::: MOJA
PRZYGODA ZE SPORTEM :::
Dość długo nosiłem się z zamiarem
napisania czegoś do głównej puli AMS. Ponadto nieopatrznie wspomniałem Pawłowi,
że coś takiego "jest w produkcji". Głupio byłoby więc tego nie
dociągnąć do końca. Potraktuję to jako swoistą terapię mającą na celu
wykorzenić niezwykle silny nawyk zaczynania wielu rzeczy i ich nie kończenia
;-)
Jak każde statystyczne dziecko w
wieku około siedmiu lat trafiłem do szkoły podstawowej. Przejście z
zerówki może nie było bezbolesne, ale specjalnie straszne też nie - oba te
twory ministerstwa edukacji mieściły się w jednym budynku, jedno było wejście
i jedna szatnia. Właściwie to namiastka szatni - tuż za drzwiami po dwóch
stronach stały drewniane niby-szafki (taka masywna, drewniana
"siatka"). Przegródki na obuwie miały kształt kwadratów o
wymiarach tak małych, że zimowe obuwie (zwykle obciachowe kozaczki) ledwo się
mieściło. Dalej były kolejne drzwi, dzięki którym opuszczało się strefę
brzydkiego zapachu (dziesiątki par obuwia - to dawało po nosie ;-)) i
prowadziło korytarzem do wieszaków. Te były również na piętrze, więc
przekroczenie progu zerówki dawało szersze pole manewru przy zostawianiu
wierzchniego nakrycia.
Jak już napisałem przeskok do
pierwszej klasy trochę mnie kosztował, ale z pewnością jeszcze więcej
kosztował moją mamę. Otóż wyobraźcie sobie, że kobiecina musiała nie
dość, że jeździć ze mną do szkoły, to jeszcze zostawać w klasie!
Zawsze jednak siadała blisko wyjścia, by w odpowiednim momencie niepostrzeżenie
wyjść. Gdy się orientowałem, zwykle było już za późno - do domu
daleko, przecież nie ucieknę i nie pojadę sam rowerem... Panicznie bałem
się wtedy swobodnie biegających psów. Zostało mi to zresztą do dzisiaj,
ale to chyba raczej sprawa miejsca zamieszkania - w mieście takich problemów
raczej bym nie miał.
Pierwszym sportem, jaki zacząłem
uprawiać, był... o, przepraszam. Wrócę jeszcze do przedszkola. Bo pierwsze
było z pewnością siedzenie pod ścianą na skrzynkach z obuwiem
"zerówkowiczów". Wychowawczyni nawet żartowała, że coś mi się
przez to zrobi z kręgosłupem. Ale ja na to nie zważałem, osiągając w
pierwszej dyscyplinie prawdziwe mistrzostwo. I to był, jak dotąd, mój największy
sportowy sukces.
Do sportu można by jeszcze zaliczyć
rowerek - mały, niebieski. Ale to raczej była niewygodna praca - musiałem
nim dojeżdżać kilka kilometrów do szkoły. Jeszcze wcześniej bawiłem się
na nim "w wojnę". Udawałem, że jestem dostawcą militariów dla
wojska... Że dziwne? A co powiecie na maszynę-kreta, przemieszczającą się
pod ziemią?
W zerówce uprawiałem jeszcze bieg na
czas z palcem przeciętym nożyczkami (ilu z nas ma do dziś bliznę w kształcie
" > " :P). Z bardziej kreatywnych dyscyplin było jeszcze mazanie
się farbami, które powróciło w gimnazjum, z tym, że w wersji
"mazakowej" :D
Podstawówka i pierwszy "poważny"
sport - ping-pong, zwany też w bardziej wtajemniczonych kręgach tenisem stołowym.
Z początku nie szło - w dwunastoosobowej klasie byłem lepszy od sześciu
dziewczyn, ale cała piątka chłopaków była daleko przede mną. Nie długo
jednak. Po kilku miesiącach, gdzieś tak koło czwartej klasy, udało mi się
szczęśliwie dobić do pierwszej trójki. Ale żeby nie było za fajnie, to
na zawody jeździły tylko dwie najlepsze osoby... Za to kończąc szóstą
klasę byłem już "masterem" i mogłem spokojnie uczyć innych
trudnego fachu pingpongowca. A trzeba Wam wiedzieć, że poświęcenie było
wielkie - raz w tygodniu każda klasa miała swój dyżur przy jedynym stole
umieszczonym na korytarzu. Mając zajęcia od ósmej przyjeżdżałem wtedy już
o 7:15 i czekałem na pierwszych kolegów. A jak pomyślę, że dziś czasem o
siódmej muszę już rozpoczynać lekcje...
Drugi sport i od razu strzał w dziesiątkę
- piłka nożna. Jako dzieciak notorycznie chorujący i praktycznie większość
roku zwolniony z wuefu stanąłem przed nie lada wyzwaniem: dołączyć do chłopaków,
którzy piłką bawili się od dawna. Z początku nie bardzo chciałem, ale to
byłą tylko wrodzona nieśmiałość. Tak naprawdę chciałem i to bardzo. Na
moje nieszczęście nie poznano się na mym talencie i z oczywistych przyczyn
od początku przydzielano mi miejsce w bramce. Nie to, że źle broniłem. Ale
nosiłem już wtedy okulary i bardziej chroniłem twarz niż bramkę...
