko poleci w kierunku apteczki pierwszej pomocy, wyciągnie z niej antybakteryjny żel punktowy i posmaruje nim ledwo dostrzegalny zaczerwieniony punkcik na jej nieskazitelnej cerze. Czyta opakowanie: „… po 16 godzinach nie ma nawet śladu pryszczy…”. Uruchamia proces myślenia… „Jest 23, na imprę muszę wyjść o 18… Ufff… Zdąże… Do szkoły nie pójdę, ale będzie ok.”. Ma teraz chwilę tylko dla siebie, zatem poświęca ją na nacieranie swej skóry seria kremów i odżywek pielęgnacyjno ochronnych. Jeszcze chwila na GaduGadu. Co ten Max od niej chce, przecież już mu pięć razy mówiła, że nie chce być z kimś, kto ją olewa i widzi w niej tylko jej ciało, co on jakiś nienormalny jest? Napisze jeszcze dziesięciu innym kolegom „Tak, dobrej nocki koffanie” i po kolejnym ciężkim i trudnym dniu legnie się wreszcie na łóżku z jedną tylko myślą: Jak trudno być dziś trendy.

 


 

JĘDRZEJ IV ŚNIADY