
::: Ogór :::
Dlaczego?
Gdy język potrafi już tylko narzekać
i krytykować, to znaczy, że
chore jest serce.
A. M. Weiss
Zapadł zmrok i wszystkie budynki znajdujące się w mieście utonęły w gęstej czerni letniego wieczoru. W niemal każdym domostwie paliły się światła pokazując, że ich mieszkańcy jeszcze nie śpią zajęci wieloma przewidzianymi na tą porę czynnościami. Niektórzy odpoczywali po pracy, inni spożywali posiłki, lub pochłaniali niebieskie promienie padające z telewizora. Wszystko to było zwyczajne i proste, tak jak proste bywa życie szczęśliwego człowieka.
Na jednej z jasno oświetlonych ulic znajdował się dom pogrążony w całkowitej ciemności. Swą mroczną kolorystyką zdecydowanie wyróżniał się na tle jasnych i na pozór szczęśliwych mieszkań. Zagaszone światła mogły nasuwać przypuszczenie, iż mieszkańcy pogrążeni są we śnie, albo po prostu przypadła im nocna zmiana w zakładzie pracy.
W środku znajdowała się jednak jedna osoba, był to siedemnastoletni chłopak, który z zamkniętymi powiekami spoczywał na łóżku. Wnętrze pokoju, ujrzane w blasku świateł wpadających przez okno, wyglądało nieciekawe i mówiło o braku pojęcia na temat wystroju pomieszczeń. Jedynym z dwóch mebli znajdującym się w środku było łóżko, na którym spoczywał chłopak. Obok posłania stał malutki stół, gdzie widniała do połowy opróżniona szklanka z napojem, talerz z niedojedzoną kanapką oraz długi, stalowy nóż. Ciemnoszarych ścian nie pokrywał żaden plakat, co mogłoby świadczyć, iż pomieszczenie zamieszkuje nastolatek.
Jedynym dźwiękiem słyszalnym w pokoju był miarowy odgłos oddychania. Wydawał się on cichy niczym szept, słyszalny tylko dla ludzi obdarzonych wyjątkowo czułym słuchem. Lecz w miejscu, gdzie nie docierają odgłosy przejeżdżających samochodów i stłumione głosy żwawo prowadzonych rozmów, nawet dźwięk tak cichy i naturalny, jakim jest oddychanie, wydaje się głośny. Miarowy szum wdychanego i wydychanego powietrza umilkł na chwilę, by po chwili ożyć na nowo ze zdwojoną siłą.
Chłopak otworzył oczy i spojrzał w sufit. Światło wpadające do pokoju przez, umieszczone tuż nad łóżkiem, okno odbijało się w jego piwnych, zamyślonych oczach. Mrugnął szybko dwa razy powiekami i wstał. Na sobie nie miał nic oprócz slipek, które zakrywały fragment jego ciała od pasa do połowy ud. Włożył kapcie, gdyż zimno mu było w stopy i schylił się pod łóżko, aby wyciągnąć stamtąd ubranie. Założył na siebie pomięte czarne dżinsy oraz niebieski sweter. Nogi otulił w skarpetki, poczym umieścił je z powrotem w kapciach. Przejechał ręką po rozmierzwionych, czarnych włosach układając je prowizorycznie. Po chwili wyszedł ze swojego pokoju kierując się korytarzem w prawo, gdzie kilka metrów dalej mieściła się łazienka. Po drodze minął drzwi do sypialni rodziców, która obecnie była pusta. Nie zapalając światła wszedł do łazienki, załatwił potrzebę i wrócił na korytarz. Tym razem celem jego wędrówki były drzwi wyjściowe. Nim do nich dotarł zamienił kapcie na wygodne obuwie sportowe.
Szybkim i energicznym krokiem dostąpił do drzwi, pochwycił za klamkę, otworzył je i wyszedł w rozjaśnioną światłem latarni noc.
Po opuszczeniu domu przystanął na chwilę i spojrzał w niebo. Dzisiejszego wieczora nie pokrywała go żadna chmura, ale za to usiane było licznymi gwiazdami. Jego wzrok skupił się na najbliższej konstelacji podziwiając jej kształty. Gdy skończył napawać się pięknem letniego, gwieździstego nieba ruszył w dalszą drogę. Przeszedł przez furtkę prowadzącą na opuszczane przez niego podwórko i skręcił w prawo.
Jego buty uderzały lekko o powierzchnię chodnika, odmierzając przebytą przez niego drogę pojedynczymi stuknięciami. Celem wędrówki był mieszczący się kilkaset metrów dalej przystanek autobusowy. Pokonując ten dystans rozmyślał nad wieloma sprawami, a mózg prezentował mu istny pokaz filmowy.
Widział przed swoimi oczyma rodziców krzyczących na niego. Byli pod wpływem alkoholu. Nawet teraz czuł jego woń wydobywającą się z ich ust przy każdym, pojedynczym krzyknięciu. Obraz zaczął się zamazywać i na jego miejscu pojawiła się dziewczyna idąca korytarzem szkoły. Jego ukochana.
Jej wyniosła postać mijała majaczące cienie innych uczniów. Czarne włosy gęsto pokrywające głowę rozwiewały się na boki przy każdym, nawet najmniejszym poruszeniu. Miała drobny nos, który wspaniale kontrastował z brązowymi oczyma i gładkimi policzkami. Ubrana była w czarne spodnie, z których po prawej stronie zwisał króciutki łańcuszek. Miała także na sobie czarno-niebieski sweter – opiewał on ciasno jej wysmukłą talię. Idąc uśmiechała się. Towarzyszące jej cienie zaczęły się rozmazywać, by po chwili ukazać postać chłopaka, który z tęsknotą podziwiał jej każdy ruch. W końcu dziewczyna otworzyła drzwi na końcu korytarza, aby zniknąć wewnątrz łazienki. Widz odwrócił szkliste oczy i utkwił wzrok w przeciwległej ścianie. Był smutny, nie uśmiechał się. Tak blisko, taka realna, a jednak taka odległa.
