
::: Black_Raider :::
Brevis clamor et magnificus imperator
I
Biskup Jordan wpatrywał się w niego swoimi przenikliwymi, acz zmęczonymi już oczami:
- Możesz być oskarżony za to o herezję.
- Fakt ten jest mi dobrze znany, ale dlaczegóż nikt na słowa me uwagi nie zwraca? Przecież Pan nasz, Jezus Chrystus, nie kazał mordować innych ludzi. Obojętnie, czy byli to przedstawiciele innych religii, poganie, czy zbóje.
- Ale na naszym terenie Pogan nie będzie – powiedział beznamiętnym tonem biskup poznański.
- Faktem jest, że książę Mieszko jest zaprawdę dużym autorytetem i wszak dzięki niemu sporo ludzi przeszło wraz z nim na wiarę chrześcijańską. Ale powtarzam: żyje jeszcze dużo ludzi, których dziady, pradziady wierzyły w bogów pogańskich. W Peruna, Świętopełka…
- O Świętopełku nie wspominaj, bowiem jest to syn księcia, a nie przystoi źle mówić o nim. Stary Testament potępiał – to słowo biskup wycedził przez zaciśnięte zęby – bałwochwalstwo. Wprawdzie wspomina też o Boskim planie zbawienia wszystkich pogan. Ale dlaczego mamy pozwalać poganom zasiąść przy ojcu niebieskim w niebie?
- Św. Paweł wspominał o tym, iż Bóg chce zbawić i Żydów, i Pogan. Mówi o tym chociażby fragment Pisma Świętego: rozdział 3, werset 29, czy też 9, 24. A chyba nie chcielibyśmy sprzeciwiać się woli Ojca Wszechmogącego?
W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Ostatnie słowa młodego księdza wyraźnie nie spodobały się biskupowi poznańskiemu. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Jednak młody ksiądz kontynuował.
- Czyżby najważniejsza osoba duchowieństwa w Polsce nie znała dokładnie Pisma Świętego?
Po chwili ksiądz zwany Bogolekiem zrozumiał, jakie głupstwo popełnił.
Oczy biskupa Jordana płonęły ogniem. Biskup poznański był wściekły, ale po chwili, ku zdumieniu księdza grymas wściekłości ustąpił z twarzy biskupa. Młodemu księdzu wydawało się nawet, iż Jordańczyk uśmiechnął się ledwie kącikami ust.
- Powiadam ci – rzekł po chwili – że biegły jestem w piśmie naszego Boga Ojca. Jam jest biskup poznański. Jam jest najważniejsza osoba duchowna w państwie Polan. I nie waż się podważać moich kompetentie, bo nie w tym leżą twe obowiązki.
- Oczywiście, ekscelencjo. Ale nie mogę się zgodzić z teorią waszych działań. Jako praworządni chrześcijanie powinniśmy wprowadzać naukę Chrystusa pokojowo. Trzeba by poświęcić trochę więcej czasu i każdemu z osobna wytłumaczyć, na czym polega owa religia, a także wytłumaczyć, że wcale nie jest gorsza i…
- Nie jest gorsza! Nie gadaj mi tu głupstw! – wybuchnął biskup, przerywając młodemu księdzu wypowiedź. Bogolek nie przejął się tym i kontynuował:
- i nie różni się dużo od pogaństwa.
- Zaraz zawezwę straż! Nie zdążysz się nawet ruszyć. To znaczy zdąży się ruszyć twoja głowa, gdy będzie spadała z szyi i turlała się po posadzce. Religia chrześcijańska różni się od pogaństwa! Czyż nie pan ustanawiając dziesięć przykazań rzekł: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”?! To zdecydowanie przeczy tolerancji dla pogaństwa!
- Prawdą jest. Ale Chrystus nigdy nie mówił o wymordowaniu przedstawicieli innych religii, w tym pogaństwa. Dlaczego nie chcecie mnie posłuchać i…
- Ile razy mam powtarzać, że ja jestem biskupem, a ty zwykłym klechą? Nie będziesz mi wmawiał, że twój sposób jest lepszy, bo ja jestem mądrzejszy. Gdyby było inaczej, ty siedziałbyś na tym tronie, a ja biegałbym i odprawiał pierwsze msze na wsiach.
- Chciałbym, aby przedstawić moją teorię księciu, jeżeli…
- Stultus! Wiedziałem. Mam do czynienia z głupcem. Wyjdź proszę i ochłoń. A ja postaram się zapomnieć twe słowa.
- Ale…
- Powiedziałem wyjdź!
Bogolek wstał i skierował się szybkim krokiem ku wyjściu.
Zaczerpnął świeżego poznańskiego powietrza, po czym wrócił do zakrystii.
- O! – powitał go z drwiną w głosie biskup Jordan – Już wszystko dobrze przemyślałeś?
- Tak, księże biskupie – odparł swobodnie ksiądz.
- Bardzo się cieszę.
- Ja też, ekscelencjo.
- Dobrze, więc jak? Wymordujemy heretyków?
- Nie, ekscelencjo.
II
Biskup Jordan był całkowicie zbity z tropu. Jego oczy błądziły na przemian po ścianach, sklepieniu katedry poznańskiej i po spokojnej twarzy młodego księdza.
Zapewne nie takiej odpowiedzi spodziewał się biskup jordański. Istotnie z ciężkim sercem stwierdził, że młody klecha jest faktycznie ogłupiały lub nawet opętany przez diabła.
Nie chciał, aby Bogolek został stracony z rąk wojów księcia. Nie po myśli było mu mówić księciu o tym fatalnym pomyśle młodego księdza. Ten głupek śmieszył biskupa, a rozmowa z nim dostarczała mu rozrywki, ponieważ odmienna była niż rozmowy ze wszystkimi księżmi, którzy uważali siebie za ważne duchowne osoby.
Pomyślał nawet, że jeżeli ten klecha byłby jego asystentem, byłby naprawdę zadowolony i rad.
- Jak to nie? – spytał biskup po wcale nie krótkiej chwili milczenia. Młody ksiądz siedział z wesołą miną na twarzy.
- Po prostu. Radbym, aby nie mordować pogan, tylko stopniowo ich nawracać.
Po tych słowach mina biskupa poznańskiego zrzedła. Postanowił inaczej poprowadzić tę rozmowę.
- Czy ty prawdziwie chcesz sam na się wyrok wydać?
Bogolek spojrzał prosto w oczy biskupowi i z tą samą wesołą, nie zrażoną niczym miną odrzekł:
- Nie rozumiem, o co ekscelencji chodzi.
Jordan był naprawdę zmieszany. Nie wiedział, czy młodzieniec stroi sobie z niego żarty, czy naprawdę jest tak głupi.
- Nie udawaj greka!
Ksiądz nadal z tym samym wyrazem twarzy odrzekł:
- Ale ja naprawdę nie rozumiem.
