
::: Seraff :::
Zawodowcy
Zmierzchało już, gdy gościńcem przez las jechał ku grodowi orszak złożony z kilkudziesięciu pieszych zbrojnych, którym towarzyszyło kilku konnych w pełnym rynsztunku bojowym. Na przedzie zaś tego orszaku na pełnokrwistym rumaku bojowym, zakuty w pełną zbroję płytową jechał młodzian dwudziestoczteroletni raz po raz oglądający się na boki i nakazujący konnym sprawdzenie pobliskich chaszczy. Rozkazy te były wykonywane z pewnymi obiekcjami, które albo woleli zachować dla siebie albo z cicha mamrotali nie chcąc widocznie naraić się. Ten widać dumny był ze swej roli jako dowódca orszaku, a i też sobie na ten zaszczyt zasłużył, bo ochraniać samą córkę hrabiego w trakcie jej podróży na obchody stulecia grodu Karrendorf, to wielki przywilej.
Córka hrabiego Kunegunda podróżowała w jednym z dwóch powozów razem ze swoja cioteczna siostrą Urszulą, która na polecenie ojca, kasztelana Karrendorf, pobierała u stryja na zamku nauki, a teraz wracała na uroczystości.
Wznosząc po ożywieniu, jakie panowało wewnątrz dwie krewniaczki prowadziły dysputę:
– Jak długo masz zamiar wodzić go za nos? – Zapytała Kunegunda – przecież to dla ciebie Maurycy tak zabiegał o to by zostać dowódca eskorty.
– Jeszcze trochę – odpowiedziała Urszula – jeszcze tylko trochę.
– Dworskie życie zbytnio cię rozpuściło. Dawniej takich numerów nikomu nie robiłaś, czyżbyś się zakochała moja droga.
– Może.
– Dobrze wiesz, że Maurycy prosił mnie bym wstawiła się za nim u ojca, co by mu pozwolił zostać twoją osobistą ochrona.
– Wiem.
– Więc po co ten cały cyrk?
– Dodaje wszystkiemu pikanterii i…
Kunegunda nie dowiedziała się, czego jeszcze, bo kareta zatrzymała się dosyć gwałtownie, a w oknie pokazał się sam bohater rozmowy. Urszula odwróciła twarz, na którą wyskoczył lekki rumieniec.
– Wybaczcie moje panie mamy lekkie problemy.
– Jakie? – Zapytała Kunegunda.
– Zwalone drzewo zagrodziło nam drogę, ale już kazałem je rozrąbać. Powinniśmy zdążyć do grodu przed burzą.
Mylił się pierwszy grzmot zagłuszył gwizd strzały, która przeszyła gardło jednemu z konnych, który spadając z siodła obryzgał krwią konia oraz znajdujących się w jej zasięgu żołnierzy. Następnie sypnęły się gradem na pieszych. Kilku padało trupem na miejscu, niektórzy zdążyli schować się za tarcze.
– Do broni! Formować szyk obronny! – Starał się powstrzymać zamieszanie Maurycy – Bronić niewiast!
Burza nadchodziła coraz szybciej i zanosiła się na gwałtowną. Kolejna błyskawica i kolejna seria strzał. Tym razem obrońcy byli już przygotowani, kryjąc się za lekkimi puklerzami oraz ciężkimi pawężami ponieśli minimalne straty. Skryci za ścianą tarcz czekali na kolejna salwę.
Kolejna błyskawica. Nic się nie dzieje. Cisza. Powietrze robiło się coraz cięższe, każdy słyszał bicie nie tylko swojego serca, ale i towarzysza obok.
Następna błyskawica malowniczo rozeszła się po niebie a towarzyszący jej grzmot był mocniejszy od pozostałych.
– Pilnować powozów! Trzymać szyk! – Powtarzał rozkazy Maurycy.
Pierwsze krople deszczu spadły, kiedy na obrońców przypuszczony został frontalny atak. Zza drzew, krzaków, chaszczy, spod prowizorycznych kryjówek słowem spod czegokolwiek, co może służyć za kryjówkę wypadali zbrojni i kupą natarli na orszak. Obrońcy natychmiast nastawili piki i halabardy jak jeż starający się, odpędzić napastnika, ale każdy jeż ma słaby punkt a ten nie był wyjątkiem. Napastnicy nie byli zwykłymi rabusiami, lecz dobrze zorganizowana bandą, dla której rabunek na gościńcu to nie pierwszyzna i potrafili radzić sobie z nie takimi „jeżami”. W stronę „jeża” poleciały pochodnie, kilka zgasło w coraz gęściej padającym deszczu, ale kilka osiągnęło swój cel i wpadło w sam środek zbitych w kupie obrońców. Kilku z nich natychmiast zajęło się ogniem i zaczęło miotać się we wszystkie strony psując szyk obronny. To wystarczyło. Napastnicy rzucili się na nich z ogromną furią i siłą tnąc kordami, miażdżąc młotami i rąbiąc toporami. Ci z żołnierzy, którym udało się nie zostać podpalonym przez własnych towarzyszy oraz przetrwać potężne natarcie przeciwnika stawiali zaciekły, lecz daremny opór gdyż doświadczenie jaki przewaga przeciwnika było druzgocące.
Piechota została pobita w przeciągu pary chwil. Konni stawiali opór trochę dłużej, ale i tak musieli uznać przewagę przeciwnika. Ściągniętych z koni dobijano na ziemi. Zbitych ograbiano z wszystkiego, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Jeden tylko Maurycy trzymał się twardo obdzielając wokół ciosami swojego wielkiego miecza wszystkich tych, którzy pragnęli zbyt bliskiego kontaktu z nim lub z jego koniem. Tak jak i pozostałych tak i jego ściągnięto w końcu z konia, ale nawet na ziemi nie powstydziłby się nawet krasnoludzcy berserkerzy.
Krąg napastników wokół niego coraz bardziej się zacieśniał , gdy usłyszał krzyki dobiegające od strony powozów. Odwrócił głowę próbując zobaczyć, kto co się tam dzieje, to był błąd. Oberwał obuchem w głowę tak, że hełm nie nadawał się już na nocnik. Upadł na ziemię, próbował wstać, oberwał drugi raz. Trzeciego uderzenia już nie poczuł.
***
– Na Mojom brode piwo jak zawsze świetne – powiedział krasnolud.
– Możesz to powtórzyć – odparł jego towarzysz biorąc kolejny potężny łyk z kufla.
– Żebyś ty wiedział, co ja żem siem ciebie naszukał. Ciężej cie znaleźć niźli wrzód na rzyci.
– Byłem zajęty. A teraz znalazłeś, więc do czego ci jestem potrzebny?
– Mama robote a sam jej nie wykonam.
– Co to za robota?
– Standardowa „Żywy lub martwy”.
– Gdzie haczyk? – Zapytał towarzysz dając znać szynkarzowi by doniósł jeszcze piwa.
– Nie rozumiem. Co za haczyk?
– To ja się pytam, co za haczyk. Mówisz standardowa robota, ale jednak musi być gdzieś jakiś hak skoro mnie szukałeś aż znalazłeś. – Pociągnął z kufla, który postawił przed nim szynkarz – Dla zwykłego obwiesia nie byłbym ci potrzebny. A może ty się już starzejesz. Robisz się stary do tej roboty, co nikomu nie powiem. Będę milczał jak grób.