Projekcja urwała się, przywracając nastolatka do rzeczywistości. Ujrzał przed chwilą symbole swojej klęski życiowej. Z jednej strony matkę i ojca, sprawców wszelkiego bólu i cierpienia. Z drugiej kochaną przez siebie dziewczynę, która nieświadoma jego miłości mijała go co dzień bez słowa. Nie miał odwagi wyznać jej co czuje. Ciężkie dzieciństwo i ciągłe poniżanie przez pijących rodziców ukształtowało go nieśmiałym w stosunku do dziewczyn. Słyszał cały czas w swojej głowie krzyki ojca:
- Jesteś nikim!
- Jesteś do niczego! – poprawiała matka.
Tak jedno wiąże się z drugim czyniąc go osobą nieszczęśliwą i skazaną odgórnie na trwanie w życiu, które nie ma dla niego nic oprócz cierpienia.
Chłopak dotarł na przystanek. Zatrzymał się i zaczął studiować rozkład jazdy. Ledwo nań spojrzał, a usłyszał odgłos nadjeżdżającego autobusu. Jego usta drgnęły lekko w imitacji uśmiechu. W przeciągu kilu sekund pojazd dotarł do miejsca, w którym stał nastolatek i otwierając drzwi zatrzymał się naprzeciwko niego. Chłopak nie czekając ruszył w kierunku trzech schodków prowadzących do wnętrza samochodu. Gdy znalazł się w środku skierował się w stronę siedzenia umieszczonego za plecami kierowcy i usadowił się tam wygodnie. Drzwi autobusu zamknęły się, a metalowy potwór powoli ruszył przed siebie.
Świtało padające z latarni, umieszczonych po bokach drogi, rozmazane tworzyło kolorowy całun zakrywający kontury mijanych ulic. Jego oczy z zafascynowaniem skupiały się na tym obrazie, podziwiając każdy z mijanych, zamazanych domów. Ich kształty pokryte były jedyną w swoim rodzaju świetlną aurą. Tylko od czasu do czasu ukazywały się miejsca ciemne i opuszczone, z których emanowała tęsknota za jasnością. W końcu odwrócił wzrok od okna i zaczął wpatrywać się w swoje odbicie, majaczące w szybie oddzielającej kierowcę od pasażerów.
Rozmierzwione, czarne włosy opadały mu lekko na czoło, zasłaniając jego górną część. Miał pociągłą twarz z głęboko osadzonymi, piwnymi oczyma nad którymi rosły blisko siebie krzaczaste brwi. Policzki, porośnięte lekkim zarostem, były niezgrabnie połączone z dużym nosem, a na jego czubku widniało kilka piegów. Lecz mimo niedociągnięć wygląd chłopaka intrygował dziewczyny i nierzadko z fascynacją spoglądały na jego wysokie, muskularne ciało i przystojną na swój sposób twarz.
W końcu przestał studiować swoją postać i odwrócił wzrok. Zamyślił się. Jego oczy zrobiły się niewidzące, a umysł rozpoczął monotonną wędrówkę po bezdrożach pamięci. Wertował każde, bardziej istotne wydarzenie i zastanawiał się nad jego wymową oraz znaczeniem. Po raz kolejny w jego głowie pojawiły się obrazy niosące ze sobą fale bolesnych wspomnień. Jednak tym razem przesuwały się znacznie szybciej, więc nie mógł dobrze zobaczyć co przedstawiały. Dokładnie widział tylko swoją osobę. Najpierw jako niemowlę, później w wieku mniej więcej lat dziesięciu, by na końcu dostrzec nastolatka. Oprócz siebie samego (po za wiekiem zmieniały się tylko pozycje wykonywanych przezeń ruchów) widział tylko rozmazane tło prezentowanych wydarzeń.
Zaskoczony, surrealistyczną wizją swojego życia, potrząsnął energicznie głową. Obraz urwał się niemal tak szybko jak rozpoczął. Z satysfakcja i ulgą powrócił do realnego świata.
Nie lubił tych momentów, gdy jego umysł wyrywał się spod kontroli i zachowując się jak samobójca podsuwał mu chwile, o których jakże usilnie starał się zapomnieć. Nie wiedział czy inni ludzie również mieli takie zdarzenia, ale podejrzewał że tak. Świadomość człowieka jest niczym innym jak wielką szufladą, do której wkładane są liczne, nieużyteczne śmiecie. Odpadki te, są to wspomnienia, nabyta wiedza oraz szczęście i ból. Wszystko to wydawało mu się bezwartościowe, gdyż wydarzenia, jakich dostąpi człowiek obcując na tym świecie, są ważne tylko dla nas samych i dla innych nie znaczą kompletnie nic.
Wiedza ma być kluczem do lepszego bytu, poznania... czego poznania? Przez pewien okres swojego życia uczęszczamy do szkoły – ona wpaja nam standardy wymyślone kiedyś tam. Mają nam posłużyć do łatwiejszego zrozumienia roli w społeczeństwie. Mówią, że człowiek uczy się przez całe życie i umiera głupi, co jest jedyną wartością, mającą jakikolwiek sens. Uczymy się, lecz tak naprawdę nie mamy z tego kompletnie nic. Są to bezwartościowe gnioty, wypełniające nam czas za młodu oraz przez większość dorosłego bytu. „Jak powstaliśmy?”, „Jaki jest sens naszego istnienia?”, „Czy życie do czegoś prowadzi, a jeśli tak to, do czego?”, to są pytania, na które winniśmy znać odpowiedzi, NA KTÓRE ON CHCIAŁ ZNAĆ ODPOWIEDZI!
Z kolei szczęście i ból są to dwie stałe nieistniejące bez siebie. Dopiero, gdy człowieka dotknie cierpienie potrafi docenić odległe wtedy chwile radości. Wówczas, kiedy utrapienie minie, potrafimy naprawdę w pełni wykorzystać nadchodzące momenty szczęścia. A co jeśli niektórzy ludzie nie zaznają takich wydarzeń? Co jeśli kolejne dni nie mają dla nich nic innego oprócz nieszczęścia?
Wtedy chcą umrzeć!
Rozmyślający chłopak drgnął zaskoczony, ponieważ po raz kolejny pozwolił swojej świadomości na subordynację. Ona tymczasem doprowadziła go na niebezpieczny grunt, który zaczął usuwać mu się spod nóg. ON CHCIAŁ UMRZEĆ! To była druga rzecz, jakiej pragnął. Lecz najpierw chciał poczuć dotyk ukochanej na swej skórze, jej oddech na swym torsie, delikatny szept łaskoczący uszy.
