
::: T#M :::
Koniec

Marcin właśnie skończył zajęcia w szkole. Znów dostał złą ocenę, która z pewnością będzie się za nim ciągnąć do końca roku szkolnego. No cóż, jakoś spróbuje to poprawić. W końcu nie może sobie pozwolić na zostanie w tym mieście dłużej, niż trzeba.
Droga do jego bloku nie jest długa, ale on wolał iść powoli. Na dworze jest tak fajnie, tak… przyjemnie. Niemal czuć wolność.
Głęboko w płuca wciągnął powietrze, jakby je smakował, jakby chciał się nim rozkoszować do końca jakiegokolwiek czasu… Ale ten koniec nigdy nie nadszedł i na pewno nie nadejdzie wtedy, kiedy się go można spodziewać.
Już widać szary budynek, w którym Marcin mieszka. Na sam widok tej kamienicy, jeśli można to tak nazwać, człowiek automatycznie zaczyna się zastanawiać, czy w tym miejscu może być bezpiecznie? Zniszczone ściany, w niektórych miejscach brzydkie rysunki, odpadające zaprawy murarskie, łuszcząca się farba na ścianach... To miejsce wciąż wygląda jakby wojna niedawno się skończyła. Tragiczne warunki mieszkalne, niezbyt przyjaźni ludzie siedzący pod klatkami, a nawet w samych klatkach, młodzi pijacy oraz narkomani… Tragiczny widok, przedstawiający upadek człowieka. Nie z własnej woli, lecz z braku tej woli.
Marcin był inny. Chciał być inny. Postanowił, że po szkole średniej musi się stąd wyrwać, choćby miał całymi dniami pracować na własne utrzymanie. Widział, co alkohol, oraz narkotyki robią z jego dawnymi kolegami. W myślach widział także groby tych, którzy już odeszli po przedawkowaniu, czy wpadnięciu pod koła samochodu. Czasami zamiast pod samochód, wpadali na grupkę znudzonych ludzi, którzy dla zabawy potrafili niemal człowieka zabić. Marcin nie chciał tak skończyć.
Otworzył drzwi klatki tym samym ruchem, odkąd pamiętał. Pozostało jeszcze do pokonania szesnaście stopni schodów. Akurat musieli na nich siedzieć jacyś ćpuni. Jak na złość…
Czegoś od niego chcieli, ale Marcin starał się na nich nie zwracać uwagi. Lepiej nie mieszać się między takich, gdyż z tego mogą wyniknąć same kłopoty.
A oto i drzwi. Stare, pewnie starsze od niego. Jeden porządny kopniak i z pewnością rozpadłyby się na drzazgi. Marcin włożył klucz do zamka i przekręcił. To samo skrzypnięcie, jak zwykle.
Po dwóch godzinach nauki na poprawę złej oceny w szkole, poczuł głód. Oczywiście lodówka niemal pusta. Nastawił wodę na herbatę, po czym zaczął kroić nożem chleb, gdy do domu wszedł jego ojciec. Znów się zataczał, z pewnością cały dzień siedział w barze z podobnymi mu. Marcin starał się nie zrobić czegokolwiek, co sprowokowałoby kłótnię, która będzie miała taki sam finał, jak zwykle. Niestety, ojciec zawsze znalazł powód do kłótni.
- Gówniarzu, to jest resztka chleba. – powiedział ochrypłym, gniewnym głosem. Czuć było od niego alkohol na kilometr, jeśli nie więcej. – Kupiona za moje pieniądze!
Marcin wiedział, że zaraz się zacznie, ale mimo to, wolał tego nie przyśpieszać, więc się nie odzywał. Może jak zdąży dojść do swojego pokoju, to ojciec da mu spokój? Niedoszłe marzenia…
- Nie udawaj, że mnie nie słuchasz!
Cisza.
- Ten chleb jest mój!
Woda zaczęła wrzeć wydając charakterystyczny, bulgoczący dźwięk.
W tej samej chwili na prawym policzku Marcina wylądowała pięść jego ojca. Chłopak od razu upadł na zimną podłogę. Jeszcze nie zdążył się złapać za obolałą część twarzy, gdy poczuł mocnego kopniaka wycelowanego w żebra. Po nim następny i następny… Właściwie to po pięciu stracił rachubę, kuląc się jak małe dziecko i starając się jakoś to wytrzymać. Niektóre kopniaki trafiały w nerkę, lub jej okolice, co powodowało wielki ból, oraz niemal utratę tchu.