Biskup Jordan wstał i zaczął przechadzać się po katedrze. Słychać było tylko lekkie stukot jego sandałów o posadzkę.
Młody ksiądz nerwowo przełknął ślinę. Czuł, jakby za jego plecami krążył tygrys lub drużyna wojów nastawionych niezbyt przyjaźnie. Nie był pewien, czy dobrze postępuje. Bał się, że biskup poznański wybuchnie złością i albo zawezwie straż, albo przekaże wiadomość do samego księcia Mieszko, który podejmie decyzję, jak go zabić i rozczłonkować.
Ale nie mógł porzucić swoich decyzji. Postąpił zgoła bardzo ryzykownie, próbując przekonać księży na Pomorzu zachodnim – świeżo zdobytych terenach, na które został wysłany – do swoich racji i do stopniowego nawracania pogan słowem, a nie mieczem.
Zastanawiał się, czy biskup jest tak stanowczy z powodu piastowanego stanowiska i z obowiązku, czy z własnych przekonań.
Patrząc na twarz Jordana, Bogolek był pewien, że jest on głupim, zgrzybiałym…
- NIE!
Donośny krzyk biskupa rozległ się po katedrze poznańskiej – jednego z nowych osiągnięć cieszącego się dużym autorytetem księcia Mieszka I. Księcia państwa Polan.
Przez myśl kapłana, jak grzmoty, jak uderzenia miecza, przepływały myśli. „A może ja, głupi wypowiedziałem to na głos?”, „Może nie pohamowałem się i biskup to wszystko słyszał?”, „Niedługo nie będzie już śladu po Bogoleku”, „Jedyny ślad, jaki po mnie pozostanie to smuga krwi na mieczu jednego ze strażników, woja z drużyny księcia Mieszka lub ‘ustanowiciela’ – członka oddziału księdza nawracającego pogan”.
Tyle że ksiądz odczytywał wyroki boskie, a ustanowiciel pokazywał ludziom za pomocą miecza, jak mają je traktować.
Ostatnie chwile przeciągały się, jako w zwolnionym tempie. Bogolek odczuwał, jakby jedna sekunda trwała całą minutę.
Słowa biskupa Jordana nie napływały do niego. Widocznie nic on nie mówił.
Lub młody ksiądz był tak przerażony, że nie dosłyszał, co wymówił biskup.
Bogolek za plecami usłyszał nerwowe kroki biskupa. Po chwili ujrzał sylwetkę jego przed oczyma. A tak biskup prawił:
- Nie mogę dopuścić, abyś księciu naszemu zawracał głowę racjami swemi. Ma on ważniejsze sprawunki na głowie, aby mógł cię wysłuchać. Powtarzam: nie mogę dopuścić.
- Biskup nie może zabronić mi wizytacji u księcia. Doprawdy nie ma takiego prawa, które pozwalałoby jego ekscelencji nie zezwolić mi na obaczenie księcia i wypowiedzenie moich racji. Azali mogę sam o wizytę prosić, bez powiadomienia o tym jego ekscelencji. Jeżeli tylko książę zechce mnie wysłuchać, powiem mu wszystko.
- Doprawdy wolą twoją jest taki postępek?
- Tak.
- Dobrze. Ale ja nic z tym wspólnego nie mam.
- Tak.
- A teraz przejdziem do formalności. Dlaczegóż księży na terenach Pomorza Zachodniego nawoływałeś do swoich racji i przekonań, nie uzgodniwszy prędzej tego…
W tej chwili drzwi zakrystii katedry poznańskiej rozwarły się szeroko, a od wejścia samego dał się słyszeć zmęczony głos młodego księdza – ucznia biskupa Jordana.
- Jego ekscelencjo… książę Mieszko. W grodzie gnieźnieńskim za niedługi czas zjawić się ma.
- Co ty prawisz?!
- Posłaniec dopiero teraz przyniósł wieść tę. Jego ekscelencja jest proszony o obecność w grodzie przed przybyciem księcia.
Kleryk zaczerpnął oddechu, po czym dalej powiadał:
- Z woli księcia wszystkich gości ma ekscelencja zabrać ze sobą, aby w grodzie gnieźnieńskim się zjawili. Wszyscy, co do jednego.
- Wszyscy? Goście? – biskup spojrzał na Bogoleka siedzącego i przypatrującego się klerykowi i biskupowi na przemian.
- Co do jednego, ekscelencjo. Goście, klerycy, wikariusze…
- A skąd książę wiedzieć może, że kogoś goszczę?
- Nie wiem, ekscelencjo.
- Skąd może wiedzieć? – skierował wzrok na księdza z Pomorza zachodniego.
- Jest to mi niewiadome, ekscelencjo. O niczym nikomu prócz moich kompanów nie wspominałem – odpowiedział Bogolek.
- Psiakrwia – zaklął biskup zapominając, że znajduje się w katedrze poznańskiej. – Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Jaki jest cel podróży księcia do grodu?
- Ekscelencjo. Przybyć ma z córką swą.
- Ale w jakim celu?!
- Zabawić. Ludobo.
III
Orszak posuwał się szybko w kierunku grodu gnieźnieńskiego. Konie były szybkie i już po kilku chwilach od opuszczenia Poznania znajdowały się w Kobyłach.
Tutaj podróżnicy, których konie były słabe, pożyczyć mogli lepsze, wytrzymalsze, jednocześnie zostawiając swoje rumaki.
Ksiądz Bogolek pojechał ze swoimi kompanami za biskupem. Ich konie były dobre i ksiądz nie musiał martwić się o nie. Podróż do Gniezna mogły wytrzymać bez problemu.
Dziwić może, dlaczego młody kapłan posiadał wraz ze swymi kompanami tak dobre konie. Otóż wybierając się do Poznania, do biskupa Jordana wszyscy sprawili sobie doskonałe, młode i wytrzymałe wierzchowce.
Biskup katedry poznańskiej wiedział, że z tyłu trzyma się Bogolek ze swoimi kompanami. Był zbyt zdenerwowany, aby zabraniać młodemu duchownemu jechać za nim do Gniezna. W poleceniu przekazanym przez posła stało wyraźnie, że wszelkich gości biskup Jordan zabrać ma ze sobą, do Gniezna. Książę Mieszko I mógł być powiadomiony, że u biskupa przebywa młody ksiądz, który próbuje przekonać Jordańczyka, że należy wprowadzać w państwie Mieszka chrześcijaństwo słowem, nie czynem.
Gdy zostałem biskupem poznańskim – rozmyślał, podczas podróży najwyższa osobowość duchowa w Polsce – niczego ukryć już przed księciem nie mogę. A Bogolek niech trzyma się z tyłu, co by chronić nas w razie czego przed napadem jakiejś zbuntowanej grupy niewiernych.
Poczet liczył sobie około 30 osób, z czego połowę stanowili zbrojni, a drugą połowę duchowni. Zbrojni rozstawieni byli podług woli biskupa. Pięciu jechało na czole, po trzech na bokach, a na tyłach trzymało się czterech. Pomimo tego w razie napadu zbrojnego bluźnierców mogło być z nimi krucho.
