
::: Tuxedo :::
Magia
Magia. Magia to nie jest coś uchwytnego, namacalnego. Nie jest to też „zwyczajne” wywoływanie duchów czy przesuwanie talerzyka myślami. Magia to cząstka nas samych, ukryta w przedmiotach. Siła, która przywołuje nas do porządku, pcha do przodu i tylko czasami nie pozwala zapomnieć…
![]()
Gdy przyszedłem do nowej szkoły właściwie nic się nie zmieniło. Budynek jak budynek – ot, szaro-bury blok przypominający raczej duże, kartonowe pudło niż miejsce, w którym się uczy, wychowuje, które trzeba szanować. Zmieniły się tylko twarze. Wiecznie roześmiane gęby i delikatnie zaokrąglone buzie ustąpiły miejsca swoim starszym odpowiednikom. Trudno więc było odczuwać jakiś większy związek z tym miejsce i ludźmi z nim związanymi. Zresztą ja nigdzie nie czułem się „u siebie”. Zawsze byli lepsi, dowcipniejsi, ładniejsi. Zawsze dawało się odczuć, że tworzą pewną hermetyczną całość a tabliczka z napisem „obcym wstęp wzbroniony” była aż nadto zauważalna. Ja jednak próbowałem, choć pierwszy rok upłynął bez większych emocji. Tak – zręcznie przeskoczyłem o całe dwanaście miesięcy do przodu, prawda? Ale tak naprawdę to coś się jednak wydarzyło.
Nie pamiętam dokładnie, czy był to jeszcze październik, czy może już listopad albo grudzień. To przyszło niespodziewanie i jakby powoli, trudno mi wyodrębnić ten jeden moment, w którym t o poczułem. Chyba każdy z nas ma z tym kłopot. Spróbuj nakreślić dokładną datę kiedy to zaczęła się twoja kolejna depresja albo w której zaczęliście patrzeć na świat zupełnie nowym, optymistycznym wzrokiem. Trudne, prawda? Bo uczucia już to mają do siebie, że zacierają czas. A ja się tylko zakochałem. Półtora roku później moja niedoszła dziewczyna popełniła samobójstwo.
To był deszczowy styczeń. Wszędzie ta okropna, pochmurna szarość. Ludzie na ulicach uciekający przed kolejnymi wodospadami spod kół pędzących samochodów. Jakiś pies przemaszerował po pasach kuląc pod siebie coś, co jeszcze niedawno można było nazwać jego ogonem. Teraz była to tylko zaschnięta, ale wciąż krwawa miazga. Zobaczyłem to pierwszy – kundel nie nadążył umknąć kołom sportowego roweru i powietrze przeszył przeraźliwy skowyt – w jednej chwili szprychy przerobiły ogon zwierzaka na coś, co bardziej przypominało efekt pracy niewprawnego rzeźnika. Odskoczyłem i wtedy zorientowałem się, że pies jest cały. Przemierzał spokojnie kolejne ulice, gdy z daleka zobaczyłem sunącego w jego stronę rowerzystę. Jechał naprawdę szybko, a szczeniak jakby zupełnie go nie widząc wszedł prosto pod koła. Odwróciłem wzrok i szybko stamtąd odbiegłem, słysząc okropny pisk pomieszany z klaksonami kolejnych samochodów.
Tego samego dnia zadzwoniłem do Marty. Marta była moją najlepszą i jedyną przyjaciółką. Sam nie wiem, kiedy właściwie nią została. Wtedy, gdy oderwałem od niej zbyt napastliwego „kolegę” czy może kiedy powiedziała mi, że wie wszystko? Bo Marta już taka jest, że widzi dużo rzeczy. Mimo, że do tego momentu praktycznie z sobą nie rozmawialiśmy, pewnego popołudnia powiedziała mi „Powiedz, że jej nie kochasz”. Tak prostu z mostu, trafiając w samo sedno i jednocześnie wprawiając mnie w osłupienie. I wielkie zakłopotanie. Nie wiedząc, co jej odpowiedzieć, nie powiedziałem nic. Ale od tej pory nawiązała się między nami niezwykła więź – oboje czuliśmy, że możemy sobie powiedzieć wiele. I mówiliśmy, ale to nie była miłość – książkowy „związek dusz”. To było po prostu cholernie trafione, wzajemne zrozumienie. Ja poprawiałem jej nastrój telefonami o dziwnych porach dokładnie wtedy, gdy tego potrzebowała, ona dawała mi poczucie, że jestem dla kogoś ważny. Potrzebowaliśmy się nawzajem i w pewnym momencie przestałem wyobrażać sobie dalsze życie bez niej. Tym bardziej, że ogromnie wtedy kogoś potrzebowałem. Wpadłem już wtedy po same uszy i chociaż wiedziałem, że nie mam żadnych szans na powodzenie, to przecież bardzo trudno jest sobie powiedzieć „Trudno, stary, widocznie tak musiało być”. Ta nasza przyjaźń byłą więc dla mnie oderwaniem od smutnej rzeczywistości.