– Nie drwij, ale słusznie zgadujesz, że jest haczyk i to nawet wielki.
– Czyli to nie haczyk, a hak.
– Kurigan Czerwonobrody.
– Czyś ty zwariował?! – odparł jego towarzysz, dławiąc się piwem, którego część wylała mu się na gacie. – Życie ci nie miłe, nudzisz się? Ten facet ma w obstawie, co najmniej setkem ludzi! Jeżeli myślisz, że pojedziesz do niego i wyskoczysz z tekstem: „Żywy lub martwy pójdziesz ze mną”, to chyba to piwo działa na ciebie bardziej niż wiekowa gorzała. Będziesz martwy szybciej niż zdążysz sobie po raz ostatni przypomnieć imię dziewki, którą żeś ostatnio chędożył.
– Ja tam problemu nie widze.
– To znaczy?
– Bo za cholere, nawet teraz, nie mogem sobie przypomnieć tej dziewki.
– Durnym żeś się urodził i durnym cię zakopią. Dobrze wiesz, o czym mówię.
– Wiem, wiem.
– Więc, nad czym się tu jeszcze zastanawiać? Grzecznie powiedz „dziękuję” i po sprawie.
– Tylko…
– Tylko, co?
– Tylko szkoda tej forsy którom za niego dajom.
– A ile dają?
– Piętnaście tysięcy koron.
Tym razem to już było zbyt wiele, zachłysnął się piwem tak, że o mały włos a wypuściłby je nosem. Dopiero parę mocnych uderzeń w plecy, powszechnie stosowanych takich przypadkach, dało ulgę cierpiącemu. W gospodzie nikt nie zwrócił na to uwagi, widać uważno tutaj zjawisko takie jak zachłyśnięcie się piwem, szczególnie tak dobrym piwem, do którego nie każdy mógł mieć żołądek, za cos absolutnie normalnego. A nadmienić by warto, iż gospoda „Pod zalanym kasztelanem” słynęła w całym księstwie z piwa, którego nie powstydziłby się co znamienitsze dwory, a niektóre mogły tylko zazdrościć złocistej barwy oraz długo utrzymującej się piany. Tak, więc żołądki osób, które nie piły jeszcze tego piwa a do tej pory znały tylko to, co oferował przydrożne oberże i karczmy, i co nie zawsze przypominało złoty, pienisty trunek. Mogły reagować w najróżniejszy sposób.
– Pię… Piętnaście tysięcy?
– Dokładnie tyle było na liście gończym.
– W takim razie sprawa wymaga głębszego zastanowienia, co i tak nie zmienia faktu, że we dwóch bez jakiegokolwiek planu i ogromnej ilości szczęścia nie mamy najmniejszych szans. A tak z czystej ciekawości, kto tyle oferuje?
– Kasztelan grodu Karrendorf.
– Widać bardzo mu zależy. Mało kto oferuje taką kwotę za czyjąś głowę, no ale też i głowa warta tej ceny. Co jeszcze wiesz na temat tego zadania?
– Niewiele. Mam siem tu spotkać z człowiekiem, który mnie poinformuje o szczegółach.
W drzwiach gospody pojawiło się kilku zbrojnych. Wnosząc po uniformach w jakie byli przyodziani należeli do załogi grodu Karrendorf. Dowódca rozejrzał się po gospodzie najwyraźniej czegoś szukając.
– No o wilku mowa – powiedział krasnolud, po czym dał znak by podszedł do nich. Ten wydał kilka krótkich poleceń swoim ludziom, ci natychmiast opuścili gospodę najwyraźniej przygotowując się do szybkiego wyjazdu. – Ach tak, byłbym zapomniał. Ani słowa komentarza na temat jego przypadłości, zrozumiano?
– Jakiej przy …? – Nie dokończył gdyż przybysz zbliżył się i zajął wskazane mu przez krasnoluda miejsce.
– Jakie wieści od kasztelana? – zapytał krasnolud.
– Zanim przejdziemy do konkretów, chciałbym jeśli łaska popróbować tego piwa, z którego ta gospoda słynie – po czym nie czekając na nikogo dał znać szynkarzowi by przyniósł piwa.
– To co zwykle? – zapyta szynkarz.
– Nie. Dziś tylko cztery. Jestem na służbie. – padła odpowiedź.
Gdy tylko szynkarz postawił cztery kufle na stole chwycił za jeden, i za jednym razem opróżnił go nie roniąc ani jednej kropli co wskazywało na wielką wprawie pijącego. Skończywszy natychmiast chwycił za następny i powtórzył czynność.
– Niczego sobie taka przypadłość – powiedział na ucho krasnoludowi jego towarzysz.
Odstawiwszy kufel przybysz skomentował jego zawartość potężnym beknięciem świadczącym o ochoczym i częstym ćwiczeniu przepony. Dokończywszy ceremonii czyli, donośnym beknięciu po czym wymowne cmoknięcie oraz wytarcie ust rękawem, przystąpił do części oficjalnej.
– Nazywam się Konrad Waligóra – przedstawił się – i jestem kapitanem straży grodowej Karrendorf. Jak zawsze masz paskudną gębę Ginnarze – zwrócił się do krasnoluda.
– A ty jak zawsze żłopiesz niczym krowa. Ciekawość mnie bierze kiedy ciem w końcu rozerwie, Moczymordo jedna. – odwzajemnił grzecznościowe powitanie krasnolud.
– Dobra. Dosyć czułości na to będzie czas potem. Teraz przedstaw swego towarzysza bo nie dosłyszałem imienia a widzę go w tych stronach po raz pierwszy.
– Feliks – przedstawił się szybko towarzysz.
– Feliks? – powtórzył szybko Konrad po czym zmarszczył nieco brwi – Niech i tak będzie.
– Wienc z jakimi wieściami przychodzisz Konradzie – zapytał Ginnar.
– Wieści nie mam żadnych. Mam was, bo domyślam się, że obecny tutaj pan Feliks jest z tobą, doprowadzić do grodu. Tam kasztelan zaspokoi waszą ciekawość oraz przedstawi całą sytuację. Moi ludzie czekają na zewnątrz, niestety konia w zapasie mam tylko jednego. Nie spodziewałem się, że będziesz potrzebował pomocy do tego zadania Ginnarze. Podobno jesteś najlepszym łowcą nagród w księstwie, a tu widzę, że sprowadziłeś sobie pomocnika. Starzejesz się, oj starzejesz.
Nie potrzeba mi konia. Pójdę pieszo, poza tym konie niezbyt za mną przepadają. Do widzenia panowie, spotkamy się w grodzie – pożegnał się Feliks po czym wyszedł z gospody.
– Dziwnych masz znajomych – powiedział Konrad.
– Odezwał siem jeden z nich – zripostował natychmiast Ginnar.
– Długo się znacie?
– Wystarczająco by mieć do niego wienksze zaufanie niż do ciebie Moczymordo jedna. Widzem, że piwo to ty pijesz z nie zmiennym zapałem.
– Masz zamiar mnie tu obrażać cały czas, czy też wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia?
– Gadaj co masz powiedzieć.
