
::: Shorty :::
Shorty
Genetyka
Obudził się. Była dziewiąta rano. Miał świadomość, ze jego przyjaciele właśnie zaczynają pisać. Tak bardzo o tym marzył. Banalny sen, którego nie mógł spełnić tylko dlatego, ze ktoś uznał, że nie dość dobrze zna się na genetyce... Głupia genetyka!
Leżał tak jakieś dwie godziny. Przed oczami miał to co mu odebrano. Z oczu płynęły łzy. Dlaczego nikogo nie obchodzi to dlaczego nie zdał? Dlaczego z powodu jednego działu odebrano mu marzenia? Dlaczego został sklasyfikowany tak samo jak ci, którzy zasłużyli na taki los? Przecież on nie zasłużył. Przecież każdy wie, ze był dobrym uczniem. Dlaczego?
Oczami wyobraźni widział jak rozdają arkusze. Jak dostaje biały i nowy arkusz przewidziany na 120 minut. Uśmiechał się. Naklejał nalepkę z kodem i z zapałem kodował. Wreszcie... JEST. Wreszcie otworzył arkusz. Wszyscy się śmieją... Co się dzieje? „Nie zdałeś, nie zdałeś!!!!” – śmieli się ci, których miał za swoich przyjaciół. Chciał wybiec z sali. Krzyczał, próbował schować się przed nimi pod ławką. Nie pozwalał mu na to jego ulubiony pan od geografii, który kurczowo go trzymając syczał „Jak śmiesz tu być? Nie zdałeś. Jesteś nikim”...
Zerwał się z łóżka zlany potem. Był w domu sam. Wszystko się stało potem tak szybko. Parciany pasek, żyrandol, który dostał od mamy na urodziny wtedy kiedy z kuzynem zbili stary. Minuta. Tykanie zegara dźwięczące w uszach. Obrazy przed oczami. Stołeczek usuwający się spod nóg. Jego dziadek robił takie. Sprzedawał je potem na targu. Bardzo wygodne. Trzask drzwi.
Błękitne jeziora jej oczu i ból rozrywanej skóry. Nie wiedział co stało się dalej. Nagle ból przemienił się w pieczenie... A potem nie czuł już nic. Myślał, ze to koniec. Obudził się w szpitalnej sali. Siedziała obok niego oparta o łóżko. Spała. Miała spuchnięte policzki. Na jej nadgarstku mieniła się wszystkimi kolorami tęczy ta bransoletka, którą jej kupił na jej pierwsze naste urodziny. To było tak dawno. Zrozumiał, że uratowała go. Lecz po co? Przecież nie zdał. Przecież jest nikim. Wziął do ręki gazetę. Minął tydzień odkąd zielony parciany pasek wbił się w jego szyję. Jej miękkie jasne włosy opadały na kołdrę. Ileż on by dał by te włosy oglądać zawsze po przebudzeniu. Była odkąd pamiętał. Ale na cóż jej taki on? Takie nic? Przecież nie zna się na genetyce. Przecież nie zdał. Przecież nie dopuścili go do matury. Gdyby był coś wart byłoby inaczej... Oczy błysnęły łzą a gardło ścisnęło się z bólu. Żałował, że nie odszedł. Że ja na to wszystko skazuje. Są tacy młodzi. Ale ona ma przyszłość... Ona będzie kimś. Nie to co on... On, który nie zdał. Otworzyła oczy.
Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. „Dobrze, ze jesteś” – powiedziała.
Już nie żałował, że przeżył.
Natalia Cleo [matrix_cleo@poczta.onet.pl]
![]()
Szopa
Stara szopa już od wielu lat gniła na skraju lasu. Nikt od dawna tam nie zaglądał, bo budynkowi - a raczej jego pozostałościom - groziło zawalenie. Po cóż więc było pakować się w niebezpieczeństwo? Ludność omijała ją z daleka, a nawet okoliczni menele woleli nabuzować się gdzieś na polu, niż ukryć w szopie, i tam spożywać ulubiony napój...
