
::: Blac Foot :::
Waga i Gigameshtu skutki
Senne mary
Setki tysięcy ludzi biczowało się zaciekle, grymasy bólu i krzyki – oto jedyne dźwięki rozbrzmiewające w tę noc. Miasto Bólu. Patrzył na to z okna swego wieżowca, bezpieczny i przerażony. Tak miało być, musiał się bać, musiał coś dodać od siebie do tego kielicha, kielicha goryczy, zła i śmierci, bólu i beznadziei. Nie mógł zawieść oczekiwań swoich przełożonych.
Padł na beżową kanapę wyczerpany niezwykle, pocił się. Przymknął powieki, wsłuchał się w ten jazgot, w te krzyki, w ten nieprzerwany ryk bólu. Całym swoim ciałem czuł jak Waga się rusza, jak jedna szalka, opadając powoli, nonszalancko w dół, podciąga drugą w górę, nieunikniona reakcja łańcuchowa, niepomijalna. Czuł jak poruszają się te dwie moce, dwie równoważne, potężne strony.
Pomyśleć, że on nigdy tam nie był, nie zwiedzał Miasta Bólu, jeden z nielicznych, który miał i nadal ma tę przeklętą szansę. Choć, co prawda, już niedługo, jutro zostanie przychylnie rozpatrzone jego podanie o przeniesienie i opuści to piekielne miejsce, zostawi Miasto Bólu, opuści Potępionych, Ulice Śmierci, Rynek Utrapienia, Przedsionek Śmierci, to wszystko pójdzie w zapomnienie. I on sam, jakby nigdy tu nie przebywał, jakby go nie było. Nigdy tak naprawdę nie poznał tego miejsca, jego zaułków, lochów, podziemi, ścieków…, co prawda miejsca te miały bardziej wymowne nazwy, Otchłań, Trzecie Piętro Piekła, Korytarze Śmierci, ale tu nazwy nie są ważne, co innego jest ważne, a może nic w rzeczywistości nie jest ważne? Nieważne.
Zaśmiał się gorzko, nie mógł sobie pozwolić na odrobinę samozaparcia by rzucić to i zacząć się bawić, za dużo poświęcił, aby dojść tak daleko, może nawet za daleko. Stanowczo za dużo poświęcił, więcej oddał w ofierze temu miejscu już tylko Beli-ar, architekt, który skonstruował i stworzył ten dom Szatana.
Miasto Bólu, czy ta nazwa jest trafna? Nie i tak. Ból tu jest, lecz czy tylko? Nie i tak. Jest i ból i utrapienie i śmierć i gorycz i beznadzieja, lecz czy to wszystko nie jest po prostu bólem, czy wszystkie te słowa nie są rozwinięciem tego jednego, jakże prostego? Są. Zdał sobie z tego sprawę już po kilkunastu latach sprawowania tego urzędu, po kolejnej nocy pełnej koszmarów i utrapień. Ten budynek miał mu zapewniać ochronę przed zgubnym wpływem mocy, które tu przebywają, istnieją skumulowane w tym Mieście, ale sprawdzało się to tylko częściowo, coś cały czas się wdzierało do tych niby bezpiecznych żelbetonowych murów, cóż, zatem czują dopiero Potępieni, biczujący się w tej właśnie chwili, skazani na wieczną odsiadkę w tym więzieniu, płacący za poglądy swych rodziców, którzy przybyli tu by zapłacić za swe szczęście, którym zbyt chętnie obdarzył ich świat, chcący sobie zasłużyć sobie na Drugi Gigamesht.
On również płacił ogromną cenę. Płacił każdego dnia odsetki za to, że czerpał swoją siłę z tego budynku, Pazura Beli-ara, że nie postarzał się ani dnia, że cały czas zyskiwał uznanie poza Miastem, że był najlepszym Szatanem, że był najgorszym Bogiem, że jutro przekroczy próg ustawiony przez architekta i opuści to miejsce na własnych nogach. Jako jedyny żywy. Wiedział jednak, że przyjdą następni i spróbują jego próg przebyć, próg długości sprawowaniu urzędu Szatana w Mieście Bólu. Ktoś go pokona, tak jak on pokona już jutro Beli-ara, obali jego zasługi, zdepcze jego legendę i wejdzie na starannie przez niego wybudowane podium, chwytując mu prawowicie się należące honory, podziękowania i obelgi.
Ból przeszył nagle jego ciało, dotknął swymi wibrującymi i wiercącymi palcami jego kręgosłup i wygiął go, jak gumowy pręt, chciał złamać jak zapałkę, wyschniętą gałąź. Robił to, by złamać go jak dziesiątki jego poprzedników, jak złamał Beli-ara, gdy ten z całych sił próbował sam kontrolować Wagę i zapanować na zawsze nad dwiema siłami. Ból złamał go, w ten właśnie moment, gdy próbował stworzyć trzecią niemożność, po kamieniu filozoficznym i eliksirze nieśmiertelności - Doskonałą Równowagę.
Ten Ból, ten Ból, on właśnie myślał, że go złamie, że jest słaby i że nie wytrzyma, nie wytrzyma bólu tysięcy ludzi, cierpienia milionów, wrzasku miliardów, że nie wytrzyma siły Miasta Bólu, że nie wytrzyma tego, czego nie wytrzymali jego poprzednicy, Ból myślał, że on, najlepszy z Szatanów, ukłoni się przed nim w pas i ucieknie jak skamlący pies. I tak by zrobił, gdyby nie to, że po prostu nie mógł tego uczynić. Musiał zrobić, to, co do niego należało. Wytrwać.
Wytrzymał, nie został złamany. Wytrzymał, słowo oznaczające zarówno zwycięstwo jak i klęskę. Był silniejszy niż wszyscy jego poprzednicy, może prócz Beli-ara. Jednak Ból miał jeszcze całą noc. I jeden dzień.
Koszmary. Zawsze inne, zawsze nieprzewidywalne i zawsze zsyłane mu przez Dziecko Nocy. Wszyscy bali się tego dziecka, Potępieni, Zewnętrzni, Elitarni, bez wyjątku widzieli je w swych koszmarach, a najwyraźniej Potępieni. On wytrzymywał przez lata jego najścia, ale Dziecko Nocy tym razem się na niego uwzięło, skupił na sobie całą jego uwagę, szukało słabych stron jego umysłu. Znalazło. Zaatakowało.
Knieja straszliwa. Ciemność wszechogarniająca. Nów srebrzysty. Trwoga niepohamowana. Psychoza skryta. Pobudka.
Tak jak zwykle, tak jak zawsze, gdy się budził pamiętał tylko urywki snu, odczucia i strach, który cały czas mu towarzyszył. To nie mogło dać mu rady, nie mogło go złamać, Dziecko Nocy to wyczuło z całą pewnością zdiagnozowało błąd w swych atakach. I ponownie zaszturmowało z całej siły na bariery jego umysłu, dawno temu ustawione, bariery przeciw logice, realizmowi i rzeczywistości. Ruszyło z armatami na barykady z wozów.