Odebrała telefon po siódmym dzwonku, zresztą zawsze tak robiła. Jak to mówiła, chciała mieć pewność. A ja nie wiedziałem, co mam powiedzieć. „Słuchaj, miałem dzisiaj wizję. Widziałem wypadek, zanim nastąpił. A co u ciebie?”. Nie, tak na pewno nie mogłem tego ująć. Ale jak właściwie inaczej, czy takie rzeczy są w ogóle do opowiedzenia? I właśnie wtedy po raz pierwszy ją okłamałem, zmyśliłem coś na poczekaniu. Ona była trochę zaskoczona, ja się mocno plątałem w słowach. Szybko zakończyłem rozmowę i wtedy zaczęło się psuć.
Najpierw zepsuł się mój zegarek, który dostałem od dziadka. Wiecie, taki okrągły, pozłacany, na łańcuszku. Dziadek kiedyś powiedział, że ten zegarek będzie działał jeszcze dziesiątki lat, trzeba go tylko umiejętnie pielęgnować. Kiedy przestanie działać, to będzie oznaczało, że ja zawiodłem. Zajmowałem się pamiątką najlepiej, jak umiałem. Co miesiąc odwiedzałem znajomego zegarmistrza, który był przyjacielem mojego dziadka. Zawsze powtarzał, że to ciągle bardzo solidny mechanizm i pewnie przeżyje nie tylko jego, ale i mnie. Kiwałem tylko głową, w duchu jednak przyznając, że faktycznie – czasomierz sprawiał wrażenie jakby zupełnie nietkniętego zębem czasu.
A dzisiaj po prostu stanął. Zauważyłem to wieczorem, kładąc się do snu. Wskazywał 14:50. Zaraz, czy to nie wtedy wracałem ze szkoły? Pomyślałem o ciągle jeszcze budzącym we mnie przestrach zdarzeniu. Dziadek mówił, że zegarek popsuje się, gdy zawiodę. To znaczy, że tam, na ulicy, powinienem był coś zrobić? Uratować zwierzę i być może też rowerzystę? Nie, to głupie. Zegarek był już po prostu stary i kiedyś to się musiało stać. Zwykły przypadek, zbieg okoliczności.
W takim przeświadczeniu spokojnie upłynęły mi kolejne tygodnie. Gdzieś tak w połowie lutego miałem bardzo nieprzyjemny sen. Obudziłem się zlany potem nie wiedząc, czy to aby przypadkiem nie zdarzyło się naprawdę. Marta idąca spokojnie brzegiem chodnika i nagle potykająca się o wystającą płytę. Wpada na jezdnię a tam rozpędzone, niebieskie Volvo po prostu masakruje jej ciało. Krew, całe mnóstwo krwi, jakieś krzyki przechodniów. Zaraz potem karetka i bezradnie rozkładający ręce lekarz. Sanitariusze, worek, nosze, koniec. Gdy się ocknąłem, wiedziałem już, że tego dnia Marta nie będzie wracała do domu sama.
- Ale właściwie dlaczego chcesz mnie akurat dziś odprowadzić? – spytała jakby nieufnie. Ponieważ już wtedy nie było zbyt dobrze między nami, jej zdziwienie było absolutnie na miejscu. Ja jednak nie mogłem kolejny raz nawalić. A jeśli dziadek miał rację?
- Po prostu chcę się trochę przejść, do tego w miłym towarzystwie. No chyba mi nie odmówisz?
- Nie, jasne. Tylko nie wiem, czemu nagle nabrałeś ochoty na spacery.
Szliśmy więc obok siebie po oblodzonym, ale i posypanym solą chodniku właściwie się do siebie nie odzywając. Dawniej nam to wystarczyło, teraz ta cisza była taka jakaś… no, stanowczo nie na miejscu. Kiedy doszliśmy do miejsca, w którym w moim śnie zdarzył się wypadek, chwyciłem ją mocno i odciągnąłem od jezdni. Oczywiście ofuknęła mnie porządnie, mrucząc coś o „moich wariactwach” i szybkim krokiem się oddaliła. Tymczasem nadjechało błękitne Volvo… Kierowca zatrzymał samochód tuż przy chodniku, wysiadł i rozejrzał się niepewnie, jakby bardzo czymś rozczarowany.