Nie wiedział, kiedy to się skończyło, ale cały czas słyszał w uszach tylko głos ojca krzyczący:
- Nie będziesz jadł mojego żarcia!
Leżał na swoim łóżku, czekając na zmierzch i koniec dnia. Ojciec nigdzie nie wyszedł i było wielce prawdopodobne, że nim się ułoży do snu, znajdzie najbłahszy powód, żeby znów go pobić. Tak nie powinno być, to nie jest normalne zachowanie. Dlaczego nigdy nie było mamy? Dlaczego odeszła, kiedy miał zaledwie pięć lat i nie wzięła go ze sobą? Dlaczego nie dawała choćby najmniejszego znaku życia?
Setki pytań, zero odpowiedzi. Marcin nie spodziewał się już, że kiedykolwiek znajdzie odpowiedź choćby na jedno pytanie. Już dawno temu uświadomił sobie, że nie warto szukać takich odpowiedzi.
Krótko po tym, jak matka odeszła, ojciec zaczął pić. Nie takich ilości jak teraz, ale i tak to było dużo. Jeszcze nim Marcin poszedł do szkoły, to ojciec się hamował. Starał się go nie bić i unikać z nim kontaktu po pijanemu. Później już mu na tym nie zależało. Zawsze po pijaku był agresywny i wiedział o tym. Ale przestał się hamować, kiedy Marcin przypadkiem zbił dwa talerze. Wtedy to pobił go dotkliwie i złamał rękę w dwóch miejscach. Od tego czasu się zaczęło, co niezmiennie wciąż trwało.
Słońce wlokło się, jakby nigdy nie miało tak naprawdę ochoty zajść, a zostać w jednym położeniu na zawsze. Tak, jakby czas stanął.
Marcin rzucił okiem na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Wskazówka pokazująca sekundy poruszała się w takim samym, jednostajnym tempie, jak zwykle zresztą. Czas wciąż szedł do przodu. To chyba dobrze. Kiedyś ten koszmar się skończy, będzie tylko niemiłym wspomnieniem. Do tego czasu trzeba wytrwać cierpliwie.
Ze snu wyrwał go ból. Ojciec złapał go za włosy i zmusił do wstania z łóżka.
- Co to ma być? – spytał. Brzmiało to tak, jakby starał się powstrzymać krzyk cisnący mu się na usta. A ten alkoholowy odór…
- O co ci chodzi? – Marcin spytał niepewnie. Przed chwilą spał zasnąwszy niedługo po kilkukrotnym oberwaniu w żebra. Teraz je czuł, jak palą go z boku.
- TO!!! – ryknął ojciec odwracając jego głowę w stronę okna. Szyba była pęknięta, a kawałki szkła walały się na podłodze. Ktoś musiał rzucić kamieniem…
Bez żadnych dodatkowych pytań, pretensji i wyrzutów, ojciec znów zaczął okładać ciosami syna. Tym razem bił wszędzie, w każde odsłonięte miejsce. Marcin był osłabiony i jego próby obrony spełzały raz po raz na niczym. W końcu nie był w stanie się bronić. Ale ojciec bił go wciąż i wciąż. Chłopak jeszcze nigdy tak nie oberwał. Starał się uciec – bezskutecznie. Próby powstrzymania ciosów też nic nie dawały.
To katowanie trwało jakieś dwie minuty, po których kat, zadowolony z siebie, otarłszy pot z czoła wyszedł z pokoju. Marcin leżał na podłodze z krwią cieknącą z nosa i ust. Cała jego twarz była obolała, żebra bolały jak nigdy, zbierało mu się na wymioty, prawie nie potrafił poruszyć rękoma.
Rozpłakał się. Tylko to mu pozostało. Nie miał już sił, żeby to wytrzymywać, nie wiedział jak to zakończyć… W ogóle czuł, że to już jest jego koniec.
Wciąż płacząc, z trudem wdrapał się na łóżko. Dlaczego on to robi? Co mu to daje? Z pewnością nigdy się to nie skończy. Marcin pozwolił na wypływanie łzom jeszcze przez trzy minuty, nim w końcu zasnął.
Stał w drzwiach prowadzących do pokoju jego ojca. Właśnie patrzał na to, czego dokonał. Wciąż trzymając nóż w pogotowiu, dojrzał jak bardzo krew rozbryzgnęła się po pomieszczeniu. Wszędzie była ta czerwona ciecz, nawet on był nią pokryty.
Nie żałował swego czynu. Nie żałował człowieka, który nie umiał być rodzicem. Żałował tylko tego, że tak naprawdę już nigdy nie ujrzy matki.
To już był koniec…
T#M
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||