Nadszedł. Syn Dziecka Nocy, Bezgłowy Koszmar. Stanął naprzeciwko niego w swym czarnym płaszczu do kostek sięgającym, z toporem w ręce ku dołowi skierowanym, z otworem w brzuchu i bez głowy. Stanął przed nim, takim właśnie, jakim był. Mówił o cierpieniu, złu i słabości. Mówił również o sile, szczęściu i nadziei. Mówił, że utracił siłę, nadzieje, szczęście. Mówił, że stanie się jego synem, że będzie Utraconą Nadzieją. Przerażał go, złościł, atakował, wprowadzał na morze depresji i odejmował znaczenie wszelkim wartościom. Zbudził się.
Pamiętał wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, ruchy ciała, jego pośmiertne skurcze i głos przychodzącym zewsząd wprost ku niemu. Pamiętał strach, które go ogarniał i jego słowa, dziwne, pokrętne, ale trafiające w sedno, niszczące jego bariery, mury i barykady wznoszone w jego umyśle skrupulatnie przez całe lata.
Czy to możliwe? Czy możliwe, że stanie się kolejnym demonem, upiorem, maszkarą ukrytą gdzieś w zakamarkach, sługusem tego przeklętego przez Bogów miejsca, Miasta Bólu? Legendy, setki legend, podań i baśni opowiadały najróżniejsze historie o tym właśnie, poczynając od Narodzin Beli-ara, po Narodziny Miasta Bólu, od Narodzin Bólu, po Narodziny Beli-ara w postaci Zła. Wszystkie Narodziny i Śmierci i Zmartwychwstania. Bezgłowy Koszmar miał być niegdyś buntownikiem, walczącym w imię Zgniłej Śmierci i Dziecka Nocy. Wszystko miało niegdyś istnieć w Mieście Bólu pod ludzką formą. Przejmowały go na taką myśl dreszcze. Może, może… usnął.
Ujrzał ją. Stała, jak jej syn we wszechogarniającej ciemności. Mała dziewczynka, o rudych warkoczykach do ramion, piegowata, uśmiechnięta, patrząca na niego, naga. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wyszczerzyła swoje bielusieńkie zęby, a wtedy właśnie płat skóry na jej policzku zaczął drżeć, marszczyć się, poruszać, aż w końcu odpadł od jej twarzy z cichym, przejmującym plasknięciem, a potem kolejne i kolejne i kolejne kawałki skóry. Zostały na niej tylko zgniłe, śmierdzące, zielone od pleśni mięśnie i uśmieszek na jej poczerniałych zębach. To właśnie ono. Dziecko Nocy.
Wyciągnęło przed siebie zwoje zgniłych spoideł nazywanych mięśniami, z przymocowanymi do końca spróchniałymi paznokciami, a jego głowę zaczął rozsadzać ból, silny, wibrujący i morderczy. „To mój ojciec, jego imię to zaś Ból, przyjmij jego miłość do swej osoby”. Sadystyczne słowa, ociekające ironią i samozadowoleniem, niczym śluzem, z którego powstało Dziecko Nocy.
Ile tam stał? Lata, wieki, tysiąclecia? Czas przestał się dla niego już dawno liczyć, pozostał tylko ten okropny ból, ważny był już tylko ojciec tego potwora, Dziecka Nocy. To ono, ono go atakowało, niszczyło, miażdżyło, biło, poniżało…
„Chcesz spotkać się z moją matką? Oto i ona, a imię jej Przeszłość.” Te słowa były straszniejsze, okrutniejsze, zapowiadające to, co nieuniknione, to słowo już w same w sobie przywoływały to, o czym wolałby zapomnieć, co chciałby odrzucić, co wolałby ukryć w zakamarkach swojego umysłu, gdzieś tam, gdzie nikt już nigdy nie sięgnie.
Przeszłość zaatakowało go całą swoją mocą, uderzyła, wraz z Bólem, Bezgłowym Koszmarem i Dzieckiem Nocy. Piekielna rodzina zaszturmowała jego umysł, zaczęła okaleczać jego psychikę. Wizja.
Miał trzy latka, bawił się na dworze kolorową piłką w różowe plamy, rzucając ją i turlając po ciemno-fioletowej trawie, jego rodzice byli niedaleko, uśmiechnięci, zdeformowani przez siłę planety, poskręcani, abstrakcyjni. Pies, pies leżał sobie na trawie, był duży, o sierści brunatnej i smutnych oczach, wyjadał resztki z niebieskiej miski, a imię pieska brzmiało Max.
Wtedy, nagle i znienacka zaczęło padać. Pierwszy raz od tysiącleci na planecie tej pojawiły się krople deszczu, czarne, kleiste, śmierdzące, zabójcze. Rodzice zaczęli krzyczeć w panice, jedno przez drugie, chwycili go za ręce, wciągnęli brutalnie do domu, zaryglowali szybko drzwi, piłka została i pies został. Max drapał w drzwi swoimi pazurami, skamlał żałośnie, szczekał wygrażając, całymi godzinami tak robił. On patrzył na to, smucąc się, że nie może zabrać piłki, patrzył i nie mógł oderwać wzroku, patrzył jak jego towarzysz zabaw umiera w męczarniach, jak powoli łysieje na całym swoim ciele, jak schodzi z niego skóra, jak wypadają mu zęby i jak w końcu zdycha, cały czas drapiąc w te cholerne drzwi.
Widział też, jak jego ojciec bije matkę, odpiera jej i jemu ostatnie krople Nihulonu dla siebie, jak nie pozwala jej zażyć Drenixu, w końcu zaś patrzył, jak ją powoli i dokładnie kroi ta i je, przeżuwając wytrwale mięso. On też jadł. Przeszłość mu o tym przypomniała, porzucił to wspomnienie dawno temu. Ktoś, kiedyś powiedział, że przed przeszłością się nie ucieknie, choćby nie wiem jak się próbowało i się starało, ona w końcu cię dopadnie. Ten ktoś, miał rację. Przeszłość go dorwała.
Przyszli po dwóch miesiącach pełnych rozpaczy, płaczu, walki, bólu, głodu i śmierci. Przyszli w swoich czarnych kombinezonach z czarnymi maskami na twarzy, wyciągnęli jego ojca na trawnik, wyciągnęli ciało matki i jego. Rzucili całą trójkę na fioletową trawę, kazali klęczeć z rękoma za głową, nie zauważyli, że matka nie żyje. Pierwsza seria rozszarpała ojca, druga martwe ciało matki, trzecia jego. Pamiętał, jak leży na trawie i dławi się własną krwią, umiera w konwulsjach. Przeżył to jednak płacąc wielką cenę. Jego przetrwanie, to, że żył oznaczało początek końca Wielkiego Gigameshtu. Pierwsza pomyłka niezawodnej maszyny śmierci. Po Gigameshcie świat nigdy nie był taki sam.
Zbudził się. Czy przejście progu Beli-ara jest warte takich wspomnień? Wspomnień z czasów Gigameshtu, Szpitala Niekonwencjonalnego, Domu Krwiożercy? Zasnął…
… i obudził z powrotem. Wiedział, że coś się nie udało. Przeszłość nie mogła wyrwać najlepiej ukrytego wspomnienia, którego istnienia nawet nie podejrzewał, które ukryło się samo w odmętach jego pamięci, najpotworniejszego wspomnienia z jego całego życia. I znów zasnął.
