
::: M.Bizzare :::
Nakaz Łaski
Bar był pusty, południe słoneczne jak zwykle. Siedział przy jednym ze stołów już od piętnastu minut. Patrzył się na barmana, patrzył wnikliwie, jakby chłonął każdy szczegół, notował w pamięci każdy ruch. Kent był barmanem od wielu, wielu lat na Pograniczu i wiedział, że tak dziwnie zachowujący się goście to pewna śmierć. Dlatego pod ladą czekał już odbezpieczony czterolufowy karabinek plazmowy- najlepsza inwestycja, na jaką stać było biednego barmana z zapadłej wiochy. Spojrzał się jeszcze raz na gościa. Wysoki i chudy, w ciemnym płaszczu, czarnych dżinsach i szarej, niegdyś zapewnię białej koszuli. Dłonie trzymał schowane w za długich rękawach. Na głowie miał kapelusz, z nadgryzionym po prawej przez jakieś zwierze rondem. Twarz miał niemal szkieletowo chudą- przez cienką i jakby papierową skórę można by studiować budowę ludzkiej czaszki. Źrenice miał czarne, a białko lekko żółtawe. Na lewym poliku skórę pokrywało czerwone znamię-oparzenie. Oczy były zimne, twarz jakby bez mimiki. Nagle, zobaczywszy, że barman patrzy się mu w oczy, wstał i usiadł na dużym stołku przy barze. Pot perlił się na czole Kenta. Jednak gość odezwał się tylko, a głos miał cichy i spokojny, jakby bezbarwny.
-Whisky, z lodem.
-Za lód podwójna cena.
-Wiem.
Gdy Kent nalał mu trunek, ten wziął go i pół szklaneczki wypił od razu. Potem znowu się odezwał.
-Jakieś nowe ciekawostki? W barach zawsze coś ciekawego można usłyszeć.
-Nie, to spokojna okolica. Nic ciekawego.
-Pogrzeb w pamięci. To Pogranicze. Musi się coś dziać.
-W sumie słyszałem jedną dość sensacyjna plotkę, ale źródło, nie ujmując staremu O’Malleyowi, nie było w zbyt wiarygodnym stanie... spożycia.
-Mów. Zabaw mnie.
-Mówią, że w okolicy, w Bishop’s Den, widziano znanego przestępcę.
-A kogoż to z ciemnego panteonu tam zobaczono?
-Samego Zephyra.
-Samego Zephyra?
-Tak, to ten wielokrotny morderca, który napadał na karawany z bandą Naświetlonych. To ta banda, w skład której wchodziły tylko mutanty urodzone po tej wielkiej eksplozji reaktora w Semen Stock. Same pieprzone monstra. Ten jest najokrutniejszy i w dodatku szybki jak sam diabeł. Niesamowicie szybki zarówno w biegu jak i w strzelaniu. Podobno pieprzona bestia potrafiła dogonić galopującego konia.
-Ciekawe...
-Bishop’s Den jest tylko dwadzieścia mil pustynnych stąd. Trochę nawet szeryf się boi, że ten sukinsyn, jeśli tam był, może zawitać i tu.
-Niezbyt miło by było, co?
-Nie chciał bym stanąć chujowi na drodze. A pan, co pan robi w tak zapchlonej okol...
Nagle przerwał im odgłos kroków. Wojskowe buty w liczbie dwóch uderzyły o drewnianą podłogę baru. Za plecami nieznajomego, naprzeciwko lady i barmana, stanęło dwóch punków w skórach. Na ramionach mieli insygnia Armii Czaszki, najgroźniejszej bandy w tej okolicy. Jeden, wyższy, trzymał ogromny i starodawny karabin Gatlinga- bez stojaka! Drugi, łysy i obkolczykowany na całej gębie, mierzył w nich dwoma laserowymi wojskowymi gnatami. Ten też odezwał się irytująco wysokim głosem.
-Hej, dupku za barem. Dwie Krwawe Mary i... całą jebaną kasę, jaką masz w tym burdelu.
Drugi zawtórował niskim głosem.
-I nie próbuj numerów typu „obrzyn spod lady”. Marky jest szybki jak wicher, a moje cacko rozpierdala wszystko na swej drodze.
Barman posłusznie zaczął nalewać cenny trunek. Nagle spojrzał na swego klienta i zamarł. Na szkieletowej twarzy wykwitł obleśny uśmiech, a oczy zajarzyły się żółtym światłem.
Po sekundzie było już po wszystkim.