Nad szopą krążyło jakieś fatum. Ludzie mówili, że to przez pewną dziewczynę, która, ukrywszy się dawien dawno przed burzą, została w szopie zapłodniona przez Lucyfera. 9 miesięcy później przyszedł na świat ich syn. Był to mały, nieforemny szkrab, z gęstwiną czarnych włosów na głowie i krótką, przyciętą w szpic bródką. Przypominał trochę małpę, ale nikt nie mówił o tym jego matce, aby nie wynikły z tego jakieś poważne konsekwencje.
Pewnego dnia, dobrze podpity jagodowym buzunem, udałem się w stronę owej szopy.
Szopa, jak szopa, pomyślałem, wzruszając ramionami. Co szkodzi zajrzeć?
Tak więc, dzierżąc w dłoni solidną butelkę winka, ruszyłem leśną ścieżyną z nadzieją, że ujrzę jakieś dziwy. Z forsą stało krucho, a gdybym tak odkrył coś interesującego?... Myk po telefon, dzwonię do Michnika czy innego Urbana, i po sprawie. Zaraz nawinąłby się jakiś debil rządny sensacji. A ja już bym go taką sensacją uraczył...
Wszedłem do środka, uważnie rozglądając się wokoło. Śmierdziało stęchlizną i dawno niepranymi skarpetkami... Niestrudzony jednak ze mnie poszukiwacz, więc niczym Indiana Jones, wlazłem i rozejrzałem się po kątach.
Nic specjalnego nie zauważyłem.
- Halo...! - krzyknąłem. Odpowiedziała mi głucha cisza. - Halo! Jest tu kto?...
- Ja jestem - Jak spod ziemi wyrósł nagle przede mną niewysoki jegomość, bardzo podobny do tego z legend opowiadanych przed wieśniaków.
Wyglądał dziwnie, aż mną wzdrygnęło. Ogon wijący się po ziemi, a on sam - przylizana łepetyna, usteczka pomalowane czerwoną szminką i zniewieściałe spojrzenie, którym wciąż mnie taksował.
- To ty jesteś ten diabełek? - spytałem, robiąc krok w tył.
- Tak, ja nim jestem - kiwnął głową, i znów się do mnie wyszczerzył. - Miałbyś ochotę się pobawić...? W tej okolicy już od dawna nikogo nie widuję...
- Eee... - wykrzywiłem się niezadowolony. - Co ty mi, krucafiks, proponujesz?
- No wiesz... - uśmiechnął się zalotnie, zbliżając w moim kierunku. - Rach-ciach i po wszystkim.
- Nie! - krzyknąłem, rzucając sie ku wyjściu.
Diabełek, niestety, dorwał mnie szybko i rzucił na ziemię. I nijak nie mogłem wykręcić się, kiedy całym ciałem runął na mnie. Krzyczałem, wrzeszczałem, ale nikt mnie nie słyszał.
- Hej - zagadnął,kiedy było juz po wszystkim, a ja znów próbowałem uciekać. - Wiesz, jak się nazywam?
- Belfegor, Ariel, Lucyfer?... - wzruszyłem ramionami.
Pokręcił przeczącą głową i mrugnął do mnie okiem.
- Miriam, kochasiu.
I od tamtej pory przestałem pojawiać się w tej okolicy.
Marceli [marceli232@wp.pl]
![]()
Obrona skrytego grodu
Rycerze stojący ramię przy ramieniu, w lśniących zbrojach, bez strachu na twarzy i w umyśle, gotowi na śmierć w obronie grodu, czekający na przeciwnika. Łucznicy ustawieni na murach, ze strzałami w kołczanach i łukach w ręku, czekający na przeciwnika. Kobiety i dzieci, siedzące w domach, wierzące w obrońców, czekające na przeciwnika. Tak wyobrażałem sobie obronę naszego Skrytego Grodu. Nawet nie przypuszczałem, jak bardzo mogłem się wtedy mylić.