– Sprawy się nieco skomplikowały. Córka kasztelana Urszula została tydzień temu porwana, a sprawcą jest nie kto inny jak Kurigan. Napadł na orszak, którym podróżowały Urszula wraz ze swoja kuzynką Kunegundą na obchody stulecia założenia grodu. Teraz kasztelan na rzyci usiedzieć nie może i każe wszystkim szykować się do zbrojnej rozprawy z Kuriganem. Zły jest jak szerszeń, cały dzień dzisiaj tylko odgraża się na niego i wymyśla różne męczarnie jakie będzie własnoręcznie zadawał Kuriganowi kiedy wpadnie mu tylko w łapy. Mówię ci sprawy nigdy jeszcze nie wyglądały tak źle.
– Tak wienc im szybciej wyruszymy, tym szybciej uspokoimy kasztelana a przy odrobinie szczęścia może uda nam siem uratować jego córce.
– Dobrze. Konie mam na zewnątrz. Moi ludzie już na nas czekają, ale przedtem muszę jeszcze dokończyć pewną rzecz.
– Jakom?
Konrad nie odpowiedział, złapał natomiast za pozostałe kufle i wypił zawartość z powtórzeniem ceremonii. Podobnie jak za pierwszym razem nie uronił ani kropli. Skończywszy odstawił kufle na stół wraz z kilkoma sztukami złota po czym beknął tak potężnie, że echo rozeszło się po gospodzie.
Moczymorda prawdziwa moczymorda, ale mnie i tak nie pobije – pomyślał krasnolud po czym razem z Konradem opuścił gospodę „Pod zalanym kasztelanem” i udał się do Karrendorfu.
***
– Co to za jeden ten Feliks – zapytał Konrad już w trakcie drogi do grodu. – Ufasz mu?
– Bardziej niż tobie – odparł krasnolud wiercąc się w siodle i próbując się wygodniej usadowić.
– Nie sierdź się tak. Pytam bo wydał mi się jakiś dziwny, a ja bardzo nie lubię dziwnych ludzi.
– Wiem o tym. Czy ty nie mogłeś wzionść innego siodła? To wkrenca mi siem w rzyć niczym kornik w drzewo.
– Innego nie było, nie wybrzydzaj.
– Po stokroć bardziej wolałbym iść pieszo lub jechać na wozie niźli tłuc siem tom chabetom.
– Pieszo za wolno by to trwało a wozu szkoda marnować na ciebie.
Koń miał najwidoczniej dosyć tego wiercenia o czym dał znać swemu jeźdźcowi zrzucając go w krzaki. Gdy krasnolud wygramolił się z chaszczy koń rozbawiony tym widokiem zarżał po czym zaczął niewinnie skubać trawę. Ginnar podszedł do niego i zdzielił goi pięścią tak, że niedoszły dowcipniś przysiadł na zadzie i trzeba było odczekać dłuższą chwilę, aż dojdzie do siebie.
– Jeszcze jeden taki numer a osobiście przerobiem ciem, na konine – powiedział krasnolud łapiąc za uzdę.
Dowcipniś nie przejął się ta groźbą nastroszył tylko zadziornie uszy i zarżał zaczepnie.
– Spokojnie – Konrad stanął pomiędzy koniem, a biorącym zamach do kolejnego uderzenia Ginnarem. – Dość będzie czasu na sprzeczki w grodzie. A tak przy okazji to wiem dlaczego krasnoludy nie lubią koni.
– My konie uwielbiamy. – odciął się Ginnar – szczególnie dobrze upieczone.
W dalszą drogę ruszyli gdy jako tako udał osie załagodzić sytuacje. Jednak obydwaj tak krasnolud i koń czekali na dogodną okazję by się jeszcze odgryźć.
Do grodu przybyli kiedy słońce już było za horyzontem a na niebie pokazywały się nieśmiało pierwsze gwiazdy. Zapowiadała się ciepła letnia noc.
***
– Pozwolisz, że udam siem jeszcze za potrzebom. – Powiedział Ginnar – Strasznie srać mnie siem chce.
Nie czekając na odpowiedz pognał w krzaki z szybkością jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden wierzchowiec z królewskim stajen.
– Tylko nie zabaw tam zbytnio, kasztelan nie lubi czekać. – rzucił za nim Konrad i sam ruszył do bram grodu.
Ginnar ulżywszy sobie miedzy gęsto rosnącymi paprociami zaczął wypatrywać Feliksa. Spodziewał się go spotkać po drodze, ale nigdzie nie było po nim nawet śladu. Przeszła my przez głowę myśl czy przypadkiem nie zgubił drogi, ale zaraz roześmiał się w duchu. Feliks zgubić drogę i do tego jeszcze w nocy, niemożliwe. Po jakimś czasie zaczął się jednak niepokoić Feliksa jak nie było tak niema.
Ruszył w stronę grodu nie czekając na towarzysza gdy ten jakby wyrósł ziemi.
– Gdzie żeś się do licha podziewał, co? Fakt, że miałeś przyjść z lekkim opóźnieniem, ale to już chyba lekka przesada.
– To wyście przyjechali z opóźnieniem i to sporym, a tak swoja drogą to nie powinieneś się tak brutalnie obchodzić z końmi.
Krasnolud pominął te uwagę milczeniem.
– I czego żeś siem dowiedział?
– Niczego, poza małą ciekawostką i tym, że kasztelanowi bardzo zależy na dorwaniu tego gościa. Cały czas zgrzyta zębami tak, że skry lecą. Dobra chodźmy do niego, poza tym powietrze strasznie tutaj czymś zalatuje aż mi się od tego włosy zaczynają skręcać.
***
Kasztelan był mężczyzną niskim, niektórzy powiedzieli by iż był maluchem. O głowę był tylko wyższy od największych krasnoludów przez co nie był brany za jednego z nich co doprowadziło go do szewskiej pasji, tym bardziej, że był posiadaczem pokaźnego brzucha, którego on nazywał mocno rozwiniętym mięśniem piwnym. Poza tym był to człowiek nad wyraz spokojny poza momentami kiedy ktoś nadepnął mu na odcisk co zdarzało się bardzo często.
Kasztelana zastali gdy ten po raz nie wiadomo już który wyliczał, wymyślał oraz spisywał coraz to bardziej innowacyjne metody tortur jakimi uraczy Kurigana, gdy tylko dorwie go w swe ręce. Nie było przy tym różnicy czy Kurigan będzie żywy czy martwy. Dla każdej z tych możliwości sporządzał osobną listę tortur.
– Kasztelanie oto jedni łowcy nagród, jacy odpowiedzieli na twoje ogłoszenie, Ginnar oraz jego towarzysz Feliks. – przedstawił Konrad.
Samopoczucie kasztelana uległo chwilowej poprawie gdy zobaczył, że jednym z łowców jest krasnolud i może na niego patrzeć z góry.
Zmierzył obydwu wzrokiem, jakby nie dowierzając iż na jego ofertę odpowiedziało tylko dwóch. Spodziewał się raczej całych zastępów, bo suma jaka wyznaczył za głowę Kurigana była nie mała co już samym w sobie było zachętą niemałą, ale jak widać zła sława jaką otaczał się i w pełni na nią zasługiwał sam Kurigan dotarła nawet do największych znkomistości w tym zawodzie. Ci natomiast uznali iż schwytanie takiego osobnika jest poniżej ich godności i pozostawili to zadanie innym by się wykazali.
– Tylko dwóch? – kasztelan nie skrył rozczarowania.
– Innych strach obleciał. – Odpowiedział Ginnar – Wolom siedzieć pochowani po burdelach i łapać płotki niż zapolować na prawdziwego zwierza.