Przyszła jednak i tutaj chwila
triumfu - któregoś razu zostało nas tylko pięciu, ja grałem w drużynie
trzyosobowej. Nasi przeciwnicy nie mieli bramkarza a u nas szczęśliwym
trafem stanął ktoś inny. Poszedłem więc na atak i stojąc przed pustą
bramką czekałem na podania. Taktyka wyglądała właśnie tak - drugi nasz
zawodnik z pola, równocześnie mój najlepszy funfel (już z pięc lat
niewidziany...), starał się odebrać piłką i wyekspediować ją do mnie. O
dziwo, prosta taktyka przyniosła nadspodziewanie dobry skutek - strzeliłem
wszystkie trzy bramki meczu i w glorii chwały opuszczałem teren szkoły. Jakże
wtedy dumny i nie spodziewający się, że były to moje pierwsze i równocześnie
przedostatnie trafienia w życiu... Tu śmieszna sprawa - w pewnym momencie
kumpel wyrzucał piłkę z autu i żeby było mi "łatwiej" skierował
ją w kierunku bramki. Ta odbiła się od słupka i wtedy dopiero ją dobiłem.
Nasi przeciwnicy spierali się, że ja jej nie dotykałem i wpadła bezpośrednio
po aucie. Na to ja odparłem rozbrajająco: "To po co miałbym za nią
biec, gdyby i tak wpadła?" W swojej ogromnej naiwności sądziłem, że
zdobyty w ten sposób gol byłby zaliczony ;-)
Podstawówka się skończyła, przyszło
gimnazjum. Znowu niepewność i znowu miejsce w bramce. Szło różnie, trochę
lepiej radziłem sobie na obronie. Raz strzeliłem bramkę, ale wtedy też składy
były mocno okrojone. Niby był bramkarz, ale wyszedł do mojego kolejnego
najlepszego funfla (który trafił również ze mną do szkoły średniej -
nienawidzę go teraz :-P) i tamten podał do mnie. Stało się - zaliczyłem
pierwsze i ostatnie trafienie w gimnazjum. Tak skończyła się moja kariera
piłkarska. Gdy potem trafiłem do szkoły średniej miałem już całoroczne
zwolnienie z wychowania fizycznego i nikt nawet nie pomyślał, by zaproponować
mi grę. Szkoda. Oczywiście nadal lubię sobie pokopać na podwórku, ale już
nawet tego nie mogę tak często, jak bym chciał. Obyście nigdy nie mieli
chorych zatok. Wtedy nawet najmniejsze przeziębienie trwa dłuuugo i właściwie
wszystko może spowodować kolejną infekcję.
W miarę, jak wyhamowywała moja
"kariera" piłkarska, coraz lepiej radziłem sobie w tenisie stołowym.
W gimnazjum już nie było wątpliwości, kto rządzi. Niestety, kiedy przyszło
do finałowego turnieju, zawiodłem. Oczywiście pierwszych przeciwników
potraktowałem jako sparing-partnerów, co jednak nie przeszkodziło mi gładko
pokonywać kolejnych szczebli drabinki wygrywając po 2:0. Finał był bardzo
emocjonujący, niemal jak spotkanie Chelsea z Barceloną ;-). Spotkałem się
w nim z chłopakiem, który nie był nawet "rozstawiony". Fakt, grał
nieźle, ale zawsze znajdowała się na niego jakaś recepta. Tak miało być
też i tym razem - pierwszy set poszedł nadspodziewanie dobrze, przewaga
kilku punktów dawała mi prawo myślenia o sobie w kategoriach
"wielkiego zwycięzcy". Czar jednak bardzo szybko prysł, a bajka
skończyła się, gdy w drugim secie poległem jeszcze wyraźniej, niż wygrałem
pierwsze starcie. Końcówkę zacząłem już traktować jako trening przed
finałową rozgrywką i zwyczajnie odpuściłem. To się zemściło, mój
przeciwnik uwierzył w siebie aż za bardzo i po prostu wysiadłem psychicznie
- nagle mój serwis stał się bardzo prosty w odbiorze, tak samo było z
technicznymi sztuczkami, które często-gęsto do tej pory stosowałem. A jeśli
to nie wychodziło, pozostały mi już tylko ostre "ściny".
Niestety, te też nie chciały mi "wejść". I tak odebrano mi chwilę
triumfu nawet w tej dziedzinie...
Co ja robię od tego czasu? Nic. Chodzę
do technikum ekonomicznego, które musiałem wybrać chyba w przypływie szaleństwa.
Ostatni raz w piłkę grałem miesiąc temu. Pokopałem pół godzinki i znowu
pogoda się popsuła. A wcześniej? No, będzie to już z... 10 miesięcy!
Taka jest Polska rzeczywistość - mamy obecnie tylko dwie pory roku - jesień
i zimę.
Czy tęsknię za czynnym uprawianiem
sportu? Pewnie. Ale już się pogodziłem z tym, że nie mam szansy powrotu.
Wybrałem zdrowie, chociaż jaki to był wybór, skoro i tak praktycznie cały
rok jestem chory, a kwestia sprowadza się jedynie do tego, czy biorę
antybiotyk, czy nie. Pozostało mi obserwowanie poczynań sportowców w
telewizji, co zresztą robię i może dlatego czasami jestem dla nich
troszeczkę za ostry w swych wypowiedziach ;-). Ale Grzesia Rasiaka to ja już
raczej nie polubię, tak samo jak pana Hajty. Piłkarz - jak dziewczyna, musi
mieć w sobie to "coś" :-)
Czego Wam i sobie (ale sobie bardziej :P) życzy
:: Tuxedo
::
|