
::: Kosimus :::
Więź
I
Młody vler[1] obudził się rano w zalanym słońcem poranka pokoju karczmy. Co ciekawe chciało mu się wstać, a rzadko się to zdarzało. Można powiedzieć, że prowadził tryb życia, który z wczesnym wstawaniem niewiele miał wspólnego. Prawdę powiedziawszy, to wolał pozostawać nieco w cieniu, zwłaszcza po owocnej nocy, która właśnie ustępowała pola słońcu, lepiej było się nie wychylać. A owoce te widział oto przed sobą, w drugim kącie; trochę twardej waluty, klejnotów, ale nade wszystko to, na co najbardziej czekał od pewnego czasu: miecz „Czarny Cios”. Wiele o nim słyszał za czasów, gdy był jeszcze młodzikiem wychowującym się w wiosce rzuconej gdzieś w pobliskich lasach. No, może nie były takie znowu pobliskie. Ostrej jazdy konnej potrzeba by około dwóch tygodni, by tam dotrzeć. Wolał jednak nie wracać. Wioskowy wieszcz, powszechnie uznawany tam autorytet był jednocześnie popularnym bajarzem. Co prawda lubianym raczej przez dziatwę niż rodziców zgorszonych tym, iż przy opowiadaniu nie oszczędza on bynajmniej momentów, które w ich pojęciu powinny pozostać nieznane młodym. A według niego broń owa była niegdyś w posiadaniu niejakiego Loneza, który za swoich najlepszych czasów kładł trupem każdego, kto stanął mu na drodze i kogo gęba nie przypadła mu do gustu. Szybko więc dorobił się statusu osoby uznanej przez społeczeństwo za nadzwyczaj niebezpieczną. Z kolei to poskutkowało wydaniem na niego listu gończego. Mimo to ukrywał się jeszcze przez kilka lat aż w końcu dokonał krótkiego żywota danego rasie galarów[2] gdzieś w odmętach Zachodniego Morza. Co prawda zaskakujące opowieści o Ciosie, które Bryfft słyszał w dzieciństwie były nadzwyczaj barwne, lecz jak się okazało niebezpodstawne. Miecz był zabójczy. O tak! W nocy dowiedziało się o tym kilku strażników, którzy mięli nieszczęście pełnić w Muzeum wartę i usłyszeć jakiś hałas w jednym z pomieszczeń. Lekki, więc poruszało się nim szybciutko, a jednocześnie ostry, z klingą, która miała ze dwieście lat (ponoć ręczna robota dwarwlingów[3]) pokazał, co potrafi na owych nieszczęśnikach. Oczywiście larum się podniosło wielkie, gdy kustosz znalazł cztery osoby z rozpłatanymi brzuchami i flakami na wierzchu, więc trzeba się było szybko ulotnić. Co prawda trochę zbyt szybko ten kustosz nadszedł. Trzeba będzie zamienić słówko z informatorem i być może posłużyć się nim jako manekinem, by zaprezentować jemu samemu jak działa Czarny Cios. Z zamyślenia wyrwał Bryffta krzyk za drzwiami
- Otwierać! Straż Miejska!
Pierwsza myśl, jaka przemknęła przez głowę vlerowi była raczej paniczna („No to kaplica!”). Jednak już po chwili ogarnął go chłodny spokój. Tylko bez paniki.
- Już, już... – starał się by jego głos brzmiał sennie, jednocześnie starając się błyskawicznie założyć swą lekką zbroję i przypasać Cios wraz z pochwą. Właściwie to z jakiego powodu takie cacko leżało w zwykłym muzeum?
- Otwierać!
Podszedł nieśpiesznie do drzwi i uchylił je.
-Tak?
Strażnik wepchnął go potężnym cielskiem do środka wyciągając miecz. Bryfft swojego nie wyciągnął. Wiedział, że i tak będzie szybszy. Strażnik omiótł wzrokiem pokój zatrzymując się na skarbach w rogu.
-Co to jest?
- Moje klejnoty.
-Tak? Według karczmarza nic przy sobie wczoraj nie miałeś, gdy wynajmowałeś tą zatęchła kabinę – rzekł z wyraźną pogardą grubas. Bryfft wolał nie czekać na dalszy bieg wypadków. Wyszarpnął miecz, natychmiast uderzając w broń tłustego, któremu owo uderzenie wybiło ją z dłoni.
-A więc się nie myliłem! On nie kłamał! Teraz zawiśniesz za atak na Strażnika Miejskiego!
-Doprawdy? – rzekł vler – Spójrz na ten miecz i przyjmij do wiadomości, że za chwilę poznasz, iż wcale nie stracił na ostrości przez te czterdzieści lat leżakowania, jeśli natychmiast się nie dowiem skąd wiedziałeś kto okradł Muzeum i gdzie się ta osoba znajduje.
Wkurzało go, że Straż była bardzo butna w swej pewności, że nikt ich nie zaatakuje. Że cieszyła się takim szacunkiem wśród pospólstwa a jednocześnie bogaciła się na przekrętach dokonywanych na niemałą skalę.
-Zabijesz mnie? – spytał człowiek z udawaną kpiną, patrząc z pewnym respektem na ostrze przystawione do jego szyi.
-Wcale nie chcę, ale jeśli mnie do tego zmusisz, to się nie zawaham. Mów. Jako zmuszanie mnie potraktuję odmowę odpowiedzi.
-Pocałuj mnie w dupę, idioto...
Aż chrupnęło, gdy ostrze przecięło kręgosłup przygwożdżony do ściany.
-Aaaaaaaaaaaaa!
Zbyt późno zauważył, że drzwi na korytarz zostały uchylone i że ktoś mógł przez nie swobodnie patrzeć na scenę rozgrywającą się w pokoju. W tej chwili patrzyły na niego dwa przerażone, wypełnione zgrozą oczy dziewczęcia mniej więcej ośmioletniego
Cholera, taki niefart od samego rana, pomyślał Bryfft zatrzaskując drzwi i zamykając je na zasuwę. Pozbierał szybko co potrzebniejsze rzeczy i otworzył okno. Stwierdził, że najwyraźniej na ulicy nikt nic jeszcze nie wie o śmierci w gospodzie, bo żadne zamieszanie nie wybuchło. Jak daleko jest najbliższy dach? Jakieś piętnaście metrów. Błahostka. Wspiął się na parapet strącając z niego rośliny, na szczęście do środka a nie na zewnątrz. Przykucnął i odbił się, gwałtownie prostując nogi. Po sekundzie był już na dachu jakiegoś domostwa. Vler miał nadzieję, że nikt niczego z dołu nie widział, a jeśli nawet, to uznał, że mu się coś przywidziało.