Od tego momentu zmieniło się wiele rzeczy. Zacząłem bać się snów, ale jednocześnie żyłem w poczuciu, że zawsze będę w stanie ochronić swoich bliskich, jeśli zajdzie tylko taka potrzeba. Jakże się wtedy myliłem…
Mirka nie lubiłem od kilku miesięcy. Gdy go poznałem, wydawał się całkiem fajnym i inteligentnym kumplem. Zawsze uśmiechnięty, radosny, ale nie zarażał swoją energią. Przynajmniej w jego towarzystwie nie było nudno, a to już coś znaczyło. Tyle że w m o i m towarzystwie było jeszcze ciekawiej. Chyba, że tylko to sobie wmawiałem. A teraz? Cóż, byłem już mocno sfrustrowany tym, że musiałem zabiegać, walczyć o chociaż najmniejszy skrawek zainteresowania ze strony Agi, podczas gdy on miał wszystko podane na złotej tacy. Najgorsze było to, że nic nie mogłem zrobić. Czułem do niego rosnącą nienawiść i jednocześnie nie mogłem się z tym zdradzić, bo przecież wtedy wszystko by się wydało. A tym „wszystkim” było moje uczucie do najcudowniejszej osoby, jaką kiedykolwiek spotkałem.
Tak właściwie jeszcze nic wam nie powiedziałem o Agnieszce. Otóż Agnieszka jest… no właśnie. Na pewno nie jest typową pięknością, która działa na wszystkich facetów dokoła. Istnieją jednak twarze, które nie dają o sobie zapomnieć. Bije od nich niesamowita siła, to jakby wizytówka jej posiadacza, z napisem brzmiącym „jestem tym, na kogo czekałeś” albo „zostaw mnie w spokoju, zbyt dużo już przeszedłem”. Taką właśnie twarz miała Agnieszka, tyle że jej wizytówka miała zupełnie inną treść. Na tyle tajemniczą, bym nie mógł oderwać od niej wzroku i jednocześnie odkrywającą tyle, że o n też to zauważył.
Nie wiem, czy zrodziło się to z mojej chorobliwej zazdrości, czy po prostu tak miało być, ale… Jakoś tak przed wakacjami Mirek zdał w końcu egzamin i dostał upragnione prawo jazdy. Od razu przybiegł do szkoły, żeby się pochwalić. Kiedy kilka tygodni skończyliśmy zajęcia, czekał już na nas wymachując radośnie świeżo odebranym dokumentem, stojąc przed maską swojego pierwszego auta. Golf, chociaż już używany, zrobił na moich kolegach spore wrażenie. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni na przejażdżkę. Miałem już wsiadać, kiedy w ułamku sekundy miałem kolejną wizję. Tym razem zobaczyłem tylko samą końcówkę zdarzenia – wybuchający zbiornik z gazem i kawałki metalu fruwające ponad drzewami…
- Słuchaj, a to auto jest na benzynę czy na gaz? – spytałem po chwili, wciąż jeszcze oszołomiony sceną.
- No jasne, że nie na benzynę. Inaczej zjadłyby mnie koszty!
Nagle przypomniałem sobie, że mam do załatwienia bardzo ważną i nie cierpiącą zwłoki sprawę. Spytał, czy ma wobec tego na mnie poczekać. Podziękowałem i zachęciłem do jak najszybszego przewiezienia kolegów, którzy już się wyraźnie niecierpliwili. Pojechali, a ja zostałem na mokrej ulicy. Przed chwilą zaczął padać deszcz, niebo jakby rozpłakało się nad moją decyzją. Bo to b y ł a decyzja – świadomie skazałem na śmierć kilka osób tylko dlatego, że chciałem się pozbyć konkurenta.
Po tym wypadku już nic nie było tak samo. Grupa zżytych ze sobą ludzi straciła nagle trzy osoby i nie potrafiła sobie z tym faktem poradzić. Z tego wszystkiego największym plusem było to, że odzyskałem przyjaciela. Zawsze wiedziałem, że Marta jest wrażliwa, ale nigdy nie sądziłem, że aż tak. Przepłakała chyba kilka godzin, chociaż do żadnego z zabitych chłopaków nie była jakoś szczególnie przywiązana. Niestety ani o krok nie zbliżyłem się do upragnionego celu, okazało się, że to nie Mirek stanowił problem, był ktoś jeszcze. Jednak o tym dowiedziałem się za późno.
Znowu zacząłem śnić, tym razem nie były to jednak wizje przyszłości a jakieś przerażające widowiska wymyślone jakby specjalnie dla mnie. Może kara za to, co zrobiłem, a może moje sumienie nie mogło poradzić sobie ze zbrodnią popełnioną z całą premedytacją. Zbrodnią, za którą nigdy nie pójdę do wiezienia, o której popełnienie nikt nigdy nie będzie mnie podejrzewał i nikt nawet nie uwierzy, że mogłem coś zrobić. Sama świadomość wystarczyła za najcięższy, prawomocny wyrok.
