#32



Wstępniak

Artykuły

Kopana Corner

Woman Corner

"Mój sport"

KomikSport

Linki

Listy

On-line

Redakcja

Wyjście do AM


Zalecane:
IE 5.0, 1024x768;

Pamiętaj!
Sport to zdrowie!
Więc wyłącz ten
komputer i zagraj w
PIŁKĘ! ;)




Gdyby pojawiły się 
kłopoty z kodowaniem,
 a używasz IE wykonaj następującą czynność:
 widok -> kodowanie 
-> automatyczny wybór

 

::: MOJA PRZYGODA ZE SPORTEM :::

        Dość długo nosiłem się z zamiarem napisania czegoś do głównej puli AMS. Ponadto nieopatrznie wspomniałem Pawłowi, że coś takiego "jest w produkcji". Głupio byłoby więc tego nie dociągnąć do końca. Potraktuję to jako swoistą terapię mającą na celu wykorzenić niezwykle silny nawyk zaczynania wielu rzeczy i ich nie kończenia ;-)

Jak każde statystyczne dziecko w wieku około siedmiu lat trafiłem do szkoły podstawowej. Przejście z zerówki może nie było bezbolesne, ale specjalnie straszne też nie - oba te twory ministerstwa edukacji mieściły się w jednym budynku, jedno było wejście i jedna szatnia. Właściwie to namiastka szatni - tuż za drzwiami po dwóch stronach stały drewniane niby-szafki (taka masywna, drewniana "siatka"). Przegródki na obuwie miały kształt kwadratów o wymiarach tak małych, że zimowe obuwie (zwykle obciachowe kozaczki) ledwo się mieściło. Dalej były kolejne drzwi, dzięki którym opuszczało się strefę brzydkiego zapachu (dziesiątki par obuwia - to dawało po nosie ;-)) i prowadziło korytarzem do wieszaków. Te były również na piętrze, więc przekroczenie progu zerówki dawało szersze pole manewru przy zostawianiu wierzchniego nakrycia.

Jak już napisałem przeskok do pierwszej klasy trochę mnie kosztował, ale z pewnością jeszcze więcej kosztował moją mamę. Otóż wyobraźcie sobie, że kobiecina musiała nie dość, że jeździć ze mną do szkoły, to jeszcze zostawać w klasie! Zawsze jednak siadała blisko wyjścia, by w odpowiednim momencie niepostrzeżenie wyjść. Gdy się orientowałem, zwykle było już za późno - do domu daleko, przecież nie ucieknę i nie pojadę sam rowerem... Panicznie bałem się wtedy swobodnie biegających psów. Zostało mi to zresztą do dzisiaj, ale to chyba raczej sprawa miejsca zamieszkania - w mieście takich problemów raczej bym nie miał.

Pierwszym sportem, jaki zacząłem uprawiać, był... o, przepraszam. Wrócę jeszcze do przedszkola. Bo pierwsze było z pewnością siedzenie pod ścianą na skrzynkach z obuwiem "zerówkowiczów". Wychowawczyni nawet żartowała, że coś mi się przez to zrobi z kręgosłupem. Ale ja na to nie zważałem, osiągając w pierwszej dyscyplinie prawdziwe mistrzostwo. I to był, jak dotąd, mój największy sportowy sukces.

Do sportu można by jeszcze zaliczyć rowerek - mały, niebieski. Ale to raczej była niewygodna praca - musiałem nim dojeżdżać kilka kilometrów do szkoły. Jeszcze wcześniej bawiłem się na nim "w wojnę". Udawałem, że jestem dostawcą militariów dla wojska... Że dziwne? A co powiecie na maszynę-kreta, przemieszczającą się pod ziemią?

W zerówce uprawiałem jeszcze bieg na czas z palcem przeciętym nożyczkami (ilu z nas ma do dziś bliznę w kształcie " > " :P). Z bardziej kreatywnych dyscyplin było jeszcze mazanie się farbami, które powróciło w gimnazjum, z tym, że w wersji "mazakowej" :D

Podstawówka i pierwszy "poważny" sport - ping-pong, zwany też w bardziej wtajemniczonych kręgach tenisem stołowym. Z początku nie szło - w dwunastoosobowej klasie byłem lepszy od sześciu dziewczyn, ale cała piątka chłopaków była daleko przede mną. Nie długo jednak. Po kilku miesiącach, gdzieś tak koło czwartej klasy, udało mi się szczęśliwie dobić do pierwszej trójki. Ale żeby nie było za fajnie, to na zawody jeździły tylko dwie najlepsze osoby... Za to kończąc szóstą klasę byłem już "masterem" i mogłem spokojnie uczyć innych trudnego fachu pingpongowca. A trzeba Wam wiedzieć, że poświęcenie było wielkie - raz w tygodniu każda klasa miała swój dyżur przy jedynym stole umieszczonym na korytarzu. Mając zajęcia od ósmej przyjeżdżałem wtedy już o 7:15 i czekałem na pierwszych kolegów. A jak pomyślę, że dziś czasem o siódmej muszę już rozpoczynać lekcje...

Drugi sport i od razu strzał w dziesiątkę - piłka nożna. Jako dzieciak notorycznie chorujący i praktycznie większość roku zwolniony z wuefu stanąłem przed nie lada wyzwaniem: dołączyć do chłopaków, którzy piłką bawili się od dawna. Z początku nie bardzo chciałem, ale to byłą tylko wrodzona nieśmiałość. Tak naprawdę chciałem i to bardzo. Na moje nieszczęście nie poznano się na mym talencie i z oczywistych przyczyn od początku przydzielano mi miejsce w bramce. Nie to, że źle broniłem. Ale nosiłem już wtedy okulary i bardziej chroniłem twarz niż bramkę...

