
::: Winkelried :::
Dziedzictwo
Chłodny wiatr lekko kołysze korony drzew na których już tylko gdzie niegdzie znajdują się pożółkłe liście. Powoli zapada już zmrok , słońce chowa się za śnieżnymi szczytami Gardahar . Wielkimi krokami zbliża się zima , ludzie w dolinie zaczynają przygotowania do czasu śniegów trwającego prawie 200 wschodów i zachodów słońca .Zaczęły się zbiory kadatry - roślin których Delytowie używają niemal do wszystkiego, robią z nich maty i ubrania, kryją latem strzechy swych domów, i karmią bydło. W powietrzu unosi się ich słodki zapach . W kierunku osady Delytów - Gardoru kieruje się orszak namiestnika z miasta Urk. Grupa wojów eskortuje go na diradach, przepięknych stworzeniach, które niegdyś były czczone, gdyż przypisywano im boskie pochodzenie, dzisiaj traktuje się je jak zwykłe zwierzęta, choć pozwolić na nie mgą sobie jedynie co zamożniejsi. Obok namiestnika w powozie siedzi młody rycerz -Serp. Młodzian rosły, solidnej budowy, silny i odważny wojownik, który wielokrotnie przejawiał dowody swego męstwa, podczas okrutnej wojny która właśnie się zakończyła. Trafił on do Urk – stolicy Księstwa Kirc w wieku 12 lat , gdy starszyzna Gardoru zadecydowała ,że to on jednej z zim , zgodnie ze starym zwyczajem opuści osadę wraz z dwoma innymi chłopcami i uda się na służbę do stolicy księstwa, by swe życie ofiarować chwale Wielkiego Księcia będącego Cesarskim lennikiem. Po roku spędzonym w Urk, trafił na sam dwór Cesarza, wraz z najlepszymi uczniami. Teraz powraca po blisko 10 latach w ojczyste strony by oddać hołd zmarłemu ojcu.
- Piękna jest twoja kraina .
Powiedział zachwycony widokiem zachodu słońca namiestnik.
- Masz racje szacowny namiestniku.
- Pewno nie możesz się doczekać spotkania z matką? Szkoda jeno że dojdzie do niego w takich okolicznościach.
- Tak. Długo nie było mi dane ich ujrzeć..
- Cóż tak.
Odparł zamyśliwszy się, po czym dodał.
- Musisz pamiętać iż byłeś potrzebny państwu.
- Wiem. Żałuję tylko że musze po jutrze opuścić dom.
- Takie czasy, jesteśmy w stanie mobilizacji, podejrzewamy że Falladzi szykują się do inwazji.
- Czemu mieli by to robić akurat zimą, faktycznie, Cesarstwo nie odzyskało jeszcze dawnej siły, ale i tak to nie było by rozsądne posuniecie z ich strony, w ich krainie nigdy nie pada śnieg, więc nie sądzę by byli przygotowani do wojny zimowa porą.
Zastanawiał się młodzian, dla którego wojna i wszystko co się jej tyczyło a zwłaszcza wojskowa taktyka była chlebem powszednim,
- Falladzi nie działają logicznie, to gatunek pod ludzi , nie są rasą inteligentną jak my , nie potrafią wznosić budowli, nie zakładają miast. Lękają się naszych kamiennych dróg, i wciąż czczą tych swych śmiesznych bogów.
- Zdołali jednak zjednoczyć ludy wschodu, nie używając przy tym przemocy.
- Tak, to zaskakujące co potrafi zdziałać wiara w czary ich szamanów. Lecz ich państewko to mieszanina kilkunastu nacji, nie zasługują na to by nazywać ich nawet państwem. Cesarstwo to co innego. Siły ciemności już trzykrotnie usiłowały je podbić, z opłakanym skutkiem jak sam widzisz. Cesarstwo trwa nieustannie, rozszerzając swe granice od początku czasu, i nigdy nie przestanie istnieć.
Zakończył swą wypowiedź pełen dumy w stanie wielkiego uniesienia.