Cień zaszeleścił wśród różanych drzew, a niebieskie promienie słońca padły na korpus Bezgłowego Koszmaru. Cień pozostał nadal ukryty wśród cieni drzew, wydobyło się za to wspomnienie. Wspomnienie z czasu, gdy miał trzy latka i leżał na Łożu Śmierci z rozprutym brzuchem, czując jedynie ból, żal i nienawiść. Łoże, Łoże czerpało z niego siłę, wysysało z niego wszystko czy to wolę, czy to miłość, czy złość, był jego żywicielem, karmił je, całym sobą, nie mógł się poruszyć, nie mógł nawet drgnąć. Krzyczał, błagał, wzywał… Kogo? Rodziców, psa imieniem Max, kolegów, koleżanki, dziadka Alberta, wszystkich, których znał. Nikt nie przyszedł, nikt nie odpowiedział. Wszystkich pochłonął Gigamesht, to on wymordował jego dom, miasto, planetę, jak setki innych wcześniej, kolejny numerek na liście. To on zniszczył wszechświat.
Zbudził się oblany chłodnym potem, ze wspomnieniami tego, co mu odebrało Łoże w zamian za wegetację jaką prowadził. Tego, co mu zabrało bezpowrotnie. Zasnął.
Niebieskie promienie oblewające beżową trawę padły w końcu na cień, a z niego wyłoniła się kobieta, w sukni czarnej, twarzy pięknej, rysach szlachetnych, pociągających i włosach białych. Przeszłość w całej swej okazałości. Wskazała na niego krótkim kikutem swojej prawej ręki i zaśmiała się, a język wypadł z jej ust, odcięty. Dawno temu.
Siedział na beżowej trawie, z dala od domu, bawiąc się zesztywniałym truchłem kota i główką małego pieska, uśmiechając się niczym obłąkaniec i patrząc we wszystkie strony rozbieganym, zezowatym wzrokiem.
Pomiędzy dziesiątkami osób obłąkanych, zwariowanych, szalonych, przechodziły nie mniej zwichrowane pielęgniarki Szpitala Niekonwencjonalnego. Wstrzykiwały losowo wybranym pacjentom lekarstwo na ich szaleństwo, śmiercią przez nowoprzybyłych nazywaną. Życiem tutaj był hazard, uśmiech losu oznaczał śmierć, a jego kaprys życia. Dwie z nich, pielęgniarek, przeszły tuż obok niego, potrącając go zaledwie, a on już rzucił się na nogę jednej z nich zdenerwowany, wgryzając się głęboko w łydkę i odrywając swoimi zębiskami kawał mięsa, pielęgniarka padła, po chwili rozszarpali ją inni szaleńcy. Ją i jej koleżanki. Pierwszy bunt w Szpitalu Niekonwencjonalnym.
Zbudził się, spocony, przestraszony, złamany. Patrzył we wszystkie strony tak jak wtedy, rozbieganym wzrokiem, wiedział, co zaraz nastąpi i wiedział, że tego nie chce, nie chce swojej przeszłości, nie chce znów tam być, znów przebywać w Klinice z… Pomyślał, co miał wtedy w brzuchu, co jadł, gdy ugryzł tą pielęgniarkę. Zwymiotował na kołdrę i zasnął.
Powoli wygrzebywał flaki z truchła, niechlujnie, cały brudny od wnętrzności ludzi, ich krwi, kleistej mazi żołądka, resztek zjedzonych organów… Miał pięć lat, lekarze zostawili go tu, wraz z kilkoma innymi zbuntowanymi pacjentami by poddać ich badaniom i obserwacji. Patrzyli na nich zza szyby ze swoistym wyrachowaniem, a on nadal wygrzebywał flaki i powoli je zjadał, przeżuwając te kleiste, gumowate organy, ich sine mięśnie, leżącego kilka dni trupa. Obejrzał się za siebie szybko, stał za nim na szeroko rozpostartych nogach wariat z wysoko uniesioną siekierą. Odwrócił się tylko po to , aby ujrzeć swojego kata, a siekiera uderzyła go w rękę. Odcięła ją i pozostawiła tylko kikut. Lekarze wstąpili do akcji.
Po raz kolejny został zbudzony, dotknął niepewnie swojej ręki. Jak to możliwe? Czy naprawdę chciał się tego dowiedzieć? Przeszłość nie pytała o jego zdanie.
Stał w ciemności, a przed nim na boku wśród nicości leżała Przeszłość, podpierając się kikutem swojej ręki i uśmiechając się. Patrzyła swymi pustymi oczodołami i uśmiechała się, i uśmiechała, i uśmiechała, i śmiała…
Miał pięć lat i prowadzili go na grubym sznurze obwiniętym wokół jego szyi do białego budynku, przechodził ciągnięty tak pod szyldem z napisem: „Klinika Ostatecznego Cierpienia”, patrzył na chłodne oblicze swojej oprawczyni, pielęgniarki Ostatecznego Cierpienia. Najgorszej istoty, jaka stąpała po tym świecie, wtedy to…
… zbudził się, a czerwone promienie padły na jego bladą twarz. Zrzucił z siebie orzyganą pościel i zczołgał się z łóżka. Zaczął się powoli podciągać na rękach, wytrwale, i nieustępliwie w stronę lustra, sterylnego, niezniszczalnego, by nie mógł odebrać sobie życia i uciec tą krótką drogą z tego miejsca, wielu przed nim wybrało taką ucieczkę. Kiedyś sądził, że niezniszczalność tego lustra, to taki dar za to, że odważył się objąć urząd Szatana, dziś wiedział, że to przekleństwo, cholerne przekleństwo, które dręczyło go każdego dnia. Przejrzał się, spojrzał w swoją młodzieńczą twarz, jego obawy się potwierdziły. Nie mógł, to niemożliwe, by był tak młody, a więc, jedynym logicznym wytłumaczeniem jest…
Odrzućcie logikę, realizm, pojęcia snu i jawy, odrzućcie to, co było niegdyś niezaprzeczalną prawdą, jesteście nowym pokoleniem, pokoleniem, które będzie panować, jesteście Nadzorcami, władacie morderczymi obozami pracy, bez których ten świat przestanie istnieć, będziecie każdego dnia wystawiani na próby przez miłość, współczucie, litość, szaleństwo i wiele innych uczuć, więc przyjmijcie, szeroko wpierw rozłożywszy ramiona, surrealizm, szaleństwo, nienormalność i wariactwo. Tylko to pozwoli wam przetrwać tylko i tylko to. W każdym innym przypadku padniecie, a wasze miejsce zajmą następni.
…, że nadal przebywa w Klinice Ostatecznego Cierpienia! A może nigdy nie było tej kliniki? Może nadal jest poddawany chorym testom w Szpitalu Niekonwencjonalnym, ile mogło minąć czasu? Gdy liczył czas w klinice, przykuty do krzesła w kącie, wydawało mu się, że mijają dni, a mijały minuty…, ale przecież skoro nie było kliniki, to… Paranoja. Uderzył głową mocno w ścianę, raz, drugi, trzeci, czwarty, polała się krew, strużka krwi, krwawi… To nielogiczne! Niemożliwe! Już dawno stracił krew, stracił ją wraz z życiem, przecież umarł, gdy go zastrzelili żołnierze Gigameshtu, ale zaraz… skoro nie żyje, jak może tu być, skoro nie żyje, nie było Szpitalu cały czas leży na Łożu…, ale Łoża niema, skoro nie żyje, nigdy nie było Łoża! Nigdy!!! W takim razie skąd wie, że zabili go żołnierze Gigameshtu? Czy był kiedykolwiek Gigamesht? Czy on istnieje?