Mimo późnej godziny i tylko jednego pasażera autobus nadal mknął naprzód, powoli zbliżając się do przystanku końcowego.
Chłopak przestał rozmyślać, gdyż dzisiejszej nocy jego umysł pozwalał sobie nazbyt wiele. Więc wystraszony porzucił wędrówkę po bezdrożach świadomości i wpatrywał się tępo przed siebie. Nie myślał o niczym konkretnym, ani też nie wpatrywał się w nic konkretnego. W jego głowie – jak i oczach – zapanował tymczasowy mrok.
Autobus pokonywał kolejne przystanki, na których nie wsiadali żadni ludzie. Kierowca wcale niezdziwiony tym faktem (bardziej dziwiło go to, że na siedzeniu za nim siedzi jakiś pasażer) docisnął mocniej pedał gazu. Chciał już być w domu, wraz z rodziną oglądać telewizję, śmiać się z nimi, lub kochać z żoną. Od zakończenia zmiany dzieliły go tylko cztery przystanki, a do jednego z nich właśnie się zbliżał. Zrezygnowany skręcił w jego kierunku i powoli zatrzymał się.
Hamujący pojazd wybił chłopaka ze stanu otępienia. Rozejrzał się ostrożnie dookoła i zaczął zastanawiać, który to już raz autobus zatrzymuję się od czasu gdy doń wsiadł.
Po kilku sekundowym postoju metalowy potwór ruszył z sykiem zamykających się drzwi. Kierowca po raz kolejny docisnął pedał gazu. Jeszcze tylko trzy - odliczał w myślach.
Nastolatek utkwił wzrok w oknie i bez większego zainteresowania przyglądał się mijanym ulicą. Nie było na nich ludzi. O ich obecności świadczyły tylko zaparkowane na skrajach ulic samochody oraz liczne domy, w których sporadycznie paliły się światła, albo migały niebieskie promienie telewizora. Większość ludzi pogrążona była w głębokim śnie, nieświadoma tego, co dzieje się dookoła nich.
Chłopak odwrócił spojrzenie od okna i po raz kolejny zaczął wpatrywać się w ciemną szybę oddzielającą kierowcę od pasażerów. Po jej drugiej stronie wisiała czarna, uniemożliwiająca zajrzenie do środka, zasłona. Dzięki niej szyba była niczym lustro, odbijające niemal całe wnętrze autobusu.
Na początku skupił wzrok na swojej postaci, uważnie śledząc jej budowę i niedociągnięcia, co nie trwało długo, gdyż nie mógł wystarczająco skupić się na tej czynności.
W jego głowie zaczął wyłaniać się obraz ukochanej. Na początku był niewyraźny, by z biegiem sekund stawać się coraz bardziej klarowny. Widok ten znalazł także odzwierciedlenie w realnym świecie, gdyż jej postać powoli ukazywała się na szybie przed nim. Według lustrzanego odbicia dziewczyna zajmowała miejsce obok niego.
Na jej ustach malował się szczery uśmiech. Wargi, uniesione nieznacznie do góry, odsłoniły idealnie białe i równe zęby, błyszczące lekko w świetle padającym z umieszczonych na suficie pojazdu lamp. Z ust, przekraczając granicę wyznaczoną przez zęby, wysunął się język, który niepostrzeżenie zwilżył jędrne wargi nadając im połysku. Jej czarne włosy opadały w niewielkiej ilości zasłaniając szklącą się brązową tęczówkę, aby niżej przysłonić część gładkiego policzka.
Jego odbicie w szybie wyglądało zdecydowanie inaczej. Usta nie uśmiechały się, aczkolwiek były otworzone przyjmując wyraz zdumienia. Piwne, rozbiegane oczy spoglądały nieśmiało na dziewczynę, a na policzki wyszedł mu rumieniec rozżarzając speszoną twarz. Spierzchnięte wargi domagały się zwilżenia, które nie miało nadejść w najbliższym czasie. Wyschnięte na wiór gardło próbowało coś powiedzieć, jednak bezskutecznie. Bił się z myślami, za wszelką cenę chcąc przełamać barierę dzielącą ich.
W końcu jego gardło przełamało ciszę i drżącym głosem wydało na świat dwa proste, ale za to najbardziej wartościowe słowa, które zawisły w pustce.
- Koch... – przełknął napływającą do ust ślinę zwilżając krtań – Kocham cię – wyszeptał nareszcie i zamilkł wyczekując.
Nieruchomy wypatrywał reakcji dziewczyny, jednak bezskutecznie. Siedziała nadal uśmiechając się czarująco i od czasu do czasu nieznacznie mrugając powiekami.
Nie widział, co miał zrobić, by usłyszeć jej głos, aby porozmawiać z nią nareszcie. Nadal nieśmiało spoglądał w jej odbicie i niecierpliwie czekał. Sekundy dłużyły mu się jak godziny wywołując u niego rosnącą frustrację. Przecież zasługiwał choć na jedno słowo, jeden gest. Lecz nic takiego nie nastąpiło.
Jego prawa ręka uniosła się do góry i skręciła w kierunku dziewczyny. Chłopak zagiął lekko palce i zbliżał je nieznacznie do twarzy ukochanej. Znajdowały się już w miejscu gdzie być powinna, jednak nie napotkały żadnego oporu.
Chłopak przyglądał się wszystkiemu z rosnącym przerażeniem. Widział jak palce, uniesionej przez niego ręki, zbliżają się do miejsca gdzie znajdowała się twarz dziewczyny. Wówczas obraz zaczął znikać. Rozwiał się jak para po machnięciu ręką. Po chwili zamiast ukochanej widniała ta sama pustka, jaka była tam wcześniej. Nic tylko powietrze. Umysł po raz kolejny dzisiejszej nocy spłatał mu figla. Lecz tym razem pozostawiło to głośny oddźwięk w jego wnętrzu. Miał ochotę krzyczeć, wrzeszczeć dopóty, dopóki nie zedrze gardła. Jedna z jego ust wyrwał się tylko zduszony jęk, a po policzku małym strumieniem, jedna za drugą, zaczęły spływać łzy. Odwrócił wzrok od szyby (nie chcąc widzieć swojego nędznego odbicia), aby zwrócić go w stronę okna.