Ani duży, ani mały nie zdążył nawet nacisnąć spustu. Ani ruszyć się. Ani mrugnąć. Obaj dostali po trzy kulki w łeb. Z jednego pistoletu- antycznego sześciostrzałowca. Z jednej ręki. Obcy po prostu odwrócił się i zmiótł ich z powierzchni ziemi.
Wstał, nie odwracając się ponownie ku Kentowi. Stojąc już w drzwiach, odezwał się.
-Powiedz swojemu szeryfowi, żeby już się nie bał. Nie zamierzam zabawić dłużej w waszym mieście.
Wyszedł w słoneczne popołudnie, zostawiając barmana z wyrazem twarzy zaskoczonego idioty. Po pięciu minutach, Kent doszedł do siebie na tyle, by wyszeptać z nabożnym przerażeniem.
-Zephyr...
Noc ustępowała miejsca dniu, a Zephyr stał na wzgórzu przez które biegła droga i patrzył w dolinę gdzieś na końcu pieprzonego świata. Stał w bezruchu, zdjął kapelusz i nocny wiaterek rozwiewał mu rzadkie, ale długie i szare włosy. W ogromnej dolinie, o parę godzin drogi z szczytu wzgórza, było widać nieliczne światełka osady. Jakiś pustynny zwierzak zaskrzeczał nagle gdzieś w oddali, donośnie.
-Nareszcie- wyszeptał niemal niesłyszalnie.
Obok drogi, za Zephyrem, stał stary i podniszczony metalowy znak. Napis z białej farby na nim mówił- „witamy w okolicy Blue Smoke”.
Stanął na środku głównej ulicy małego miasteczka Blue Smoke, pewnego ślicznego ranka. Rozejrzał się, budząc jednocześnie ciekawość zapracowanych i zabieganych mieszkańców. A potem wyjął lewą rękę z rękawa. Był w niej rewolwer. Uśmiechnął się i zaczął strzelać do przypadkowych przechodniów.
Najpierw stara kobiecina z wózkiem. Przyspieszył jej zejście strzałem w serce.
Potem mały chłopczyk w szortach. Jego mózg ozdobił ścianę.
Ładna piętnastolatka. Jędrne, dopiero co rozwinięte piersi. Pocisk rozwalił jej piękny nosek.
Rosły mechanik. Jeden strzał w klejnoty, dla specjalnego efektu, drugi w serce.
Ciężarna blondynka. Pocisk zniszczył płód w jej nabrzmiałym brzuchu.
Dwie sekundy.
Nie przeładowywał. Rzucił broń na ziemię i czekał, aż obezwładnią go. I długo nie czekał. Bili, ale nie linczowali. Zrobili to, co zaplanował.
Siedział w małej celi, bez okna i z porządną, tytanową kratą odgradzającą od korytarza, wytrzaśniętą nie wiadomo skąd. Drwi były zamknięte zamkiem magnetycznym na kartę. Nie było sposobu na ucieczkę, ale on sam się chciał tu dostać. Czekał więc, wpatrzony w czubek swego buta. Z nosa spływała mu na usta i brodę krew. Czekał...
Nagle usłyszał kroki. Zatrzymały się przy jego celi, więc podniósł wzrok.
Stał tam muskularny mężczyzna w białej koszuli i niebieskich dżinsach. Skóra jego była zielonkawa, oczy całkowicie błękitne. Jedna z rąk kończyła się nie dłonią, ale dziwną naroślą, świecącą lekko w półmroku więzienia seledynowo. Na piersi miał odznakę szeryfa.
-Musiałeś mnie znaleźć, Zephyr. To była kwestia czasu. Ale czemu zabiłeś tych Bogu ducha winnych biedaków.
-Żeby cię wkurzyć, Laser Hand Lou.
Mierzyli się spojrzeniami. Zephyr miał wzrok zimny. Lou niemal łzy w oczach.
-Skazali cię na śmierć, wiesz?
-Ej, to chyba normalne. Zabiłem pieprzone dzieci i dziwkę w ciąży.
-Wiemy obaj, że i tak nie dadzą rady cię powiesić, Zeph. Jesteś tu po mnie.
-Chcę pojedynku. Muszę odpłacić ci na równych, uczciwych prawach. Uszanuj to. Gdy robiłeś mi to, nie dałeś mi takiej szansy...
Wstał i zdjął płaszcz. Jego prawa ręka kończyła się na łokciu.