Nieprzyjaciel wtargnął do naszego kraju przed dwoma tygodniami. Jak burza zdobywał kolejne twierdze. Mówią, że nawet magią nie da się go powstrzymać. Nasze wojska przegrywały kolejne starcia. Straty w naszych szeregach były liczone w dziesiątkach tysięcy, u nieprzyjaciela w setkach. Ustępujemy mu zarówno liczebnością, jak i wyposażeniem oraz wiarą w zwycięstwo.
Kiedy doszły nas wieści o zdobyciu pobliskiego grodu, strach na stałe zadomowił się w naszych sercach. Na dziesięciu wysłanych zwiadowców, tylko jeden powrócił do Skrytego Grodu, by oznajmić, iż siły nieprzyjacielskie nadchodzą w liczbie trzydziestu tysięcy. Nas, obrońców, jest niecała setka. Jesteśmy ostatnim miejscem, które może stawić zbrojny opór. Kobiety z dziećmi już dawno odesłaliśmy z grodu na zachód, z dala od nieprzyjacielskich sił. Według zwiadowcy, nieprzyjaciel dotrze do nas w niespełna godzinę. Każdy pozostały w grodzie mężczyzna szykuje się do walki. Nie mamy wiary w zwycięstwo. Gdy król ze swoją stutysięczną armią starł się z liczebniejszym wrogiem, żaden mąż z naszego kraju nie ostał się żywy. Jakie są szanse, że ktokolwiek z nas przeżyje szturm? Mniejsze od zera. Ale mimo to postanowiliśmy bronić się. Aby nasze żony i dzieci miały więcej czasu na ucieczkę. Ja walczę o to, by moja Aya mogła znaleźć schronienie w krajach zachodu, by mój syn mógł stać się mężczyzną. Dlatego walczę. Dla nich.
Przygotowania dobiegają końca. Wszyscy są już na pozycjach. Od kilku minut w przełęczy między górami widać wojska nieprzyjaciela. Ten widok tylko potęguje strach. Jedynie nasz kapitan nie wygląda na przestraszonego. Stoi wraz z oddziałem piechoty, liczącym ledwie trzydziestu ludzi. Reszta z nas, w tym ja, stoi na murze z łukiem w ręku. W kołczanie mam dwadzieścia strzał. Licząc, że każda strzała wystrzelona przez naszych ludzi trafi celu, padnie niecałe półtora tysiąca nieprzyjacielskich żołnierzy. A co z pozostałymi tysiącami? Owszem, mamy miecze. Ale w otwartej walce przegramy. Patrzę na twarze współtowarzyszy. Widać albo strach, albo skupienie. Nikt się nie odzywa. W powietrzu czuję napięcie, jakie panuje między nami. Czekamy na nieprzyjaciela.
Zwiadowca się mylił. To nie trzydzieści tysięcy. To sto tysięcy, według moich przeliczeń. Nieprzyjaciele zatrzymali się poza zasięgiem naszych strzał. Poza taranami mają także katapulty i trebusze. Zmiażdżą nas. Czekamy.