W międzyczasie autobus zbliżał się do ostatniego przystanku. Kierowca nieznacznie zdjął nogę z gazu i skręcił ze środkowego na prawy pas. Zaczął powoli dociskać hamulec i pojazd miękko zatrzymywał się. W końcu metalowy potwór zahamował. Ożywiony kierowca otworzył drzwi i wyszedł ze swojej kabiny do części przeznaczonej dla pasażerów i zdecydowanie powiedział:
- Przystanek końcowy, wysiadać!
Chłopak zaskoczony spojrzał na niego. Zrezygnowany – płacząc! – skierował się do najbliższych drzwi. Minął kierowcę i stanął niezdecydowanie na szczycie prowadzących do wyjścia schodków. Opuścił nogę na środkowy, później na ostatni i nim przekroczył próg powiedział beznamiętnie i sucho:
- Dobranoc, miłej nocy – kierowca spojrzał tylko na niego nie odpowiadając nic.
Nastolatek zrobił krok i znalazł się na dworze, gdzie od kilku godzin panowała – rozjaśniana tylko blaskiem latarni – noc.
Usłyszał za swoimi plecami syk zamykanych drzwi, by po chwili ujrzeć, jak autobus nabierając stopniowo prędkości odjeżdża. Chłopak, nie zwracając na to większej uwagi, szedł powoli przed siebie.
Jego obuwie wydawało podczas kontaktu z chodnikiem cichy, miękki odgłos. Jednak on nie słyszał tego. Kierowany wściekłością i rozpaczą parł do przodu coraz szybciej przebierając nogami. Nie myślał o niczym, chciał tylko zmazać z siebie upokorzenie, którego doświadczył. To tkwiło w jego duszy niczym drzazga w palcu, powodując przy tym ból i cierpienie.
Miał tego dosyć. Ile razy jeszcze będzie świadkiem pogłębiającej się degradacji swojej świadomości? Tego nie wiedział, ale za to był pewien, że następnego takiego pokazu nie zniesie. Musi zrobić coś (cokolwiek!), by się od tego uwolnić. Chciał żyć jak normalny nastolatek. Bawić się, rozmawiać z przyjaciółmi (których nigdy nie posiadał), chodzić na imprezy oraz mieć dziewczynę, aby mógł ją kochać i zwierzać się, odnajdując w jej oczach zrozumienie. Wiedział jednak, iż to nigdy nie nastąpi. Został odgórnie skazany na nieudolny byt, a jego uwieńczeniem będzie śmierć, będąca dla niego jedyna pocieszycielką i kochanką zarazem.
To, co obecnie wypełniało jego duszę nazywało się nienawiść. Ona swym istnieniem zatruwała mu umysł, zaszczepiając w nim jad oraz gorycz. Ze wszystkich przepływających przez niego uczuć emanowało zgorzknienie i bark nadziei. Serce miał skąpane w ogniu żalu, który z rosnącą siłą ogarniał jego ciało.
Chciał znaleźć jakiś sposób, aby ulżyć sobie w cierpieniu, by wyładować gniew, odganiając wszelkie złe uczucia. Z rosnącą frustracją skręcił z głównej ulicy w ciemny zaułek. Nie miał ochoty oglądać szczęśliwych domów pogrążonych we śnie – miał wszystkiego dosyć.
Szedł nie rozglądając się na boki. W głowie huczało mu o natłoku nieprzyjemnych myśli. Mijał odrapane budynki, powywracane śmietniki, z których powypadały śmieci – walały się dookoła, a wszędzie unosił się niemiły zapach rozkładu. Wydobywał się z niemal każdego miejsca. Począwszy od rozsypujących się kamienic, po mroczne kąty wąskiej ulicy.
Dla zwykłego człowieka taka okolica nie stanowiłaby dobrego miejsca na spacer, lecz jemu było wszystko jedno. W miejscach pozbawionych oświetlenia nie doszukiwał się niczego złego. Nie spodziewał się nagłego ataku mordercy, czy jakiejś krwiożerczej bestii. Gdyby ktoś powiedział mu, że istnieje takie niebezpieczeństwo, to wyśmiałby go, przyjmując taki osąd za niedorzeczny.
I bezwątpienia miałby racje, ponieważ jedyną groźną istotą mógł być co najwyżej bezdomny, bądź wygłodniały pies albo kot.
W odległości dwustu metrów zamajaczyło mu przed oczyma skrzyżowanie z kolejną, o wiele bardziej oświetloną, ulicą. Tuż pod ścianą – na krańcu słabo oświetlonego zaułku – spoczywał niewyraźny kształt, który z daleka wyglądał na stos rozrzuconych ubrań. Chłopak, nie przyglądając się dokładnie zarysom przed sobą, powoli zbliżał się do skrzyżowania.
Gdy zrównał się ze stertą, pogrążonych w mroku szmat, poczuł jeszcze wyraźniej okropny smród. Był wręcz namacalny. Skrzywił się na samą myśl o tym, co mogło się znajdować pod spodem. Ciekawość chwilowo zagłuszyła narastający gniew - z zaciekawieniem przystanął i spojrzał na stertę rozkładających się ciuchów.
W półmroku ciężko było mu cokolwiek dojrzeć, ale pomimo tego nie chciał podchodzić bliżej. Stał przez chwilę w miejscu nie ruszając się. Próbował zidentyfikować cóż takiego może znajdować się pod stertą szmat, lecz nie mógł. W miejscu, w którym stał smród był tak intensywny, że chłopak mimowolnie zaczął oddychać przez usta, co początkowo wywołało u niego odruch wymiotny.
Właśnie ruszał ponownie w drogę i odwracał wzrok, kiedy kątem oka dostrzegł niewielkie poruszenie. Momentalnie spojrzał ponownie na stertę szmat i oniemiał ze zdumienia. Powierzchnia wydymała się i chwiała na wszystkie strony. W półmroku wyglądało to tak, jakby do życia – po wieloletnim śnie – powracała jakaś bestia. Smród wzmógł się jeszcze bardziej – wdzierając się do jego ust i wykręcając żołądek.
