
::: Judasz Iskariotn :::
Danse Macabre
Wysiadłem z samochodu na deszcz. Przekręciłem kluczyk w drzwiach i westchnąłem ciężko. Alice spojrzała na mnie z troską. To był zły pomysł, aby tu przyjeżdżać. Ale nie było innego wyjścia. Ten jeden cholerny telefon wystarczył, aby wywrócić cały mój świat do góry nogami. Zresztą, nic dziwnego. Nie często odbiera się rozmowę, w której ktoś oznajmia ci, ze niedługo zginiesz. I do tego podaje dokładny czas i miejsce. Pieprzony, dzisiejszy bal. Musiałem się tu pojawić. Za bardzo bym się zbłaźnił, gdyby groźby okazały się bzdurą a opinia publiczna poznała kulisy mojej nieobecności. Za dużo do stracenia. Reputacja, a co za tym idzie – szacunek u partnerów finansowych. Szlag. Jeśli całą ta sprawa okaże się nędznym dowcipem, polecą głowy. Boże, spraw, aby to był tylko dowcip…
- Jesteś pewny, ze przyjazd tutaj to był dobry pomysł?
- Przestań zadawać idiotyczne pytania. Tysiąc razy ci to tłumaczyłem. Jestem już wystarczająco przerażony, więc nie wystawiaj moich nerwów na kolejna próbę i zamknij się!
Poszliśmy, przemoczeni do cna. Czas najwyższy zacząć robić dobrą minę do złej gry. W drzwiach oczywiście wzięli od nas płaszcze. Ledwo się powstrzymałem, żeby nie rzucić w twarz szatniarzowi: „Jeśli nie wrócę, jest twój”. Weszliśmy na salę, trzymając się pod rękę jak najwspanialsze małżeństwo na świecie. Obowiązkowy uśmiech na wszystkich twarzach, także naszych. Cholerni kretyni. Grubość portfeli i ich wpływowość potęguje tylko moją udawaną uprzejmość. Jezu Chryste, nie pozwól mi zginać wśród takich śmieci…
- Witam pana, panie Camper! Jakże miło pana spotkać w tym zacnym towarzystwie! Mam nadzieję, iż znajdzie pan dla mnie potem chwilkę, aby omówić pewne sprawy związane z naszą firmą?
Moore. Jak zwykle, jedyne o czym potrafi gadać to firma i pieniądze. Pieprzony pracoholik.
- Oczywiście, panie Moore! – Mój uśmiech był tak promienny, że aż sam się dziwiłem. – Dla pana zawsze znajdę czas. Proszę przy okazji pozdrowić swoją szanowną małżonkę – Rzygać mi się chciało na sam widok jego parszywej gęby, ale cóż, nie było wyjścia. Skoro już tu przyszedłem, to musiałem się zachowywać jak gdyby nigdy nic.
- Proszę mi wybaczyć, ale muszę już iść. Do zobaczenia. – Oddaliłem się jak najszybciej. Nie chciałem by zobaczył moje zdenerwowanie. Szliśmy razem z Alice w przeciwległy koniec sali. Kierunek dobry jak każdy inny. Rozglądałem się po twarzach gości. I wtedy… Zobaczyłem go. Popijał drinka i patrzył mi prosto w oczy. Nie wiem skąd, ale wiedziałem, że to on. Wiedziałem, że wszystko rozegra się miedzy nim a mną. Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. Udałem, że tego nie zauważyłem i szybko odwróciłem głowę. Serce rwało się z klatki piersiowej. Pot od razu wystąpił mi na czole. Boże, to jednak prawda, to dzisiaj wszystko się rozegra, dzisiaj będę walczył o życie… Chryste! Ja nawet nie wiem, kto mógłby chcieć mojej śmierci!
- Harry wybacz, muszę iść do toalety.
- Jezu kobieto, nie zostawiaj mnie teraz samego. Nie teraz. Rozglądnij się. Facet z drinkiem za nami. Przy bufecie. To on. To musi być on. Rany boskie…
- Harry spokojnie. To tylko jakiś człowiek. Nie histeryzuj. Nie tylko jego nie znasz na tym balu. To wcale nie musi być on. Ten tajemniczy ktoś może wcale nie istnieć – Moja żona zdawała się być bardziej spokojna niż ja. – A teraz wybacz, ale zostawię cię na kilka minut.
Zostałem sam. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Obejrzałem się powoli. Człowiek z drinkiem zniknął mi zupełnie z oczu. Przy bufecie zobaczyłem tylko Bena Lance’a. Znajoma twarz. Nie chciałem być sam, chociaż ciężko mówić o byciu samemu, gdy wokoło jest z setka osób, znanych i nieznanych. Podszedłem do Bena. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się.
- Ach, Harry! Tyle lat minęło! Co u ciebie? Jak tam Alice?
- Witaj, Ben. Nie przesadzaj, nie widzieliśmy się może dwa lata.
- Możliwe… W każdym bądź razie, mów prędko, co tam u was.