– A ty jak mniemam masz na to polowanie wielka ochotę?
– Jeżeli dogadamy siem co do honorarium.
– A ci ty jeszcze do omawiania. Piętnaście tysięcy za żywego lub martwego. Chociaż wolałbym go żywego i to nie zbyt poturbowanego, ot tyle tylko ile to konieczne by doprowadzić go do grodu.
– W takim razie stawka musi wzrosnąć?
– Co! Mowy nie ma!
– Cuś mi siem widzi, że nie macie wyjścia kasztelanie. Albo siem dogadamy, albo łapcie se go sami, a mi siem widzi, że nie macie tutaj innych chentnych do wykonania tego zadania i nie prendko ich znajdziecie wienc albo przystajecie na nasze warunki albo pocałujcie mnie w rzyć.
Kasztelan poczerwieniał niczym dobrze ugotowany rak, ale wiedział, że nie ma innego wyboru i będzie musiał przystąpić na warunki jakie postawią ci dwaj osobnicy bez względu jakie one by nie były.
***
– Dobrze wienc. Kwestiem nagrody z niego mamy już za sobą – powiedział uradowany Ginnar. – Tak wienc kiedy mamy zabrać się do roboty bo mnie siem wydaje, że im szybciej tym lepiej.
– Ciekawe co podsunęło ci taki pomysł. – Odpowiedział, z lekką nutką sarkazmu, zniechęcony kasztelan.
– No nie donsajcie siem tak kasztelanie. Przecie dobrze wiecie, że nikt inny i tak by siem nie zgłosił w takim terminie. Poza tym reszta nie jest na tyle szalona by dać siem zabić. Bo porwać siem na Kurrigana to tak jakby kopać sobie własny grób a nikt inny nie jest na tyle szalony by to robić na własne życzenie. Nie ważne tutaj jest ile złota przeznaczono za jego głowę. Nikt tego nie zrobi i już.
– Można zatem wiedzieć dlaczego wy dwaj się zgodziliście to zrobić?
– Można. – Odparł Ginnar – bo to sprawa osobista.
– Skoro to coś osobistego to czemu bierzesz za to złoto?
– Bo nigdy nie przepuszczam zarobku, a poza tym mam zamiar założyć hodowle gryfów, kiedy wycofam siem już na emeryture – odparł Ginnar z uśmiechem od ucha do ucha.
– Śmiem jednak wątpić czy poradzicie sobie we dwóch. To cała banda uzbrojonych i gotowych wypatroszyć każdego kto im się nawinie morderców.
– No to co.
– A to, że może wam się nie udać.
– O to nie musicie siem głowić. Nie mam w zwyczaju nie wykonywać raz podjętego siem zadania.
– A on? – zapytał kasztelan, wskazując na siedzącego pod oknem Feliksa, który wpatrywał się w noc panującą za oknem.
– A on nie przepuści dobrej okazji do bitki. – odparł krasnolud szczerząc zęby w jeszcze szerszym uśmiechu.
Na te słowa Feliks lekko drgnął, przestał gapić się w nocny krajobraz grodu i spojrzał w stronę Ginnara. Ten jednak nic sobie z tego nie robiąc dalej szczerzył swoje zęby, lekko pożółkłe od nadmiernego palenia fajki z którą nigdy się nie rozstawał.
– Mniejsza o nasze metody – ciągnął dalej Ginnar – chciałbym wiedzieć wiencej na temat tego co siem tutaj dzieje, dlaczego Kurrigan porwał waszom córke.
Kasztelan spojrzał na Konrada wzrokiem bazyliszka ten natomiast ze szczególnym zainteresowaniem sprawdzał stan swoich butów.
– Nie rozumiem dlaczego uwziął się tak się uwziął na mój gród. Może chce sobie tutaj postawić własną warownie. Nie mam pojęcia. Ważne by moja córka wróciła cała i zdrowa.
– Nie pomoge wam kasztelanie dopóki nie bendem wiedział wiencej o tym czego on tutaj chce. Może wtedy uda siem go jakoś załatwić a to, że wasza córa siedzi u niego jako zakładnik to wcale sytuacji nie polepsza. Wienc albo zaczniecie gadać kasztelanie o co tu chodzi albo sami na niego polujcie.
– Ja naprawdę nie rozumiem dlaczego uparł się akurat na mój gród. Może mato jakiś związek z obchodzoną rocznicą, a może ma ochotę na złoto jakie ma tu być dostarczone na opłacenie wszelkiego rodzaju rozrywek i uciech oraz zakwaterowania gości, którzy mają tu przybyć.
– A ile tego złota ma być? – zapytał zaciekawiony Ginnar.
– Sto pięćdziesiąt tysięcy koron.
Na te słowa siedzący do tej pory w skupieniu i przysłuchujący się rozmowie Feliks uniósł lekko brwi. Natomiast Ginnar siedział z otwarta gębą i o mały włos a spadł by z ławy, na której siedział.
– Czy ktoś jeszcze o tym wie? – zapytał Ginnar gdy tylko żuchwa powróciła mu na zwykłe miejsce.
– Nikt poza Konradem i hrabią Igorem.
– Jak długo to już trwa?
– Jakieś miesiące.
– I dopiero teraz wzywacie pomocy kasztelanie?
– Bo przedtem były tylko nieliczne napady na gościńcu. Ot ktoś tam kogoś napadł, odebrał sakiewkę, przetrzepał skórę, ale to wszystko rozpoczęło się przed miesiącem kiedy to napady zaczęły być coraz zuchwalsze i coraz częstsze. Obrabowano wszystkich bez wyjątku kupcó, hrabiów, zwykłych podróżnych nikogo nie oszczędzono. Jakieś dwa tygodnie temu dostałem wiadomość, że mam wynieść się z grodu albo w trakcie uroczystości zostanie spalony. A teraz jeszcze to nieszczęście…
Kasztelan przerwał bo za drzwiami rozległ się nieziemski harmider i do izby wpadł pachołek.
– Czego? – warknął kasztelan.
– Panie… - pachołek starał się złapać oddech. – Ta, ta tam przy bramie…
– No wykrztuś to z siebie.
– Panie. Maurycy wrócił.
Na te słowa kasztelan, a za nim Konrad wypadli z izby z szybkością błyskawicy i prowadzeni przez pachołka wypadli na podwórzec, gdzie klęczał młody barczysty mężczyzna trzymając przed sobą jedną ręką worek ze świńskiej skóry. Chwilę później dołączyli do nich również Ginnar i Feliks. Mężczyzna cały czas był w podartych łachmanach, boso z pokrwawionymi stopami oraz licznymi niedokładnie gojącymi się ranami.
– Maurycy – zawołał kasztelan – gadajże co się stało.
Mężczyzna nic nie odpowiedział tylko wskazał ręką worek, który nadal kurczowo ściskał.
Konrad natychmiast wyrwał mu go z ręki, rozwiązał i sprawdził zawartość po czym ze zgrozą na twarzy przekazał go kasztelanowi. Ten, gdy tylko do niego zajrzał natychmiast zwymiotował.
***
– Tego już za wiele! – wrzeszczał kasztelan, w którym wściekłość mieszała się z rozpaczą – Córka hrabiego zarżnięta jak jakieś prosie. Gdy Igor się o tym dowie to zawiadomi księcia a wtedy mam przesrane.
– Może hrabia jednak siem nie dowie – wtrącił Ginnar.
