MORZE TV

 


 

Jak dalece może być spaczony umysł ludzki tego nie wie nikt. Czasem sam się zadziwiam, co też wyszło z jednego drobnego połączenia synaps w mojej masie mózgowej. Niby kiedyś wszystko było w porządku, aż tu nagle jedną szkolna lekturą, nocnym koszmarem drugoklasisty, można zniweczyć ośmioletni dorobek wychowawczy. Tak, tak… Jak głosi popularne w pewnych kręgach przysłowie „Nic nie odmóżdża równie wspaniale, co sierotka Maryś i jej krasnale”. W istocie, po tej książce świat nie był już ani dla mnie, ani dla nikogo innego z mojej ówczesnej klasy taki sam. Pamiętam, że to po lekturze tej książki zaczęły się pierwsze dziwne, abstrakcyjne dialogi, a na polskim zamiast tworzyć zgrabne opisy sytuacji typu „znalezione opieńki w podmiejskim lesie” w epicki sposób opisywaliśmy burdy na stadionach z udziałem rozwścieczonych pseudokibiców gdyńskiej Arki.

Lata mijały, wyewoluowało to w nieco finezyjniejszą i bardziej ułożona, choć nadal spontaniczną formę i całkiem dobrze się z tym żyło. Wiadomo- wariatom w życiu weselej, a i inni lubią ludzi, po których zawsze można się spodziewać czegoś niezwykłego. Dziewiętnaście lat na karku, dorosłość poważnie zagląda mi w ślepia, trzeba by było trochę znormalnieć. Ale czy warto?

Idąc przez most dostrzegłem wodę. Mało niezwykłe… Idąc mostem nietrudno jest zauważyć płynącą pod nim rzekę. Ale rzeka w moich myślach szybciutko wpadła do morza. I wtedy olśnienie! Morze TV! Eureka! Wstrzymajcie się jeszcze chwilę dzwonieniem do czubków, nigdzie Wam nie ucieknę.

Więc- Morze TV… Cóż by to miało być to Morze TV? Ano byłaby to stacja telewizyjna, która 24 godziny na dobę swoja jedyną kamerą, ustawioną cały czas w jednym miejscu pokazuje morze. Oczywiście wszystko byłoby na legalu, bo może i nawet koncesję na coś takiego dałoby się załatwić. Na pokrycie kosztów pracy tej jednej kamery poszłyby opłaty od sieci kablowych. Dawaliby jakąś minimalną stawkę, w zamian otrzymując „absolutnie bezprecedensowe przedsięwzięcie w historii mediów” i pod taką też nazwą wciskaliby je w pakiety abonenckie. A kto by to oglądał? Na pewno ktoś by się znalazł: a to cierpiący na bezsenność, na których morze działałoby usypiająco, latem miłośnicy plażowej mody i jej nosicieli i nosicielek, względnie ekranowi gapie podczas sztormów, bo ludzi zwyczajnie fascynują kataklizmy. Można się nawet w takiej stacji reklamować: po uzgodnieniu z producentem, prezesem i dyrektorem w jednym można umieścić między obiektywem a morzem jakiś symbol reklamowy. Nawet, jeśli nikt by tego nie oglądał, to i tak przy skakaniu kanałami raz czy dwa się na ten symbol natknie. Bo przecież w telewizorze ustawia się wszystkie dostępne kanały i choćby to było największe tatłajstwo to i tak się tego nie usunie. Sam się na tym łapię, bo trzymam z niewiadomych dla mnie przyczyn w pamięci telewizora Arirgang i Romanticę, z których to nie rozumiem ani słowa.

Dobra, co z tego mojego potoku myśli wynikło? Ludzkości się to w niczym nie przysłuży (chyba, że ktoś wcieli to w życie, ale wtedy żądam udziału w zyskach, z udziału w stratach gotów jestem zrezygnować), więc czy warto zajmować się takimi pierdołami? Jasne, że tak. Na łatwym i przyjemnym toku myślowym zeszła mi droga z przystanku na uczelnię oraz zniknął stres przedegzaminacyjny. To, co, że nikt nic z tego nie ma. Ważne, że mi się zrobiło wesoło i że idę na egzamin rozluźniony. Warto było chwilę pociągnąć ten wariacki pomysł i abstrakcyjnie, bez związku z rzeczywistością, pomózgować  samemu sobie.

Przeczytajcie jakąś bzdurną i kompletnie bezsensowną książkę*. Może dzięki temu Wasze życie stanie się weselsze.

 


 

JĘDRZEJ IV ŚNIADY

 


 

*Ale, na litość boską, nie próbujcie oglądać Teletubisiów