Nareszcie ruszyli. Są coraz bliżej. Pierwsza komenda została wydana. Cel, pal. Powietrze przeszyło siedemdziesiąt strzał. Pojedynczy ludzie padli w szeregach wroga. Znowu: cel, pal. Kolejny grad strzał. Słyszę nowy rozkaz: strzelać bez rozkazu. Co chwilę naciągam cięciwę łuku, wypuszczając strzały w czarny tłum postaci. Nawet nie wiem, czy trafiam. Pozbyłem się połowy strzał. Tak samo moi towarzysze broni. Machiny oblężnicze zaczęły wypluwać kamienne pociski. Nasze mury zaczynają pękać, kilku obrońców zostało przygniecionych przez ogromne głazy. Ich przedśmiertne krzyki mieszają się z odgłosami trzaskanych kości i murów. Skończyły mi się strzały. Pod nasz mur zbliżają się łucznicy wroga. Tym razem to w naszą stronę podążają strzały. Kolejni bracia padają. Słyszę krzyk kapitana: "Nie łamać szyku!". Towarzysze padają, ze strzałami w piersiach, szyjach i gdzie tylko mógł nieprzyjaciel trafić. Krzyki umierających, rannych, zagrzewających do walki i przestraszonych unoszą się w powietrzu. Dlaczego mnie strzały omijają? Abym mógł oglądać tą masakrę? Moi współplemieńcy, ludzie z którymi się przyjaźniłem, giną, padają jak muchy, dlaczego ja, w imię wierności, nie mogę zginąć razem z nimi? W międzyczasie wziąłem strzały z kołczanu poległego przyjaciela. Część była już połamana. Ręka zaczynała mi mdleć od ciągłego naciągania łuku. Pocisk z katapulty właśnie trafił w bramę. Drewniana konstrukcja jęknęła przeraźliwie. Tarany już się zbliżały. Zaraz przejdą przez bramę. Staram się zestrzelić niosących taran, ale poległych zastępują następni. Odrzuciłem łuk i wyciągnąłem miecz. Razem ze mną, łuczników przeżyła garstka, może więcej niż tuzin. Większość już od dawna bez strzał. Tylko jednemu została ostatnia. Zachował ją. BUM!! Brama zaskrzeczała. BUM!! Pękły pierwszy deski. TRACH!! Brama legła w gruzach. Przebili się.
Z mieczami w dłoni stanęliśmy w szeregu, gotowi spojrzeć śmierci w oczy. Kapitan ciągle krzyczał, zagrzewając nas do boju. "Walczcie przy mnie, bracia! Jeżeli musimy zginąć, zabierzmy ze sobą jak najwięcej przeciwników! Nie możemy zginąć na marne! Niech nieprzyjaciel poczeka dłużej na swoje zwycięstwo!". Tak, te słowa, wypowiedziane z tych ust, podniosły nas na duchu. Kiedy tylko pierwsze postacie pojawiły się w bramie, rzuciliśmy się do przodu, z mieczami gotowymi do ciosu. Rozległa się wrzawa, głosy rozpaczy i krzyki wojowników i szczęk mieczy mieszają się w jeden, potworny dźwięk.
Jednak po pierwszym naszym natarciu stało się coś, czego nikt się nie spodziewał: sam wódz nieprzyjaciół brał udział w szturmie. Zauważyłem go, walcząc z jednym z jego ludzi. Łatwo było go rozpoznać, jeśli nie po stroju, to po jego wpływie na swoich i naszych ludzi. Jego rozpromieniona twarz mocno kontrastowała z tym, co ja czułem. Uśmiechał się, trzymając miecz w ręku, opuszczony, niechętny do walki. Wbiłem miecz w brzuch przeciwnika po rękojeść, odsunąłem się i pod nogami znalazłem przyjaciela, tego który zachował ostatnią strzałę, z rozłupaną czaszką. Podniosłem strzałę, wziąłem jego łuk i chciałem strzelić prosto w wodza nieprzyjaciół. Nie udało się. Jakaś strzała, wypuszczona w moją stronę przypadkowo, czy też umyślnie, trafiła mnie w pierś. Wypuściłem oręż z rąk. Padłem na kolana. Widziałem jeszcze braci padających na ziemię, kapitana biegnącego na wroga z krzykiem, a potem ujrzałem już tylko najpiękniejszą twarz na świecie. Aya. Wybacz. Nie wrócę.