– Dowie się, dowie. Zawsze się o wszystkim dowiaduje. Poza tym jak mam utrzymać w tajemnicy fakt iż jego córce odrąbano głowę niczym pospolitemu zbójowi.
– Igor? – teraz wtrącił się Feliks, którego zdziwił fakt, że kasztelan grodu zwraca się o kimś z wyższym statutem społecznym z taką poufałością.
– Tak. Hrabia to mój szwagier. Ale wracając do rzeczy, jak szybko możecie dostarczyć mi głowę tego świra co zabił Kunegunde?
– A jak szybko gród nie może zostać pusty? – zapytał Feliks.
Zdumienie jakie odmalowywało się na twarzach wszystkich obecnych było ogromne.
– Czyś ty na głowę upadł! – zawołał, nie kryjąc złości kasztelan a Ginnar z zainteresowaniem spoglądał na przyjaciela. – Nie dam się zastraszyć byle jakiemu zbójowi i nie opuszczę miasta pod żadnym pozorem.
– W takim razie Karendorf nie doczeka uroczystości. Bo o ile mi wiadomo Kurigan nigdy nie odpuszcza raz obranego celu.
– Skond to możesz … a tak przecież… - Przerwał Ginnar pod spojrzeniem Feliksa.
– Ale on jeszcze ma moją córkę. A ja nie dopuszczę do tego by przysłano ją do mnie w kawałeczkach.
– Właśnie dlatego musicie opuścić gród. Dał wam przecież troche czasu, prawda? A może się mylę. Co kasztelanie?
– Dał – odparł kasztelan po chwili.
– I wyście zwlekali, boście myśleli, że tu was nic nie ruszy i byle zbój z gościńca nie będzie wam wygrażał. Prawda kasztelanie, zignorowaliście go, a teraz się to na was mści. Więc albo wysłuchacie tego co mam do powiedzenia, albo sami się teraz ratujcie.
Kasztelan milczał długą chwilę najwyraźniej bijąc się z własnymi myślami po czym zapytał.
– Więc co mam zrobić?
***
– Nie podoba mi się to, wcale a wcale mi się to nie podoba – powiedział kasztelan.
– Szczerze mówiąc mnie też to siem nie podoba – zawtórował kasztelanowi Ginnar.
– Zgodnie z tym co wam przekazał Kurigan, gród ma być opuszczony do pełni księżyca a to jest już po jutrze – spokojnie stwierdził Feliks.
– I ja mam opuścić miasto niby jakiś tchórz? Nigdy już prędzej wolę zginąć.- stwierdził kasztelan, ale niezbyt mu się ta myśl podobała.
– Wierzcie mi kasztelanie, w tym wypadku lepiej być żywym tchórzem niż martwym bohaterem.
Ginnar spojrzał się na swojego przyjaciela i przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie oraz to co wtedy powiedział do niego Feliks. Natychmiast jednak powrócił myślami do obecnej sprawy.
– Ale jaką mam pewność, że to uratuje moją córkę? – zapytał kasztelan.
– Niestety żadnej, ale nie ma innego sposobu – odpowiedział Ginnar nim zdążył Feliks.
– Skoro nie ma żadnego sposobu to opuszczę gród tylko czy we dwóch dacie sobie radę?
– O to siem, kasztelanie, nie musicie martwić. Przecie i tak nie macie już nic do stracenia. Poza tym nie bierzemy takiej nagrody tylko za powodu pięknych oczu – odparł Ginnar szczerząc zęby.
– Mam doi stracenia własna córkę!
– Spokojnie, przecie jeżeli nam siem nie uda to zawsze możecie z pomocą szwagra odbić Karendorf, przynajmniej to co z niego zostanie.
Kasztelan nic nie powiedział tylko wstał i nachmurzony zaczął chodzić po izbie mrucząc pod nosem. Po chwili zawołał.
– Konrad!
– Tak jest – odparł wpadając do izby.
– Przyślij tu natychmiast pachołka, ale takiego który potrafi szybko jeździć konno.
– Tak kasztelanie.
– A, jeszcze jedno, daj mu najlepszego konia i przyślij tutaj Maurycego może będzie coś wiedział co się przyda.
– Tak jest.
Gdy tylko zamknęły się drzwi za Konradem Ginnar zwrócił się do Feliksa.
– Myślisz, że plan siem powiedzie?
– Nie mam pojęcia, ale innego wyjścia nie mamy, jeżeli się to nie powiedzie to dla grodu i córki kasztelana nie ma już ratunku.
W tym momencie do izby wszedł pachołek i skłonił się nisko. Kasztelan natychmiast wyciągnął z kufra pod ścianą zwój pergaminu flaszkę inkaustu oraz gęsie pióro. Podszedł do stołu i zaczął pisać. Gdy skończył zwinął i zapieczętował pergamin po czym wręczył go pachołkowi mówiąc.
– Masz to dostarczyć na zamek Nostal i oddać hrabiemu Igorowi do rąk własnych, nikomu innemu tylko hrabiemu, zrozumiałeś?
– Tak.
– Więc na co jeszcze czekasz, ruszaj i nie szczędź konia. Ach! Zawołaj tutaj Konrada.
– Wyjechał, kasztelanie.
– Jak to wyjechał? Dokąd?
– Nie powiedział, kasztelanie. Wziął konia i odjechał w stronę gospody.
– Niech go szlag ciągle to samo. Gdy tylko spuszczę go z oka ten moczymorda wykorzysta każdą okazję by się urżnąć. A ty co ty jeszcze robisz migiem do hrabiego, ale już.
Gdy pachołek wyszedł w drzwiach pokazał się Maurycy. Wyglądał teraz o wiele lepiej niż przed paroma godzinami, gdy zawitał do grodu, przyodziany tylko w postrzępioną koszulę, trzymając w jednej ręce kurczowo worek z głową córki hrabiego Igora. Był ogolony, włosy miał spięte z tyłu głowy. Koszula i gacie jakie miał na sobie były dla niego za małe. Nic w tym dziwnego, gdy wszedł do izby głową sięgał powały a przechodząc przez drzwi musiał się pochylać co sprawiało wrażenie jakby od progu kłaniał się gospodarzowi. Nie był barczysty, ale chudy czym sprawiał wrażenie chodzącej gałęzi. Niestety nie zdołano znaleźć butów, które pasowałyby na jego wielkie stopy. Widać było również, że po porządnym posiłku i odrobinie snu wracał do siebie, choć nadal wyglądał mizernie.
Kasztelan czym prędzej posadził go przy stole po czym nalał mu do kielicha wina by go otrzeźwić. Pomimo iż Maurycy siedział to i tak był o głowę od niego wyższy. Wychylił kielich jednym haustem i odstawił go z powrotem a kasztelan natychmiast go napełnił. Ginnar i Feliks przyglądali się temu ze zdziwieniem, ale ich ciekawość po chwili została zaspokojona.
– Gadajże jak to się stało, że was pojmali a Kunegundzie odrąbali głowę.
Na te słowa Maurycy skrzywił twarz jakby nie chciał wracać do tych chwil nawet we wspomnieniach. Po chwili jednak jego twarz powróciła do poprzedniego stanu.
– Gadajże – ponaglał zniecierpliwiony kasztelan.
– Jechaliśmy właśnie na obchody…
– To wiem – niecierpliwił się coraz bardziej. – Gadaj co się potem stało.