Gdy zapadał zmierzch, orszak znajdował się w Mnichowie. A stąd było już tylko kilka kroków do grodu gnieźnieńskiego. Biskup Jordan zdenerwowany był bardzo, że Mieszko I może przebywać już w grodzie i pić piwo, oczekując duchowego.
Jordanowi dech zaparło, gdy za Mnichowem spotkali cześć wojów samego księcia Mieszka I.
- Salve!
- Salve!
- Jesteśmy z drużyny wojów księcia Mieszko.
- Panie. Nie daliśmy rady szybciej. Gdy tylko posłańca wysłuchałem, na koń wsiadłem, uprzednio się nie przygotowując i tak z miejsca w stronę grodu ruszyłem.
- Proszę nie przerywać – głos przemawiającego był twardy, ale nie dało się w nim słyszeć oschłości. – Książę Mieszko będzie niedługo w grodzie. A nas wysłał, żebyśmy sprawdzili, czy gród przygotowany na przyjęcie księcia. Nie oświadczając was w grodzie, z polecenia księcia wyruszyliśmy w stronę Poznania, aby spotkać was i towarzyszyć wam podczas drogi. Przy okazji chronić was mieliśmy.
Bogolek, który był już przy biskupie (od czasu minięcia Pierzyska ksiądz ze swoimi towarzyszami jechali z woli biskupa blisko niego), przypatrywał się twarzy woja. Na pewno był on jednym z dowódców, bowiem ubiór jego i zachowanie o tym świadczyły.
Wojowie wyglądali dostojnie. Kolczugi, które znakomicie chroniły ciało wojów były bardzo wytrzymałe, najczęściej otulała je skóra obdarta często ze zwierzęcia jakowego. Niejednokrotnie wojowie nosili także zamiast peleryny skórzanej, suknię, co by przed zimnem i śniegiem chroniła. Większość dzierżyła w rękach włócznie i tarcze, do pasa przytwierdzone były ponadto pochwy z mieczami, a także topory bojowe ze straszliwą łatwością tnące pancerze i ciało ludzkie. Na plecach wisiały łuki i kołczany ze strzałami. Zaprawdę, spotkanie z wojem mieszkowym na polu walki byłoby bardzo nieprzyjemne, krótkie i bolesne. Ci, którzy odważyli się zaatakować drużynę wojów, byli doprawdy wielkimi głupcami.
- A pode drogą – kontynuował dowódca drużyny wojów – spotkaliśmy grupę zaiste ferocis heretikus. Nasze miecze bardzo dobrze się na nich sprawdziły.
W tym momencie czoło biskupa zroszone zostało potem. Oczy zaczęły biegać od dowódcy wojów aż do Bogoleka.
Ulgę wielką biskup odczuł, gdy zobaczył, że młody ksiądz nie zamierza wdawać się w dysputy z dowódcą wojów.
- Zaprawdę dobrze nam to zrobiło. – twarz dowódcy wojów rozjaśniła się w wyrazistym uśmiechu.
- Jedźmy więc. Nie pozwólmy, aby książę był w grodzie przed nami.
- Racja. W drogę! – nakazał woj.
IV
Po chwili ich oczom ukazał się widok grodu gnieźnieńskiego, otoczonego fosą i dość grubym, a na pewno bardzo wysokim murem.
Kopyta stukały po mostku, na którym mieścił się tylko jeden jeździec. Przy bramie stało w pełnym rychtunku dwóch strażników, którzy teraz patrzyli na każdego, witali i wpuszczali do środka grodu. Minęło trochę czasu, zanim około 45 jeźdźców wtoczyło się do grodu.
Bramy zamknięto, przy każdej postawiono dwóch wartowników strzegących wejścia.
Biskup, który do grodu wjechał pierwszy powitawszy wójta nakazał swoim ludziom rozmieścić się w chatkach.
Chaty stały gęsto, po 3-5 w rzędzie. Były puste, ponieważ wójt otrzymawszy wiadomość o przyjeździe księcia Mieszka i biskupa Jordana wysłał ludzi do sąsiedniego grodu, w wyniku czego chaty pozostały puste.
W oczy rzucał się przede wszystkim widok okazałej katedry gnieźnieńskiej. Niedaleko stąd książę przyjął chrzest. Gród podzielony był na cztery części, oddzielone bramą. Dwie z nich były częściami czysto mieszkalnymi. Pobudowane tu były chaty mieszkańców grodu Gniezna. Trzecia część, najmniejsza zawierała jedynie katedrę wraz z kilkoma mieszkaniami księży i kleryków. Czwarta część zawierała plebanię oraz gospodę, gdzie miała się odbyć uczta, oraz kilka chat.
Bogolek z kompanami zostali skierowani do chaty w środkowej części grodu, sąsiadującej z katedrą. Chatka była wcale duża, izby były okazałe, a lóżka wygodne. Z okna widać było chatę, w której zamieszkał biskup Jordan.
Był on bardzo zdenerwowany przed spotkaniem z księciem, ale jednocześnie rad z tego, że nie dali się orszakowi księcia wyprzedzić i zjawili się w grodzie wcześniej.
Wkrótce do dębowych drzwi chaty, w której mieszkał młody pomorzański ksiądz zabębnił biskup. Spojrzawszy przez judasza Bogolek otworzył przed nim drzwi szeroko.
- Proszę cię. Nie popełnij żadnego głupstwa. – rzekł Jordańczyk i odszedł.
V
Pater państwa polskiego przybył wkrótce do grodu. Custodia ustawiła się dookoła mostu, a wtedy Książę Mieszko I wjechał do grodu. Brama była już rozwarta, widocznie jeden ze strażników ciągle wypatrywał przyjazdu księcia i gdy tylko ujrzał go ze swoim orszakiem bramę rozwarł. Za Mieszkiem podążył jego osobisty strażnik, a za nim córka księcia Świętosława.
Poruszenie w grodzie było ogromne. Jedni nawoływali, coby od razu do gospody biec, inni radzili, aby zaczekać, aż książę pierwszy do stoła zasiądzie. W rezultacie harmider i bałagan wielki nastał, co nie ucieszyło wójta gnieźnieńskiego.
Książę Mieszko został powitany przez wójta po czym rozglądnął się wzrokiem sokolim po grodzie całym z wyraźnie zadowoloną miną. Następnie wzrok jego padł na katedrę gnieźnieńską, gdzie niedawno całkiem chrzest przyjmował w imieniu narodu całego.
Wójt wskazał ręką, pokazując kierunek, w którym znajdowała się gospoda. Dostojny książę uśmiechnął się i zamienił kilka krótkich słów z wójtem grodu.
Gospodarz Gniezna gestem przywołał parobka z koniem. Był to kary rumak z wyglądu silny bardzo oraz wytrzymały. Wójt wskoczył na niego zwinnie, i podążył pół kroku za księciem.