-Wtedy wykorzystałeś moją słabość. Byłem pijany i nie mogłem się bronić, jak inni. Ich zabiłeś we śnie. Mnie nie miałeś siły zabić, byłem zawsze twoim najlepszym kumplem. Swoim pieprzonym laserem z ręki uciąłeś mi prawicę, bym nie mógł strzelać i uciekłeś, póki byłem pijany i w szoku bólu. Zabiłeś swoich przyjaciół za kasę z naszego najlepszego skoku i złamałeś Kodeks, jaki Boss nam ustalił, gnido.
-Nie mogłem tak dalej żyć. A pokusa bogactwa była zbyt silna...
-Zniszczyłeś Naświetlonych. Dziesięć lat. Sześć lat uczyłem się strzelać perfekcyjnie lewą ręką. Miałeś czas się zaszyć. Ale teraz znowu się spotykamy... Zaszyłeś się na samym końcu tego skazanego na śmierć napromieniowanego bagna, jakim jest ta planeta, ale ja cię dopadłem. Jak pieprzony Jezus. Jestem sprawiedliwością, a to twój Sąd Ostateczny.
-Nie wypuszczę cię z celi. Nie będę z tobą walczył. Nie mam szans. Jesteś za szybki.
-To co ze mną zrobisz.
-Stąd nawet ty nie uciekniesz, Zeph.
-A co powiesz swoim rozwścieczonym podopiecznym, Lou?
Chwila ciszy. Lou wzdycha.
-Egzekucja jutro. Przyjdę do ciebie z kolacją.
Odszedł, a bystre oczka Zephyra śledziły każdy jego krok, aż zniknął z pola widzenia.
Zephyr przeżuwał marne kęsy chleba i nasolonego mięsa, jakie przeznaczono na kolacje skazańca. Lou tymczasem zaczął mówić.
-Nie możesz mnie zabić.
-A to czemu?- spytał z pełnymi ustami Zephyr.
-W imię pamięci Bossa.
-I to mówi jego zabójca?
-Chodzi o jego najwyższe prawo. Sedno jego Kodeksu, który wydaje ci się nadal bliski. Jeśli kochałeś Bossa, nie złamiesz go, czyż nie?
-O co ci chodzi, dupku?
-Masz taką słabą pamięć. Cytuje: „Jest jeden Nakaz Łaski wobec Naświetlonego, który zdradził braci. Jedyna możliwość odwołania wyroku. Jest to sytuacja, gdy zdrajcy urodziło się czyste, nie zmutowane dziecko. Bowiem jest to najwyższa wartość dla takich jak my. Jeśli stworzonemu przez ten umierający świat i przezeń odrzuconemu potworowi udało się stworzyć coś niewinnego i czystego, nie wolno tego szczęścia zniszczyć. Nawet jeśli jest on zdrajcą, jego życie musi być oszczędzone.” To mówił nasz przywódca, prawda?
-Ty sukinkocie! Nie masz prawa kalać swoimi wargami słowa Bossa.
-Ale mi urodził się syn. Matt ma pięć latek i jest czysty, rozumiesz? Perfekcyjnie normalny. To cud.
-Ale słowa Bossa cię nie dotyczą! Zabiłeś go i resztę z nas. Masz walczyć, uczciwie, tchórzu!
-Nie wypuszczę cię. Zmieniłem się, a ty nie zniszczysz mego szczęścia i mego odkupienia. Nie jestem już potworem! Całą tą kasę przeznaczyłem na stworzenie tej osady i nie dam ci tego zniszczyć. Jeśli złamiesz Kodeks, będziesz gorszym fiutem niż ja.
-Jeśli mnie nie wypuścisz i oddasz na egzekucje, zginie więcej niewinnych, a ja i tak cię dopadnę. Zasłonisz się swoimi ukochanymi poddanymi? Nie sądzę...
Uśmiechał się, widząc, jak Lou wali pięścią o ziemię, a jego twarz wyraża rozpacz i gniew. Zdrajca rzeczywiście się zmienił, ale to nie odda Zephyrowi ręki. I tak nie obchodzi go nic.
-Dobrze- Lou po chwili walki z sobą odezwał się.- Wypuszczę cię i będzie twój zasrany pojedynek. Jutro, w południe. Za miastem, zakopana do poły w piachu, jest stara ciężarówka. Tam się zjawisz. Będę czekał, Zeph.
Włożył kartę do czytnika zamka.
Było gorąco. Stara ciężarówka wyglądała jak jakaś wielka bestia, schowana w piaskowej jamie. Kabina wystawała nad piach, ale część przyczepy była całkowicie zakopana. Lou czekał w cieniu i w końcu, pięć przed dwunastą, Zephyr doszedł do niego i stanął naprzeciwko. Lou nie miał broni, bo promieniowanie obdarzyło go ręką ciskającą laserowe gromy. Ale zasady pojedynku były jasne. Stanęli na pełnym słońcu, dalej od kabiny pojazdu.