– Całą drogę do ich obozu byłem nieprzytomny. Gdy się w końcu ocknąłem byłem przywiązany do drzewa. Obok mnie leżały związane i bez oznak życia Kunegunda i Urszula. Obydwie okrutnie posiniaczone jakby były katowane z wyjątkowym sadyzmem. Próbowałem je zawołać, ale nic z tego nie wychodziło. Obydwie jakby straciły wszelką chęć do życia i tylko siedziały związane i z lekiem obserwowały przechodzących obok nich z obleśnymi uśmiechami na twarzach bandytów.
Maurycy upił łyk wina po czym kontynuował.
– Drugiego dnia podszedł do nas jeden z nich o postawie poznać było iż to ich przywódca. Wskazał na mnie odwrócił się i odszedł. Natychmiast mnie rozwiązano i poprowadzono do jego namiotu. On już tam czekał rozparty na swoim tronie niczym kwoka na gnieździe. Przyglądał mi się oczyma które przewiercały mnie na wylot, czułem się jakby czytał moje myśli znał moje uczucia. Czułem się jakby w ciągu tej ostatniej chwili zdążył poznać całe moje życie. Przez tę krótka chwilę dowiedział się ode mnie wszystkiego czego chciał chociaż nie powiedziałem ani jednego słowa. Wszystkie jego pytania słyszałem jak odległe myśli w mojej głowie a najgorsze, że nie potrafiłem im się sprzeciwić. Gdy skończył machnął tylko ręką na swoich ludzi a oni natychmiast wynieśli mnie i zaczęli okładać czym tylko mieli pod ręką, Dy upadłem to kopali gdzie tylko popadło. Pragnąłem znowu jak najszybciej stracić przytomność. Moje życzenie najwyraźniej się spełniło bo ocknąłem się znowu przywiązany do drzewa.
Ponowny grymas bólu wystąpił na twarzy Maurycego.
– Co z moją córką, gadajże co z moją córką?
– Ona… nie…
Wtem drzwi do izby otwarły się i stanęła w nich Urszula. Jej ubranie było w strzępach. Kasztelan natychmiast zerwał się z miejsca i ruszył w jej stronę, ale ona była szybsza. Jednym niezauważalnym ruchem znalazła się przy kasztelanie i w tym samym momencie łamiąc mu kark. Kasztelan osunął się na ziemie z wyrazem zdziwienia i zaskoczenia na twarzy. Urszula odwróciła się w strona pozostałych, ale ułamek sekundy później była już przybita, rzuconym przez Feliksa, mieczem do ściany.
– Łap za Thora – zawołał do Ginnara Feliks. Ten, w lot łapiąc o co chodzi, porwał za swój kafar po czym w dwóch skokach znalazł się przy Urszuli próbującej oderwać się od ściany. Wziął zamach i jednym potężnym uderzeniem zmiażdżył jej głowę. Siła ciosu była tak wielka, że czaszka pękła niczym skorupka kurzego jajka a szczątki kości i mózgu utworzyły na ścianie malowniczą mozaikę. W tym samym czasie Feliks zerwał ze ściany włócznię i łamiąc ją na pół podszedł do drgającego ciała Urszuli i wbił w serce złamany koniec drzewa.
Wszystko wydarzyło się w takim tempie, że Maurycy nie zdążył jakkolwiek zareagować. Siedział tylko i ze zgrozą przenosił wzrok to z zabitego kasztelana na zwłoki tego co wydawało mu się jeszcze przed chwilą Urszulą i stojących nad nimi dwiema postaciami. Do jego uszu, dolatywała jak przez mgłę, wymiana zdań pomiędzy tymi dwoma postaciami.
– Skond wiedziałeś? – zapytała ta niższa postać.
– Od momentu gdy pojawiła się w drzwiach poczułem coś dziwnego. Nim zdążyłem ostrzec kasztelana by nie podchodził do niej – tu postać wyższa wskazała na zwłoki – ona już przy nim była i złamała mu kark – odpowiedziała ta wyższa wyszarpująca miecz.
Wtedy usłyszał odgłosy jakby ktoś bił brawo i do izby weszła kolejna postać tylko tę postać znał aż za dobrze.
– Brawo, brawo – powiedział Kurrigan klaszcząc w dłonie z wyrazem rozbawienia na twarzy. Z wyglądu przypominał mężczyznę około 35 lat w rzeczywistości miał jednak dużo, dużo więcej. Jego przystojną twarz szpeciła jedna blizna rozpoczynająca się na czole przechodząca przez lewe oko i policzek, a kończąca się na lewym kąciku ust. Całości wizerunku dopełniała starannie wypielęgnowana, ognisto ruda, broda, długością przypominająca gęstą sierść. – Brawo. Sam bym tego lepiej nie zrobił. Wspaniała praca zespołowa. Dawno czegoś takiego nie widziałem. Najwyższe wyrazy uznania.
– Mogłem się domyślić, że to ty ja tu stworzyłeś. Mogę wiedzieć dlaczego tak łatwo nam z nią poszło. – zapyta Feliks.
– To proste. Dziwne, że sam się tego nie domyśliłeś. To nie wy jesteście moim celem a ten gród. Właśnie w tej chwili moi ludzie go plądrują przy okazji zabijając każdego kto im się nawinie. Muszę dbać o zadowolenie sowich ludzi. – powiedział Kurrigan z paskudnym uśmiechem na twarzy a przez bliznę ten uśmiech wydał się jeszcze paskudniejszy.
– To w takim razie jak ominąłeś straże przecie gród był strzeżony dzień i noc? – zapytał Ginnar. Kurrigan już miał odpowiedzieć, ale wyręczył go Feliks.
– Posłużył się nią – wskazał na ciało Urszuli –strażnicy przy bramie sądząc, że udało jej się jakoś wydostać wpuścili ją do grodu. Wtedy…
– Wtedy było już za późno. Pozabijała ich nim zdążyli się zorientować w sytuacji. Potem wystarczyło tylko wejść do grodu zająć się jego systematycznym oczyszczaniem. Proste i skuteczne – dokończył Kurrigan.
– Nie obchodzi mnie po co Ci to miasto, ciekawi mnie tylko jak dowiedziałeś się tak szybko o naszym pobycie tutaj? – zapytał Feliks.
– Ja mu powiedziałem – padła szybka odpowiedź i do izby wszedł Konrad.
– Skurwysyn. Mogłem siem domyśleć. Kanalio zdradziecka, kutasie złamany, - kipiał ze złości Ginnar – a ja ci ufałem psi chwoście jeden.
– Będziesz musiał na przyszłość lepiej dobierać sobie znajomych, Ginnarze. – odparł Konrad.
– Dosyć tych pogaduszek! – powiedział Kurrigan – Gród należy teraz do mnie i mam zamiar zabrać to po co tu jestem. Z uwagi na stare dzieje puszczę cię Feliksie, wraz z twym towarzyszem, wolno. Na przyjemności będzie czas innym razem więc zabierajcie stąd swoje zadki póki jeszcze mam na to ochotę. Acha i możecie zabrać ze sobą tego łamagę – wskazał na Maurycego. – Im szybciej to zrobicie tym lepiej.
– Może być z tym kłopot. – odparł Feliks.
– Jaki? – zdziwił się Kurrigan.
– Za twoją głowę wyznaczono pokaźną sumkę, a ja podjąłem się tego zadania…
– Naprawdę? – tym razem wyraz zdziwienia padł z ust Ginnara.
