::: PRZED
TdFRANCE: WYWIAD Z LE BLANC'IEM :::
|
Tekst
pochodzi z serwisu szosa.rowery.org
i został opublikowany za zgodą autorów! Kopiowanie zabronione! |
Kariera
Jean-Marie Leblanc'a jako dyrektora Tour de France chyli się ku końcowi. W
tym roku dotrzyma jeszcze towarzystwa "Bossowi" z Teksasu podczas
jego ostatniej Wielkiej Pętli, jednak coraz więcej do powiedzenia ma
sukcesor LeBlanc'a, Christian Prudhomme, który w 2006 roku zajmie się
organizacją Touru i będzie musiał sobie poradzić zarówno bez swojego
mistrza jak i bez największej gwiazdy.
Czy
tegoroczny Tour de France naprawdę będzie twoim ostatnim? Jeśli tak, to jak
będziesz się czuł 24 lipca na Polach Elizejskich?
To nie jest mój ostatni Tour. Planuję poprowadzić jeszcze jedną edycję.
Prawdopodobnie zaszło mało nieporozumienie, ale póki jestem żywy i mój
szef sobie tego życzy, to na pewno będę tu jeszcze w 2006 roku.
Został tydzień do Touru. Jak to wszystko będzie wyglądało na początku?
Chcieliśmy w tym roku wprowadzić góry już na pierwszych etapach, jednak po
pierwsze przeszkodziły nam krainy geograficzne. Już wcześniej podpisaliśmy
umowy z miastami partnerskimi i nie mogliśmy się z nich wycofać. Tak więc
zatrzymaliśmy najcięższe góry na ostatni tydzień, głównie ze względu
na żółtą koszulkę lidera. Liczymy, że walka o nią rozstrzygnie się w
St Etienne podczas ostatniej czasówki.
Prezydent UCI, Hein Verbruggen powiedział ostatnio, że dziś Lance
Armstrong jest większą marką niż samo Tour de France. Jaka była pana
reakcja na te słowa?
Z całym szacunkiem dla Lance'a, ale wydaje mi się, że jest wręcz
odwrotnie. To Tour de France pomaga zawodnikowi się wybić. Eddy Merckx czy
Hinault nie byli zależni tylko od Wielkiej Pętli. Armstrong jest, dlatego myślę,
że jego reputacja i sukces zależy w największym stopniu od tego wyścigu.
Czy sukcesy Armstronga były lekarstwem na to, co działo się w związku z
aferą Festiny?
Można tak powiedzieć. Zaraz po wielkim skandalu z teamem Festiny, przyszedł
facet, który dopiero co wygrał walkę z śmiertelną chorobą i wygrał Tour
de France. Pierwszy, drugi, trzeci raz. Na początku wszyscy mieli mnóstwo
szacunku do niego, ale podejrzliwość wygrała. Myślę, że to jemu było ciężej
po tej całej aferze, mimo, że nie dotyczyła jego drużyny. Było mi go żal,
kiedy ciągle wygrywał, a ludzie wciąż doszukiwali się podtekstów w jego
zwycięstwach.
Krytycy zauważyli coraz większe zamerykanizowanie europejskiego
kolarstwa.
Przez te wszystkie lata kolarstwo niezwykle się rozwinęło. Zaczęło się
od Grega Lemonda, potem nadeszła era Lance'a Armstronga. Kiedy
"Boss" odejdzie przyjdzie czas na kolarzy, którzy ścigają się od
marca do listopada. Cunego, Valverde... jedyne, co można zauważyć, to to,
że wygrywanie trzytygodniowych wyścigów zaczyna być specjalnością
kolarzy, którzy są w stanie postawić wszystko na jedną kartę.
Jaki był najlepszy i najgorszy moment podczas twojej kariery w Tour de
France?
Najlepszy to chyba wjazd do Paryża w 2003 roku. To było coś niesamowitego.
Wszyscy jednoczyli się ze sobą. Zdarzenia z tamtego roku sprawiły, że
ludzie zaczęli inaczej odbierać TdF. Upadek Belokiego, jazda Armstronga
przez pole, potem upadek Armstronga, kontuzja Hamiltona, ostatnia czasówka i
kraksa Ullricha. To sprawiło, że ludzie przybywali na Pola Elizejskie w
setkach tysięcy. Ludzie krzyczeli z okien Świetna robota, Monsieur
Leblanc! To było wspaniałe! Uszczęśliwił nas pan!. A najgorsze?
Oczywiście Tour of Doping w 1998 roku. Przez trzy tygodnie wszędzie była
policja, lekarze, detektywi. Ciągle o tym myślę i to wspominam.
A jaka jest najważniejsza rada, jaką udzielił pan swojemu uczniowi,
Christianowi Prudhomme?
Tylko jedna. Sport musi być zawsze na pierwszym miejscu. Dobro sportu. Nie ważne
są finanse czy marketing. Sport musi wygrać. I myślę, że Christian już
dziś myśli jak sprawić, by to właśnie kolarstwo wygrało ponad wszystkimi
aferami. Trzeba pamiętać, że kolarstwo to sport otwarty, wszystko rozgrywa
się na drogach w otoczeniu milionów osób. Przede wszystkim trzeba dbać o
piękno sportu i bezpieczeństwo.
:: szosa.rowery.org
::
|