Czy tegoroczny Tour de France naprawdę będzie twoim ostatnim? Jeśli tak, to jak będziesz się czuł 24 lipca na Polach Elizejskich?

To nie jest mój ostatni Tour. Planuję poprowadzić jeszcze jedną edycję. Prawdopodobnie zaszło mało nieporozumienie, ale póki jestem żywy i mój szef sobie tego życzy, to na pewno będę tu jeszcze w 2006 roku.

Został tydzień do Touru. Jak to wszystko będzie wyglądało na początku?

Chcieliśmy w tym roku wprowadzić góry już na pierwszych etapach, jednak po pierwsze przeszkodziły nam krainy geograficzne. Już wcześniej podpisaliśmy umowy z miastami partnerskimi i nie mogliśmy się z nich wycofać. Tak więc zatrzymaliśmy najcięższe góry na ostatni tydzień, głównie ze względu na żółtą koszulkę lidera. Liczymy, że walka o nią rozstrzygnie się w St Etienne podczas ostatniej czasówki.

Prezydent UCI, Hein Verbruggen powiedział ostatnio, że dziś Lance Armstrong jest większą marką niż samo Tour de France. Jaka była pana reakcja na te słowa?

Z całym szacunkiem dla Lance'a, ale wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie. To Tour de France pomaga zawodnikowi się wybić. Eddy Merckx czy Hinault nie byli zależni tylko od Wielkiej Pętli. Armstrong jest, dlatego myślę, że jego reputacja i sukces zależy w największym stopniu od tego wyścigu.

Czy sukcesy Armstronga były lekarstwem na to, co działo się w związku z aferą Festiny?

Można tak powiedzieć. Zaraz po wielkim skandalu z teamem Festiny, przyszedł facet, który dopiero co wygrał walkę z śmiertelną chorobą i wygrał Tour de France. Pierwszy, drugi, trzeci raz. Na początku wszyscy mieli mnóstwo szacunku do niego, ale podejrzliwość wygrała. Myślę, że to jemu było ciężej po tej całej aferze, mimo, że nie dotyczyła jego drużyny. Było mi go żal, kiedy ciągle wygrywał, a ludzie wciąż doszukiwali się podtekstów w jego zwycięstwach.

Krytycy zauważyli coraz większe zamerykanizowanie europejskiego kolarstwa.

Przez te wszystkie lata kolarstwo niezwykle się rozwinęło. Zaczęło się od Grega Lemonda, potem nadeszła era Lance'a Armstronga. Kiedy "Boss" odejdzie przyjdzie czas na kolarzy, którzy ścigają się od marca do listopada. Cunego, Valverde... jedyne, co można zauważyć, to to, że wygrywanie trzytygodniowych wyścigów zaczyna być specjalnością kolarzy, którzy są w stanie postawić wszystko na jedną kartę.

Jaki był najlepszy i najgorszy moment podczas twojej kariery w Tour de France?

Najlepszy to chyba wjazd do Paryża w 2003 roku. To było coś niesamowitego. Wszyscy jednoczyli się ze sobą. Zdarzenia z tamtego roku sprawiły, że ludzie zaczęli inaczej odbierać TdF. Upadek Belokiego, jazda Armstronga przez pole, potem upadek Armstronga, kontuzja Hamiltona, ostatnia czasówka i kraksa Ullricha. To sprawiło, że ludzie przybywali na Pola Elizejskie w setkach tysięcy. Ludzie krzyczeli z okien Świetna robota, Monsieur Leblanc! To było wspaniałe! Uszczęśliwił nas pan!. A najgorsze? Oczywiście Tour of Doping w 1998 roku. Przez trzy tygodnie wszędzie była policja, lekarze, detektywi. Ciągle o tym myślę i to wspominam.

A jaka jest najważniejsza rada, jaką udzielił pan swojemu uczniowi, Christianowi Prudhomme?

Tylko jedna. Sport musi być zawsze na pierwszym miejscu. Dobro sportu. Nie ważne są finanse czy marketing. Sport musi wygrać. I myślę, że Christian już dziś myśli jak sprawić, by to właśnie kolarstwo wygrało ponad wszystkimi aferami. Trzeba pamiętać, że kolarstwo to sport otwarty, wszystko rozgrywa się na drogach w otoczeniu milionów osób. Przede wszystkim trzeba dbać o piękno sportu i bezpieczeństwo.