KaMpO vel. kampo_89 [kampo_89@wp.pl]
![]()
Ostatnia noc
Dominika schodziła na dół po schodach, gdy usłyszała niezidentyfikowany szum na piętrze z którego schodziła. Zaciekawiona zawróciła i ruszyła w stronę miejsca z którego dochodziły dziwne dźwięki. Nagle ciemności jej przytulnego mieszkania wydały się przytłaczające do tego stopnia, że zaczęła żałować że nie posłuchała rodziców i zamiast mieszkać z nimi zaczęła żyć na własną rękę. Nie mogąc przebić się wzrokiem przez ciemności zaczęła szukać po omacku włącznika światła przesuwając ręką po ścianie. Bała się i przeklinała w myślach swą głupotę, która kazała jej w środku nocy schodzić do kuchni po szklankę wody. Tej nocy nie mogła zasnąć czuła się nieswojo, jakby przeczuwała niebezpieczeństwo, jakby jej wewnętrzny zmysł podpowiadał jej, że coś jest nie tak jak powinno. W końcu dosięgła ręką kontaktu. Nacisnęła. Błysnęło oślepiające światło sprawiając, że na chwilę przymknęła oczy i przykryła je dłonią. Niestety ta chwila mu wystarczyła...
Siedział przykurczony w kącie doskonale ją widząc. Jego oczy już dawno przyzwyczaiły się do ciemności nocy. Przecież zawsze wychodził tylko nocą. Nie mógł już wytrzymać, nie mógł tego opanować to było ponad jego siły. Poddał się, pokonało go nie wyczerpane pragnienie... krwi! Teraz czuł ją o krok od siebie. Świeżą, czystą i ciepłą! Nie wytrzymał! Skoczył i ściągnął ją za włosy na podłogę. Słyszał jej krzyk, jej jęk pełen cierpienia. Rozdzierała sobie gardło, a on i tak wiedział, że nikt jej nie usłyszy. Jej krzyk tylko pobudzał jego adrenalinę. Sprawiał, że krew zaczynała mu szybciej krążyć w żyłach. Ten pierwszy cios... nóż zatapiający się w miękkim ciele. Pierwsza krew... i martwa cisza. Ten krzyk! Dlaczego nie krzyczy?! Poddała się? A może nie żyje? Nieważne! Wszystko co dobre szybo się kończy. Ale niech się wykrwawi! Niech cała krew z niej wypłynie. Taka lepka i ciepła. Cudowna na moich rękach! Wbijał nóż raz za razem w jej ciało. Krew płynęła strumieniem na dywan. Trysnęła mu w twarz, oblepiła usta poszerzając uśmiech na jego twarzy. Śmiał się głośno i rozpustnie, aż popłynęły mu łzy z oczu. Ale co to? Ona się uśmiecha! To ją nie przeraża, ona się nie boi! Umiera w spokoju! Nie! Tak nie może być! Zerwał się na nogi i uciekł. Jak najdalej od niej, od tej kobiety. Biegnie, ucieka z tego domu, z tego miasta. Biegnie nad morze, zdyszany dobiega do klifu. Patrzy w przepaść. Patrzy na morze rozbijające się o skały. Widzi jej twarz, widzi ten uśmiech i spokój. Nie może tego znieść. Robi jeszcze jeden krok na przód... zbliżające się fale, ogłuszający szum wody. Ona zniknęła, ale jej miejsce zajął ON. Wszechpotężny i mający nad nim większą władzę niż on miał nad nią. Wskazał ręką przepaść, a on poczuł jak spada, czuł jak leci w otchłań. Ogarnęła go ciemność, czarniejsza od najciemniejszej nocy i zrozumiał co zrobił. Teraz dopiero zrozumiał...
Dominika widziała jasność, ale inną niż normalne światło. Był to błysk ponad świtem, ale nie oślepiał jej. Był ciepły i dobry. Podążyła w jego stronę. Otoczyły ją tysiące opiekuńczych ramion. Nie było już tego człowieka. Nie było noża, nie było krwi i bólu. Nie było niczego... tylko spokój.
Nike
![]()
Aaarggh
Zbliża się północ. Nie jestem jeszcze śpiący, ale wyłączam komputer i idę na dół do kuchni się napić. Pragnienie strasznie mnie męczy, muszę je ugasić. Z dzbanka ubyło już wody, więc wracam do siebie do pokoju. Za pięć dwunasta. Kładę się do łóżka i rozmyślam o dzisiejszym, typowym styczniowym dniu. Po chwili moje myśli stają się coraz mętniejsze, w końcu przestają mieć sens. Zasypiam.
