::: Gwizdon :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Konkurs


Mefju wetknął zielony kabelek do wtyczki. Następnie przykręcił klapę cylindra i postawił go na podłodze piwnicy.
- Gotowe – odetchnął z ulgą.
- Fajnie – powiedział Ozyrys. Po lekko nadgnitej brodzie ściekało mu piwo, - Ale co to właściwie jest?
- Bomba atomowa.
- Oczywiście. Plany wręczył ci jakiś sfrustrowany naukowiec, a uran zerwałeś z drzewa?
- Nie – zaprzeczył konstruktor, - Ale wszystko można kupić w Internecie.
Ozyrys skrzywił się. Internet...To słowo kołatało mu się po głowie. Już je kiedyś słyszał. Czyżby to była nawa samo ogrzewających się kalesonów?
- Ludzka bezmyślność doprowadzi świat do zguby – powiedział głos w rogu piwnicy.
Stał tam Set. Tak jak Ozyrys przepasał się białą spódniczką. Stał w hierarchii bogów zbyt nisko, aby nosić koronę, więc zakrywał czubek głowy niebiesko-białą szmatką. Patrzył przenikliwie swoimi szakalowymi oczami na Ozyrysa. Kiedyś zabił brata, aby zagarnąć władzę na ziemi, ale Horus jak zwykle musiał się wtrącić. Kiedyś zabije obu...
- Cześć Secie – przywitał go Mefju, - Co nowego w kosmosie?
- Właściwie nic, poza tym, że Apis o mało co zafundował nam zderzenia z Proxima Centauri podczas ostatniej bitwy z Mardukiem.
Antagonizmy między bogami były stare jak oni sami. Wszystko zaczęło się od Przedwiecznych. Około dziesięć tysięcy lat przed naszą erą, ziemią odwiedziły sługi Przedwiecznych zwane Szarakami. Były niskie, czteropalczaste i z wyłupiastymi oczami. W wolnych chwilach między badaniami planety, porywali niektórych dzikusów i zabierali na swój statek. Tam porwanych poddawano serii dziwnych eksperymentów medycznych. Po jakimś czasie Szarakom się to znudziło i odstawili swoje twory na ziemię. Przedwiecznym to się nie spodobało. Kazali Szarakom pozabierać swoje potworki(w międzyczasie tworzące na ziemi własne religie), zbudować dodatkowe statki i umieścić tam „bogów”. Nie był to jednak akt humanitaryzmu ze strony Przedwiecznych, po prostu chcieli sprawdzić relacje ludzie-mutanty. Ci drudzy olali jednak ziemię i zajęli się walką z innymi „bogami”. 
- A propos zafundował – Mefju coś sobie przypomniał, - Tata kupił „Młodego Technika” i razem Pershinga na podwórku stawiamy. Chodźcie.
Gospodarz położył bombę na boku i wyturlał ją na dwór.
Wyszli razem na świeże powietrze. Na zielonej powierzchni trawy stała dumnie wyrzutnia. Obok leżała otwarta rakieta. Wyglądała całkiem zwyczajnie(o ile rakieta może wyglądać zwyczajnie), poza napędem. Zamiast dysz silnikowych, z tyłu wystawało coś w rodzaju piramidki pokrytej szkłem. W miejscu stateczników umieszczono kołnierz powleczony dziwnym materiałem. 
Mefju podniósł bombę i wcisnął ją do środka rakiety. Otarł pot z czoła i uśmiechnął się tryumfalnie. Przez chwile wpatrywał się w swoje dzieło. 
- Jak to działa? – zapytał Set. Nigdy czegoś takiego nie widział. To znaczy odpalił w swoim długim życiu parę rakiet, ale nigdy takich.
- To bardzo proste – powiedział Mefju, - W miejscu silnika znajduje się bardzo silny laser o mocy kilkuset megawatów. Jego wiązka zostaje rozbita na tej piramidce na mniejsze hmm... – szukał odpowiedniego słowa, - pasma. Padają one na światłochłonną powierzchnię kołnierza, nadając tym samym rakiecie pęd. Jakieś pytania?
- Owszem – Set podniósł rękę, - Skoro to jest takie doskonałe, to czemu amerykanie ani ruskie tego nie wynalazły? 
- Bo po pierwsze nie potrafią stworzyć odpowiednio silnego lasera, a po drugie nie potrafią rozbijać wiązki na mniejsze.
- A ty skąd to wiesz?
- Jako wysoce inteligentna jednostka, doszedłem do odpowiednich wniosków z pomocą specjalistycznej wiedzy z książek ojca. Dowiodłem, że efekt rozbicia otrzymamy przez zastosowanie magicznego kamienia uzyskanego drogą alchemiczną, a energię do lasera można uzyskać z istot astralnych. 
- A konkretnie?
- Może to być jeden z was...
- Nie ma mowy! – powiedział Ozyrys.
- Nie skorzystam – dodał Set.
- Hmm... – Mefju zamyślił się, - Sprowadźcie mi więc skrybę Totha. 
Ozyrys pstryknął palcami. Na trawniku, pod gruszą zmaterializował się pawian z pawim piórem w łapie. Wyraz pyska wskazywał na konsternację. 
Mefju wyciągnął obwiązany kablami kask rowerowy i wcisnął go małpie na łeb. Szybko pobiegł podłączyć łączyć jeden z kabli do rakiety.
Pawian wybałuszył oczy. Jego ciało wstrząsały konwulsje. Kask rozpoczął pobieranie mocy. 
- Przeżyje? – zapytał Ozyrys.
- Przecież jest nieśmiertelny – powiedział Set, - Jak my. 