Padł na kolana. Paranoja. Zaczął bić głową w białą ścianę, ochlapując ją krwią, kolejne krople krwi, straszliwy ból, rana piecze. Wstał i rzucił się w akcie desperacji na wielką szybę, za którą cierpiały miliony, które nie istnieją, uderzył w szybę, a ona nie pękła, nie pozwoliła mu odejść, została na niej tylko czerwona plama. Uderzył po raz kolejny, i jeszcze raz, i jeszcze raz.
Rozejrzał się rozbieganymi oczami, patrzył zezem we wszystkie strony naraz, myśląc gorączkoo, jedno słowo w jego umyśle się kołatało: butelki, butelki, gdzie są butelki?! Barek…
Wbił sobie kawałek szkła w brzuch i pociągnął w poprzek, rozcinając skórę i odsłaniając mięśnie. Wsypał sobie do ust drobne, zgniecione okruchy szkła i zaczął je gryźć, połykać, drażniły i cięły jego gardło, krtań, krew napłynęła do ust, wylał się jej nadmiar, nadmiar krwi, której niema. Kolejne szkło wbiło się w jego mięśnie, kolejne, kolejne, kolejne… odbiło się. Spojrzał na swój pokrwawiony brzuch, tam był metal, czarny metal Nadzorcy. Siadł w kącie, stulony, przyjmując pozycje embrionalną, zaczął płakać i śmiać się jak szaleniec jednocześnie.
Żegnali go, machali śmiejąc się parszywie, drwiąc z niego, wszyscy, których tak nienawidził. Bezgłowy Koszmar podrygując swoim korpusem, Dziecko Nocy machając swoją zgniłą rączką, Przeszłość podnosząc do góry kikut swej ręki, gdzieś tam czaił się też Ból, patrząc na niego, próbując go nadal unicestwić, nie zaprzestając swoich prób zniszczenia go raz na zawsze. Jego jedyny cel.
Nie wystarczyło mu to, że ciągnęli go po ziemi żołnierze Gigameshtu, że szedł na wieczne cierpienia do kotła, chciał go jeszcze zabić, by dołączył do swych rodziców. A on już nie żył, nie żył od czasu, gdy zamordowali jego rodzinę. Oddał się Rozpaczy.
Część Druga Aktu Drugiego Naukami Gigameshtu nazywaną.
List św. Lucjusza Deprawencjusza do Dzieci o skłonnościach dobrotliwych i rodziców tychże o pacyfistycznych nastawieniach światopoglądowo pokojowych.
Drodzy bracia i siostry, a także wy droga dziatwo, zmuszony jestem oznajmić wam, jakże radosny dla mnie, wyrok wydany przez nieomylny
Gigamesht. Otóż, zostaliście skierowani na nieodmawialną resocjalizację poglądową na świat was otaczający i wszystko, co po za nim. Wstrzymując, więc mój potok słowolejstwa zaczynam, zaszczycony tym przywilejem przez mego prefekta, Jon-asa Mściciela, resocjalizację waszych przestarzałych, jakże już zużytych i pordzewiałych, przyjmując porównawczą tezę z maszyną i metalem z których ta jest wykonana, poglądów światopoglądowych i nie
tylko. Więc, drodzy bracia i siostry, rozpoczynam naukę w umiłowanym duchu
Gigameshtu.
Rozprawę tą zacznę, od rozpatrzenia waszych postaw życiowych, dziatwę tu z lekka pominę, (choć nie umniejszy to jej roli w naszym wielkim świecie, ani teraz, ani wcześniej, ani później), by wskazać błędy, luki, części pordzewiałe w tymże poglądzie rozpatrywanym. Więc, do sedna sprawy przechodzą, zajmijmy się podstawą całościową pacyfistycznych działań z ich skutkami i wątpliwościami wszelakimi.
Primo, pacyfizm wedle przekonań waszych jest ściśle i nierozłącznie związany z pokojem, a co mnie jeszcze bardziej gorszy i przeraża, z dobrem i szczęściem, a jest to według was powiązanie nierozwiązalne i nierozłączalne, dwubiegunowo, gdyż jedno bez drugiego istnieć nie może. Nie zamierzam się tu rozpisywać nad problematyką dobra, zła, szczęścia, orgii, miłości i Wagi, jeżeli byście tego dowiedzieć się chcieli, musicie wstąpić na pułap rozwoju poglądowego wyżej, niż jesteście teraz, by ogarnąć całość tych spraw jak ja, a nie, jak wy, patrzeć na nie z boku, (nie zamierzając was obrazić, mogę rzec, że patrzycie nawet z dołu widząc jedynie niejasny fundament!) i nie rozumieć. Wracając do sprawy pacyfistycznej, otóż, pacyfizm jest zależny od pokoju, lecz nie na odwrót! Pokój jest niezależny względem pacyfizmu i może istnieć bez niego, a pacyfizm nie może. Dlatego też, gdy wojna wybucha, pacyfizm znika, lecz myśl o pokoju nie! Wiem, wiem, wy się z tą myślą zgodzić nie możecie, to wbrew waszym moralnym i umoralniającymi zasadom jest, jednak ja wołam, „Opamiętajcie się!”, to, co wy myślicie i to, co wam podpowiada byt pacyfizmem się do niecnych swych zachcianek posługujący, nie musi być prawdą!
Zostawmy jednak ten nieszczęsny byt i wródźmy się do sedna myśli pacyfistycznej. Sądzicie, że jeśli będziecie pacyfistami, na świecie będzie lepiej, bezpiecznej, milej, będzie więcej miłości, mniej zła i zachłanności. Otóż: nie. Wybaczcie mi, jeśli za mądrze przemawiam do was, zacznę, więc od początku łopatologicznie sprawę wam wyjaśniając, w skrócie znacznym i nie oddającym sprawy całościowo wszystko streszczę i przedstawię.
Po pierwsze, pacyfizm z pokojem nie jest złączony nierozwiązalnie i dwu kierunkowo. Otóż, można rozdzielić pokój i pacyfizm, wtedy pokój przetrwa, a pacyfizm zniknie. Idąc tropem tym dalej, pacyfizm nic nie daje pokojowi i jest jak pasożyt, który sączy soki życiowe ze swego dobrego żywiciela. Pacyfizm przynosi ujmę pokojowi i to przez jego działania pokój zamienia się (nie w przeciwstawność, proszę zauważcie, lecz rozwinięcie pożądania pokoju) wojnę.
To jest wytłumaczenie podstawy pacyfizmu, idźmy, więc dalej tą drogą logiki, realizmu i realności, przejdźmy do szczęścia, które według wielu z was, pacyfistów, jest związane właśnie z waszym ideologicznym pacyfizmem. Usłuchajcie mnie tedy, każdy człowiek ma w sobie wszystko, co jest we Wszechświecie, gdyż wszechświat powstał z pyłu kosmicznego, a wszystko prócz człowieka i wraz z nim powstało z tegoż właśnie pyłu, co udowodnili Akolici Nauki. Tak, więc człowiek ma w sobie dobro, szczęście, smutek, pokój i to tylko od niego zależy, z czego będzie korzystał i co jak uformuje. Wy, drodzy bracia i siostry, wykorzystaliście materiał pokoju do uformowania go w pacyfizm, idąc ku szczęściu okrężną drogą, miast prosto w niego uderzyć najkrótszą drogą..