Przyszła jednak i tutaj chwila triumfu - któregoś razu zostało nas tylko pięciu, ja grałem w drużynie trzyosobowej. Nasi przeciwnicy nie mieli bramkarza a u nas szczęśliwym trafem stanął ktoś inny. Poszedłem więc na atak i stojąc przed pustą bramką czekałem na podania. Taktyka wyglądała właśnie tak - drugi nasz zawodnik z pola, równocześnie mój najlepszy funfel (już z pięc lat niewidziany...), starał się odebrać piłką i wyekspediować ją do mnie. O dziwo, prosta taktyka przyniosła nadspodziewanie dobry skutek - strzeliłem wszystkie trzy bramki meczu i w glorii chwały opuszczałem teren szkoły. Jakże wtedy dumny i nie spodziewający się, że były to moje pierwsze i równocześnie przedostatnie trafienia w życiu... Tu śmieszna sprawa - w pewnym momencie kumpel wyrzucał piłkę z autu i żeby było mi "łatwiej" skierował ją w kierunku bramki. Ta odbiła się od słupka i wtedy dopiero ją dobiłem. Nasi przeciwnicy spierali się, że ja jej nie dotykałem i wpadła bezpośrednio po aucie. Na to ja odparłem rozbrajająco: "To po co miałbym za nią biec, gdyby i tak wpadła?" W swojej ogromnej naiwności sądziłem, że zdobyty w ten sposób gol byłby zaliczony ;-)

Podstawówka się skończyła, przyszło gimnazjum. Znowu niepewność i znowu miejsce w bramce. Szło różnie, trochę lepiej radziłem sobie na obronie. Raz strzeliłem bramkę, ale wtedy też składy były mocno okrojone. Niby był bramkarz, ale wyszedł do mojego kolejnego najlepszego funfla (który trafił również ze mną do szkoły średniej - nienawidzę go teraz :-P) i tamten podał do mnie. Stało się - zaliczyłem pierwsze i ostatnie trafienie w gimnazjum. Tak skończyła się moja kariera piłkarska. Gdy potem trafiłem do szkoły średniej miałem już całoroczne zwolnienie z wychowania fizycznego i nikt nawet nie pomyślał, by zaproponować mi grę. Szkoda. Oczywiście nadal lubię sobie pokopać na podwórku, ale już nawet tego nie mogę tak często, jak bym chciał. Obyście nigdy nie mieli chorych zatok. Wtedy nawet najmniejsze przeziębienie trwa dłuuugo i właściwie wszystko może spowodować kolejną infekcję.

W miarę, jak wyhamowywała moja "kariera" piłkarska, coraz lepiej radziłem sobie w tenisie stołowym. W gimnazjum już nie było wątpliwości, kto rządzi. Niestety, kiedy przyszło do finałowego turnieju, zawiodłem. Oczywiście pierwszych przeciwników potraktowałem jako sparing-partnerów, co jednak nie przeszkodziło mi gładko pokonywać kolejnych szczebli drabinki wygrywając po 2:0. Finał był bardzo emocjonujący, niemal jak spotkanie Chelsea z Barceloną ;-). Spotkałem się w nim z chłopakiem, który nie był nawet "rozstawiony". Fakt, grał nieźle, ale zawsze znajdowała się na niego jakaś recepta. Tak miało być też i tym razem - pierwszy set poszedł nadspodziewanie dobrze, przewaga kilku punktów dawała mi prawo myślenia o sobie w kategoriach "wielkiego zwycięzcy". Czar jednak bardzo szybko prysł, a bajka skończyła się, gdy w drugim secie poległem jeszcze wyraźniej, niż wygrałem pierwsze starcie. Końcówkę zacząłem już traktować jako trening przed finałową rozgrywką i zwyczajnie odpuściłem. To się zemściło, mój przeciwnik uwierzył w siebie aż za bardzo i po prostu wysiadłem psychicznie - nagle mój serwis stał się bardzo prosty w odbiorze, tak samo było z technicznymi sztuczkami, które często-gęsto do tej pory stosowałem. A jeśli to nie wychodziło, pozostały mi już tylko ostre "ściny". Niestety, te też nie chciały mi "wejść". I tak odebrano mi chwilę triumfu nawet w tej dziedzinie...

Co ja robię od tego czasu? Nic. Chodzę do technikum ekonomicznego, które musiałem wybrać chyba w przypływie szaleństwa. Ostatni raz w piłkę grałem miesiąc temu. Pokopałem pół godzinki i znowu pogoda się popsuła. A wcześniej? No, będzie to już z... 10 miesięcy! Taka jest Polska rzeczywistość - mamy obecnie tylko dwie pory roku - jesień i zimę.

Czy tęsknię za czynnym uprawianiem sportu? Pewnie. Ale już się pogodziłem z tym, że nie mam szansy powrotu. Wybrałem zdrowie, chociaż jaki to był wybór, skoro i tak praktycznie cały rok jestem chory, a kwestia sprowadza się jedynie do tego, czy biorę antybiotyk, czy nie. Pozostało mi obserwowanie poczynań sportowców w telewizji, co zresztą robię i może dlatego czasami jestem dla nich troszeczkę za ostry w swych wypowiedziach ;-). Ale Grzesia Rasiaka to ja już raczej nie polubię, tak samo jak pana Hajty. Piłkarz - jak dziewczyna, musi mieć w sobie to "coś" :-)

Czego Wam i sobie (ale sobie bardziej :P) życzy


:: Tuxedo ::

 


AM Sport : Layout & GFX : Urimourn (urimourn@vp.pl)