Filia jego, z małżeństwa z księżniczką czeską Dobrawą, która żywota dość dawno temu dokonała, podążała za ojcem i wójtem. Parobkowie zapatrzeni w nią, dopiero po otrzymaniu kilku kuksańców powrócili do swej pracy.
Świętosława, zwana również Sygrydą Storråda, żona Eryka Zwycięskiego – króla Szwecji przyciągnęła także wzrok młodego księdza, który jednak po chwili przywołał się do porządku i odwrócił wzrok.
Na temat małżeństwa Świętosławy z Erykiem Zwycięskim krążyły różne opowieści. Jedni – bliscy doradcy, pachołkowie Mieszka twierdzili, że książę wydając córkę swą za króla Szwecji umocnił swoje wpływy na Pomorzu Zachodnim. Niektórzy dopowiadali także, że był to czyn wymierzony przeciwko Danii.
Jakkolwiek było, wielki zaszczyt był to dla młodego księdza, że ujrzeć może twórcę państwa, wybitnego polityka i przywódcę z córką. W tej chwili Bogolek żałował, że wybrał służbę Bogu, a co za tym idzie – celibat.
Po chwili Pomorzanie usłyszeli głośne i nerwowe walenie do drzwi. Drzwi uchylił Kościobłysk – ustanowiciel, który pracował z Bogolekiem.
Gość nie wchodząc w kilku krótkich słowach wyjaśnił olbrzymowi, po co przybywa.
Młody duchowny wraz ze swoim ustanowicielem i dwoma kompanami miał jak najszybciej przybyć do gospody. Sam Książę Mieszko I oczekiwał go.
Bogolek podziękował posłańcowi, który odchodząc ponaglił ich jeszcze i rzekł, że książę nie lubi czekać.
Czterej Pomorzanie szybko więc wyszli z chaty i powędrowali w stronę gospody.
Żołądek podchodził do gardła Bogolekowi, ponieważ w ogóle nie wiedział, jak zachować się przy księciu. Co może powiedzieć, czego nie. A może książę dowiedział się, że Bogolek nawołuje do nauczania chrześcijaństwa słowem i nie odpowiadało to mu? Przecież sami wojowie księcia, gdy wyjechali naprzeciw orszakowi biskupa Jordana wyrżnęli w pień kilku niewiernych z wyraźną satysfakcją. Cóż, może sama walka, obojętnie z kim, dawała im radość. Może czerpali zadowolenie z rozcinania brzuchów, odcinania głów, chaosu walki. Bogolek nie lubił tego, dlatego zdecydował się zostać duchownym, który pracę swoją wykonywał będzie z dala od zgiełku i bitew.
Z nieba powoli poczęły spadać krople deszczu, tworząc z dróg błotniste szlaki. Po chwili mocno się już rozpadało, podczas gdy Pomorzanie mieli zaszczyt minąć katedrę gnieźnieńską. Była to budowla okazała, zbudowana przez lud polan, którzy chcieli pokazać całemu światu, że państwo Mieszka I nie jest w chrześcijaństwie gorsze, od zachodnich, bardziej rozwiniętych religijnie krajów. Trzeba było, ponad wszelką wątpliwość, przyznać, że sztuka ta udała im się znakomicie.
Przed wejściem do gospody panowało już istne morze błota. Bogolek pewnie przekroczył próg, ale po wejściu do gospody pewność siebie opuściła go szybko i podstępnie.
VI
Książę stał na środku gospody i witał się z każdym, kto do owej gospody przybył. Niezależnie, czy był to biskup Jordan, czy zwykły chłop, czy też ksiądz młody, acz gorliwy.
Młody ksiądz z Pomorza Zachodniego wszedł spokojnie, powoli, niepewnie. Od wejścia zauważył znak od biskupa Jordana. Był to znak władczy, którym biskup chciał zawołać, jak najdyskretniej księdza.
- Książę wypytuje o ciebie. Z każdym w gospodzie wita się poprzez powitanie ręki i głębokie spojrzenie w oczy. Nie wiem, czego może od ciebie chcieć, ale błagam zachowaj się jakoś normalnie przynajmniej w tej szczęśliwej dla ciebie chwili przywitania z księciem.
Bogolek nie zdążył odpowiedzieć biskupowi, bo już do niego zwracał słowa pater państwa polskiego.
- Salve! Salve homini!
- Salve pater!
W tym momencie książę czekał, aż wójt szepnie mu na ucho imię i profesję witanego człowieka. Usłyszawszy, iż jest to ksiądz Bogolek z Pomorza Zachodniego, który nawołuje do odmiennej metody wprowadzania chrześcijaństwa książę rozpromienił się i popatrzył dłużej w oczy, które jego zdaniem mówiły zawsze prawdę.
- Ach więc to ksiądz! Mam nadzieję, że zaszczyci mnie ksiądz rozmową i przedstawieniem poglądów swych.
- Oczywiście książę.
- A z kim przybyłeś tu, do Gniezna? - książę, choć doskonale znał odpowiedź na to pytanie, postanowił je jednak zadać.
- Z ekscelencją, biskupem Jordanem, pater.
W tej chwili wzrok księcia miły, ale i intensywny padł na biskupa poznańskiego.
Książę Mieszko pomimo swoich 55 lat, pomimo śniegu przyprószającego mu już ostro brodę zachował swe głębokie i sokole, chciałoby się rzec, spojrzenie. Spojrzenie przywódcy, geniusza. Uścisk dłoni miał bardzo silny i pewny, zważając na wiek jego. Uśmiech, który zdobił lice jego dodawał mu jeszcze dostojeństwa, pewności siebie i powagi.
Po chwili wszyscy usiedli przy suto zakrapianym stole. Książę Mieszko zajął miejsce mniej więcej w środku sali, po jego bokach siedział biskup Jordan i wójt Gniezna. Dalej siedzieli dwaj najważniejsi członkowie drużyny wojów księcia, a potem goście, strażnicy i zwykli, zaproszeni ludzie.
Książę był dla wszystkich bardzo miły. Przywitał się osobiście z każdym, kto do gospody grodu gnieźnieńskiego przybył. Zaprawdę dla wielu sama możliwość ujrzenia na oczy własne księcia wydarzeniem była wielkim. Uściskanie jego ręki i spojrzenie z bliska przekraczało najśmielsze życzenia i granice wyobraźni.
Książę Mieszko nikogo nie wywyższał, wszystkich traktował na równi. Dla każdego starał się znaleźć chwilę, aby wypytać o sposób życia, zainteresowania, pracę, stosunek do państwa i inne temu podobne sprawunki.
Książę rad był, że z ludźmi zwykłymi spotkać się może. Kto spięty się czuł, lub nieśmiały obecnością księcia, natychmiast przez niego samego rozbawiany był.