Zapewne powiecie: „To nieprawda! Dobro to nie zło, zło prowadzi do smutku i bólu, a dobro do szczęścia i miłości”. Na słowa takie muszę się obruszyć, jest to, bowiem wierutne kłamstwo i zobowiązany jestem w duchu braterskiej miłości do was wyprowadzić was z tego błędu, w tym celu posłużę się odnalezioną w Nicości przez Giganara Meshtora Wagą. Tak właśnie, Waga wszystko potwierdza, otóż, gdy ją odnalazł wybawiciel wszystkiego, Meshtor, waga nie miała prawie żadnego ciężaru na Lewej Szalce Wszechświata, nazwaną później przez nieprzychylnych Giganarowi stroną wszelkiego zła. Otóż, Prawa Szalka Wszechświata, prawie zerwała się przed swym ciężarem, a świat cały był wówczas w okresie orgii, rui, szczęścia i narkotycznego odlotu, budzący się niekiedy i patrząc z przerażeniem, że świat dogorywa i niedługo ulegnie ostatecznej zakładzie, choć nie było już prawie nieszczęścia, a było to spowodowane, i nadal jest!, przez szczęście bez równowagi nieszczęścia. Otóż, bezgraniczne szczęście oznaczało koniec trwania, bo szczęście to śmierć, dlatego wszystko jest jednym, to, co powoduje ból sprawia jednocześnie innym szczęście, a to, co jest przyjemne, sprawia śmierć. Dlatego też, moi bracia, wszystko jest tym samym, a my teraz dążymy by zagwarantować wam trwanie i zerwanie się Lewej Szalki Wszechświata. Więc, bracia i siostry, a także wy dziatwo, odrzućcie swoje złe przekonania i poglądy i przyłączcie się do wspaniałego
Gigameshtu!
Lucjusz Deprawencjusz
List jego świątobliwości Lucjusza Deprawecjusza, namiestnikiem i wykonawcą nawracania i resocjalizacji poglądowej mianowany przez jej świętość Ankarę Śmierć do dzieci zresocjalizowanych poglądowo i ich rodziców o byłych skłonnościach pokojowo-pacyfistycznych, dziś zaś bojowych.
Moi drodzy mordercy i krwiożercy, a także wy dziatwo mordu, chcę wam pogratulować tej długiej i pełnej śmierci drogi, którą przebyliście! Wiem, wiem, nie chcecie litości, miłości, nie chcecie innych uczuć prócz bólu, śmierci i rozpaczy własnej i innych, by się przysłużyć Gigameshtowi i ludzkości, ale to będzie ostatnia zła rzecz, jaką światu wyrządzicie przez me pismo, więc nasyćcie się nią i poczujcie ten ból, poczujcie tą żądze!
Wybaczcie mi, drodzy mordercy i krwiożercy, ale teraz muszę się zwrócić do dziatwy mordu, a więc małe dziatki, słuchajcie mnie w chwili tej uważnie, pokażcie swe kły kolegą i koleżanką, bowiem już jutro użyjecie tych narzędzi mordu by przysłużyć się Gigameshtowi i ludzkości! Dziatwo kocha, nadszedł czas mordu, wasz czas, posmakujecie znów krwi niewinnych i smacznego mięska ludzkiego!
Wy też mnie dorośli mordercy i krwiożercy słuchajcie, nie zaleje was, mam takową przynajmniej nadzieję, potok mojego słowolejstwa, a przytłoczywszy, nie zanudzi was śmiertelnie, więc, by tak uczynić jak mówię, przejdę do rzeczy. Wasze
dzieciaczki, niedługo zaczną swoją dorosłość, wraz z pierwszym wrzuceniem śmierci na Lewą Szalkę Wszechświata, a wy zaczniecie służbę w wojsku Gigameshtu, jako Czarne Mundury, już dziś jednak posmakujecie krwi i mięsa, albowiem przesyłam wam w serdecznym prezencie krew jeńców i ich ciała. Smacznego.
Lucjusz Deprawencjusz
List jego świątobliwości Lucjusza Deprawecjusza, namiestnikiem i wykonawcą nawracania i resocjalizacji poglądowej mianowany przez jej świętość Ankarę Śmierć do dzieci fałszywymi obietnicami przy kłamstwach utrzymywanych i rodziców wątpliwych poglądowo.
Moi drodzy bracia i siostry, nie będę długo pisał, powiem po prostu, przyjmijcie chrzest ognia, krwi i śmierci, przejdźcie przez niego, tylko tak będziecie wstanie zrozumieć, co wam mówię. Proszę oto was ja sam osobiście w imię dobra, bowiem jeśli wy zadacie śmierć, przysłuży się to bardzie absolutowi i sprawie naszej, będącej w interesie waszej niż wasza śmierć. Nawróćcie się, bo będziemy zmuszeni zbawić was gazem. Błagam.
Lucjusz Deprawencjusz
Notatka dla Ankry Śmierci w sprawie:
Postępu resocjalizacji poglądowej.
Ogółem:
Poddanych dzieci resocjalizacji – 217 530 622 761
Zresocjalizowanych poglądowo dzieci – 209 211 020 910
Wstąpiło do armii – 208 000 211 109
Czarnymi mundurami zostało – 176 291 003 634
Dziećmi chaosu zostało - 031 708 206 575
Złożyło się w ofierze - 001 211 209 800
Zostało świętymi – 000 000 000 001
Pozostało wątpliwymi poglądowo – 005 111 932 001
Poddano dalszej resocjalizacji poglądowej - 005 111 932 001
Zaniechano dalszej resocjalizacji poglądowej – 000 000 000 000
Poglądy odrzuciło bezwzględnie - 003 207 669 850
Zabito – 001 056 981 999
Wysłano do Kliniki Ostatecznego Cierpienia - 002 150 687 851
Poddanych dorosłych resocjalizacji – 983 876 231 032
Zresocjalizowanych poglądowo dorosłych – 876 993 023 911
Wstąpiło do armii – 876 993 023 000
Czarnymi mundurami zostało – 876 987 211 952
Oficerami armii zostało - 000 005 811 048
Złożyło się w ofierze – 000 000 000 001
Zostało świętymi – 000 000 000 910
Pozostało wątpliwymi poglądowo – 003 000 000 119
Poddano dalszej resocjalizacji – 003 000 000 117
Zaniechano dalszej resocjalizacji poglądowej – 000 000 000 002
Poglądy odrzuciło bezwzględnie - 103 883 207 002
Zabito – 057 936 837 837
Wysłano do Kliniki Ostatecznego Cierpienia - 045 946 369 165
Po udanej resocjalizacji poglądy znów odrzuciło – 000 000 000 017
Podpisano:
Sekretarz resocjalizacyjny
Ankra Śmierć, córka Iwana (przydomek Ból), do św. Lucjusza Deprawencjusza w sprawie kłopotów resocjalizacyjnych.
Lucjuszu, odbieram ci tytuł jego świątobliwości, namiestnika i wykonawcy resocjalizacji, z powodu odrzucenia poglądu Gigameshtu przez 17 osób już poglądowo zresocjalizowanych, następne takie błędy będą karane odebraniem świętości i złożeniem w ofierze.
Ankra Śmierć
List anonimowego żołnierza Czarnego Munduru do matki.