II
Uczucie radości po udanej ucieczce zastąpiło uczucie wściekłości po utracie bogactw, które z przyczyn oczywistych zabrane być nie mogły. Co prawda Czarny Cios nie miał się stać własnością Bryffta, a zwykłym towarem do sprzedaży, lecz jego wspaniałość tak olśniła młodego vlera, że w tej chwili postanowił po prostu go sobie przywłaszczyć. W tym mieście i tak już nie mam życia, pomyślał, po czym otworzywszy klapę w dachu zszedł na ciemny strych a następnie przemknął niezauważenie przez dom, błogosławiąc w duchu swoje szczęście, że wewnątrz akurat nikogo nie spotkał. Mógłby oczywiście użyć Pola magnetycznego[4] i wylądować miękko w jakimś ukrytym podwórzu, ale zawsze istniało ryzyko, że ktoś go zobaczy, a byłaby to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował. Ludzie może nie bali się siły Pola ale uważali, że jest złe. No i mieli rację, stwierdził w myślach Bryfft. Łatwo można było zejść na złą drogę gdy nie miało się wystarczającej siły woli. Sam zabił już kilku takich. Było mu ich wtedy żal, ale wiedział doskonale, że sam nie posiada takiej siły woli, by wyciągnąć ich z szaleństwa, a poza tym to on był atakowany przez nich, a nie odwrotnie... Wyszedł ostrożnie przed budynek i stwierdził, że w gospodzie wybuchła wrzawa a z drugiego końca ulicy nadbiegają członkowie Straży. Nie czekając na dalszy przebieg wypadków ruszył w drugą stronę starając się wyglądać niepozornie, jak zwykły vler.
Vlerowie byli rasą powszechnie tolerowaną w świecie, a przynajmniej w tej jego części. Żyli w dobrych stosunkach z ludźmi oraz galarami. Nie układało się im jednak nigdy z dwarwlingami, ponieważ zbyt wielu z tych oszalałych pochodziło z ich rasy. Zbyt wiele krwi polało się z obu stron. W zasadzie szaleństwo to nie było szaleństwem w sensie rozumianym przez ogół. Po prostu ci „szaleńcy”, którzy zwariowali pod wpływem mocy Pola, na początku zbyt zachłysnęli się możliwościami jakie daje i zaczęli je wykorzystywać w złych celach. Aż wreszcie tak bardzo zapragnęli władzy i siły, jaką może dać Pole, że nie byli już wstanie wyzwolić się z nałogu jego używania w celach raczej egoistycznych. Zapragnęli tej mocy dla siebie i jeśli nie mięli wystarczającej siły woli, by opanować się na tym etapie, to był to praktycznie koniec, bo przestali postrzegać Pole, jako narzędzie do wykorzystania dla dobra wszystkich, a zaczęli je uważać za narzędzie do zdobycia siły i nierzadko władzy. Wśród vlerów generalnie takich nie było, lub zdarzali się sporadycznie. To powodowało, że dwarwlingowie byli uważani za tych za tych „złych”, a vlerowie za tych „dobrych”. Nie żeby nie było wśród nich nikogo kto by zszedł na złą drogę, ale było ich znacznie mniej, niż tych, którzy przynajmniej oficjalnie byli praworządni i czynili dobro. Bryfft natomiast nigdy raczej o swoją reputację nie dbał. Może dlatego, że zawsze niejako „na wejście” postrzegany był, jak to vler, dobrze, i przyjmowany z życzliwością. Wiedział jednak doskonale, że na północy stał się już zbyt znaną postacią, by móc pozwolić sobie na spokojne życie w tamtych okolicach. Zbyt wielu i zbyt potężnych wrogów sobie narobił. Dlatego też zdecydował się na wyruszenie w drogę, celem zarobienia na bezpieczną starość i zdobycia jakiegoś kawałka własnej ziemi. No i tak trafił tutaj, do Milos. Znalazł się gość, który jakoś usłyszał o jego umiejętnościach i postanowił go nająć do brudnej roboty. Do zwinięcia miecza Czarny Cios z Muzeum. Udało się, miał go przy sobie, ale jak już postanowił, nie zamierzał go sprzedać kontrahentowi. Miało teraz posłużyć jako narzędzie szybkiej zemsty na informatorze, który niewątpliwie go zdradził. Ciekawe co się gnojkowi nie spodobało. Może zapłata była za niska? Nie szkodzi zaraz się dowiem, pomyślał Bryfft. Wchodząc do brudnego podwórka w jakiejś zatęchłej uliczce.
Spojrzawszy w pomalowane na niebiesko okno na trzecim piętrze, stwierdził, że galarowie mają dziwny gust kolorystyczny. Wszedł przez drzwi do budynku. Znajdowało się tutaj około dwudziestu mieszkań. Jedno z nich było meliną informatora. Przebiegł szybko trzy kondygnacje i przyłożył ucho do pomalowanych na turkusowo drzwi. Bardziej wyczuł, wykorzystując Pole, niż usłyszał, trzy głosy. Dwa żeńskie i jeden męski.
No dobra, wchodzę, pomyślał.
Drzwi otworzyły się niemal wypadając z futryn, gdy wzmocniony energią Pola kopniak ugodził w drewno. Bryfft wpadł do środka i skręcił w prawo, skąd wcześniej dochodziły dźwięki, a teraz jedynie aż gęsta cisza.
Przy stole siedziały dwie kobiety i jeden galar o przerażonej mysiej twarzy.
-Hej, jak leci? – rzucił lekko vler.
-Eee...
-Zapomniałeś języka w swojej brzydkiej twarzyczce, głupcze? Myślałeś, że można mnie tak po prostu wydać Straży Miejskiej i nie zapłacić za to!? – wydarł się Bryfft starając się jednocześnie nie tracić panowania nad sobą. – Ile ci zapłacili, co?