-Jesteś gotowy zdrajco?
-Jestem.
Mierzyli się skupionymi spojrzeniami. Lou wiedział, że nawet jeśli strzeli pierwszy, to i tak umrze. Ale teatr musiał być odstawiony.
-Jakieś ostatnie słowa?
-Słuchaj, jestem dla tego dzieciaka wszystkim, odkąd zmarła jego matka. Nie da rady beze mnie. On nie jest zamieszany w to sprzed dziesięciu lat...
-Nie oszczędzę cię, marny, skomlący o litość fiucie.
Patrzyli sobie w oczy. Lou pocił się, warga mu drgała. Zephyr perfekcyjnie nie okazywał żadnych uczuć. Zawiał gorący wiaterek. Po poliku Lou pociekła pojedyncza, nikła łza. Nagle w oknie kabiny ciężarówki pojawiła się przestraszona twarz chłopczyka. Siedział tam cały czas, ale nie wytrzymał. Płacząc, krzyczał do Lou.
-Tato, nie! TATO!
-Matt, kto ci pozwolił tu przyjść!? To nie twoje sprawy! Matt, uciekaj stąd.
-Niech zostanie i patrzy. Nauczy się czegoś ze śmierci ojca.
-Ty potworze...
-Proszę pana! Niech pan zostawi tatę w spokoju! Proszę!
-Cicho Matt!- krzyknął Lou zdesperowany- Po prostu siedź cicho!
Posłuchał. Płakał, ale tylko przylgnął nosem do szyby kabiny i patrzył. Znowu mierzyli się wzrokiem. Zmutowany kojot zawył gdzieś w oddali, mimo dziennej pory. Zeph spojrzał na chłopaka w oknie. Dziecko płakało. Uśmiechnął się. Nagle Lou nie wytrzymał i wystrzelił ze swej zniekształconej naturalnej broni.
Po sekundzie było po wszystkim. Zeph był niesamowicie szybki.
Uniknął strzału i wystrzelił niemal na raz prawie cały magazynek.
Lou padł na ziemię. Jedna kula rozwaliła laserową rękę, narośl eksplodowała seledynowym płynem zalewającym gorący piasek. Dwie poszły w kolana. Jedna niegroźnie w ramię. Jedna boleśnie, ale płytko w brzuch. Jednej nie wystrzelił.
Lou był mocno ranny, na razie unieruchomiony, ale przeżyje.
-Oszczędziłeś mnie?- powiedział
Przytaknął głową.
-Dlaczego?
Wskazał kikutem prawicy, ukrytym w rękawie płaszcza, na nie rozumiejącego nic Matta.
-Nakaz Łaski...- wysapał Lou, krew wyciekła mu z ust. Zephyr schował lewą rękę w rękaw, odwrócił się i ruszył, przechodząc powoli obok ciężarówki. Płaszcz rozwiewał mu przybierający na sile, ciepły wiatr pustkowia. Szedł w ciszy. Lou płakał ze szczęścia. Zawołał słabym głosem za dawnym kumplem.
-Dzięki!
-Nie dziękuj- ponuro odparł superszybki złoczyńca.
Wyciągnął lewą rękę, akurat był równo z kabiną uziemionego molocha dróg. W lewej ręce był rewolwer. Lou zrozumiał, czemu Zeph nie wystrzelił magazynka. Kula przebiła szybę i wbiła się w mózg pięciolatka, akurat wtedy, gdy zrozumiał, że ojciec będzie żył i zaczął się uśmiechać. Uśmiech zalała krew i materia mózgowa. Martwe ciało osunęło się na sprężyny starego fotela w kabinie. Zephyr ruszył dalej, powoli. Odprowadzał go ku horyzontowi wrzask bólu Lou, tak straszny, zbudowany z bezsilności i przeraźliwej tragedii, rozdzierającej agonią serce i duszę. Pojedynczy i ciągły krzyk, płacz, wrzask za synem, który stracił swoje perfekcyjnie normalne życie. Zephyr uśmiechał się, krocząc powoli. Piach zgrzytał pod butami. Zemsta była dopełniona.
Nakaz Łaski nic nie wspominał o konieczności oszczędzenia tez dziecka. Szeryfa Blue Smoke czekał już tylko wielki ból.
M.Bizzare
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||