Droga Matko moja, jestem szczęśliwy i pełen dumy z Ciebie, że wysłałaś mnie na tą wojnę, żeby przysłużyć się Gigameshtowi i ludzkości. Wiesz, wczoraj odwiedziła nas nawet Ankra, w sprawie tego oficera, który zarządził rzeź Nemezis, tej myślącej planety, wiesz Mamo, opowiadałem ci o niej. Jednak ku tematowi swe oczy zwracając jak mawia
Deprawencjusz, było ona po prostu piękna, taka zimna, chłodna, ale jej usta…, takie gorące i rozpalone…
Wczoraj byłem na Ikrze, piękna, niezwykła planeta, pełna cudownych, różnokolorowych roślin, zwierząt, ptaków i największych w całym wszechświecie owadów. Jej zróżnicowanie zadziwiłoby nawet Ciebie, mieszkankę Bessy, tego betonowego raju, a najbardziej zauroczyłoby cię zapewne, to jedyne w swoim rodzaju słońce, rzucające zielonkawe promienie na fioletowo-różową wodę. Przepiękne miejsce.
Wszystko spaliliśmy, bez żalu i litości, była to przecież terraformowana planeta, a my oczyszczaliśmy ją. Zostawiliśmy ją płonącą, czerwoną, martwą, doskonałą. Taką, jaką była u zarania dziejów, nieskażoną. Była to już moja osiemnasta planeta, po Lewei, Malunie, Wooruinie, Nemezis, Jodienie, Juxelie, Blichtrcie (tej planecie o fioletowej trawie, co ją opuściliśmy by mógł ją zebrać trzeci Szwadron), Onierze, Tutudesie, Kaliorze, Ionie, Padari, Gunannie, Gulanie, Azuxie, Xeroxadie, Lotynie i Yupie.
Jutro, kochana mamusiu, odwiedzę Gehennę, drugą tak zaludnioną planetę pod kontrolą Gigameshtu, bardzo się z tego powodu cieszę.
Całują Twą piękną szyję
Syn
Białe ściany, wszędzie białe…
Pierwszy dzień obserwacji:
00.00 Obiekt siedzi spokojnie, rozgląda się, wydaje się być zdziwiony, oczy szeroko otwarte.
00.13 Obiekt wstaje z podłogi, powoli.
00.15 Obiekt podchodzi do ściany nr 2 niezbyt zdecydowanym krokiem, wydaje się nad czymś myśleć, dotyka ściany, przygląda się jej uważnie, dociera do niego, że jest nagi, siada pod ścianą i przyjmuje pozycję embrionalną.
00.16 Obiekt wstaje, mówi coś do siebie samego, dołączam nagranie do dokumentacji*, podchodzi do ściany i uderza w nią pięścią. Uderza po raz kolejny tym razem prawą. Spogląda na swoją rękę i znów uderza. Ręka czerwienieje, obiekt siada z powrotem przyjmując pozycje embrionalną.
00.21 Obiekt kładzie się i zasypia.
00.47 Obiekt mruczy coś przez sen**, budzi się po chwili. Zaczyna się pocić, wstaje, odmierza krokami długość ściany nr 2, następnie nr 1, nr 4 i nr 3. Spogląda na sufit. Mówi coś do siebie***, uderza kilka razy w podłogę pięściami, a następnie przylega plecami do ściany. Spływa po nim pot, zasypia.
04.59 Obiekt budzi się, jest niespokojny, poci się obficie, wącha się, wydaje się, że uważa, że śmierdzi. Spogląda na swoje paznokcie. Zaznaczam, że są według przepisów dokładnie obcięte. Próbuje nimi zarysować ścianę, nie udaje mu się, uderza głową w ścianę nr 3, uderza barkiem w ścianę nr 1, panikuje. Krzyczy. Krzyczy. Przestał krzyczeć. Uderza twarzą w ścianę nr 1. Łamie sobie nos, upada na podłogę. Dotyka nos ramieniem, patrzy na swoje ramię. Zaczyna się śmiać. Wydaję się, że widzi krew na swoim ramieniu. Krwi nie ma.
05.39 Obiekt przestaje się śmiać i tarzać po podłodze, kładzie się na brzuchu i próbuje zasnąć.
06.01 Obiekt zamyka oczy. Oddech nierównomierny, stabilizujący się powoli, prawdopodobnie udaje, że śpi.
06.12 Obiekt otwiera lekko lewe oko i odwraca się jakby od niechcenia na plecy.
06.37 Obiekt z całą pewnością usnął.
12.05 Obiekt budzi się i wstaje. Rozgląda się, jakby nie wiedział gdzie jest, po chwili trzeźwieje. Wstaje, rozgląda się nerwowo, jakby był… zdenerwowany, roztrzęsiony? Trudno ustalić. Podchodzi do kąta ścian nr 2 i nr 3 i tam wydala mocz. Odchodzi do przeciwległego kąta i siada w nim. Dotyka swój nos i patrzy na paznokcie, zaznaczam, że urosły. Próbuje zarysować ścianę. Nie udaje mu się. Wciąga powietrze nosem. Wydaje się być zdegustowany, wyraża to grymasem swojej twarzy.
12.12 Obiekt spogląda na sufit, cofa się nagle pod ścianę, poci.
12.15 Obiekt wstaje i krzyczy histerycznym głosem, otrzepuje swoje ciało z wyimaginowanych obiektów, zaczyna płakać, drapie się po ramionach, objawy schizofrenicznie ujawniają się szybciej niż zazwyczaj.
12.17 Obiekt odrapał skórę z mięśni, drapie się dalej.
12.52 Obiekt przestaje się drapać, kładzie się i zasypia. Jęczy przez sen.
18.02 Obiekt budzi się i od razu dopada ściany nr 1 i zaczyna ją drapać. Udaje mu się ją lekko zarysować, cieszy się. Zaczyna coś pisać swoimi paznokciami. Przestał pisać, uderza twarzą o ścianę. Pluje śliną zmieszaną z krwią na ścianę, nie wiadomo, co tam pisze.
18.07 Obiekt wyraźnie ucieszony idzie spać.
00.00 Obiekt nadal śpi, kończy się dzień pierwszy obserwacji, zalecam podanie normalizatora.
*Cholera, znowu…
**Gigamesht, matko…, przekroczyłem?
***Komora, sześcian, cztery metry na cztery…
Schwytali mnie, schwytali i zamknęli w tej puszce, tej białej konserwie, czuję ich!!! Czuje ich obecność, a co najgorsze, zaczynam wariować, wczoraj widziałem swojego ojca, wiszącego do góry nogami, pod sufitem i szczerzącego do mnie swoje zęby. Musze, musze trzymać fason, mocno, nie mogę zwariować, nie mogę stracić poczucia czasu! Od teraz będę liczył czas okresami snu. To da mi jakieś pojecie ile tu jestem, przecież nie mogę spać pięć minut. I dlaczego nic do tej pory nie jadłem, a mimo to nie czuję głodu?! Sen 0.
Zapomniałem wspomnieć, że niedawno odwiedziły mnie czarne mundury armii Gigameshtu, ich twarzy były okropne, jakby ktoś je podpalił. Rzucili na mnie jakieś robaki. Gryzły. Sen 17.