-Ty jeszcze żyjesz? – idiotycznie spytał galar.
-A wyglądam, twoim zdaniem, na umarłego? – zwrócił się do kobiet – Kurtyzany wyjść, bo na waszych, hmm, namiastkach szat, może zostać nieco krwi tego zdrajcy, a to może odstraszyć klientelę, nie? No idźcie, co się gapicie?
Gdy kobiety wyszły spojrzał na struchlałą osóbkę kurczącą się na wyściełanym krześle.
-Zadałem proste pytanie: ile ci dali za zdradę i skąd wiedzieli, że pracujesz dla mnie? A może sam się zgłosiłeś na posterunek, co?
-Jestem znany stróżom prawa, ja tylko chciałem się im troszkę przypodobać – jęknął cicho - No wiesz, nękali mnie ciągle. Mam już tego dość. Żyję jak gówno. Od jednej szpiegowskiej roboty dla jakiegoś przestępcy, do drugiej.
-A nie przyszło ci do głowy, że ja mogłem przez to zginąć?
Galar prychnął.
-Daj spokój. Z Czarnym Ciosem w garści? Tylko cała horda przeciwników dałaby ci radę. Jak widzę takowej na ciebie nie wypuścili... Poza tym jesteś vlerem. Wszyscy wiedzą, że reagujesz szybciej, walczysz szybciej, instynktownie wyczuwasz zagrożenie. Nikt ci nie zada ciosu w plecy. Po prostu Pole ci służy.
Bryfftem aż wstrząsnęła taka ignorancja, ale domyślił się także innej rzeczy: Galar mu po prostu zazdrościł. Ograniczenia jego rasy nie pozwalały mu na jakiekolwiek wykorzystanie Pola.
-Ty tępaku! Pole nikomu nie służy. To nie leży w jego naturze. Wbij sobie to do łba na resztę swojego krótkiego życia. Niektórzy, jak ja, potrafią po prostu wykorzystać Pole do tego by nam służyło za narzędzie. To nie jest łatwe. Nasze życie jest trudne, bo nieustannie musimy uważać, by nie popaść w szaleństwo. A poza tym nie wszyscy vlerowie potrafią operować Polem. Choć przyznaję, że to spośród naszej rasy najwięcej jest osób, które to potrafią. Wśród ludzi to dość rzadka umiejętność. Dwarwlingowie zaś mają stosunkowo silne połączenia z Mocą, ale też słabą wolę. Najczęściej oni właśnie wariują nie wytrzymawszy siły Pola. Ale dość wykładów – powstrzymał się Bryfft – teraz odpowiesz mi za wszystko.
-Nie zabijaj – wyjęczał galar – daruj!
-A niby dlaczego, co? – rzekł vler przez zaciśnięte zęby, niemal tryskając śliną z wściekłości.
-Pomogę ci stąd uciec. Wiesz, że nie masz tu już szans. Bez pomocy kogoś, kto zna miasto nie wydostaniesz się z niego.
Galar silił się, by jego głos brzmiał pewnie i twardo, ale efekt był „taki sobie”.
-Absolutnie nie widzę powodów, dla których miałbym ci zaufać. – odparował Bryfft - Już raz mnie wydałeś, gnido, mimo, że zapłaciłem ci za pracę. Dlaczego teraz miałbyś tego nie zrobić, skoro nic z tego nie masz?
-Jeśli mnie zabijesz będziesz miał kolejne życie na sumieniu.
-I co z tego? I tak umrzesz w ciągu następnych dziesięciu lat. Jesteś galarem, czyż nie? Natomiast zostawiwszy cię przy życiu z pewnością narobię kłopotów sobie, bo zaraz polecisz do Straży, oraz innym, bo zdradzisz ich tak, jak mnie.
-Weź mnie ze sobą. Wypuścisz mnie, gdy wyjdziesz z miasta. – rzekł błagalnie galar.
Bryfft zastanawiał się przez chwilę. Zawsze można mu powiedzieć, że będzie wolny, a potem zaszlachtować w jakiejś ciemnej uliczce.
-Zgoda – powiedział wreszcie vler – ale idziesz nie dalej niż pół metra przede mną. Wiedz, że ten miecz – wskazał na Cios – potrafi znaleźć się w twoim niebieskawym ciałku, szybciej, niż potrafisz sobie wyobrazić.
-Uwagi o kolorze skóry, w cywilizowanym świecie, są uważane za rasizm... rasisto.
-Idź – warknął zdenerwowany tą bezczelnością Bryfft.
III
Wyszli razem przed budynek a następnie na zatłoczoną ulicę. Bryfft, jakkolwiek w pancerzu, nie wyróżniał się zbytnio wśród tłuszczy, ponieważ nie był jedynym wojakiem goszczącym w Milos. Kluczyli wśród uliczek absolutnie nieznanych vlerowi. Już zaczął podejrzewać, że niebieski szykuje kolejną zdradę, gdy ujrzał wreszcie zbliżającą się ku nim bramę miasta.
-No i proszę, doprowadziłem cię. Jednak czasami warto mi zauf.. – galar zamilkł w połowie zdania, a następną rzeczą, jaka wydostała się z jego ust był cienki strumyk krwi. Gdy zwalił się bezwładnie na ziemię, Bryfft dojrzał tylko zakończenie bełtu wystające z jego pleców. Błyskawicznie odwrócił głowę w kierunku, z którego jak przypuszczał, strzelano. Dojrzał tylko smukłą postać w kapturze, która zwaliła się na niego z impetem obdarzając potężnym kopniakiem w brzuch. Gdy tylko otworzył oczy zobaczył ostrze sejmitara lecące ku niemu z taką prędkością, że ledwo zdołał się uchylić, gdy rąbnęło tuż obok jego głowy w bruk, krzesząc iskry. Natychmiast stanął na nogach i zapominając o bólu dobył Czarnego Ciosu z pochwy i odbił kolejne uderzenie wymierzone w jego szyję. Wykonał salto przeskakując nad przeciwniczką, bo jak zauważył, była to kobieta. Jej twarz była jednak ukryta w cieniu kaptura i nie mógł odgadnąć jakiej jest rasy. Przypuszczał jednak, że jest albo człowiekiem, albo vlerem. Tylko te rasy miały taką budowę. Spodziewał się, że nagły atak od tyłu pozbawi ją życia, ale nie docenił wroga. Cios, który powinien pozbawić kobietę życia został zablokowany przez sejmitar przerzucony błyskawicznie przez głowę, na plecy. Bryfft przyjmując kolejne uderzenie na miecz spostrzegł nadbiegających Strażników, którzy w momencie otoczyli cały plac przed bramą i szybko zbliżali się do środka ze wzniesionymi łukami, zacieśniając krąg.