Nie dziw więc, że przy tak szczodrobliwym i miłym zachowaniu i sprawunkach, poparcie książę miał wielkie. I to nawet wśród ludzi, którzy z początku przeciwni byli chrześcijaństwie. Niektórzy za wolą księcia natychmiastowo porzucili obyczaje dawne i do nowej religii się przystosowawszy chwałę wyznawały Jezusowi Chrystusowi.
Żyli oczywiście bluźniercy, hereticus, którzy nawet przeciwko Jezusowi nawoływali, pragnąc dalej służyć Perunowi, Świętopełkowi. Żyli także tacy, którzy zabijali wyznawców chrześcijaństwa. Jednak oni sami także długo życiem się nie cieszyli, ponieważ wojowie mieszkowi często byli w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, a jako już się rzekło miecze, lub włócznie w krwi bluźnierców babrać lubili.
Jako się rzekło książę, ojciec narodu Polan nie przybył samotnie do grodu. Razem z nim córka jego przybyła – Świętosława, w Szwecji nazywana Sygrydą Storråda. Ona również uwagę wielką na się zwracała, ponieważ urody była wspaniałej. Jako na córkę księcia przystało ubrana była elegancko, tak, że w chwilach, gdy książę nie omiatał wszystkich spojrzeniem, rycerze, a nawet księża oczy na nią wybałuszali. Spojrzenie twarde, mocne jej oczu zielonych, jak najczystsza trawa obezwładniało siedzących i przypatrujących się jej. Było w spojrzeniu jej coś, co potrafiło przyciągnąć spojrzenia mężczyzn i co nie pozwalało spojrzeń tych od niej oderwać. Gdy spozierała, widać było, że ciekawa jest świata.
Lice jej gładkie i czyste było, jak świeży, pierwszy nivis. Sylwetka smukła, piękna. O dziwo nie posiadała brody i wąsów, jak ojciec swój, a wielu na to liczyło i teraz zawiedzionych siedziało przy stołach przy kuflach zimnego piwa. Wielu mężczyzn zapewne myślało o czym innym, nie rozmowie patrząc na córkę księcia. Co ciekawe, znajdowało się tu też kilku gołowąsów, którzy wpatrywali się w lice sprawiedliwe Świętopełki, i którzy nie zważając na ukrywane znaki wójta grodu gnieźnieńskiego wzroku od niej nie odrywali.
- Honestus homini. – dobiegały do uszu nawet najbardziej oddalonych słowa Mieszka I, doceniającego księży, biskupa, rycerzy.
Stoły pokryte były przeróżnej maści półmiskami, miskami, talerzami, garnuszkami. A na każdej tacy inny przysmak. Ślinka ciekła na samą myśl o nich.
Książę Mieszko zajadał i popijał sporymi łykami piwa. Widać, że chłop to był silny i wytrzymały, którego kilka kufli piwa nie zmoże.
VII
Piękna Świętosława raz po raz ukradkowo zerkała na młodego, zajadającego się wędlinami, księdza, Pomorzanina. Nie zwracała uwagę na rozmowę swojego ojca z biskupem jordańskim, który go przed niespełna dwudziestoma laty ochrzcił, wypierając dawne Bogi i wprowadzając wiarę w Jezusa Chrysta.
Bogolek, udając, że nie widzi owych głębokich wejrzeń, zerknął z ukosa na Kościobłyska, swojego ustanowiciela. Młody duchowny szybko zwrócił mu uwagę, wpatrywał się on bowiem w opinający suknię biust córki księcia. Szybko zerknął na Świętosławę, ale ona na szczęście nadal wpatrywała się w Pomorzanina i jej uwadze uszedł wzrok ustanowiciela.
Po kilku chwilach, gdy gromkie śmiechy przepełniły gospodę, książę gestem zawezwał do siebie Bogoleka. Zapewne pragnął rozmowy z nim, o czym wspominał mu wcześniej stary biskup Jordan.
Śmiechy i głosy w gospodzie ucichły, a wzrok wszystkich skierował się na duchownego, wstającego właśnie z krzesła. Wszystkich, z wyjątkiem Świętosławy próbującej odgadnąć z wyrazu twarzy księcia zamiar, w którym zawezwał on księdza do siebie.
W gospodzie panowała dziwna, krępująca cisza, ale książę będąc na miejscu i wyczuwając to, nakazał kontynuować rozmowy.
- Witaj. – rozpoczął książę. Biskup Jordan siedział niedaleko przysłuchując się.
- Salve Pater.
Książę Mieszko lubił, jak podwładni nazywali go pater. Faktycznie był on ojcem państwa Polan, więc taki zwrot był bardzo na miejscu.
- Słuchy mnie doszły, że wiarę w Jezusa Chrysta wprowadzać innymi metodami zamiar masz. Słucham więc, co za tym przemawia.
Ksiądz spojrzał krótko w oczy księcia, a nie dopatrując się w nich złości rozpoczął.
- Panie. Księdzem jestem, drogę posłuszeństwa wierze obrałem, więc w Piśmie Świętym biegłym jestem. Z tego, co wiem Pan nasz Jezus Chryst przewidywał zbawienie dla wszystkich chrześcijan, Żydów, Pogan. Wszak, jeżeli taka wola Pana była, dlaczego mamy się jej sprzeciwiać i mieczem i krwią wiarę wprowadzać?
Książę milczał, więc Bogolek kontynuował.
- Wielu... wielu posłusznym Bogom Pogan żyje jeszcze. Są to ci, którzy woli twej, pater, się sprzeciwili. Jeżeli przez lat szesnaście, za twoim, pater, przykładem nie poszli to teraz również przekonać się nie dadzą.
- I właśnie dlatego każdy ksiądz, który wśród takich chrześcijaństwo wprowadzać pragnie, ustanowiciela swojego ma przy boku. Albowiem, jeżeli od szesnastu lat na wiarę praworządną, katolicką nie przeszli, nie przejdą i teraz. Mądrze w tym względzie prawisz, chłopcze. Ale jaki jest sens, aby w takich wiarę wpajać słowem. Jeżeli nie uznali wiary Jezusa Chrysta pod groźbą śmierci, to słowem nie zdziałasz nic.
- I na to mam sposób, książę. Takich można by nie zabijać, ale objąć ochroną, aby rozmnożyć się nie mogli. Jeżeli ród wyginie, nie będzie komu kontynuować tradycji, wiary pogańskiej.
- Za długo by to trwało. Za długo. – powtórzył książę – Ponadto nie oddawałbym moich wojów, aby oni ochroną obejmowali bluźnierców, heretyków, pogan. Jeżeli sądzisz, że złymi metodami chrześcijaństwo wprowadzić chcemy możesz porzucić obowiązki księcia. Biskup Jordan – w tym momencie książę spojrzał na biskupa – na pewno jakąś dyspensę udzieli i sprawunki księdza obce ci się staną.