Dochodzę do wniosku, ze ci żołnierze i robaki to tylko moje urojenia. Robaki nadal gryzą, mogę się mylić. Sen 17.
Białe ściany, wszędzie białe ściany. Otaczają mnie ze wszystkich stron, pożerają. Chce, chce by mi pomogli, ktokolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek, czymkolwiek, byleby pomogli, byleby pomogło. Chce, chce pomocy. Na pomoc!!!
Przeżyłem histerie, zapomniałem napisać czas. Sen 37.
Może to piekło? Idę się zabić. Sen 89.
Rozejrzał się, wszędzie były tylko te pierdolone białe ściany, tylko biel i biel… Chciał wstać, lecz coś go trzymało, jakby, jakby był na Łożu! Zaczął wrzeszczeć, krzyczeć, nie, niemożliwe, niemożliwe by był znów na Łożu, by znów był do niego przymocowany!
Szarpnął, pasy przytrzymały jego rękę, znów szarpnął, a one nadal trzymały…, zaraz, to nie Łoże, tam nie trzymały go pasy, tam trzymały go macki i szczypce, organiczne macki żyjącej istoty. Odetchnął z ulgą.
A więc gdzie jest? W Klinice, Szpitalu, może jeszcze gdzieś indziej? Opuścił Miasto Bólu, czy nadal w nim jest, a może jest na orbicie planety? Rozejrzał się, leżał na łóżku, otaczały go białe ściany bez okien i dekoracji, nie widział drzwi.
- Słyszy mnie ktoś?! To ja, mam status nadzorcy i żądam natychmiastowej odpowiedzi! – Krzyknął w pustkę. Odpowiedział mu głos ze ścian, prawdopodobnie były tam ukryte głośniki, choć może te ściany mówiły?
- Cieszę się, że się pan obudził. Proszę się nie martwić, przeżył pan szok spowodowany pęknięciem osłony Pazura Beli-ara i przedostaniem się mocy o wartości czterech jednostek ega do budynku i sześciu jednostek cykuty, miał pan halucynacje, bredził pan.
- Co mówiłem?
Do strażników Porządku Przetrwania, którzy pana zabierali wykrzykiwał pan obelgi, nazywał pan ich Czarnymi Mundurami, twierdził pan, że żegnają pana demony. Mówił pan też, że Gigamesht zwyciężył. Lekarze zalecili mi zapytać się pana zaraz po obudzeniu właśnie o to zdanie. O co panu chodziło, że Gigamesht zwyciężył? – Przez jego umysł przefrunęło kilka lekko zaledwie powiązanych ze sobą i z nim myśli. Lekarze, jacy lekarze? Kto mógł chcieć odpowiedzi na to pytanie? Główny Nadzorca? Marszałek Ładu? Cesarzowa, Imperatorowa, Królowa? Obserwator? Jaka odpowiedź ma paść z jego ust? „Chodziło mi oto, że żołnierze mnie zabierali, ja myślałem, że to Czarne Mundury i że Gigamesht mnie pokonał i zaraz zginę”? Taka odpowiedź? A może: „ bredziłem, pani rozumie?” Nie, może coś w tym stylu: „Gigamesht nie był ideą, to była osoba/siła, ona nadal rządzi tym światem”?
- Bredziłem, sama pani tak powiedziała.
- Dobrze, przekaże pańską odpowiedź lekarzą, chce się pan o coś jeszcze spytać? – Zaraz, to nie jest zwykła procedura, ona zapytać się wpierw o jego samopoczucie, czyżby obawiano się Gigameshtu?
- Tak, czy przekroczyłem próg, wie pani, czy przekroczyłem normę ustanowioną przez Beli-ara?
- Zgadza się, przekroczył ją pan o dwie godziny i czternaście minut. Przekroczył pan też ilość zebranych jednostek cykuty, o sto dwadzieścia cztery jednostki, przekroczył pan ilość jednostek cykuty zebranych w jeden dzień, o trzydzieści sześć. Nie opuścił pan tylko Miasta jako pierwszy o własnych siłach, ale za to jest pan jako pierwszy żywy i w miarę zdrowy psychicznie. – Pierwsze pytanie, jakie mu się rzuciło po tej wypowiedzi: „co to znaczy w miarę zdrowy psychicznie”? Jego następne pytanie było jednak inne.
- Ile czasu już tu leżę?
- Trzydzieści cztery dni, cały miesiąc.
- Kiedy stąd wyjdę?
- Potrzebne jest potwierdzenie Funduszu, sądzę jednak, że wyjdzie pan za dwie, trzy godziny.
- Czy przyjęto moją prośbę o przeniesienie?
- Tak. Zostanie pan przeniesiony na czas trzech cykli do Autarkii, muszę przyznać, że panu zazdroszczę, zawsze chciałam odwiedzić planetę Stalowych Ptaków. – Czy to człowiek, czy nawiązujący w miarę normalną rozmowę komputer?
- Ile zostało czasu do utracenia przeze mnie statusu nadzorcy?
- Dwa tysiące siedemset dwanaście lat, wg miary Centrum.
- Ile zostało czasu do mojej dematerializacji?
- Został pan obdarzony statusem Constans.
- Rozumiem, czy mogą naruszyć Constans sam, dobrowolnie i w pełni świadomie?
- Nie. Zostanie pan niezmienny, Constans może zmienić jedynie Kapłan Starego Porządku, a odebrać status jedynie wszechświat.
- Rozumiem – powiedział spokojnie, choć wezbrały w nim emocje, Kapłan Starego Porządku już dawno temu został zdematerializowany, a odebranie statusu Constans przez wszechświat było możliwe tylko wtedy, gdy ten sam się zapadnie wypełniwszy pustkę lub zostanie zniszczona Waga. Zostanie przez wieki takim, jakim jest teraz. Status Constans.
- Nie mam więcej pytań.
- Postaramy się o jak najszybsze zwolnienie pana z Lecznicy.
- A przepraszam, na jakiej…, to znaczy gdzie ja jestem?
- Znajduje się pan na Arkadii Zdrowia w Lecznicy Niemożliwości.
- Dziękuję. – Czyżby był, aż tak stuknięty, a może to jakaś premia? Rozejrzał się, te ściany… pasy w jednej chwili puściły.
- Fundusz potwierdził możliwość pańskiego wypuszczenia, jest pan wolny. Chce pan pozwiedzać Arkadię Zdrowia czy mamy pana przetransportować od razu na Autarkię? – Odezwał się głos z głośników, przerywając jego rozmyślania.
- Chciałbym zobaczyć Puszcze Roślin, nim opuszczę tą planetę.
- Dobrze, zostanie pan uśpiony i przetransportowany natychmiast do Puszczy, dziękuję za skorzystanie z usług Lecznicy Niemożliwości. – Głos zamilkł i nie dając mu czasu na sprzeciw, został uśpiony dźwiękiem, którego nawet nie usłyszał.
- Gdzie byłeś synu, jak cię nie było? – Ozwała się do niego matka.
- Tam, gdzie mnie było? – Odparł pytaniem.
- Tatuś czeka w kuchni, jest głodny, co mu dziś damy na obiad? – Spytała matka.
- Nóżkę – zawołał z entuzjazmem.
- Dobrze, gdy zje nóżkę, poprowadzi nas synku!
- Gdzie kochana mamusi?
- Do żywych kotku, pokażemy im prawdziwe oblicze piekła – na zgniłej twarzy matki pojawił się uśmiech.