-Stać! – krzyknął osiłek wyglądający na dowódcę – rzucić broń i cofnąć się o dwa kroki do tyłu!
Bryfft odetchnął z ulgą widząc, że kobieta jednak ma rozum i nie chce zostać rozstrzelana. Odbiła jego ostatni cios odskoczyła do tyłu i rzuciła sejmitar, patrząc na niego i na Strażników spode łba. Vler również upuścił broń i cofnał się niespiesznie. Szef Strażników podszedł do nich.
-Co tu się dzieje? – zapytał.
-Zostałem zaatakowany przez tę miłą panią – odrzekł Bryfft wskazując na zakapturzoną – wcześniej zabiła mojego przyjaciela – wskazał na leżący nie opodal błękitny zezwłok.
-Przyjaciela? Taa... Aniston. Hmm. W Straży nie będą po nim płakać. Wiele problemów nam sprawiał. – zamyślił się na chwilę po czym ocknął gwałtownie – No, ale morderstwo to morderstwo. Ludzie, czy ten czło... vler, mówi prawdę?
Z tłumu odezwały się pomruki mające oznaczać potwierdzenie.
-Dobrze. Możesz zabrać swój miecz. Pójdziesz z nami i złożysz oficjalne zeznanie. A tą – zwrócił się do kolegów wskazując na milczącą kobietę – trzymać przed grotami strzał i odprowadzić do aresztu.
Bryfft ruszył za Strażnikami, oddalając się od upragnionej bramy. Co teraz, myślał szybko. Jeśli przyjdzie na posterunek z pewnością zostanie rozpoznany na podstawie portretu pamięciowego, sporządzonego już na podstawie zeznań karczmarza i tej dziewczynki, która go wtedy widziała. Trudno, pomyślał, większą uwagę zwrócę na siebie jeśli zacznę wiać. A tak mogę liczyć na szczęście, że jednak nikt nie zwróci na mnie uwagi. I kim, do diaska, jest ta babka? Czemu chciała mnie zabić? Trudno, muszę iść. Raz kozie śmierć.
Weszli po kamiennych schodkach posterunku. Wewnątrz było mroczno i duszno zapewne z tego powodu, że ogromną większość załogi stanowili ciepło i ciemnolubni dwarwlingowie. Większość żaluzji była zasłonięta. Bryffta wprowadzono do jednego z pomieszczeń na początku korytarza. Kątem oka dostrzegł kobietę wpychaną brutalnie do celi przez jednego z dwarwlingów. Szef straży rozsiadł się tymczasem za biurkiem i sięgnął po ciastko.
-Powiedz mu wszystko – rzekł zwracając się do Bryffta, a wskazując na sekretarza przy skromniejszym nieco stoliku obok – i możesz iść.
-Dobrze. Mam tylko prośbę – powiedział z udawaną niepewnością vler – czy mógłbym z nią później porozmawiać?
-Obawiam się, że to nie będzie możliwe – odpowiedział Strażnik z równie udawanym smutkiem – więźniowie są trzymani w odosobnieniu do czasu rozprawy, podczas, której wiceburmistrz decyduje co się stanie z winnym.
-Rozumiem
Zaczął opowiadać zeznanie sekretarzowi, który spisywał z niewiarygodną prędkością jego słowa. W czasie gdy mówił, dojrzał z niepokojem, przez przeszkloną ścianę, że któryś z galarowskich strażników uważnie mu się przygląda zerkając jednym okiem na jakiś papier leżący na jego biurku. W pewnym momencie wstał i ruszył w kierunku drzwi, co upewniło Bryffta, że nie jest już bezpieczny.
No, to się nazywają kłopoty, myślał intensywnie. Ha, trzeba będzie zwiewać i zabrać ze sobą tę kobitkę. Muszę się dowiedzieć kim jest i co ma do mnie.
Galar wszedł.
-Hej, Kormin – zawołał do kolegi siląc się na normalny ton, ale aż kipiało z niego przejęcie.
-Taa? Czego, Lippi?
-Zerknij na to – rzucił mu papier na biurko, jednocześnie stając tak, by vler nie widział jego zawartości.
-Uuuuum. No proszę, kto by pomyślał?- powiedział Kormin, tym razem już z absolutnie szczerym zaskoczeniem. – No, kolego chyba będziesz musiał u nas się zatrzymać. Nie chcę być nieuprzejmy, ale zdaje się, że jesteś podejrza...
Bryfft nie czekał dłużej i wyparzył na korytarz mijając strażników jednocześnie starając się otumanić ich, kierując na każdego z tych stojących najbliżej swój umysłowy atak Polem.
Podziałało całkiem nieźle, rzecz jasna nie na galarów, więc temu, który trzymał klucze vler po prostu przytknął miecz do gardła i nie spuszczając z niego oka, drugą ręką odpiął klucze od jego pasa jednocześnie nie przestając koncentrować się na otumanianiu pozostałych. Nie zdołałby dodatkowo otworzyć drzwi celi, więc rzucił klucze więźniarce.
-Otwieraj. I nawet nie myśl o ucieczce.