– I jak mówiłem mam zamiar je wykonać.
– Przecież kasztelan jest martwy?
– To kwestia zasad.
– Zasad powiadasz, kiedyś taki nie byłeś, ale niech ci będzie.. Zmieniłeś się mój drogi Feliksie.
– Za to ty wcale nie.
– Więc jednak teraz jest czas na przyjemności. Dwóch na półtora, myślę że szanse są wyrównane.
Obydwaj z obnażonymi mieczami odeszli parę kroków w bok by mieć trochę swobody, gdy tymczasem Ginnar i Konrad rzucili się na siebie z siłą i impetem szarżujących byków. Ginnar ze swoim Kafarem którego nazywał Thor a Konrad ze swoim wielkim dwuręcznym mieczem.
Konrad wziął zamach i markując uderzenie zza głowy kopnął prosto w brzuch próbującego uniknąć ciosu Ginnara. Ten zatoczył się w tył, ale nie stracił równowagi i próbując uderzyć swojego adwersarza obuchem w kolano rozłożył się jak długi na podłodze, gdy tamten wyczuł jego zamiar i w odpowiednim momencie cofnął nogę pozwalając przeciwnikowi iść za siłą ciosu, dla pewności uderzając go jeszcze rękojeścią miecza.
– Starzejesz się – powiedział Konrad.
– Sam siem starzejesz – odgryzł się Ginnar wstając. – Bijesz jak baba.
Na te słowa Konrad poczerwieniał niczym burak i rzucił się na Ginnara biorąc zamach z boku. Ginnar zablokował uderzenie trzonkiem swojego młota, wykręcał się w zwinnym piruecie i przywalił z pięści przeciwnikowi prosto w plot słoneczny. Konrad cofnął się o krok. Siła uderzenie została częściowo pochłonięta przez zbroję jaką miał na sobie, ale to wystarczyło by Krasnolud mógł zaatakować ponownie. Tym razem uderzając kafarem z półobrotu mierzył żebra. Przeciwnik próbował się zasłonić, ale miecz jaki dzierżył tylko mu to zadania utrudnił. Miecz ten sprawdzał się wyśmienicie w walkach z ludźmi i przeciwnikami równymi, i większymi od nich, ale w tym przypadku gdy to był krasnolud i do tego piekielnie szybki, tylko mu utrudniał walkę.
Cios nie trafił dokładnie tam gdzie miał. Konrad w ostatniej chwili zdołał się zasłonić ręką. Uderzenie spadło na nią z iście miażdżącą siłą. Odgłos chrupnięcia jaki towarzyszył miażdżeniu ręki w łokciu świadczył tylko o tym, że ta walka długo już nie potrwa. Ginnar poprawił uderzenie kopnięciem w krocze i gdy jego przeciwnik osuwał się na kolana uderzeniem obucha przewrócił go na ziemie.
– I kto tu bije siem jak baba, co? – powiedział
Konrad próbował dojść do siebie po uderzeniu jakie zafundował mu Ginnar.
– Powiedz mi tylko po jakom cholere zdradziłeś kasztelana.
– Dla forsy a czegóż by innego. Ten stary dusigrosz płaci tyle co kot napłakał.
– Wienc gdy tylko nadarzyła się okazja chciałeś okraść starego?
– Dokładnie.
– To po jakom cholere wciągnąłeś w to Kurrigana?
– Wcale nie wciągnąłem. Najwidoczniej sam miał jakieś sprawy do załatwienia z tym grodem. Ale nijak nie mógł zmusić kasztelana do uległości. Więc postanowiłem, że mu w tym pomogę za odpowiednią opłatą.
– Jakom?
– Więcej niż dziesięcioletni żołd u tego sknery. – mówiąc to Konrad rzucił w Ginnara sztyletem, który przez cały czas rozmowy trzymał ukryty w zdrowej ręce.
Krasnolud nie zdążył całkowicie odsunąć się z toru lecącego sztyletu i wbił mu się w prawy bark. Upuszczając broń odtoczył się w tył spodziewając się uderzenia. Nie wstając rozglądał się za następną bronią. Znalazł. Zerwał ze ściany bogato zdobiony topór i w ostatniej chwili zablokował nim uderzenie z góry jakie spadało na niego. Uderzenie nie było tak mocne jak spodziewał się. Z jedną ręką okaleczoną Konrad nie był w stanie już tak dobrze władać swoim mieczem. Wykorzystując ten fakt wyszarpnął sztylet który tkwił mu wbity w bark, szczęściem rana nie była głęboka i celując w nogę wbił mu go pod samą rękojeść. Przeciwnik zatoczył się parę kroków w tył. Ginnar natychmiast wykorzystał ten fakt, wziął zamach i rzucił w oponenta toporem. Wykonawszy w powietrzu pełny obrót wbił się w swój cel z taką siłą, że Konrad poleciał w tył zatrzymując się dopiero na ścianie obok trupa Urszuli. Ginnar tamując ręką krew płynąca z rany podszedł do swego martwego już przeciwnika i wyrwał mu z piersi topór. Odwrócił się w stronę wakczących ze sobą Feliksa i Kurrigana, ale część pomieszczenia była już w płomieniach i jedyne co mógł zrobić to wybiec na dziedziniec.
W czasie gdy Ginnar i Konrad starli się ze sobą w śmiertelnej walce Feliks i Kurrigan, z obnażonymi mieczami wycelowanymi w pierś przeciwnika, szukali sposobu by zaatakować. Każdy z nich zbyt dobrze znał swojego przeciwnika by zaatakować jako pierwszy.
– Będziemy tak krążyć jeden obok drugiego aż do śmierci? – niecierpliwił się Kurrigan.
– Mojej czy twojej? – padła odpowiedz.
– Twojej! – odparł Kurrigan po czym kopnął stołek w stronę Feliksa i ruszył na niego markując uderzenie mieczem z góry w rzeczywistości chcąc uderzyć półkolem z dołu. Feliks zręcznie ominął lecący w jego stronę stołek i zablokował uderzenie mieczem, następnie wywinął się w półobrocie pozwalając przeciwnikowi iść za siłą uderzenia ciął go po skosie w dół przez plecy. Kurrigan wygiął się do tyłu, krew obficie popłynęła z rany.
– Bardzo dobrze, ale nie wystarczająco by mnie pokonać. – po tych słowach krew przestała płynąć z rany a zaczęła wracać tą samą drogą do miejsca z którego wypływała. Rana natychmiast się zasklepiła. Kurrigan ponownie rzucił się na przeciwnika tym razem odsłaniając zęby w pełnym uśmiechu.
Widząc to Maurycy, który od momentu uderzeń gdy do izby wszedł Kurrigan znalazł sobie miejsce w najciemniejszym jej kącie zadrżał jeszcze bardziej z przerażenia.
Tym razem nie markował uderzeń tylko uderzył z boku celując w szyję przeciwnika. Ten jednak zablokował to uderzenie i spróbował kontry mierząc w biodra. Kurrigan sprawnie odskoczył unikając ciosu. Cofnął się krok do tyłu i skoczył do przodu na Feliksa próbując pchnięcia w klatkę piersiową. Feliks nie dał się nabrać na ten numer. Poczekał do ostatniej chwili po czym usunął się z linii ciosu i łapiąc przeciwnika za nadgarstek pociągnął go lekko w bok uniemożliwiając mu tym samym zadania ciosu sztyletem, który tamten błyskawicznie wyciągnął w locie. Ten jednak zdążył jeszcze zranić go w przegub dłoni. Rana natychmiast uległa zasklepieniu.