Wszelkie myśli, które do tej pory wypełniały mu głowę, znikły, a ich miejsce zastąpił wszechogarniający strach. Ręce zaczęły mu dygotać, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Chciał odejść – marzył o tym aby uciec jak najdalej – ale nie był wstanie. Stał tylko w miejscu zachowując się jak samobójca czekający na torach na nieuniknione spotkanie z pociągiem. Lecz jemu na przeciw wychodziło przeznaczenie, a wynik tego pojedynku do końca nie będzie znany.
Serce mu zamarło w chwili, gdy górna cześć stosu osunęła się na bok, a z jej środka wynurzyło się coś długiego, co u samej góry było rozdzielone na pięć cienkich części.
Drgnął z przerażenia. Jego skąpany w adrenalinie umysł rejestrował wszystko ze spowolnieniem i dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że to ręka. Kończyna bezwątpienia należała do człowieka. W niecałą minutę do ręki dołączyła reszta ciała.
Ze sterty śmierdzących szmat wynurzył się bezdomny. Nadal stał na resztkach swojego schronienia, a pozostała część ciuchów – która nie ześlizgnęła się na bok – sięgała mu powyżej ud. Był to mężczyzna mniej więcej w średnim wieku. W marnym oświetleniu wyglądał na brudnego i wychudzonego. Miał na sobie workowaty strój, który w skutek mieszkania pod gołym niebem niemal całkowicie się rozpadał. Jego twarz skrywały cienie, lecz pomimo tego widoczne były na niej wrzody – wiele z nich popękało, a z ich wnętrza na skórę wylała się oleista ciecz.
Lump wyszczerzył zepsute zęby; w nikłym blasku światła wyglądały jak ułamane płyty nagrobne.
- Poratuj starego człowieka jakimś groszem, synu. Jestem głodny, zimno mi. Chyba zlitujesz się nad starcem? – powiedział.
Chłopak początkowo nic nie mówił, tylko przyglądał się bezdomnemu tak, jakby ten był ósmym cudem świata. Strach minął, a w jego miejsce pojawiła się ciekawość i wściekłość. Jakim prawem ta kreatura śmiała nazwać go swoim synem? Jak śmiał go wystraszyć? Jak śmiał mówić do niego? – myślał. Wysunął język, zwilżył wargi i odpowiedział:
- Niestety nie mam pieniędzy, koleś. A poza tym wiem, że i tak nie wydałbyś ich na jedzenie, ale na wódę. Takie gówna jak ty nie zasługują na litość – gdy skończył mówić przybliżył się trochę do lumpa zaciskając ręce w pięści.
- Na pewno masz trochę grosza, synu. Jeśli poratujesz starego Bosmana złotówką, bądź dwiema, to zobaczysz, co usta potrafią zrobić z interesem, który masz w spodniach – rzekł bezdomny i na podkreślenie swoich słów obnażył bardziej zęby.
Te słowa podziałały na chłopaka niczym czerwona płachta na byka. Jego prawa ręka wystrzeliła do przodu uderzając mężczyznę w otwarte usta. Poczuł jak zęby rozsypują się od siły uderzenia. Głowa lumpa odskoczyła do tyłu, a z rozchylonych warg trysnął strumień krwi.
Nie czekając doskoczył do włóczęgi i pochwycił go za szyję. Zaczął go dusić, a prawym kolanem kopać w krocze.
- Musisz wiedzieć o kilku sprawach, śmieciu. Po pierwsze nie jestem twoim synem – powiedział i po raz kolejny kopnął bezdomnego. – Po drugie takie gówna jak ty powinny pozdychać. Na szczęście spotkałeś starego kumpla, a on pomoże ci szybciej odwiedzić tego kutasa u góry.
Mówiąc bez przerwy kopał mężczyznę wzmacniając uścisk na szyi. Czuł jak umiera, jak próbuje wyrwać się po raz ostatni w przedśmiertnym spazmie. Lecz mimo tego nie puścił go i ciągle kopał. Dusił i kopał. Kopał i dusił. Tak na zmianę przez ponad pięć minut. Nie przestał nawet wtedy, gdy uświadomił sobie, że bezdomny nie żyje. Uderzył go jeszcze kilka razy z kolana w krocze i podbrzusze, aby nareszcie upuścić bezwładne zwłoki na ziemię. Upadły obok śmierdzącej sterty ubrań, na nierównej, chropowatej ulicy.
Ale dla chłopaka to nie był koniec. Chciał jeszcze. Pragnął wyładować złość, pozbyć się frustracji i odegnać widmo nienawiści. Dlatego przystanął na martwym ciałem, spoglądał na nie przez chwilę, aby zaraz ponownie zacząć okładać włóczęgę.
Tym razem bił nogami twarz ofiary. Kopał energicznie i sapał przy tym. W trakcie okładania zwłok nie myślał o niczym. Chciał się tylko wyżyć i zapomnieć na chwilę o swoim własnym cierpieniu.
Twarz bezdomnego zmieniała się w bezkształtną, krwawą masę. Wszystkie zęby znikły pozostawiając puste dziąsła, z których nieprzerwanym strumieniem sączyła się krew. Wargi przypomniały przemieloną połać mięsa. Oczy wypłynęły z oczodołów spływając po poranionych policzkach, a nos prawie całkowicie zapadł się w wewnątrz czaszki. Włosy zmieniły kolor na ciemnoczerwony. Przy każdym kopnięciu głowa mężczyzny uderzała o powierzchnię ulicy, wydając przy tym mlaszczący odgłos, który niósł się między zniszczonymi budynkami w tą gwieździstą noc.
Po kilku minutach wyżywania się na martwych zwłokach chłopak przestał kopać i miażdżyć twarz bezdomnego. Odsunął się na bok – ciężko oddychając przez nos przyglądał się swojemu dziełu. Był z siebie zadowolony. Odczuwał satysfakcję, ponieważ przyczynił się do zmniejszenia liczby lumpów, a poza tym przestał myśleć o swoich własnych problemach. Po raz pierwszy od wielu lat poczuł się naprawdę wolny i szczęśliwy.