Otwieram oczy. Czuję ból. Jest wszędzie - w głowie, w kończynach, wewnątrz mnie. Boli. Z moich ust wyrywa się głuchy okrzyk. Aaargghh!!! Co za ból! Nie wytrzymam tego dłużej! Aaargghh!! Nagle wszystko się urwało. Ból - zniknął. Pozostało wspomnienie. Podniosłem się. Dziwnie się czuję. Swędzi mnie ręka. Podrapałem się po niej, plącząc długie palce między gęstym futrem. Mój oddech stał się świszczący. Nie mogę domknąć ust. Zęby wydłużyły się i wystają spoza nich. Chciałem spojrzeć na zegarek, ale zerwał się z mojej ręki. Biorę do ręki komórkę. Wydaje mi się dziwnie mała. Minuta po dwunastej. Zacząłem tracić świadomość. A właściwie nie, nie straciłem jej. Stała się... Inna. Mniej ludzka. Głód. Tylko to pamiętam.
Budzę się. Szósta trzydzieści rano. Podnoszę się z łóżka. Krzyknąłem. W miejscu, gdzie zwykle było okno teraz ziała dziura. Wielka, może dwa razy większa ode mnie. Wyglądało to tak, jakby coś tę dziurę wyrwało. Po chwili zacząłem sobie przypominać pojedyncze obrazy:
- Ulica skąpana w zamglonym świetle latarni. Widać mieszkanie, świeci się tam światło. W oknie stoi jakaś smukła postać. Wygląda na ulicę. Na twarzy dziewczyny malowało się przerażenie.
Następny obraz:
- Mieszkanie pogrążone w cieniu. Na środku duże łóżko. Obok niego ciało młodej dziewczyny. Leży blada, nieprzytomna. Nie... Martwa. Z jej piersi leci krew. Spijam ją.
Co? Co to było? Te obrazy... To... Nie, to musiała być jakaś pozostałość ze snu. Ale, to było takie realne. Ja... Ja miałbym ją zabić? Jak? Dlaczego? Nagle w mojej głowie odzywa się głos, głęboki, dziki, brzmi, jakby dawno się nie odzywał. Coś do mnie mówi. Z początku nie rozumiem. Po chwili dociera do mnie sens tych słów.
"To ty. Dobrze wiesz, że to ty. Czujesz to. Musiałeś to zrobić. Obaj wiemy, że to ty. To jest w tobie. Nie czujesz? Zawsze to tam było. Skrywane. Chowane. Przed światem. Przed samym tobą. Czujesz? Tak... Dobrze... Wiesz już. Możesz to przywołać w każdej chwili. Zrób to teraz. Zrób to! Teraz!"
"Nie! Nie zrobię tego! Nie chcę! Nie mogę do tego dopuścić! To ty zamordowałeś tę dziewczynę! Jesteś niebezpieczny! Co się dzieje? Dlaczego?" Całe moje ciało znów przeszył potworny, wszechobecny ból. Wiedziałem, co się za chwilę stanie. Skupiłem całą swoją wolę na powstrzymaniu tego potwora. Ale usłyszałem kolejne słowa:
"Dobrze wiesz, że nie dasz rady. Jesteś silny, ale długo nie wytrzymasz. Już słabniesz. Poddajesz się. Nie dasz rady. Dobrze wiesz. Dobrze wiesz. Dobrze wiesz. Dobrze wiesz."
Słowa, jak echo, obijały się wewnątrz mojego mózgu. Wiedziałem, że mówią prawdę. Nie dam rady. Ale mogę zrobić coś innego. Na pół przytomny z bólu, rzuciłem się w stronę dziury w ścianie. Wychodziła na ulicę. Dobiegłem. Nie przeżyję upadku z czwartego piętra. Kiedy ja zginę, on też. Wyskoczyłem. Lecę. Nie... Ja spadam...