Tym czasem nadbiegał już drugi z galarów. Bryfft trzymał już na mieczu jednego, więc skupił się na Lippim starając się zwalić go z nóg uderzeniem Pola. To był błąd. Koncentrując się bowiem na jednej tylko osobie, i to galarze, pozostawił resztę, bez swego wpływu. Natychmiast zaczęli wracać do świadomości. W tej chwili przemknęła koło niego uwolniona dziewczyna, wyrywając po drodze krótki miecz z pochwy klawiszowi i z rozwichrzonymi włosami ciemnej barwy (Bryfft ujrzał jej głowę w całości po raz pierwszy) rzuciła się szczupakiem nad biegnącym przeciwnikiem malowniczo wbijając ostrze w jego głowę, po czym wylądowała miękko po drugiej stronie. Bryfft ponownie skupił się na pozostałych członkach Straży a dziewczyna (była człowiekiem, teraz mógł to stwierdzić z całą pewnością) wyszarpnęła miecz z głowy zabitego po czym rzuciła tak, że minął o cal twarz vlera i wbił się w ścianę przygważdżając ubranie galara. To wszystko nie trwało nawet dziesięciu sekund.
-Wiejemy! No na co czekasz!? – wrzasnęła na oniemiałego Bryffta, który natychmiast się ocknął i wybiegł za nią z posterunku.
Starając się wyglądać normalnie, ruszyli szybko zatłoczoną ulicą, by zniknąć jak najszybciej za rogiem. Potem puścili się pędem i biegli tak przez kilkanaście ulic. Bryfft musiał nieźle wyciągać nogi by nadążyć za dziewczyną a nie chciał używać energii Pola, ponieważ w tłumie mógł się znaleźć ktoś zdolny do wyczucia aktywności. Wreszcie zatrzymali się przy jakiejś gospodzie dysząc ciężko.
-Kim ty jesteś, kobieto? – wydusił resztką tchu vler przypatrując się jej.
-Miałam cię zabić.
-To już zauważyłem. – rzucił opryskliwie.
-Narozrabiałeś trochę na północy i... niektórzy ludzie przestali cię lubić.
-Płatna morderczyni?
Nie odpowiedziała. Bryfftowi wystarczyło to za potwierdzenie.
-Kto cię wynajął?
Roześmiała się:
-Naprawdę myślisz, że ci powiem? – spytała wyraźnie rozbawiona.
-W takim razie dlaczego jeszcze żyję?
-Pomogłeś mi. Bez ciebie miałabym większy problem z ucieczką z aresztu.
Bryfft prychnął robiąc ironiczną minę:
-Ale oczywiście dałabyś radę?
-Jasne. To co teraz? Długo spokoju nie zaznamy.
-My!? – vlera aż zatkało.
-Nie dasz sobie pomóc? Widziałeś, że dobrze walczę. Pomogę ci się wydostać z miasta.
Bryfft parsknął nerwowym chichotem, przypominając sobie jak się skończyła poprzednia „pomoc przy wydostaniu się z miasta”.
-A co z twoim pracodawcą? Co mu powiesz? Chyba zawiedziony będzie, nie? I skąd mam wiedzieć, że nie wbijesz mi sztyletu w plecy. Jak mam ci ufać?
-Pracodawcy powiem, że wyjechałeś dalej na południe. A co do sztyletu, to takowego po prostu nie mam, więc bez obaw – odparowała z zabójczym uśmiechem, ukazując nadzwyczaj białe zęby – Jak stąd zwiejemy, każdy pójdzie w swoją stronę.
Bryfft zawahał się na chwilę.
-Dobra – podjął decyzję.
-Musimy się najpierw gdzieś oporządzić. Mam znajomego szynkarza w tym mieście. Będzie nas krył w razie czego. Pracuje w gospodzie „Pod Wrotami”. Jak nazwa wskazuje to niedaleko bramy miasta.
-A nie przyszło ci do głowy, że tam właśnie Straż wzmocni swoje siły? – spytał Bryfft.
-Właśnie, inteligencie. Najbezpieczniej w paszczy lwa.
Zobaczymy, pomyślał Vler, na razie zaufamy temu szynkarzowi i jej. Jej? A jak ona właściwie się nazywa?
-Hej, masz jakieś imię?
-Lilianna. To idziemy, czy nie? – spytała niecierpliwie.
-Ładnie. Li. Mogę cię tak nazywać?
-Li to dla przyjaciół – odparła twardo, patrząc spode łba.
-Chyba, że tak. Lilianno, prowadź do tego swojego znajomego.
IV
Przeszli jeszcze kilka przecznic mijając po drodze sklepy, jako, że przemierzali dzielnicę handlową. Ułatwiało to nieco sprawę, ponieważ ginęli w różnokolorowym tłumie przechodniów. W końcu Bryfft ponownie ujrzał miejskie bramy. Zatrzymali się za rogiem jakiegoś odrapanego budynku. Vler wyjrzał ostrożnie licząc siły Straży, a Lilianna odpędziła ostro jakiegoś naprzykrzającego się jej z niewybrednymi propozycjami podpitego obdartusa.
-Hej, Li, spróbujemy się przemknąć? – zapytał ironicznie naliczywszy trzynastu chłopa.
Lilianna skrzywiła się na dźwięk zdrobnienia, ale nic nie powiedziała.
-Widzę szyld tej gospody, o której mówiłaś. Obok akurat nikt nie stoi, za to dziesięć metrów dalej trzech pociąga z butelczyny. Co robimy?
-Oczywiście idziemy. Musimy się tam dostać, jeśli chcemy opuścić miasto. W gospodzie będzie lepszy i bezpieczniejszy punkt obserwacyjny niż tu – powiedziała rzeczowo – użyjesz siły woli, aby odwrócić uwagę strażników i wejdziemy po prostu do środka.
-Skąd wiesz, że to potrafię? – wydukał zaskoczony.
-Czy ja jestem ślepa? A co niby robiłeś na posterunku? Poza tym, gdyby nie to, zabiłabym cię tak łatwo jak galara, który ci uprzednio towarzyszył.
-No tak. Racja. Posterunek. – Bryfft zupełnie o tym zapomniał – Ale widzisz, tu gdzieś może być ktoś zdolny do wykrycia takiego działania.
-Musimy zaryzykować. No już, zaczynaj – ponagliła go Lilianna.