Orszak tymczasem zbliżał się do osady. Otaczał ją wysoki mór, z potężnych głazów zza których wyrastały ogromne bale. Jednej takiej nie zdołałby objąć żaden mężczyzna, a nawet trzech najroślejszym mężczyzn stojących jeden na drugim nie było by w stanie sięgnąć jej szczytu. Serpowi przypomniał się jego ojciec który wraz z innymi mężami tegoż grodu ustawiał te bale w pionie. Wrota zaczęły się otwierać. Oczom podróżników ukazała się droga wiodąca do głównego placu osady. Wzdłuż niej stali wojownicy ubrani w typowe dla Gardoran stroje. Każdy z nich miał skórzaną zbroje wybitą metalowymi sztabkami. Na piersiach każdego z nich znajdował się herb oznaczający jego pochodzenie, to czym zajmuje się jego klan, były to przede wszystkim rysunki przedstawiające kłosy kadatry , gdyż była to typowo rolnicza osada. Każdy z nich na swym lewym ramieniu przyczepioną miał czerwoną szarfę na pamiątkę upadku wielkiej potęgi starożytnego państwa Delytów. Według legendy była to niegdyś najpotężniejsze państwo na kontynencie. Jednakże ich przodkowie byli zbyt szlachetni by przeciwstawić się ciemnym zastępom które przeszły przed wiekami tę krainę. Na ich lewym ramieniu zaś znajdowały się szarfy koloru czarnego, była to oznaka łączenia się w bólu po stracie ojca z Serpem, wszyscy mieszkańcy osady byli powiązani niezwykle silna więzią emocjonalną. Namiestnik zauważył te czerwone barwy. Oficjalnie zostały one zakazane, ich widok wprawił go w złość. Gdy powóz się zatrzymał od razu udał się do domu kasztelana. Po nim wyszedł Serp. Wszyscy mężczyźni gdy tylko ukazał się ich oczom wznieśli ku górze swe topory, po czym rozległ się głuchy dźwięk , gdy uderzyli nimi o swe potężne tarcze. Czynność tą powtórzyli jeszcze dwukrotnie. Oczy wszystkich skierowane były ku powracającemu w rodzinne strony młodzianowi.
-Witaj w domu chłopcze.
-Jaki tam chłopcze kobieto ,czyżby już wzrok cię zawodził? Przecież to już jest mężczyzna.
Przywitali go Stryj i jego żona. Serp długo się im przyglądał, nie poznawał ich wcale.
- Pamiętasz mnie, to ja , Brat twego ojca, Kazaar. Tyle lat cię nie było. Ależ tyś zmężniał.
- Wybacz stryju, nie poznałem cię, lata rozłąki czynią swoje.
- Chodźże do izby, twa matka czeka na ciebie.
We trójkę udali się w stronę domu. W połowie znajdował się on pod ziemią, która działała jako swojego rodzaju termo izolacja, zapewniając w zimie ochronę przed wielkimi mrozami nawiedzającymi te strony w czasie zimy. Po potężnych kamiennych schodach zeszli półtora metra w dół. Dostępu do wnętrza broniły masywne kute drzwi , które otwarły się powoli. We wnętrzu panowało przyjemne ciepło bijące od paleniska znajdującego się pod jedną z kamiennych ścian, pozostałe zaś wykonane były z ciosanych bali. Izbę rozjaśniały świece umieszczone w przepięknych ,zdobionych szlachetnym kruszcem świecznikach, oraz w niewielkim stopniu wąskie okienka, znajdujące się u szczytu komnaty, wychodzące tuż nad poziom ziemi. Komnata była dosyć spora, szeroka na 10 i długa na kilkanaście kroków. Była to izba Rady, to tutaj zbierali się przedstawiciele klanów, podczas dorocznych świąt po zbiorach kadatry, tutaj swe decyzje podejmowała Rada Gardoru, To tutaj Serp ponad dziesięć lat temu wybrany został do opuszczenia rodzinnej osady . Na ścianach izby znajdowały się gobeliny obrazujące historyczne bitwy, dawnych wielkich wodzów i wojów z tejże osady. Na kamiennej ścianie, nad paleniskiem, po jego lewej i prawej stronie wisiały topory, miecze i tarcze poległych wojów. Serp kierował się w stronę środka izby, gdzie na ogromnym , okrągłym stole z potężnymi rzeźbionymi nogami znajdowało się ciało poległego. Serp podszedł powoli, zwłoki ojca były już umyte i namaszczone balsamami. Odziane w nową zbroję .Jego kręcone, długie , czarne włosy opadały na ramiona i aksamitny puchowy podgłówek. Dłonie jego splecione były na wysokości brzucha, pod nimi zgodnie ze zwyczajem znajdował się owinięty w szkarłatną tkaninę miecz. Naprzeciw stołu stała kobieta w czarnej sukni. To była jego matka. Czas był dla niej łaskawy. Wyglądała niemal zupełnie tak samo, jak w tedy gdy Serp opuszczał dom . Kruczoczarne długie proste włosy, przez które tylko gdzie niegdzie przebijał się jakiś siwy kosmyk, błękitne oczy, i anielski uśmiech. Tak właśnie swą matkę pamiętał Serp.