Odwrócił się plecami do martwego ciała, z którego nadal – licznymi strumieniami – wypływała krew. Nie myślał o niczym konkretnym. Teraz chciał tylko wrócić do domu, aby położyć się do łóżka spać. Był zmęczony, a do tego na ubraniu pozostały liczne ślady zakrzepłej już krwi.
Wyszedł z wąskiej, słabo oświetlonej uliczki w jasną aleję i powolnym krokiem zmierzał w kierunku domu. Czekała go długa podróż lecz nie przejmował się tym. Był szczęśliwy i nic innego nie liczyło się w tej chwili. Demony jego przeszłości zamilkły na chwilę, dając mu trochę spokoju – powrócą dopiero za kilka godzin i nie będą im towarzyszyły wyrzuty sumienia.
Po blisko godzinie nareszcie skręcił w ulicę, na której mieszka od dziecka, i ujrzał w oddali zarysy swojego domu. W bladym świetle latarni jego masywna postura wydawała się blada – prawie nierealna – jak zjawa. Wszelkie okna były ciemne, a wraz z drzwiami frontowymi wyglądały niczym pogrążona w rozpaczy twarz.
Po plecach chłopaka przebiegł dreszcz wstrząsając spazmatycznie jego ciałem. Zastanawiał się czy rodzice wrócili już do domu. Jeśli tak to pewnie śpią. Stałby się bardziej szczęśliwy, gdyby w domu nie było nikogo. Mógłby wtedy bez problemu pozbyć się krwi z ubrania, wziąć kąpiel i moczyć się w gorącej wodzie do białego rana. Pierwszy raz wracał do domu nie bojąc się matki oraz ojca i tak naprawdę nie obchodziła go ich obecność. Czuł się szczęśliwy i wolny, a reszta stała się nieistotna.
Po kilkudziesięciu sekundach przeszedł przez furtkę. Znalazł się na zaniedbanym podwórku. Wąską ścieżkę – prowadzącą do drzwi frontowych – otaczały kępy wysokiej trawy, a kilka rosnących przy ogrodzeniu drzew wyglądały na zasuszone – prawie martwe.
Stanął przed drzwiami i po krótkim namyśle nacisnął na klamkę pchając je do wewnątrz. Po otwarciu – w blasku ulicznych świateł – ukazał mu dobrze znajomy korytarz oraz kolejne, rozmieszczone po jego bokach, drzwi; prowadziły do innych pomieszczeń w domu – wszystkie były pozamykane.
Po cichu wszedł do środka, poczym zdjął adidasy zmieniając je na twarde, gumowe kapcie. Stąpając delikatnie udał się do łazienki, aby zamoczyć ubrudzone krwią ciuchy. Starał się to robić bezgłośnie, ponieważ wiedział, że rodzice jednak są w domu; dowiedział się tego po ich rozrzuconych w korytarzu butach.
Ściągnął ubranie pozostając tylko w slipkach. Resztę wrzucił do wanny i odkręcił kurek z zimną wodą. Wszystkie plamy krwi dokładnie namoczył i próbował sprać ręcznie. Gdy zobaczył, że są już praktycznie niewidoczne, wrzucił ciuchy do stojącego z boku automatu. Bez zastanowienia włączył go i nastawił pranie. Obmył trochę twarz odganiając widmo nadchodzącego snu i wyszedł z łazienki, kierując się do swojego pokoju.
Zapalił światło, co było raczej dziwne w jego przypadku (do tej pory poruszał się bez niego), aby przyjrzeć się pomieszczeniu, w którym sypia. Od wyjścia nic się tu nie zmieniło. Nadal wnętrze prezentowało się dosyć skromnie, a jedyne dwa meble – wyraźnie odcinające się na tle ścian – to łóżko i stół. W blasku światła pokój przypominał dużą celę, brakowało tylko krat w oknach.
Obok posłania leżała sterta odzieży – znacznie mniejsza niż ta ujrzana w zaułku –stanowiąca odpowiednik szafy. Leżało na niej kilka świeżych ciuchów. Chłopak podszedł do niej z zamiarem ubrania się.
Gdy pochylił się po czyste, dżinsowe spodnie poczuł na sobie czyjś wzrok. Ktoś go obserwował, czekając na odpowiedni moment, aby się odezwać. Nie odwracając się spokojnie założył spodnie i niebieską koszulkę z krótkim rękawem. Gdy się odwrócił ujrzał stojącą w drzwiach matkę.
Była to kobieta niewielkiego wzrostu o zniszczonej twarzy i zgarbionej sylwetce, co dodatkowo ją pomniejszało. Miała na sobie różową, sięgającą kostek koszulę nocną – na jej powierzchni widniały liczne plamy oraz rozdarcia. Przyprószone siwizną czarne włosy opadały swobodnie na ramiona, zasłaniając fragment zaróżowionego policzka. Twarz pokrywały liczne zmarszczki, a na całej powierzchni nosa widniały czerwone żyłki oraz brzydkie sfałdowania. Wpatrywała się w swojego syna mętnymi oczyma – błyszczały lekko w świetle żarówki.
- Gdzie się włóczyłeś? – spytała.
Początkowo nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w nią – tym razem w jego oczach nie było strachu. Wypełniające go do tej pory szczęście odeszło, pozwalając powrócić cierpieniu, poczuciu bezradności oraz nienawiści.
- Źle się czułem i poszedłem na spacer.
Milczała przez chwilę – także mierząc go wzrokiem. Chłopak nie spuścił oczu i uważnie czekał na jej reakcję.
- Szczerze w to wątpię. Pewnie byłeś u jakiejś suki, a teraz próbujesz się wyłgać, gnoju!
- Jedyną suką, jaką znam, jesteś ty! A teraz idź stąd dziwko i daj mi święty spokój! – odpowiedział.
Kobieta wstrząśnięta jego słowami ruszyła z miejsca w kierunku swojego syna. W jej wnętrzu wszystkie myśli wrzały, a okalający umysł alkohol potęgował złość. Jak on mógł tak do mnie powiedzieć, przecież jestem jego matką? – myślała.
Chłopak stał nieruchomo, nadal się w nią wpatrując. Był spokojny i opanowany. Wiedział, że przewaga jest po jego stronie. Dzisiejszej nocy obydwoje zapłacą mu za poniesione upokorzenia. Poznają, co to znaczy ból. Poznają, dokładnie znaczenie słowa kara. Pokaże im swoją wdzięczność, za wyśnione dzieciństwo. Po patrzy jak umierają z satysfakcją jakiej nigdy nie czuł.