Chcąc, nie chcąc vler skierował umysł na dach domu obok straganu z garnkami stojącego w tej chwili w tłumie ludzi. Po chwili dachówka z trzaskiem spadła na naczynia rozbijając kilka z nich i przez odpryski zadając najbliżej stojącym lekkie skaleczenia. Natychmiast kilku strażników ruszyło w tamtym kierunku, lecz ci stojący najbliżej tylko popatrzyli i pili dalej. Bryfft postanowił wykazać się większą inicjatywą. Jeśli rzeczywiście był tu ktoś potrafiący wyczuć zakłócenia w polu magnetycznym, to już to zrobił. Posłał jeszcze kilka dachówek z tego samego dachu w kierunku nadchodzących i jeszcze kilka do tych stojących nieco dalej. Tym razem podziałało. Strażnicy najwyraźniej uznali, że ktoś po prostu rzuca dachówkami ukryty na strychu i wbiegli do domu, wywarzając drzwi, a ci stojący koło drzwi karczmy poczęli się nieśpiesznie przemieszczać w kierunku wybuchłego zamieszania.
-Teraz! – krzyknął Bryfft do Lilianny przekrzykując zgiełk na placu.
Wybiegli chyłkiem trzymając się ściany i po chwili bez przeszkód dotarli do karczmy.
Zamknęli za sobą szybko drzwi i udali się do lady, gdzie siedział postawny facet w brudnawej bluzce, obecnie koloru szarego a pierwotnie jak przypuszczał Bryfft – niebieskiego.
-Czołem, Jerrop. – powitała go Lilianna z uśmiechem. Na jej widok barman rozpromienił się:
-Hej, a kogo nam tu przywiało! Li! Całe wieki cię nie widziałem! Aleś ty wypiękniała...
-Widzieliśmy się wczoraj – sprowadziła go na ziemię Lilianna. – To jest mój chłopak, Bryfft – przedstawiła krótko vlera, który popatrzył na nią z otwartymi ustami – Słuchaj, Jerrop, mamy małe kłopoty, czy moglibyśmy się zatrzymać u ciebie na dzień lub dwa?
-Kłopoty, mówisz? Jak cię znam, to z przedstawicielami władz... – popatrzył na nią podejrzliwie. – Nie, nie musisz odpowiadać – rzekł szybko, widząc, że chce coś rzec – i tak byś coś zełgała, a po co? – uśmiechnął się, opierając potężne łapska na blacie – Jasne, że możecie zostać.
-Dzięki, widziałam, że mogę na ciebie liczyć – wspięła się na palce i obdarzyła go całusem w pulchny policzek.
-Pokój numer osiem. Fascynujący widok na ścianę Muru Miejskiego, ale nikt wam nie będzie zaglądał przez okno – zachichotał rzucając im klucz.
-Dziękujemy, na pewno się odwdzięczymy – powiedział vler, po czym dodał szeptem – Wie pan, gdyby ktoś o nas pytał... w szczególności Straż Miejska, to my nie istniejemy, zgoda?
-Przecież się domyśliłem.
Wyszli na drugie piętro, gdzie znajdował się pokój przydzielony im przez Jerropa. Z wielu ścian poodłaziły tapety i farby, a cały budynek sprawiał ogólne wrażenie raczej obskurnego. Pokój, który im się ukazał po otworzeniu odpowiednich drzwi, był mały i ciemny. Pod niewielkim lufcikiem stał stolik z dwoma prostymi krzesłami, a nieco bliżej drzwi szerokie łóżko na dwie osoby. Naprzeciwko niego była mała umywalka. Samo okno było nie dalej niż dwa metry od muru, co ucieszyło Liliannę:
-A gdyby tak spróbować wyjść na dach a później na mur? Co ty na to? – spytała zaaferowana.
-No nie wiem... A jeśli spadniemy?
-Wiesz dobrze, że sam nie spadniesz. Pochlebia mi, że martwisz się o mnie, ale niepotrzebnie. Dam sobie radę – odparła zadziwiająco łagodnie jak na nią – to jak będzie?
-Zgoda. Skoro tak stawiasz sprawę. Ale nie licz, że będę cię ratował.
Lilianna fuknęła wydymając policzki:
-Dobra, dobra. Ściemni się za jakieś sześć godzin. Mamy czas, żeby coś zjeść i umyć się z grubsza. Idę na dół. Przynieść ci coś z baru?
-To samo co sama będziesz brała. Ja lubię wszystko – powiedział Bryfft obojętnie.
-Dobra, jak nie wrócę, za dwadzieścia minut, to znaczy, że coś jest nie tak. – rzuciła przez ramię i wyszła.
Vler wyciągnął się na łóżku i jęknął w duecie wraz z nim. Zaczynał lubić Liliannę. Zadziwiające, pomyślał zastanawiając się nad sobą. Ledwo półtorej godziny temu chciała mnie przerobić na siekaną vlerowszczyznę, a teraz łączą nas, nawet jeśli pozorne, to w końcu przyjacielskie stosunki. Za łatwo wybaczam. Za łatwo ufam nieznajomym. Co się ze mną dzieje? Przecież ona może mnie w każdej chwili wziąć z zaskoczenia i załatwić! Widziałem jaka jest zręczna. A nawet jeśli odeprę atak, to nie będę miał serca, żeby ją zabić. Schodzę na psy. Kiedyś nie miałem takich skrupułów.
Po paru minutach wróciła Lilianna niosąc dwie miski jakiejś parującej zupy. I dwa kubki z przezroczystym płynem, ponownie wprawiając Bryffta w osłupienie swoimi zdolnościami manualnymi. Jak ona to robi, nie wykorzystując Pola, zastanowił się przez chwilę. Ale tylko przez chwilę ponieważ ostry zapach jedzenia wypędził mu z głowy inne myśli.
-Ach, żarełko! – westchnął.
-No. Sam chciałeś to co ja, więc wzięłam dwie porcje mojej ulubionej zupki – uśmiechnęła się tajemniczo – i napitek, ale tego jeszcze nie znam. Jerrop mówi, że dobry.
Postawiła wszystko na stoliku, złapała za łyżkę i zaczęła pochłaniać zupę. Bryfft też złapał sztuciec, i połknął szybko jeden łyk. I... aż mu dech odebrało. Zakrztusił się i zaczął gwałtownie kaszleć, a Lilianna równie gwałtownie ryknęła śmiechem. Po dłuższej chwili vler uspokoił się i z załzawionymi oczami spojrzał na towarzyszkę, która wciąż podrechotywała sobie po drugiej stronie stolika.
