Jest
fajnie Czyli: Retoryki trochę...
|
Jest fajnie. Nie będę mówił, że nie jest, bo to nie byłaby prawda. Rok 2005 kochał mnie, z wzajemnością zresztą i choć nie widzę przyczyn do organizowania festynów w celu uczczenia moich sukcesów, to jednak patrząc na całokształt wychodzę na plus. Jest fajnie. Jest fajnie. Matura okazała się być przereklamowanym strachem na wróble, choć prawdopodobnie rozeszło się po łokciach tylko dlatego, że wszyscy patrzyli na efekty nowej matury podczas gdy ja uprawiałem starą. Efekty były niezgorsze tym bardziej, że moje przygotowania do tegoż egzaminu można określić słowem "brak". Co dalej? Pewnie jakieś studia które mnie nie interesują bo dziennikarstwo obecnie jest poza moim zasięgiem. Skończę za parę lat naukę, nie założę rodziny bo szef okaże się skurwysynem a ja po kilku rundach mentalnego randori z mim, ostatecznie nie_mentalnie strzelę go w chałapę i wyruszę w poszukiwanie pracy której z moim zacięciem pewnie w granicach Rzeczpospolitej nie znajdę. Nie narzekam, w sumie to nawet mi na rękę. Nie widzi mi się wyjazd, ale i tak pewnie wrócę. Czemu miałbym nie wracać? Przecież jest fajnie. Jest fajnie. Ostatnio nawet zabrałem się za pisanie książki fantasy. Polonistka i kumpel z byłej klasy wróżą mi zostanie drugim Sapkowskim. Herezja? Być może, ale podbudowuje. Będzie o smokach, demonach, wojownikach i łotrach. Będzie klasycznie. Będzie ciekawie. No i będzie skromnie bo wydam jeden egzemplarz drukując go w tutejszym punkcie ksero, wybierając między dwoma kolorami okładki i za całokształt zapłacę jakieś czterdzieści złotych z VAT. Ostatecznie żeby wyjść na swoje będę musiał wydać ją w nakładzie 10egz. w cenie 50zł sztuka, żeby tylko zwrócił mi się egzemplarz autorski, nie mówiąc już o jakichkolwiek profitach. Wychodzi na to, że wydam książkę po to, żeby na niej nie stracić. Jest fajnie. Jest fajnie. W życiu osobistym zmian większych brakło. Z adnotacją dla moich Action Magowych groupies: wciąż jestem kawalerem, na własne życzenie zresztą. Doszedłem do wniosku, że moja kariera skrajnego lenia mogłaby być zagrożona przez pojawienie się osoby płci przeciwnej, która zapewne byłaby zdolna do wymuszenia na mnie choćby śladowych ilości aktywności jakiegokolwiek typu. Bycie wiecznie narzekającym magulonem wielce zobowiązuje. Poza tym jestem dzieciakiem. To całkiem miłe uczucie zważywszy, że mając lat dwadzieścia oglądam niemal wyłącznie Fox Kids i Cartoon Network. Ewentualnie jakiegoś Dragon Ball`a jeśli przyhaczę kumpla wyposażonego w kasety. Nie dorosłem do związków. Ba! Pies pozostawiony sam pod moją opieką nieomal zdechł z głodu. Posiadanie dziewczyny przy boku w mojej obecnej formie byłoby hipokryzją na którą nie mogę sobie pozwolić. Gdzieś czytałem nawet, że koszt utrzymania takiej dziewczyny wynosi jakieś 30zł na miesiąc. Pomnóżcie to przez dziesięć i z przodu postawcie minus, a otrzymacie moją obecną sytuację finansową. Hmmm... Chyba mnie nie stać. Zresztą podoba mi się tak jak jest. Jest fajnie. Jest fajnie. No bo komu nie byłoby fajnie gdyby uzyskał taki dziarski dyplom `Technika budownictwa` w szkole o takiej renomie. Niby taki zwykły papierek, a patrzcie, ile furtek na przyszłość stoi przede mną otworem. No bo mogę np. wygrawerować sobie na drzwiach przed inicjałami tytuł "Technik budownictwa". Mogę też przedstawiać się na setki różnych sposobów mieszając imię, tytuł i nazwisko w różnych konfiguracjach. Ostatecznie mogę też przecież pójść do roboty, ale na nic ambitnego bez studiów budowlanych się nie załapię. Na studia tego typu się nie wybieram, a kopać rowów nie będę, bo po pierwsze: kopanie rowów nie przystoi technikowi budownictwa. Po drugie: takiej pracy pewnie bym nie dostał bo ludzie z zawodówki pozajmowali wszystkie etaty już dwa lata przed tym jak ukończyłem szkołę. Ale nie ma problemu, jako że jest to tylko łyżka dziegciu w beczce piwa - tytuł na drzwiach nadrabia wszystkie niedogodności. Jak by na to nie patrzeć - jest fajnie. Jest fajnie. Jest fajna
znaczy się. Mówię o pracy dyplomowej którą musieliśmy popełnić by
uzyskać upragniony przez wszystkich dyplom technika. Nieprzyjemnym
zgrzytem było to, że byliśmy ostatnim rocznikiem który wykonuje prace
dyplomowe na warunkach szkoły. Wszystkie roczniki po nas piszą egzamin
zawodowy w stolicy województwa. Jako, że moja szkoła potrafi czasem zabłysnąć
inteligencją, wpadli na pomysł, że wszyscy niedoszli technicy
budownictwa by zasłużyć na tytuł musieli dokonać prac *ekhem*
"remontowo - budowlanych" w klasach na terenie szkoły. Co
oznacza termin: "remontowo - budowlane"? Już mówię: boazeria,
linoleum, malowanie, tapetowania, kafelkowanie, podwieszane sufity, panele
podłogowe, ścienne i ich wykończenie, ocieplenie ścian i drzwi,
murowanie ścianek działowych, skalniaki, wylewki, parkiety, tynkowania,
wymiana rur, grzejników i oświetlenia... no to będzie tak z grubsza połowa.
Nie byłoby to może takie straszne, bo w ten sposób nabywamy doświadczenia,
ale dyrekcja nie wpadła na taki pomysł ot tak sobie. Uknuli misterny
plan z głównym założeniem, że koszty remontu pokryją... remontujący.
No i głów się tu człowieku kiedy na rachunku układają się liczby
czterocyfrowe, a twoja kochana staruszka zarabia sześć stówek na miesiąc.
Swoją drogą nikt nie miał gwarancji że po wywaleniu tysiąca na rzecz
szkoły w ogóle uda mu się uzyskać ten dyplom. Dochodziło do takich
paradoksów, że w szkole spędzaliśmy po piętnaście godzin dziennie,
tylko po to by dowiedzieć się, że to wszystko "nie tak miało wyglądać".
Z drugiej strony sami "specjaliśći" ze szkoły też nie byli
lepsi, bo po zatwierdzeniu pracy zdarzało im się miesiąc później bez
ważniejszych przyczyn nakazywać nam ponowne wykonanie pracy, tym razem w
inny sposób bez żadnego uzasadnienia. Albo też uzasadniając to tak, że
"nie tak to miało wyglądać" mimo iż konsultacje bywały
regularnie kilka razy w tygodniu i wcześniej wszystko grało. |
| PS. Słuchałem Grammatika "3". Wymiata. |
Krillin
[
[