Co miałem mu powiedzieć? „W pracy wszystko idzie świetnie, ze zdrowiem też nienajgorzej. Poza tym wśród gości jest ktoś, kto ma za zadanie mnie zabić dzisiejszego wieczoru. A co u ciebie?”
-Nie tak źle. Firma przechodziła przez chwilę mały kryzys, ale już dano wyszliśmy na prostą. Alice ma się świetnie. Powinna zaraz tu podejść.
- Harry Camper, zawsze potrafi sobie poradzić – Ben uśmiechnął się. Albo to był jeden z niewielu szczerych uśmiechów, jakie dzisiaj padły, albo ten gość miał naprawdę ogromne zadatki na aktora. – Na studiach było to samo. Pamiętasz ten wykład z ekonomii, na którym to…
Cóż, jak zwykle nie obyło się bez wracania do młodzieńczych lat. Szczerze mówiąc nie pamiętałem wykładu z ekonomii, a moje nerwy nie pozwalały mi skupić się na opowieści Bena. Cały czas szukałem wśród tłumu mojego przyszłego zabójcy. Aż wreszcie go zobaczyłem. Stał przy schodach na drugie piętro i wciąż patrzył mi w oczy z tym swoim uśmieszkiem. Tym razem nie odwróciłem głowy. Patrzyłem na niego chcąc zapamiętać każdy szczegół jego wyglądu. Sam nie wiem po co. Kruczoczarne włosy, jasna cera i błyszczące oczy. Do tego grymas na jego twarzy dodawał mu trochę wampirycznego wyglądu. Wypisz, wymaluj gość od czarnej roboty z filmów rodem z Hollywood. Bynajmniej, nie bawiło mnie to.
-…Ach, to były czasy – Wyglądało na to, iż Ben zakończył swoja opowieść.- Przepraszam cię Harry, ale muszę iść zobaczyć się z moim wspólnikiem. Do zobaczenia jeszcze dzisiejszego wieczoru. Ucałuj ode mnie Alice.
Oddalił się. Pewnie zauważył, że go nie słuchałem. Nie stawiało mnie to w zbyt ciekawej sytuacji. Co prawda wątpiłem w to, że ów człowiek pozbawi mnie życia na oczach tych wszystkich ludzi, ale bałem się każdego kontaktu z nim. Zauważył to. Odstawił drinka, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Wolnym krokiem ruszył w moją stronę. Serce biło jak oszalałe. Wrosłem w ziemię obserwując jego spokojny krok, widząc jak powoli zbliża się do mnie. Ręce zaczęły mi drżeć, ale był to jedyny ruch, na jaki stać było mój organizm. Ręka tajemniczego człowiek powoli wędrowała za poły jego marynarki…
- Harry, czemu tak zbladłeś?
Otrzeźwienie przyszło natychmiast. Alice. Wróciła w ostatniej chwili. Momentalnie porwałem ją w kierunku parkietu, gdzie kilkanaście par tańczyło w rytm jakiegoś walca. Orkiestra powoli wypluwała dźwięki z instrumentów w stronę bawiących się gości. Alice nie zdążyła nawet zaprotestować. Chwyciłem ją mocno i wpasowałem kroki w płynący z podwyższenia rytm. Na twarzy mojego kata znów pojawił się kpiący uśmieszek. Obserwowałem każdy jego ruch, patrząc ponad głową mojej żony. Podniósł do ust kolejnego drinka. Walc płynął wolno, dzięki Bogu. To mogły być ostatnie minuty mojego życia. Czułem jak coraz większym strumieniem oblewa mnie pot. Człowiek przy bufecie jednym haustem pochłonął połowę drinka, po czym spojrzał na mnie, kiwnął głową i odwrócił się na pięcie. Skierował swe kroki w stronę wyjścia. Byłem w szoku. Zdawało mi się, iż słyszę każde uderzenie jego butów o posadzkę. O co tu chodzi? Najpierw czaił się, aby mnie zabić a teraz odchodzi? Tak po prostu?? Odpuścił sobie???
Moją głowę zalał potok myśli. A potem strach odpłynął. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest ostatni dzień mojego życia. Że jeszcze wiele przede mną. Oczy zajaśniały blaskiem, na twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a…
Poczułem ukłucie w okolicach pępka. Zaraz potem ciepło i odrętwienie. Coś jakby krew w moim organizmie zamieniała się w cement. Zakręciło mi się w głowie. Spojrzałem w dół. W moim brzuchu tkwił nóż. Czułem jak krew powoli spływa mi po nodze. Z rękojeści zsuwała się dłoń. Jak przez mgłę zobaczyłem na palcu tejże dłoni pierścionek. Zaręczynowy. Ten, który kupiłem dwadzieścia dwa lata temu. Z palca kapała krew. Zdawało mi się, ze osuwam się w jakąś dziurę, z której nie ma wyjścia, w jakąś ciemność, zimną i nieprzeniknioną… Zdołałem usłyszeć słowa…
-Danse macabre, kochanie…
Judasz Iskariot
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||