Kobieta podniosła wzrok znad ciała swego męża. Ujrzała swego synka, dla niej również w ogóle się nie zmienił. W oczach matki nadal miał kilkanaście lat, i był tym samym małym łobuziakiem . Podeszła do niego , nieustannie wpatrując się w jego Ciemne oczy, dostrzegła w nich wielki ból, i smutek, wywołane nie tylko śmiercią jego ojca. To co przeżył , czego doznał przez te dziesięć lat było tego powodem.
-Serp. To na prawdę ty?
Zapytała się drżącym głosem. Po policzkach jęły spływać krople łez, jedna po drugiej, cała rzeka łez. Serp uklęknął przed matką.
-Matko. Mamo.
Poprawił równie drżącym głosem .Zaczął całować jej dłonie, po czym wstał i złożył pocałunek na jej czole.
-Nie było cię tyle czasu. Straciłam już nadzieję. Myślałam , że nie zdążysz na pogrzeb.
-Gdy się dowiedziałem przebywałem z legionem w jednej z zachodnich prowincji. Od razu ruszyłem. Od sześciu dni jestem w drodze.
-Tak się cieszę że jesteś. Już nie odejdziesz . Nigdy. Tylko ty mi pozostałeś.
Serp nie mógł teraz powiedzieć jej, że przybył tylko na jeden dzień, słowa te nie mogły przejść mu przez gardło. Przytulił tylko matkę do siebie.
-Jak to się stało Stryju?
Zapytał się Kazaara.
-Nadowie. Jedno z ich plemion napadło na naszą wioskę, przy granicy, złupili ją i spalili doszczętnie, pojmali kobiety, a mężczyzn i dzieci potopili w studniach.
Serp nie wytrzymał. Z wściekłością na twarzy uderzył pięścią w stół.
-Wyprawa liczyła kilkudziesięciu mężczyzn, chcieliśmy odbić jeńców, lecz oni zaskoczyli nas w przełęczy, prawie połowa z nas zginęła.
Serp zacisnął pięści z całej siły.
-Które z plemion to uczyniło?
-Dalowie.
-Nie! Nie zgadzam się. Nie możesz. Błagam cię tylko ty mi pozostałeś.
Matka Serpa padła przed nim na kolana, i błagała.
-Serp nie zważał jednak na to, Pochylił się nad ciałem ojca, złożył pocałunek na jego policzku. Poczuł zapach wonności, unoszący się w powietrzu. Chwycił miecz owinięty w szkarłatną tkaninę i udał się do wyjścia.
-Wybacz mi matko. Musze.
Wypowiedziawszy te słowa zatrzasnął za sobą drzwi.