- Doprawdy, nic na poparcie mych słów nie mam, proszę jednak, abyś książę to wszystko przemyślał i…
- Nie mam nic do przemyśliwania. W krajach, w których wiara w Chrysta wprowadzona została wcześniej, żadnych bluźnierców, czy heretyków nie ma. Wszyscy zostali zlikwidowani, a ci, którzy próbują bunty wzniecać, lub wioski do starych obrządków namawiać zawisają na stryczkach.
- Nie chciałem sprzeciwiać się woli księcia, po prostu próbowałem wysunąć…
- Nie chciałeś się sprzeciwiać, ale wioskę nakłonić próbowałeś.
- Nie chciałem ich nakłaniać do pogaństwa. Próbowałem ich przekonać do chrześcijaństwa, tylko słowem, w czym gorliwie mój ustanowicie mi pomagał.
- Nie mam ci za złe, że nowych metod pragniesz próbować. Tym bardziej za złe ci nie mam, gdy takie metody skutkują. Powiem tak: jeżeli do roku pańskiego 985 nie uda ci się z ziem Pomorza Zachodniego ziem chrześcijańskich zrobić, wtedy moi wojowie dostaną rozkaz do wybicia wszystkich sprzeciwiających się woli Chrystusa i mojej.
- Dziękuję książę, za tak łaskawe potraktowanie mnie…
- Nie dziękuj. Wskaż mi tylko, kto ustanowicielem pracującym z tobą jest, oraz w kim masz oparcie.
Bogolek spojrzał na Kościobłyska. Ten dureń znów wpatrywał się w biust Świętopełki. Pozostali dwaj – księża rozmawiali ze sobą.
- Oto jest ustanowiciel, który imię Kościobłysk przyjął – powiedział młody ksiądz z Pomorza Zachodniego wskazując odpowiednią osobę –, a to jest Bogolub i Bogomił – księża, którzy pomocą mi służą i racje wyznają podobne ku moim.
Książę albo nie zauważył, gdzie utkwiony jest wzrok Kościobłyska, albo puścił to płazem, nie mniej jednak spojrzał głęboko w oczy Bogolekowi i wyraźnie się uśmiechnął.
Ksiądz poczuł się dużo lepiej, nie groził mu bowiem stryczek, na dodatek książę wielką łaskawością się wykazał. Łaskawością tak wielką, że stary biskup Jordan nie mógł wyjść z podziwu dla księcia i księdza. Siedział przez czas jakiś z rozdziawioną miną, ale gdy tylko książę na niego przeniósł swe spojrzenia uspokoił się i wrócił do właściwej postawy.
Bogolek wychodzić już zamierzał, gdy cichy i miły bardzo głos usłyszał.
Rozejrzał się i z niedowierzaniem stwierdził, że przywołuje go cicho córka księcia, Świętosława.
Na nogach, jak z waty ksiądz podszedł do piękności i na polecenie usiadł koło niej.
Świętosława utkwiła w nim swe piękne, przenikliwe spojrzenie i w te słowa zwróciła się do niego.
- Ksiądz Bogolek?
- Tak, pani.
- To ty próbowałeś buntować innych księży na Pomorzu Zachodnim, aby nakłaniali do wiary w Chrysta słowami?
- Tak, pani.
- Mój ojciec rozmawiał o tym z tobą?
- Tak, pani.
- Czy ty zawsze jesteś taki rozmowny?
Bogolek zdębiał, albowiem nie sądził, że Świętosława, córka samego Mieszka I przywołała go, by porozmawiać. Zaczął się krztusić, słowa zaczęły stawać mu w krtani.
- Ja… bo… nie…
- Zdenerwowałeś się, co? Nie przypuszczałeś, że córka księcia może zacząć cię zagadywać?
- Racja. Nie przypuszczałem. Ale rad jestem bardzo, że pani mnie przywołała.
- Daj sobie pokój z tą panią. Nazywam się Świętosława, lub Sygryda.
- Dobrze.
- Gdzie zamieszkujesz?
- Pracuję w klasztorze na Pomo…
- Ale teraz, dzisiaj.
- W grodzie. W części sąsiadującej z katedrą. Nie jestem stąd, nie wiem, jak ona się nazywa.
- Aha. Jak żyjesz?
Bogolek coraz bardziej zdziwiony był pytaniami córki księcia. Pytała, jakby znali się już kilka dobrych lat, a drugie tyle się nie widzieli.
- Dobrze. Z woli księcia chrześcijaństwo na ziemiach pomorskich wprowadzać próbuję.
- Z różnym skutkiem?
Świętosława uśmiechnęła się. Ksiądz dostrzegł w jej głosie sarkazm, ale postanowił nie dawać tego po sobie poznać.
- Doprawdy z różnym skutkiem, pani. Niektórzy nie chcą przejść na wiarę w Jezusa Chrystusa. Dlatego mamy swoich ustanowicieli…
- Tak wiem. Ale wiem także, że ty ze swoim ustanowicielem wprowadzasz chrześcijaństwo słowem, nie mieczem.
- Tak.
- Bardzo mi to odpowiada. Próbowałam nakłonić ojca, żeby nakazał wszystkim księżom taką postawę, ale nie wiem, co z tego wyszło. A właśnie! Jaką decyzję ojciec podjął, w stosunku do ciebie?
- Książę zezwolił mi, żebym do 985 roku chrześcijaństwo wprowadzać próbował słowami. Jeżeli nie uda mi się schrystianizować Pomorza Zachodniego, wtedy wojowie księcia powyrzynają wszystkich niewiernych.
- Czyli jednak moje namowy coś dały. Ojciec pozwolił, żebyś jeszcze przez trzy lata próbował chrystianizacji metodami swemi? To świetnie!
Bogolek miał wrażenie, jakby księżna chciała mu się rzucić na szyję i wycałować. Musiał przyznać, iż pomimo, że był księdzem, taka opcja bardzo mu odpowiadała.
- Ja również rad jestem bardzo i spieszę z tymi wieściami do asystentów mych.
- Spiesz więc! Spiesz! Niech Bóg nad tobą czuwa, podczas twej pracy!
- Dziękuję, pani.
Młody ksiądz ucałował rękę Świętosławy i pospieszył do części stołu, przy której siedzieli jego asystenci – ustanowiciel i dwóch księży.
- Odkąd opuściłeś ją, wygląda na dużo bardziej zadowoloną, niż wcześniej. Coś ty jej zrobił? – spytał drwiąco Kościobłysk.
- Nic. Ale wieści dobre przynoszę!
- Jakie?
Bogolek wyjaśnił wszystko Pomorzanom. Na wieści te ich twarze pokraśniały.
- No! – krzyczał wyraźnie rad z postawy księcia Kościobłysk – Za naszego Bogoleka! – krzyknął i stuknął się kuflem z dwoma pozostałymi księżmi, a następnie z samym Bogolekiem.
Po chwilach kilku, gdy tematy wyczerpywały się już, a stan piwa w gospodzie drastycznie zmalał, książę zarządził, że kto ochotę ma, iść może do domu swego, aby na dzień jutrzejszy być wyprawionym i gotowym do pracy.