-Co to jest!? – jęknął zasmarkanym głosem – w życiu nie jadłem czegoś tak pikantnego!
-Każdy tak reaguje, jak je to pierwszy raz. Polubisz. Ja miałam tak samo. Będzie dobrze – powiedziała zabójczyni ciepło, jakby chcąc dodać mu otuchy.
Bryfft pokręcił głową z powątpiewaniem i zaczął jeść, tym razem już powoli i popijając napojem z kubka, który okazał się jakimś mocniejszym trunkiem.
Po pięciu minutach spałaszował cały obiad i zaofiarował się, że odniesie naczynia. Zszedł na dół kierując się do jadalni. Gdy był już w jej drzwiach ujrzał dwóch Strażników stojących obok Jerropa, z których jeden stał tak by zasłaniać drugiego, tego bliżej barmana. Bryfft natychmiast wcisnął się za otwarte drzwi i przez szparę pomiędzy nimi a futryną, obserwował przebieg wypadków. Ten stojący obok Jerropa przyciskał mu w tej chwili sztylet do brzucha i szeptał coś trzymając usta koło jego ucha. Szynkarz coś odpowiedział i tak kilka razy. W końcu dali mu spokój z wyraźnym zawodem na twarzach i opuścili karczmę trzaskając drzwiami. Vler wyszedł z kryjówki i podszedł wprost do Jerropa, który wciąż ciężko oddychając, opierał się na kasie.
-Przyniosłem naczynia. Widziałem co się stało. Pytali o nas? –spytał patrząc z niepokojem na sprzedawcę.
-Człowieku, coście im zrobili? – odpowiedział pytaniem – Li miewała już kłopoty i nieraz Straż się nią interesowała, ale nigdy aż tak. Blefowali co prawda, że wiedzą wszystko. Że się tu ukrywacie i tak dalej, ale po raz pierwszy zagrozili mi śmiercią.
-Dzisiaj wieczorem, już nas tu nie będzie – zapewnił go cicho Bryfft i wrócił szybko do pokoju.
Gdy wszedł Lilianna stała półnaga nad umywalką i myła się wodą dość wątpliwej jakości, sądząc po jej kolorze. Bryfft odchrząknął patrząc w inną stronę. Lilianna spojrzała na niego:
-Dobra, dobra. Bywałam już naga w obecności kilkudziesięciu facetów, których nienawidziłam z całego serca, więc co tam jeden, do którego nic nie mam – spojrzała na niego nie przerywając mycia. – Rozumiesz, wymogi zawodu.
-Taa... Wiesz, że twój przyjaciel właśnie uratował nam życie? – spytał, powodując u niej wyraźne zainteresowanie i bezceremonialne odwrócenie się do niego przodem.
-Co się stało?
Bryfft opowiedział jej o zajściu w jadalni starając się jednocześnie zbyt często na nią nie zerkać. Lilianna dokończyła mycia i z powrotem przywdziała swoją obcisłą ciemną koszulę.
-Nie mamy wyjścia, dzisiaj trzeba wprowadzić w życie, twój szalony plan ucieczki dachem. – powiedział vler z rezygnacją.
-Miałeś co do tego jakieś wątpliwości? – zadała retoryczne pytanie.
Bryfft w odpowiedzi położył się na łóżku.
-Zdrzemnijmy się jeszcze te parę godzin – powiedział sennie – Czeka nas pracowita noc.
-Racja. Jednak miewasz dobre pomysły – odpowiedziała zmierzając do łoża.
Ulokowała się obok niego i zamknęła oczy.
-Tylko nic sobie nie wyobrażaj.
-Gdzieżbym śmiał.
V
Drzemka trwała około czterech godzin. Gdy Bryfft się obudził słońce było już nisko nad horyzontem. Lilianna przypasywała sobie miecz skradziony jednemu ze Strażników na posterunku.
-Li.
-Mhm?
-Jak możesz mówić, że nic do mnie nie masz? Przecież niedawno chciałaś mnie załatwić.
-Miałam kontrakt. – odrzekła niecierpliwie – Staram się nigdy nie rozmawiać z celem. Chodzi o to, żeby nie łączyły mnie z nim żadne uczucia. Podchodzę cel, obserwuję go, zbliżam się, wykonuję zlecenie, wracam po pieniądze. Jeśli zamienię z delikwentem choćby słowo, to może powstać więź emocjonalna utrudniająca robotę. Nie mogę sobie na to pozwolić. Za duże ryzyko, że nie będę w stanie dokończyć. Dlatego ciebie już nie zabiję.
-Powstała więź? – spytał Bryfft unosząc brwi.
-A nie?
-W zasadzie może i tak.
Nie odzywali się już przez następne dwadzieścia minut. Promienie słoneczne właściwie nie docierały już do ich pokoju, ale nie mięli zamiaru zapalać świec. Wreszcie, gdy już całkowicie się ściemniło, uprzątnęli pomieszczenie i otworzyli ostrożnie okno. Po szczycie muru spacerowało kilku pracowników Straży Miejskiej.
-No to jak będzie? – spytał Bryfft.
-Jak to jak? Wybierz moment kiedy jak najmniejsza ilość strażników będzie w pobliżu i wyskakuj. Postarajmy się nie robić jatki. Poza tym trzeba to zrobić szybko, bo pozdejmują nas z łuków.
Bryfft spojrzał na Liliannę, a później na mur. Znowu zmierzył ją wzrokiem. Może nie dać rady.
-Doskoczysz?
-Chyba już rozmawialiśmy na ten temat – ucięła Lilianna
Vler wyszedł na parapet i przykucnął na nim, obserwując przechadzających się Strażników. Zabójczyni wytknęła głowę obok niego i też obserwowała te spacery.
-No, teraz! Na co ty czekasz!?
-Wiesz, Li, pamiętasz jak mówiłem ci, że nie będę cię ratować? – spytał, i nie czekając na odpowiedź dodał:
-To nie jest prawda
-Skacz.