Z samych wakacji pamiętam tylko całkowity i niczym nie zmącony spokój, o ile mogę o tak nazwać. Bałem się, to prawda, cholernie się bałem, ale nic się nie wydarzyło. Zginął tylko Wafel, nasz kot, ale nie przywiązałem do tego zbyt wielkiej wagi. Aż do chwili, gdy pojawił się znowu w moim pokoju. Żywy.
- Tego właśnie chciałeś, sukinsynu? – odezwał się jakby znajomym głosem. Zaraz, przecież to był głos…
- Mirek?!
- Nie, kurwa, to tylko twoje sumienie. Wróciło z długich wakacji i chyba jest naprawdę na ciebie wkurzone.
- Ale jak… czego ode mnie chcesz? Nie możesz po prostu zostawić mnie w spokoju? Myślisz, że ja nie cierpię?
- Ty? A czy ty, mój panie, wiesz, jak to jest, gdy wybuch rozrywa nagle wszystkie części twojego ciała i ostatnie sekundy swojego życia spędzasz sycząc z bólu, gdy trawiony ogniem dogorywasz?
- Co ja mam powiedzieć? Co mogę zrobić? Przecież nie cofnę czasu. Jesteś już po drugiej stronie, więc pewnie wiesz, dlaczego to zrobiłem. I nie ma takiej rzeczy, którą mógłbym to odkupić.
- Owszem, jest coś takiego. Ale najpierw się trochę zabawimy. Chodź, przelecimy się trochę.
- Przele… - nie dokończyłem, wszystko nagle stało się dziwnie dalekie a ja sam chyba na chwilę straciłem świadomość.
Mały, jednorodzinny domek z cegły nie wyróżniał się z tłumu wielu podobnych budowli. A jednak. Bił od niego jakiś dziwny… smutek. Po chwili zrozumiałem: tutaj niedawno zagościła śmierć. Zacząłem widzieć, co działo się w środku. Kilka osób jedzących w spokoju obiad. Wszyscy ubrani na czarno i dziwnie milczący. Czterdziestoletnia kobieta o dopiero co posiwiałych włosach cicho płacze. Gdzieś już ją widziałem? Nie, musiałem się pomylić. Kolejny pokój. Kilka krzeseł, pośrodku drewniana skrzynia. Zaraz, to przecież nie jest skrzynia, to jest…
- Tego się nie spodziewałeś, prawda – zapytał kot, na którego pyszczku zagościł… wyjątkowo złośliwy uśmiech.
- Czemu mi to pokazujesz? Przecież ona żyje! Słyszysz? Ona nie umarła!
- I tu się mylisz, skarbeńku. Bo widzisz, Agnieszka wczoraj bardzo cierpiała. Jej ukochany braciszek właśnie gorzej się poczuł. Jak wiesz, Mateusz czeka na przeszczep nerki, który może mu uratować życie. A właściwie czekał, bo kilka tygodni temu zabiłeś człowieka, który miał być dawcą. Zabiłeś m n i e . Ostatnią szansę tego dzieciaka. I ona tego nie wytrzymała. Zresztą i tak była bardzo dzielna, ty pewnie nie zniósłbyś widoku umierającej bliskiej ci osoby. Codziennie, przez dokładnie cały czas. Bo ona była przy nim zawsze, wiesz? A teraz on leży w szpitalu, czekając na swój koniec. Bo to już będzie koniec, nic więcej nie da się zrobić. Jest dopiero siódmy na liście i nawet, gdyby gdzieś w Polsce „zwolniła” się jakaś nerka, on i tak jej nie dostanie. No, chyba że zginie dokładnie siedmiu zdrowych ludzi. Zresztą, po co się ograniczać – niech zginie ich pięćdziesięciu. Ty to przecież potrafisz, prawda?
- Nie. Nie zabiję już nikogo. Może z wyjątkiem…
Uniosłem prawą dłoń i wyszeptałem kilka słów. Natychmiast pojawił się w niej zegarek mojego dziadka. Skierowałem tarczę w stronę kota. Ten zasyczał i stanął w płomieniach.
Do dziś nie wiem, jak to zrobiłem. Nie przypominało to nawet odruchu bezwarunkowego. Po prostu poczułem w środku niesamowitą moc. Moc, której mogłem użyć dosłownie w każdym z dostępnych sposobów. I zrobiłem to. Jeszcze tego samego dnia stan zdrowia Mateuszka znacznie się poprawił. Po tygodniu choroba zaczęła ustępować, a w przyszłym miesiącu miał znaleźć się dawca, wiedziałem to na pewno. Nie, nie uśmierciłem kolejnego człowieka. Po prostu sprawiłem, że umarł nie w tym miejscu, w którym miał to zapisane. Jak to mówią – przypadki rządzą światem.
A ja przypadkami.
Tuxedo
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||