Matka podeszła do niego i bez słów uniosła rękę chcąc go uderzyć. Gdy jej dłoń opadała pochwycił ją i wykręcił boleśnie. Usłyszał jak w nadgarstku coś strzeliło. Kobieta zawyła z bólu, poczym upadła na kolana jęcząc przy tym. Chłopak nie czekając uderzył ją z całej siły w twarz; jego ręka zostawiła na policzku czerwony ślad.
- Puszczaj mnie, słyszysz?! Puszczaj do cholery! – krzyczała.
Próbowała się wyrwać, lecz każdy ruch powodował kolejny atak bólu. Z oczu gęstym strumieniem zaczęły spływać jej łzy. Złość chwilowo minęła, a zastąpiła ją chęć ucieczki przed własnym synem.
On nie myślał o niczym konkretnym – jak podczas katowania bezdomnego. Pragnął tylko bić i robił to raz po raz uderzając kobietę w policzek, wzmacniając przy tym uścisk na złamanej dłoni. Nie zważał na jej szlochy i ciche błagania, a każdy jęk przyjmował z zadowoleniem.
Gdy kopnął ją z kolana w podbródek do pokoju, na chwiejnych nogach, wpadł mężczyzna w średnim wieku. Kobieta szlochając upadła na podłogę i w przypływie strachu zasłoniła obolałą twarz rękoma.
Ojciec chłopaka był znacznie wyższy od swojej żony – gdyby stanęła przy nim sięgałby mu do ust. Jego twarz także zdobiły liczne zmarszczki, a nos czerwony żyłki. Trochę przydługie, kruczoczarne włosy – z małą ilością siwizny – opiewały czaszkę, przysłaniając końcówki uszu. Na sobie miał tylko błękitne majtki. Jego starzejące się ciało nadal wyglądało na umięśnione i tylko nieliczne fragmenty skóry, w okolicach klatki piersiowej, wisiały trochę.
- Co ty robisz, przestań! – krzyczał mężczyzna.
Syn spojrzał na swojego ojca i uśmiechnął się wyszczerzając przednie zęby. Odwrócił się bokiem do matki ruszając mu na spotkanie – szedł zaciskając kurczowo dłonie w pięści. W głowie chłopaka huczało od adrenaliny oraz rosnącego podniecenia.
Mężczyzna idąc chwiał się na wszystkie strony i pierwsze uderzenie powaliło go od razu na podłogę. Upadł nie wydając z siebie żadnych dźwięków, a jego pijany umysł nie był wstanie zarejestrować bólu. W chaotyczny sposób próbował się podnieść, ale chłopak stanął nad nim i zaczął go kopać.
Okładał go ile sił w nogach, wyładowując w ten sposób rosnący gniew, który wzmagał się w nim nieprzerwanie od kilku lat. Serce biło mu zastraszająco szybko, a żyłki na skroniach i karku pulsowały niezmordowanie, powodując przyjemny ból. Nie miał wyrzutów sumienia, nie czuł ani żalu, ani współczucia tylko radość; szczęście było jeszcze bardziej intensywne niż po zabiciu włóczęgi.
Twarz ojca – tak jak bezdomnego – zmieniała się w bezkształtną masę. Ze zmasakrowanych ust wydobywały się tylko ciche charkoty, które stanowiły nędzną imitację błagania o pomoc – prośby o to, żeby przestał. Lecz chłopak nie miał takiego zamiaru i dalej kontynuował.
Oczy ofiary były już niemal całkowicie niewidoczne, a resztę twarzy skrywała gęsta posoka – wydawało się, że wypływa prawie z każdego fragmentu twarzy. Włosy ojca pozlepiały się i przykleiły do czaszki. Strumień krwi wpływał do ust mężczyzny zagłuszając jego bełkot, powodując dławienie. Od ciągłego kopania twarde kapcie chłopaka pokrywał ciemny szkarłat.
W końcu przestał bić swojego ojca i – nie spoglądając na jego zmasakrowane ciało – przyklęknął przy nim zaczynając dusić. Krew, spływająca z ran na twarzy mężczyzny, obmywała jego ręce pozostawiając na nich rubinowe ślady. W oczach chłopka błyszczało szaleństwo, szczęście i… ulga. Po policzkach spływały mu łzy radości – wiedział, że dzisiaj wszystko się skończy; cały jego ból odejdzie w niepamięć.
Zajęty duszeniem ojca nie zauważył jak z podłogi podniosła się matka. Jej ręka promieniowała przejmującym bólem, a w głowie – przez alkohol i strach – miała mętlik. Po raz pierwszy bała się swojego syna i początkowo przyglądała się tylko, jak ten morduje jej męża. Postawiła niepewny krok na podłodze próbując podejść bliżej, lecz zachwiała się i musiała przystanąć. Spojrzała mętnym wzrokiem po pokoju szukając przedmiotu, który mógłby pomóc w powstrzymaniu syna. Myślała o czymś ciężkim, czym można by go ogłuszyć. Wtedy jej spojrzenie padło na leżący na stole – obok talerza z kanapkami – błyszczący nóż. Kobieta zaczęła iść w kierunku stołu.
Tym razem ruchy matki były pewne siebie, a co najważniejsze pozbawione chwiejności. Doszła do obranego celu i podniosła zdrową ręką z blatu długi, śmiercionośny przedmiot, który swym blaskiem zachęcał do działania – kusił do tego, aby zadać nim ten jedyny, ostateczny cios, co rozwiąże wszelkie problemy.
Przekonany o swej sile chłopak nawet nie spoglądał na matkę. Wiedział, że wstała i krąży po pokoju, lecz wypełniało go przekonania, iż nic nie może mu przeszkodzić, a ona zapewne chce uciec. Nie wiedział nawet w jak wielkim był błędzie.
Ojciec drgnął spazmatycznie po raz ostatni, wydając z siebie świszczący dźwięk – powierzchnia jego majtek pokryła się wilgotną plamą uryny. Cały brzuch mężczyzny zasłaniała krew, która wydobywała się ze zmasakrowanej twarzy. Na szyi ojca widniały blade plamy – ślady po uścisku – wyraźnie odcinające się kolorem od złowrogiej czerwieni.