Wyjął miecz, odbił się i miękko wylądował przed strażnikiem, natychmiast przecinając mu gardło. Wojak zwalił się na niego bezwładnie. Bryfft położył krwawiące ciało na ziemi i skinął Liliannie. Ta wyskoczyła z okna i uderzyła o mur łapiąc rękami za jego szczyt. Bryfft chwycił ją za ręce i wciągnął na górę.
-Dzięki – wydyszała mu do ucha.
-Nie ma sprawy. Gotowa? – spytał.
-Jasne.
Ruszyli w kierunku strażników wywijając mieczami. Jeden zdążył się tylko odwrócić i już został zrzucony na dół przez Bryffta, który przycedził w niego z impetem. Jego wrzask natychmiast rozbudził pozostałych, którzy z krzykiem rozpoczęli szarżę wspomagani z tyłu przez kompana z łukiem. Pierwsza strzała chybiła celu spadając tuż obok Lilianny, a ta nie zamierzała czekać na następne. Zastosowała ten sam trick, co na posterunku, z tym że teraz odbiła się dodatkowo od głowy jednego z przeciwników zwalając go z nóg. Wylądowała tuż przed łucznikiem rozpłatając mu brzuch. Odwróciła się i wróciła pędem do hordy strażników otaczających Bryffta. Zaatakowała od tyłu, wbijając ostrze prosto w plecy jednego z nich. W tym samym momencie ostrze Czarnego Ciosu, wychynęło tuż obok jej ręki. Pomyślała, że to bardzo interesujący widok: zabić kogoś z dwóch stron. Wyszarpnęła miecz z ciała i kopnęła kolejnego, który wpadł na jednego ze swoich kolegów, tak, że razem zwalili się na ziemię, jeden na drugiego. Bryfft wywinął widowiskowo mieczem w powietrzu i wbił go pionowo w obu naraz. Następni wrogowie byli jeszcze daleko na murach, ale już biegli w ich stronę. Mieli jednak chwilę czasu.
-Szybko! Zejdziemy po tej linie – krzyknął wskazując na sznur rozciągnięty nie wiadomo po co pomiędzy dwoma słupkami. Przeciął go mieczem przy jednym słupku i zrzucił koniec na dół, a Lilianna sprawdziła, czy węzeł przy słupku jest aby na pewno wystarczająco mocny.
-No, już! Na pewno wytrzyma. – ponaglił ją vler chwytając linę i stając na brzegu ściany – chwyć się mnie.
Lilianna podbiegła rzuciwszy jeszcze po drodze jednym z porzuconych mieczy w najbliższego strażnika. Zarzuciła ręce Bryfftowi na szyję, który objął ją mocno w pasie i zaczął się opuszczać trzymając jedną ręką linę. Po chwili byli już na ziemi i biegli ile sił w nogach w kierunku lasu. Dobiegli szybko, ale dla pewności przebyli jeszcze około czterech kilometrów. Po czym oparli się o drzewa dysząc. Vler trochę mniej bo wspomagał się nieco energią Pola.
-Pamiętasz jak umówiliśmy się, że rozstaniemy się po ucieczce? – zapytał ostrożnie.
-Tak. Ale odpocznijmy jeszcze przed tym rozstaniem, bo padniemy.
Usiedli obok siebie pod drzewem. Nikomu jakoś nie chciało się nic mówić. A rozstawać się też wcale nie chcieli.
[1] Vlerowie – jedna z ras. Są bardziej urodziwi i charyzmatyczni od pozostałych i przez to lepiej postrzegani przez otoczenie. Mają zwiększoną zręczność. Mają większe zdolności do operowania Polem niż inne rasy. Do tego dokładają silną wolę, co prowadzi do tego, że wielu z nich poświęca się walce z niepraworządnymi stworzeniami i zjawiskami, czy to w różnorakich organizacjach, czy też samotnie. Nie jest to jednak regułą. Wśród nich również zdarzają się osoby owładnięte „szaleństwem Pola”, lecz jest ich zdecydowanie mniej niż w innych rasach. Owa silna wola pozwala im balansować na granicy pomiędzy normalnością i szaleństwem, bez zbytniego ryzyka popadnięcia w nie. Typowy wzrost to 160 – 180 cm. Zwykle żyją od 500 do 620 lat. Najdłuższy znany przypadek życia vlera to 713 lat.
[2] Galarowie – jedna z ras. Zdecydowanie najmniej urodziwa. Na ogół są całkowicie odporni na działanie mocy Pola. Mają zarówno skrzela jak i płuca co daje im możliwość życia w obu środowiskach; powietrznym i wodnym. Posiadają wypukłe niezależne od siebie oczy, tzn jednym okiem mogą patrzyć na północ a drugim np. na wschód. Mają niebieski kolor skóry. Z reguły osiągają wzrost 100 – 120 cm. Zwykle osiągają wiek zaledwie 25 – 30 lat. Najdłuższy znany przypadek życia galara to 47 lat.
[3] Dwarwlingowie – jedna z ras. Mają słabą wolę i przez to są podatni na „szaleństwo Pola”. Są to osoby silne fizycznie, postawne. Osiągają wzrost 180-220 cm. Preferują przebywanie w miejscach ciemnych i ciepłych. Przedkładają siłę fizyczną nad zdolności intelektualne. Wśród prymitywnych odłamów tej rasy żyjących w górach często spotyka się kult siły. Mężczyźni noszą zwykle bujne owłosienie na twarzy i rzadko obcinają włosy. Robią to raczej dopiero wtedy, gdy zaczynają im one znacząco przeszkadzać. Żyją około 270 – 350 lat. Najdłuższy znany przypadek życia dwarwlinga to 402 lata.
[4] Pole magnetyczne – zwane dla ułatwienia po prostu Polem. Jest to energia magnetyczno-elektryczna otaczająca wszystkie istoty (poza galarami) i najczęściej przedmioty. Może być wykorzystana przez postaci zdolne do tego. Uzdolnienia są naturalne i nie można ich nabyć w żaden sposób. Osoba posługująca się Polem jest w stanie przenosić przedmioty na odległość, lewitować przez pewien okres czasu, wspomagać swoje możliwości fizyczne, np. skoki, wyczuwać zmiany w Polu i przez to np. wykryć czy za ścianą znajduje się jakaś osoba, itp.
Kosimus
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||