*******************
Jest późna noc, księżyc od dłuższego czasu wędruje po nieboskłonie. Pomimo późnej pory jest bardzo jasno, gdyż jego blask odbija się od spowitych lodem i śniegiem szczytów Zachodniego Gardaharu. Dwoje Nadów z plemienia Dalów trwa na posterunku, przy granicy z Delytami. Raz jeden, raz drugi zbliża się do płomieni małego ogniska. Odziani w brunatne futra górskich Bart , wielkich i włochatych stworzeń zamieszkujących jaskinie wysoko w górach, niezdarnie krzątają się przed mostem na rzece Dervi . Stanowi ona naturalną granicą obydwu państw, a most ten poza zimową porą jest jedyną przeprawą, przez lodowato chodną toń szerokiej rzeki teraz, jej poziom znacznie się zmniejszył, rzeka zaczęła już zamarzać, na razie lud skuł jej powierzchnie tuż przy brzegu, jednakże kwestią kilku dni jest jej zupełne zamarznięcie. Głuchą ciszę mroźnej nocy przerywa naglę tętent dirady. Obaj wartownicy zrywają się i chwytają za oszczepy, wypatrując zza palisady jeźdźca. Odgłos pędzącego stworzenia się nasila. Jeden z Dalów, swymi wielkimi łapami szuka nerwowo rogu przypiętego do jego pasa , by w razie czego zawiadomić dalsze posterunki. Grube, poczerniałe palce i wrastające w nie paznokcie zaciskają się na rogu. Nadowie nie należą do najwaleczniejszych nacji. Pomimo iż ich wygląd może budzić respekt, kiepscy są z nich wojownicy, stosują zazwyczaj taktykę wojny podjazdowe, kąsając mniej lub bardziej dotkliwie siły wroga, dążąc przy tym do jak najmniejszych strat własnych. Tętent nasila się, kopyta dirady coraz głośniej uderzają o zmarzniętą ziemię. Nagle oczom obydwu strażników ukazuje się pędzące w ich stronę stworzenie. Jeden z nich zauważa iż nie posiada jeźdźca.
-Jest mój.
Wyryczał niskim , strasznie ochrypłym głosem, jeden ze strażników. Drugi nie zauważył braku jeźdźca, i dla tego tylko zgodził się pozostać za ogrodzeniem. Dirada zatrzymała się kilkanaście kroków od mostu. Jeden z wartowników zaczął kroczyć powolnie w jej stronę, bujał się niezdarnie przy tym raz na lewą raz na prawą stronę. Gdy był już za mostem pochylił się i zarwał zmarznięte i pokryte już szronem źdźbła kadatry. Zbliżał się powoli, nie chcąc spłoszyć stworzenia. Dirada stała niespokojnie na swych tylnich muskularnych łapach. Stworzenie to cały swój ciężar opierało właśnie na nich, przednie kończyny były skarlałe, i służyły mu tylko do utrzymania czystego pyska. Stworzenie było bardzo zmęczone, dyszało ogromnie, a para z jego nozdrzy unosiła się w wielkich kłębach .Dwoje brązowych wielkich oczu umieszczonych na włochatym, podłużnym łbie wpatrywało się w zbliżającego osobnika. Dal podszedł powoli, i chwycił za lejce . Dostrzegł teraz, plamę krwi na siodle, i na pierzastym tułowiu stworzenia.
-Wszystko w porządku!
Krzyknął do swego kompana, i zaczął przeszukiwać sakwę przymocowaną do siodła, licząc iż znajdzie tam jakieś kosztowności nieszczęsnego właściciela dirady, którego jak sądził zaatakowały jakieś dzikie zwierzęta. Nie znalawszy nic zaczął kroczyć w stronę mostu. Ciągnął za sobą niesforne stworzenie ,które miotało łbem na wszystkie strony. Gdy doszli do mostu zaproponował drugiemu strażnikowi, że jutro z samego rana, wyruszy na poszukiwanie szczątek jeźdźca, a w szczególności jego kosztowności. Tym właśnie najczęściej trudzili się Dalowie, grabieniem. Jego kompan, nie był tym pomysłem zachwycony, zgodził się , ale pod jednym warunkiem, że ten odda, mu dirade. Powiedział , że mógłby ją sprzedać, i porządnie się zabawić w oberży. Niezbyt ochoczo, ale Dal przystał na tą propozycję. Uradowani, łatwym zarobkiem , wracali po szerokim i długim drewnianym moście. Stare deski uginały się pod ich sporym ciężarem, skrzypiąc przy tym niemiłosiernie. W pewnym momencie dirada wyprostowała się gwałtownie, wyrywając lejce z dłoni Dala. Obróciła się szybko i zaczęła uciekać w stronę lasu.. Zatrzymała się tuż przy jego krańcu, i spokojnie czekała. Jej nowy właściciel postanowił poczłapać za nią. Drugi tym czasem wrócił do strzelającego iskrami ogniska, by się nieco ogrzać. Przybliżył nieco swe dłonie i zamruczał gdy poczuł przyjemną falę ciepła. Po chwili usłyszał rżenie dirady. Obrócił się zaczął się śmiać se swego towarzysza, jadącego ku niemu. Po chwili jednak zrozumiał, że jego kompan w życiu nie ujeżdżał dirady. Zmrużył oczy, i odszedł od oślepiającego swym blaskiem ogniska. Z mroku ciemności wyłonił się jakiś jeździec, al. Nie zdołał chwycić za włócznię, poczuł tylko jak zimna stal jego miecza oddziela jego głowę od korpusu. Dal padł w płomienie ogniska, a jeździec pomknął dalej. Płomienie jęły chłonąć ciało martwego Dala.