Umysł chłopaka wypełniała nieposkromiona euforia, gdy usłyszał za sobą po raz kolejny kroki matki. Teraz pora skończyć z nią - pomyślał. Wstał i odwrócił się akurat w momencie, w którym kobieta zadała cios nożem.
Początkowo odczuł zdziwienie, a dopiero później jego ciało przeszył ból. Matka pchnęła go nożem w wątrobę. Uderzenie było tak silne, a nóż tak długi, że ostrze przeszło na drugą stronę. Obezwładniony otrzymanym ciosem upadł na ziemię czekając na koniec.
Kobieta przerażona tym, co zrobiła odsunęła się od umierającego syna. Nie chcąc patrzeć na jego agonię podbiegła do martwego męża, aby móc go przytulić po raz ostatni, by zapomnieć na chwilę o rozegranej tragedii. Szlochała jak małe dziecko. Dzisiejszej nocy płakała po raz pierwszy od wielu lat. Nie smuciła się z powodu bólu, lecz za utraconą rodziną. Dopiero teraz zaczynała rozumieć swoje błędy. Dopiero teraz, gdy było już za późno…
Jej syn umierał. Z rany na brzuchu – pomimo wystającej z niej noża – wypływały olbrzymie ilości ciemnej krwi. Posoka pokrywała koszulkę chłopaka, rozlewając się na podłodze dookoła. Wiedział, że umrze, iż za chwilę dowie się, co kryje się po drugiej stronie. Nie czuł smutku. Cieszył się dlatego, że nareszcie zazna spokoju. Nim osunął się w niebyt uronił jedną łzę – symboliczną kroplę oznaczającą żal za grzechy. Później świtało jego życia zgasło, niczym zdmuchnięty przez wiatr płomień tlącej się świecy. Mimo żalu nie czuł wyrzutów sumienia. Dopiero teraz dowidział się czym tak naprawdę jest wolność. W mroku słyszał ciągle naiwne pytanie matki – z trudem wyartykułowane przez łzy – a było nim: Dlaczego?
***
W pokoju panowała ciemność, rozświetlona tylko blaskiem ulicznych latarni. Niewielka ilość światła pozwalała dojrzeć, że pomieszczenie jest urządzone z fantazją i osobliwą finezją. Ściany pokrywały liczne, kolorowe plakaty popularnych zespołów, a oprócz łóżka znajdowało się w nim biurko z komputerem oraz segment z dużą szafą na sukienki, mniejszymi szafkami na ciuchy i trzema szufladami. W wewnątrz pokoju panował porządek.
W środku niósł się tylko miarowy dźwięk oddychania. Należał do siedemnastoletniej dziewczyny, która z zamkniętymi oczyma leżała na łóżku. Spała, a na jej twarzy widniał uśmiech. Była piękna. Miała czarne włosy, drobny nos i wspaniale jędrne usta. Resztę skrywała kołdra.
Biała firanka zaczęła się delikatnie poruszać w takt jej oddechu. W pomieszczeniu zrobiło się trochę chłodniej i dziewczyna mimowolnie szczelniej okryła się pierzyną. Teraz oddechowi towarzyszył odgłos stawianych stóp. Jednak ich właściciela początkowo nigdzie nie było widać.
Dopiero, gdy przystanął można było dostrzec jego blade rysy. Miał pociągłą twarz i taki sam kolor włosów jak dziewczyna. Zjawa majaczyła niewyraźnie na tle ściany, falując niczym powietrze w upalny dzień. Pomimo tego widać było jak jej usta się poruszają.
- Cześć, słoneczko! – szeptał. – Przyszedłem do ciebie, ponieważ jesteś mym aniołem, jedyną istotą, której pragnąłem. Kochałem cię za życia i po śmierci nie przestane. Głos w ciemności mi powiedział, że ty będziesz dla mnie niebem, że będziesz mym zbawieniem. Ucieszyłem się na te słowa i od dzisiaj zawsze będę ci towarzyszył. Możesz spytać: „Dlaczego?”. Wtedy odpowiem: „Ponieważ za życia nie zaznałem miłości i po śmierci kochać uczyć się będę na nowo” – zamilkł, a jego i tak niewyraźna postać całkiem zbladła. W pokoju zrobiło się cieplej.
Uśmiech na ustach dziewczyny powiększył się. Śniła o miłości. O chłopaku, który kochał ją bez opamiętania. Była szczęśliwa i pomimo głębokiego snu wiedziała, że już zawsze będzie o nim śnić, że już zawsze odwidział ją będzie w snach.
Ciągle uśmiechając się odwróciła głowę w stronę ściany chowając swoje szczęście tylko dla siebie.
KONIEC
Szczecin – Wielgowo
Maj 2005 roku.
![]()
Od czego tu zacząć. Przede wszystkim pierwszą cześć tego opowiadania napisałem w listopadzie 2003 roku (do 5 strony), a resztę od 21 do 24 maja 2005 roku. Nie wiem dlaczego zrobiłem sobie taką przerwę i tak naprawdę nie jest to istotne. Osoby czytające je mogą mi zarzucić brak imion i nazwisk bohaterów. Ma to swój cel. Chodziło mi o to, żeby każdy czytelnik mógł utożsamić się z bohaterem. Chciałem uświadomić, że takie rzeczy dzieją się ciągle obok nas i każdy może znaleźć się w podobnej sytuacji (choć bez rozlewu krwi, oczywiście). Jeśli o mnie chodzi to osobiście mam mieszane uczucia do tej historii. Pomimo ciężkich przeżyć nie lubię swojego bohatera. Nie podoba mi się jego ewolucja i czyny. Ale opisywanych wydarzeń nie wybieramy. One po prostu są w naszej głowie i historię piszą się tak naprawdę same. Wierze w to, że moje opowiadanie się podobało. Jeśli nie to… trudno. Nie zawsze wszystko się udaje. Pamiętajcie, że każdy z nas może być nieszczęśliwy i nie zawsze uciekanie przed rzeczywistością w przemoc to dobre rozwiązanie.
Ogór
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||