Upadłem. Ból. Boli. Ale żyję. Podnoszę się. Jeszcze jest ciemno. Schowałem się w cieniu. Nikogo nie ma. Tylko ciemność. Udało się. On już nigdy nie odzyska swojego ciała. Mogę żyć. Polować. Żywić się strachem i krwią. Odbiegam. Polowanie się rozpoczęło. Ha! Widzę ofiarę. Ona jeszcze nie wie, co ją czeka...
Aaargghh!!!
KaMpO vel. kampo_89 [kampo_89@wp.pl]
![]()
Nawet nie mam zdjęcia
Opowiadanie zainspirowane zostało wierszem J.Praeverta o tytule: „Trzy zapałki”.
Siedzi po ciemku w wilgotnym okopie. Dookoła niego tylko wilgoć, chłód, ciemność i samotność. Jako żołnierz został wyszkolony do radzenia sobie z niekorzystnymi warunkami. Tylko ta samotność- z nią nie potrafi sobie dać rady. Każda godzina czuwania nocnego jest wypełniona wspominaniem tej, która została w domu. Tak daleko stąd. Tęsknota- głębsza niż jakakolwiek z ran zabijających jego towarzyszy broni. Boi się, iż te stałe myślenie o niej doprowadzi go do szaleństwa. Ma już dość tej całej cholernej wojny.
Postanawia znów ją zobaczyć. Wyjmuje trzy zapałki oraz swój największy skarb- zgięte na pół zdjęcie. Zapala pierwszą zapałkę i przysuwa płomień do czarno-białej fotografii. Pierwsza zapałka pozwala na ujrzenie jej oczu. Najpiękniejszych i najgłębszych oczu jakie widział. Pamięta, że kiedyś unikał jej wzroku- zdawało się, że gdy patrzy jej w oczy, ona odczytuje jego wszelkie myśli. Zapałka zgasła. Druga zapalona zapałka pozwala na przyjrzenie się jej ustom. Tak idealnym i zaborczym. W końcu trzecia- jeszcze raz ogląda jej całą twarz. Trzy zapałki, ni mniej, ni więcej- dokładnie trzy, aby zobaczyć jej całą twarz. Następnie jest tylko mrok i ponowna próba jak najdokładniejszego zapamiętania jej twarzy. Tyle razy to już powtarzał, ale zawsze wydaje mu się, że jeszcze o jakimś detalu zapomniał.
Trzykrotny błysk ognia- nic więcej jak doskonały sygnał dla snajpera ukrytego gdzieś po drugiej stronie frontu. Sygnał mówiący, że kula z jego karabinu znów dzisiaj kogoś pozbawi życia. Wcelowuje w miejsce skąd wydobyły się błyski. Przystawia oko do lunety i czeka. Czeka na kolejny płomyk światła, który pozwoli mu ostatecznie pozbyć się swego wroga.
Żołnierz w okopie postanawia ostatni raz tej nocy przyjrzeć się jej twarzy. Wyciąga trzy zapałki. Pierwsza by zobaczyć jej oczy- snajper zauważa kolejny błysk. Druga by zobaczyć jej usta- przeciwnik w samym środku swej lunety widzi głowę ofiary. Wreszcie trzecia, aby móc zobaczyć całą jej twarz ostatni już raz tej nocy, ostatni raz w życiu- snajper naciska spust. Kula trafia prosto w głowę, żołnierz pada na ziemię wciąż trzymając jej zdjęcie. Umiera szczęśliwy- wreszcie doskonale zapamiętał jej twarz.
Siedzę nocą sam wyjmuję trzy zapałki, chcę Cię zobaczyć- nawet nie mam twojego zdjęcia. Umrę samotny? Nawet nie mam twojego zdjęcia tylko te cholerne trzy zapałki...
Why? [Otek1@poczta.fm]
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||