Jasny promień wschodzącego słońca ogrzewa twarz młodego woja , który od dawna jest w drodze. Sukmanę jego pokrył szron, który pod wpływem wynurzającego się znad szczytów Pasu Dagala słońca zaczął topnieć. Biały nalot ustąpił, odsłaniając czerwoną barwę jego szat. Promienie zdają się delikatnie pieścić twarz rycerza. Twarz z której wyczytać można wielką tragedię, ból i cierpienie odcisnęły na niej swe piętno. Dojechawszy na skraj wzgórza zatrzymał się , spojrzał przed siebie, a jego oczom ukazało się warowne miasto Xan, wznosiło się ono na kamiennym wzgórzu, otoczone wysoką palisadą, której broniły 4 dość niskie lecz szerokie wieże oraz solidna brama. Mężczyzna, ruszył w kierunku owego miasta. Dirada jego kroczyła powoli, pewnie, wręcz dostojnie, jakoby w kierunku bramy jechać miał jakiś dostojnik. Nad bramą powiewały trzy trójkątne proporce. Na niebieskim tle odznaczały się złote napisy w starożytnym języku Nadów. Wojownik zbliżył się na kilkadziesiąt metrów od bramy, w tedy, głuchą ciszę budzącego się dopiero ze snu świata przerwał donośny dźwięk rogów. W mieście podniesiono alarm, po chwili zaś zza palisady jęli wychylać się strażnicy mierząc do obcego z kusz. Ten jednak nie lękał się ich w cale. Zeskoczył na ziemię i powoli podszedł do bramy. Ogromne wrota były nie do sforsowania przez jednego człowieka. A nawet dość pokaźna armia miała by z tym drobny kłopot. Serp podszedł do umieszczonych w bramie małych drzwi, pozwalających wejść do środka osady bez potrzeby otwierania masywnych wrót. Czuł się silny, poranny wietrzyk targał jego luźną sukmana, rycerz zdawał sobie sprawę, że jest już za późno by zawrócić. Stojąc w cieniu masywnych wrót osady, wykonał głęboki wdech .Jego płuca wypełniły się rześkim , mroźnym jeszcze powietrzem. A potem, wznosząc upiornie białą pięść , splamioną krwią i uderzając nią trzykrotnie w drzwi , pomyślał o tym, co go czeka po przekroczeniu murów osady.
Po dłuższej chwili, słychać było jak opadają solidne zasuwy broniące wejścia, a małe drzwi w ogromnych wrotach drgnęły. Uchyliły się nieco, nikt jednak nie otworzył ich szerzej .Rycerz położył swą bladą dłoń na drzwiach i popchnął lekko. Te otwarły się na całą szerokość wydając przy tym wysoki piskliwy dźwięk. Słońce, które do tej pory skrywało się za bramą, jęło razić w oczy wychodzącego z cienia wojownika. Z mroźnych ciemności wkroczył w ogrzany już przez słońce plac. Na ogromnym, wybrukowanym, kamiennymi płytami dziedzińcu, zgromadziło się kilkudziesięciu wojów. Otoczyli go w odległości kilkunastu kroków. Patrzyli z lękiem w oczach mierząc do obcego z włóczni, pomrukiwali coś między sobą w swoim języku. Serp stał niewzruszony, z błędnym spojrzeniem, opuszczonymi rękoma, ukrytymi w długich i szerokich rękawach sukmany spiętej czteroma guzikami na wysokości klatki i luźno zwisającej aż po łydki. W pewnej chwili wśród Nadów zapanowało wielkie poruszenie, w stronę obcego zaczął kierować się kasztelan osady, w towarzystwie trzech starców. Nadowie rozstąpili się przepuszczając do Serpa Radę Osady.
Kasztelan, w ubrany w szykowne szaty, zapytał się o coś . Rycerz jednak nie rozumiał mowy Nadów, jeden ze starszych, Zakasłał głośną i zaczął tłumaczyć pytanie kasztelana.