Kilku ludzi wyraźnie się z tego ucieszyło, w tym również córka księcia Świętosława, zwana również Sygrydą.
VIII
Deszcz nadal siąpił i spadał potężnymi kroplami z czarnych, gromadzących się nad gnieźnieńskim grodem chmur. Dróżki były jeszcze bardziej zalane, coraz trudniej się po nich chodziło.
Droga z gospody do chaty nie trwała długo, jednak Pomorzanie przemokli w drodze.
Po jako takim doprowadzeniu się do porządku, usłyszawszy pukanie do drzwi Bogolek otworzył je, a po drugiej stronie ujrzał młodą córkę księcia.
Ksiądz zrazu o najgorszym myśląc zaprosił ją do środka. Jej kasztanowe włosy zmoczone były przez krople deszczu. Dyskretnie zasugerowała, aby porozmawiali, sam na sam, w innym pokoju.
Ksiądz puścił ją przodem w przejściu szybko i cicho nakazując Kościobłyskowi, aby nie podsłuchiwali.
Szczerze mówiąc spodziewał się najgorszego. Pewien był, iż księżna została na niego nasłana przez Mieszka I, a jego zgoda na chrystianizowanie przez niego Pomorza Zachodniego była tylko fortelem.
W myślach wyobrażał sobie już sztylet w ręce Sygrydy uniesiony wprost nad jego piersią.
- Jak zapewne zauważyć zdołałeś – rozpoczęła Świętosława – zwróciłeś w gospodzie uwagę mą. Nie mogłeś nie widzieć moich spojrzeń w twoją stronę. I chociaż ustanowiciel służący tobie i Bogu wpatrywał się we mnie – w tym momencie twarz księdza zrobiła się blada – więcej niż ty, to jednak na ciebie uwagę zwróciłam.
- Tak, pani. Widziałem.
- Nie prosiłam już, abyś zwracał się do mnie po imieniu?
- Przepraszam.
- Nie masz, za co przepraszać. Po prostu nie mogę uwierzyć, że panujesz jeszcze nad sobą.
- Nie rozumiem.
- Normalny człowiek gapiłby się na mnie, jak w obraz najwybitniejszego malarza. Ty natomiast potrafisz zachować wstrzemięźliwość.
- Wszak jestem księdzem. Obowiązkiem moim jest posługa Bogu.
- A ksiądz to nie człowiek?
Bogolek milczał.
- Myślisz, że przyszłam tu, aby cię zabić? Myślisz, że sztylet ukryty mam pod suknią? Gdzie? Tu? – mówiąc te słowa córka księcia podwinęła suknię – A może tu?
Ksiądz był bardzo zakłopotany, nie wiedział, co począć. Sygryda nie zrażona zakłopotaniem księdza kontynuowała.
- Najlepiej zrzucę to wszystko, abyś mógł zobaczyć, że niczego nie kryję.
Tutaj zakłopotanie księdza sięgnęło zenitu. Nie wiedział, gdzie podziać oczy, gdzie spojrzeć. Nie miał zbyt dużo czasu do zastanowienia się, ponieważ Sygryda już podążała do niego.
- Na pewno Bóg udzieli ci dyspensy. Nasz kraj dopiero zaczyna wkraczać w chrześcijaństwo.
Sygryda zaśmiała się doniośle i usiadła na kolana Bogoleka. Ten nie wiedząc, co począć nie zrobił nic. Kasztanowe włosy córki księcia zaczęły muskać jego twarz.
- No już, głuptasie. – zaśmiała się zalotnie – Nie wiesz, co masz robić? Wahasz się? Cóż, mąż mój Eryk Zwycięski król Szwecji nie zadowala mnie. Jest już stary, zachowuje się, jak próchno.
Po chwili Bogolek postąpił, jak prawdziwy mężczyzna, Kościobłysk i dwaj księża słyszeli tylko ciche jęki Sygrydy. Uśmiechnęli się pod nosem i podnieśli kufle z piwem do ust.
Veni, veni, venias,
Ne me mori, ne me mori facias!
Hyrca, hyrca!
Nazaza!
Trillirivos! Trillivos! Trillirivos!
Pulchra tibi facies
Oculorum acies
Capiliorum series
O quam clara species!
Nazaza!
Rosa rubicundior,
Lilio candidior,
Omnibus formosior,
Semper, simper in te glorior!
Nazaza! Nazaza! Nazaza!
IX
Po kilku łykach piwa Kościobłysk, Bogomił i Bogolub słyszeli już nie tylko jęki Świętosławy, dobiegające z sąsiedniego pokoju, ale i tętent kopyt na dworze.
Po chwili do ich domu wpadł zbrojny i rzucił miecz, topór i łuk. Zdążył tylko powiedzieć:
- Bić… w nich… - ledwo wypowiedział te słowa w jego plecach utkwiła trzecia strzała, całkowicie odbierając mu ducha. Szybko z pokoju wybiegł ubrany już ksiądz. Ustanowiciel w kilku szybkich słowach wyjaśnił, co się stało. Bogolek chwycił łuk i wyszedł na zewnątrz. Za nim wybiegł Kościobłysk z toporem i Bogomił z mieczem. Drugi ksiądz, asystent Bogoleka, nie wiedząc, co czynić, podniósł miecz upuszczony w chwili śmierci przez zbrojnego i pobiegł za kompanami.
Wśród ulewy widać było mnóstwo zbrojnych i kilka niezorganizowanych grup rycerzy, którzy się bronili. Kapłan podniósł z ziemi leżący kołczan, ulokował strzałę na odpowiednim miejscu i przymierzył do jeźdźca. Zbrojny dostał pod łopatkę, za chwilę ksiądz poprawił się i wystrzelił w kierunku jego gardła. Jeździec uniknął strzały, odchylając się w siodle. Bogolek przymierzył jeszcze raz i wystrzelił bez zastanowienia w pierś jeźdźca. To trochę nim zachwiało, ale utrzymał się w siodle. Natychmiast podbiegł do niego Kościobłysk i straszliwie ciął toporem.
Pomorzanie rozejrzeli się i pobiegli w kierunku zbrojnej gromady walczącej z piechurami przy katedrze.
Wśród piechurów rozpoznali ludzi, którzy byli w gospodzie. Duchowny przymierzył i doskonale wystrzelił strzałę, która przebiła szyję jeźdźca szarżującego na piechurów. Ustanowiciel pracujący z Bogolekiem pobiegł, jak wystrzelony z kuszy i ciął kolejnego jeźdźca.
Dopiero teraz jeźdźcy zauważyli nadbiegających duchownych i część z nich ruszyła na nich. Pomorzanin wystrzelił kolejną strzałę raniąc jeźdźca. Bogomił podbiegł i ciął konia mieczem rozpruwając mu brzuch, a Bogolub uciekał właśnie przed szarżującym mężczyzną. Po chwili przybiegli piechurzy i wyrżnęli wszystkich.