Zbudził się ubrany w czarny kombinezon wśród drzew, wciągnął powietrze. Trzydzieści cztery procent tlenu w atmosferze, jak nic był w Puszczy Roślin. Wstał z ciemno zielonej, wyglądającej na soczystą, trawy i rozejrzał się. Naturalność biła z każdego zakątka tego miejsca, nie było tu zwierząt, nie było owadów, były tylko rośliny i on naprzeciwko nich. Wyszczerzył się i zaczął się śmieć, był pierwszy raz w życiu szczęśliwy, okazał swoje emocje, co oczywiście zabraniała Konwencja Homeostazy wydanej w Centrum wszechświata na Osi, na planecie Nowy Aksjomat, ale tu nie jest Aksjomat! Podskoczył i uderzył czarnymi butami o ciemno-niebieską wodę, zaczął dotykać lekko wielkie liście jednego z ogromnych drzew, śmiał się i cieszył tą chwilą, gdy odpłynęły troski, a on, choćby tylko pozornie, wrócił na naturę. Rzucił się brzuchem na trawę i wciągnął powietrze. Uderzył go zapach gumy, dziwne, powąchał trawę.
Zaśmiał się, gorzko i z wyrzutem, to nie była naturalność, to tylko mniejsza sztuczność niż w reszcie świata. Wstał i rozejrzał się, zapamiętując tą ciemno-niebieską wodę i ciemno-zieloną trawę. Wszystko sztuczne, rośliny, woda, nic nie powstało bez ludzkiej ingerencji, każdy Nadzorca to wie, przecież po Gigameshcie nie zostało prawie żadne życie, Gigamesht zatracił swój pierwotny charakter wraz ze śmiercią…, czego, kogo? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć.
- Zabierzcie mnie stąd, czym prędzej, choćby do Autarkii. – Jego szept został dosłyszany i już po chwili, wstanie błogiego snu, podróżował pomiędzy gwiazdami i światami z pomocą trox’u.
- Synku, dlaczego uciekasz przed mamusią?
- Nie uciekam mamusiu, po prostu muszę siusiu.
- Synku, dlaczego nie dałeś tacie nóżki?
- Dam ją mamusiu, kiedyś dam.
- Synku, dlaczego przeżyłeś?
- Mamo, wybacz! – Łzy popłynęły z jego pustych oczodołów.
- Synku, to ja cię uratowałam, tak mi odpłacasz za moje poświęcenie?
- Ależ mamo! Ja ci dziękuję, że to tata cię zjadł, nie mnie i że dał mi trochę twojej nogi, ale co ja mam zrobić?
- Nie o tym mówię synku, to ja cię ochroniłam przed demonami Miasta Bólu, to dzięki mnie nie stałeś się demonem. Nie stałeś się Ludożerką!
- Dziękuję mamusiu, a więc kiedy mam dać tatusiowi nóżkę?
- Natychmiast, zbudź się i złóż ją na ołtarzu Pradawnego Boga, złóż swoją bluźnierczą ofiarę, a nastąpi Pochód Martwych!
- Drugi Gigamesht?
- Nie, Pochód Martwych według słów twojego wujka ma poprzedzić Gigamesht.
- A kim jest mój wujaszek?
- Profetą.
- A co to znaczy?
- Nie wiem, ale ładnie brzmi.
Zbudził się, okrążał w czarnym kombinezonie jakąś dziwną planetę, bez zastanowienia zapikował w dół, przebył atmosferę, rdzawe chmury i uderzył swymi czarnymi butami o piaszczystą ziemię z gracją lądując, rozejrzał się. Otaczały go gruzy, szary pył, który uniósł się wraz z uderzeniem jego butów o ziemię i żelazne, zardzewiałe konstrukcje, zwyczajny, niczym nie wyróżniający się zniszczony świat. Świat niegdyś zamieszkały przez ludzi, dziś martwy, jak setki innych światów nawiedzonych pod koniec Gigameshtu, gdy nie udawało się już doszczętnie niszczyć planet.
Przedarł się przez kolejne zwały gruzu i ujrzał to, co chciał, kamienny, lekko zniszczony budynek z wielkimi, nadpalonymi drzwiami, na których było coś napisane i jakiś znak był wymalowany, coś w rodzaju gwiazdy Gigameshtu.
Otworzył drzwi i ruszył przed siebie, stąpając po złoto-czerwonym dywanie, po obu jego stronach było mnóstwo ławek z klęcznikami, wszystkie miejsca zajmowały szkielety, unoszące jakby w ostatnim geście błagania ręce do góry lub ze spuszczonymi głowami, niczym prosząc o przebaczenie. Ci ludzie musieli tu szukać ratunku, ratunku w domu Pradawnego Boga.
Wyminął ołtarz, siadł na czerwonym dywanie, złapał mocno swoją nogę i rzekł:
- Pradawny Boże, matko, ojcze i ty zwierzchniku wszystkich martwych istot, odsuńcie ode mnie przekleństwo Statusu Konstant, bym mógł dać zjeść swoją nogę ojcu i spłacić dług zaciągnięty u mej matki. – Spojrzał na krzyż, nagi mężczyzna do niego przybity wydawał się cierpieć, dziwny ten Bóg, tak się dać.
Wyrwał sobie nogę, a w chwili tej otworzył bramę światów, naruszył nietrwałą równowagę Wagi, obudził Uśpionych, a z bram światów poczęli wychodzić ludzie, jego matka o zgniłej twarzy i ojciec z nogą w plecach, a po nich wyszli następni i patrzyli na jego czarny mundur, był mesjaszem śmierci, zapowiedział zbawienną śmierć… jak ten Bóg na krzyżu.
Dawno zlekceważone istoty
- Udało nam się, rozpoczęło się. – Odezwał się demon, a jego imię brzmiało Kain.
- Lucyfer się ucieszy, musimy tylko wcielić do Sephadu Czarnego, a wszystko pójdzie bez problemu i Prawa Szalka Wszechświata zostanie zdematerializowana. – Powiedział spokojnie Beli-ar.
- Spokojnie chłopcy, wszystko zaczęło się na Ziemi i wszystko się tam skończy, dobrze o tym wiecie. – Odezwało się Dziecko Nocy.
- Żeby tylko nie stało się to, co po pierwszy Gigameshcie. – Szepnął Beli-ar.
- Albo godzinie Zero – mruknął Kain.
- Chłopcy, Czarny już o to zadba, przypatrzcie się lepiej tej wojnie, moja rodzinka już opuściła Miasto Bólu by nie wiązać Opętanych, skumulowana tam moc powinna zniszczyć armie Archanioła Gabriela i Archanioła Michała. – Uspokoiło Dziecko Nocy.
- Jezusem ja się zajmę – odezwał się z chłodnym uśmiechem Szatan Piekła.
A na Ziemi powstawały nowe oddziały, Gabriel wyruszył ze swoją armią, Michał ruszył z armią odwodową, Królowa rozpoczęła czystkę na swoim dworze. Imperatorowa rozpoczęła swoją prywatną wojnę z Cesarzową, powołano nowego Kapłana Starego Porządku, Porządek Przetrwania zaczął upadać, Waga zaczęła drżeć, zaczęły się nowe czasy.
Czasy przygotowań do ostatecznego unicestwienia.
Blac Foot
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||