-Jak się zwiesz?
Zapytał ochrypłym głosem. Serp jednak nie odpowiadał. Kasztelan powtórzył pytanie , starzec zaś ponownie zapytał się Serpa.
-Jak się zwiesz? Spodziewaliśmy się że tu przybędziesz.
-Serp.
Odpowiedział zaciskając pięść. Poczuł chłodny wiatr na swych plecach. Drugi ze starców, wspierając się na sękatej lasce zbliżył się nieco , a po chwili przemówił .
-Taak. To on. O nim mowa jest w przepowiedni.
Serp przestał wpatrywać się przed siebie, jego wzrok utkwił na starcu. Zastanawiał się o jaką przepowiednię chodzi niedołężnemu mężczyźnie. Pierwszy ze starców ponownie się odezwał.
-Zaiście spotka nas zasłużona kara.
-Kto dopuścił się napadu na naszą wioskę. Gdzie są pojmane przez was kobiety?
Zapytał się drżącym głosem Serp.
Kasztelan odepchnął jednego z tłumaczących starców, a drugiego powalił na ziemie .Trzeciemu zaś nakazał przetłumaczyć jego słowa.
-Rycerzu, odejdź, jeśli pragniesz życie zachować. Nic nie wiem o waszej wiosce, a tym bardziej o waszych kobietach.
Serp wpatrując się w jego wielkie czarne oczy odsłonił połę swej sukmany. W lewej ręce skrywał czerwoną chustę w którą było coś owinięte. Żaden z Nadów nie wiedział co skrywa czerwona tkanina. Serp powoli jął rozwijać materiał nie odrywając wzroku od kasztelana. Wreszcie chustę porwał wiejący coraz silniej wiatr, a oczom Nadów ukazało się ostrze miecza. Kasztelan podirytowany tym iż Serp w ogóle go nie słucha, odepchnął ostatniego ze starców. I wywrzeszczał do Serpa.
-Ty iść stąd. Iść i żyć.
Wskazał na otwartą bramę, po czym kierując swą dłoń na kuszników rozstawionych na murach i otaczających go wojów dodał.
-Zostać i zginąć. Przepowiednia nie prawda mówić. Odejść. Wykrzyczał
Serp w ogóle go nie słyszał. Dzierżąc miecz w dłoni ruszył ku niemu. Ten z przerażeniem w oczach rzucił się do ucieczki. Kusznicy zaczęli strzelać do Serpa, jednakże żaden z bełtów nie zdołał go dosięgnąć.
Po dłuższym czasie było już po wszystkim. Na placu nie ostał się żaden wojownik. Kamienny dziedziniec spowiła cienka warstwa krwi. Przerażeni kusznicy uciekli z murów, nie mogąc zadać ran obcemu. W powietrzu unosił się ciężki zapach, jaki zwykle towarzyszył każdemu pobojowisku. Woń potu, mieszała się z obrzydliwszym fetorem wnętrzności trupów. Jednakże tutaj wyczuć dało się coś jeszcze. Coś czego Serp nie zaznał jeszcze nigdy wcześniej. Młodzian stał tak wpatrzony przed siebie, dzierżąc w zakrwawionej dłoni krótki miecz. W pewnym momencie, spod stosu ciał jął wydobywać się jęk ocalałego. Spod zwłok wypełzł starzec, jeden z trzech którzy towarzyszyli kasztelanowi. Serp bez wahania skierował ostrze w jego stronę, jednakże po chwili zatrzymał miecz tuż przed szyją starca. Uklęknął przed nim na jedno kolano.
- Przepowiednia się sprawdziła.
Powiedział z przerażeniem w głosie.
-Słuszna nas kara spotkała. Biada nam winnym. Biada wszystkim.
Serp wpatrywał się w jego twarz, dopiero po chwili dostrzegł coś przerażającego. Oczy starca .Oczy białe, bielsze niźli mleko, pozbawione źrenic, całe spowite mgłą. Wpatrywał się w jego twarz jeszcze długo, po chwili dostrzegł iż nie jest to czystej krwi Nad. Jego przodek musiał być człowiekiem.
-Słusznie uważasz. Matka moja Nadem nie była. Została uprowadzona.
Serp wstał szybko i obrucił się w kierunku słońca.
Winkelried
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||