- Co się stało? – spytał rozdrażniony Bogolek.
- Podobno atak niewiernych… dowiedzieli się, że książę w grodzie przebywa i zaatakowali. Chodźmy!
Wszyscy pobiegli kierunku gospody. Już z dala słychać było odgłosy walki. Zbrojnych i jeźdźców przybywało. Walczyli rycerze wybiegłszy z gospody, walczyli wojowie księcia Mieszka, walczyli także księża.
Bogolek napiął cięciwę i wystrzelił w kierunku jeźdźca. Strzała utkwiła w plecach jeźdźca. Uderzenie zachwiało nim w siodle. Kościobłysk już po chwili walczył w kurzawie i wielkich kroplach deszczu zalewających rycerzy. Krew tryskała mu na twarz, na kolczugę.
Ksiądz kolejny raz napiął łuk. Poczekał chwilę, po czym wystrzelił. Trafił konia w zad. Koń wierzgnął, jeździec spadł z niego i został brutalnie dobity mieczem przez jednego z wojów księcia.
Pomorzanin usłyszał krzyk Bogomiła, odwrócił się i wystrzelił prawie na oślep. Szarżujący jeździec został raniony. Strzała trafiła pod żebro. Szybko podbiegli do niego Bogomił i Bogolub tnąc mieczami.
Heretycy cofali się. Wojowie postępowali naprzód. Po chwili wszyscy się wymieszali. Część jeźdźców jeszcze nadjechała, księża trafili w sam środek walki. Bogolek szył z łuku prawie na oślep. Z tak małej odległości strzała pewnie przebijała kolczugę i raniła ciało.
Wódz wojów księcia Mieszka I wyjął zza pasa topór i zaczął wywijać nim naokoło siebie, raniąc tym samym około czterech szarżujących na niego jeźdźców. Jeden z wojów podniósł włócznię i pewnie dźgnął konia, z grzbietu którego heretyk ciął mieczem straszliwie na prawo i lewo.
Bogolub rzucił się z mieczem pod kopyta konia i mocno ciął mieczem rozrąbując jego brzuch. Krew polała się na niego strumieniem, zdążył uciec spod kopyt konia. Po krótkiej chwili rumak wraz z jeźdźcem runął na wznak.
Kościobłysk pewnie ciął wielkim toporem budząc wielki strach wśród heretyków. Bogolek spojrzał na niego. Ustanowiciel odciął właśnie jednemu z bluźnierców głowę, drugiego rozpołowił straszliwym cięciem z góry na dół.
- Tnij!
- Tnij w nich!
- Rąb!
Brzmiały krzyki rycerzy i wojów.
- Za Peruna!
- Zniszczyć Chrystów!
- Bij!
Tak brzmiały okrzyki heretyków, bluźnierców próbujących śmiercią odciąć chrześcijan od Boga.
A chrześcijanie ginęli z uśmiechem na ustach. Radzi byli, że zginąć za pana swego mogli. W obronie Jego i Jego świętości. Godności.
Kilku zbrojnych jeszcze przygalopowało. Wódz wojów miał nadzieje, że jest to odsiecz, pomoc dla obrońców wiary. Niestety. Była to kolejna grupa heretyków. W gospodzie zostało tylko kilku rycerzy. Wśród nich dwóch sprawnych wojów. Książę Mieszko skrył się pod stołem, pięciu rycerzy obstawiło wejście od środka. Jeżeli wbiegłby tu jakiś piechur, heretyk, jeździec, zostałby od razu zabity.
Bogolek wciąż szył z łuku do bluźnierców. Mimo, iż była ich zastraszająca ilość. Kilka strzałów było bardzo celnych. Udało mu się przebić kilka gardeł, wystrzelić wprost w serce. Walczący nie stali już na ziemi. Stali teraz na kolejnych trupach. Ludzi i koni. A trupów przybywało.
Po kilku chwilach walczący usłyszeli trąby. Wszyscy już wiedzieli, że oto odsiecz z Poznania przybywa.
W mężne serca walczących wlała się jeszcze większa zaciętość. Po chwili heretycy byli otoczeni. Ginęli bardzo szybko. Niektórzy zawracali i uciekali.
Ksiądz Bogolek naraz przypomniał sobie o Świętosławie. Bardzo szybko pobiegł w stronę domku, w którym, jak przewidywał, jeszcze się znajdowała.
Gdy dobiegł do niego i kopnął drzwi zobaczył, jak jeden z heretyków unosi sztylet do góry. Świętosława nie miała już drogi ucieczki. Próbowała jakoś powstrzymać heretyka. Ksiądz napiął cięciwę i wystrzelił strzałę. Przebiła ona szyję atakującego. Dało się słyszeć chrupot kości. Krew trysnęła na twarz i suknię Świętosławy. Martwy, ze szklistymi oczyma runął obok niej z szyją przebitą strzałą.
Ksiądz Pomorzanin odwrócił się słysząc kroki na zewnątrz. Do środka wbiegł bluźnierca z mieczem uniesionym w górę, z okrzykiem na ustach. Ksiądz natychmiastowo napiął cięciwę i wystrzelił z odległości około 2 metrów. Zdążył zobaczyć jeszcze straszliwy grymas na twarzy heretyka, miecz wypadł mu z dłoni i spadł na ziemię z głuchym dźwiękiem. Krew zalała księdzu oczy, a martwy, szarżujący przed chwilą poganin legł na ziemię, jak długi. Bogolek otarł oczy rękawem i spojrzał na Świętosławę.
Na twarzy jej malował się strach i wdzięczność. Padła w ramiona księdza, ale natychmiast została od niego odciągnięta przez dwóch wojów, którzy posadzili ją na koń i pogalopowali z nią do katedry gnieźnieńskiej. Do jej ojca Mieszka I.
X
Płomyk świecy niespokojnie wił się, oświetlając twarze trzech księży i jednego olbrzyma podpierającego się toporem.
- Starać się tedy musim, aby księcia nie zawieść i swoimi metodami wprowadzić wiarę nową. Do tego zadanie nasze się sprowadza.
Twarz olbrzyma wyrażała aprobatę. Zgodę, co do każdego słowa wypowiedzianego przez księdza. Nie trudno zauważyć było, iż w tym młodym kapłanie autorytetu upatrują.
Radzi byli, iż pracować przyszło im z tak dobrym i mądrym człowiekiem. Z człowiekiem, który świat próbował zmieniać na swój własny sposób. Z człowiekiem, który nie bał się wyrazić sprzeciwu dla woli samego księcia. Z człowiekiem, który naprawdę przykładał się do tego, co robił.
Czterech mężczyzn zamknęło drzwi kaplicy i udało się na spoczynek. Na sen, w którym, mieli nadzieję, przyjdzie do nich sam Bóg.
Black_Raider
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||