– Po co ci ten gród? Przecież nigdy cię to nie interesowało.
– Masz rację mnie nie.
– To po co ci on? Co tu jeszcze takiego, że tak bardzo tego pragniesz?
– Po co pytasz skoro wiesz? Przecież zanim tu wszedłeś zrobiłeś swoim zwyczajem rekonesans i sprawdziłeś dokładnie wszystkie zakamarki.
– Dlatego pytam. Po co ci to?
– Już ci odpowiedziałem. Nie mnie to potrzebne.
– W takim razie komu?
– Czy to ważne i tak nigdy się nie dowiesz, więc ta wiedza na niewiele ci się zda.
Mówiąc to ruszył do kolejnego ataku. Miecze zetknęły się ze sobą w fontannie iskier. Wymienili się wzajemnie uderzeniami i cięciami z niesamowitą szybkością. Żadne ludzkie oko nie było by w stanie nadążyć za ich ruchami a przyglądający się im ze strachem Maurycy widział tylko sylwetki poruszające się z niebywałą wręcz szybkością. Poruszali się z kocią gracją i niesamowita szybkością.
Kurrigan niefortunnie postawił stopę i zawadził o stołek, który postawił mu pod nogi Maurycy. Stracił przez to na ułamek sekundy równowagę i to wystarczyło Feliksowi by kopnięciem w zebra zwalić przeciwnika z nóg. Przeciwnik przewrócił się na ziemię wypuszczając z ręki miecz. Feliks błyskawicznym ruchem odsunął miecz z poza zasięgu swojego przeciwnika. Ten widząc, swoja nieuchronną porażkę złapał za pochodnie i rzucił nią w zasłony. Ogień błyskawicznie zaczął się rozprzestrzeniać po nich i po chwili płonęły już wszystkie. Niszczycielski żywioł szybko przenosił się na inne przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu trawiąc w zastraszającym tempie wszystko co napotkał na swojej drodze. Maurycy niewiele myśląc rzucił się za uciekającym krasnoludem do wyjścia pozostawiając dwóch zaciekłych wrogów, którym najwyraźniej ogień nie przeszkadzał i nic sobie z niego nie robili.
– Kto cię tu przysłał? – zapytał Feliks.
– Już ci mówiłem na nic ci się ta wiedza nie zda. A mojej głowy i tak nie dotkniesz. – to mówiąc za plecami Kurrigana rozbłysło niebieskie światło i pojawił owalny się portal do którego Kurrigan natychmiast wskoczył a ten natychmiast się zamknął. Feliks stał przez chwilę po czym ruszył przez płomienie w stronę wyjścia.
Na dziedzińcu spotkali się Ginnar z Maurycym i zobaczyli uciekającego w panice, z jednego z budynków, ludzi Kurrigana. Nie tracąc czasu na zastanawianie się na tym też zaczęli przemieszczać się w stronę bramy grodowej gdyż ogień rozprzestrzeniał się z zawrotną szybkością i trawił coraz większą miasta. Gdy opuszczali bramy gród stał już cały w płomieniach i tylko dzięki wielkiemu szczęściu uniknęli przywalenia przez bramę. Oddalili się na bezpieczną odległość i zobaczyli siedzącego na kamieniu Feliksa.
– Nic ci nie jest zapytał? – wskazując na ranę.
– Przeżyjem – odparł Ginnar – poradziliśmy sobie jak prawdziwi zawodowcy. Nie ma co. Nie dość, że staliśmy nagrodem za jego łeb to na dodatek straciłem Thora. Nie mówiąc o puszczeniu z dymem całego grodu. Prawdziwi zawodowcy nie ma co.
– Co do nagrody, straty twojej broni to bym tak nie narzekał. Spójrz na swój topór.
Ginnar jak dotąd nie miał okazji przyjrzeć się toporowi, który wyniósł z grodu. Teraz przyjrzał mu się z zainteresowaniem. Już na pierwszy rzut oka było widać, że topór jest misternej roboty. Miał bogate zdobienia, ostrze było wielokrotnie utwardzane przez co osiągnęło wręcz niebywałą ostrość i wytrzymałość. Trzonek był zdobiony srebrem a rękojeść pokryta chropowata skóra bazyliszka dzięki czemu nie ześlizguje się z dłoni w trakcie walki. Było to prawdziwe dzieło sztuki.
– Orad – dur. – powiedział pełen podziwu Ginnar. – Od trzystu lat takich nie robiom. A jednym miejscem gdzie je robiom było właśnie Orod – dur. Jest wiencej wart niż cały ten gród. Już wiem skond kasztelan miał tyle złota. Dam głowę, że w grodzie zostało wiencej takich jak ten.
– Możliwe. – Odparł Feliks.
– Ten ogień – wskazał na gród – nie jest normalny? Żaden ogień się tak szybko nie rozprzestrzenia. Gdy uciekaliśmy z grodu widziałem ludzi Kurrigana uciekających w panice z grodu. Ma to cos wspólnego z tym ogniem?
– Możliwe. – Odparł Feliks z uśmiechem odsłaniającym jego żeby. Zęby wampira.
– Kim wy jesteście? – Zapytał milczący Maurycy.
– Łowcami nagród – pośpieszył z odpowiedzą Ginnar.
– Wampir i krasnolud?
– A co w tym dziwnego. Ważne, że jesteśmy skuteczni. No może nie zawsze – wskazał na Karendorf – ale jakoś da siem z tego wyzyć.
– Kurrigan też był wampirem?
– Tak i do tego paskudnym, ale przynajmniej teraz przez jakiś czas nie będzie wychylał nosa. – powiedział Feliks – Dobra dość tych pogaduszek. – Czas w drogę. Słońce wstaje, czas poszukać jakieś karczmy. Dasz sobie radę sam czy potrzebujesz jeszcze jakiejś pomocy.
– N… nie. Dam sobie radę. Wrócę do hrabiego i opowiem mu ci tutaj zaszło.
– Nie wspominaj tylko o nas. Aż takiego rozgłosu nie potrzebujemy – powiedział Ginnar, który uporał się już z opatrywaniem rany.
– Dobrze, nie wspomnę. – odparł Maurycy po czym ruszył pieszo w stronę zamku hrabiego.
– Możesz iść czy mam cię zanieść?- zapytał Ginnara Feliks.
– Patrzcie go, dobroczyńca siem znalazł. Sam mogem iśc. W drogę.
Ruszyli więc gościńcem w stronę karczmy. Przeszli tak już całkiem spory kawał drogi gdy Feliks zatrzymał się.
– Co siem stało? – zaciekawił się Ginnar.
– Od dłuższego czasu ktoś za nami jedzie.
– Kto?
– Nie wiem ale mam zamiar tu na niego zaczekać.
Chwilę później ukazał się na drodze ich „pościg”. Koń bez jeźdźca.
– Ja znam tego konia. To on wiózł mnie do grodu.
– Ty, na koniu, niemożliwe. Widać cię polubił.
– Bez wzajemności.
– Mamy więc nowego towarzysza podróży. – powiedział Feliks i ruszyli w dalszą drogę już we trzech.
Seraff
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||