Po półgodzinie Mefju uznał, że już wystarczy ładowania akumulatora. Wyciągnął kabel i zdjął kask pawianowi. 
- Chamszczyzna... – mruknął skryba. Podniósł z ziemi swoje pawie pióro. Po chwili rozwiał w powietrzu.
Wynalazca zamknął klapę Pershinga i zamontował pocisk na wyrzutni. 
- Właściwie, to po co ci ta rakieta? – zapytał Set, który w międzyczasie opalał się na słonku. 
- Dobrze, że wreszcie spytałeś. Być może słyszałeś, o organizowanym na Zakrzowie konkursie „Zdolny Zakrzowianin”. Ten kto stworzy coś najbardziej zadziwiającego, otrzyma nagrodę – tysiąc pięćset złotych. 
- Kiedy odbędzie się ta impreza? – zaciekawił się Ozyrys.
- Dziś o osiemnastej.
- To masz czterdzieści pięć minut – zawyrokował Set, który potrafił odczytać godzinę z nieba. 
Mefju szybko naoliwił kółka wyrzutni i ruszył na miejsce konkursu ciągnąc ze sobą na lince rakietę. Obaj bogowie byli niewidzialni, więc mogli iść spokojnie po ulicy, bez ryzyka zobaczenia. „Zdolny Zakrzowianin”... To trzeba zobaczyć. 

Podróż przez Zakrzów przeszła spokojnie, nie licząc paru zawałów i ataków zwierząt domowych zakończonych dlań tragicznie. Znacznie pomagali w tym boscy bracia. 
Wreszcie dotarli do placu na Chmielnej. Kiedyś stał tam jakiś budynek browaru, ale w chwile obecnej jest tam gruz i dziury do których łatwo wpaść. Na czas konkursu położono na nie deski pochodzące z pobliskiej budowy. Na szczycie wzniesienia górującego nad placem stała buda, zaadaptowana na mównicę. Wszędzie kręciło się pełno indywiduów i gapiów. Mefju zajął ze swoją rakietą odpowiednio wydzielone miejsce. 
Na mównicę wszedł prezes rady osiedla – pan Ferdydurke. Mówił o radości, jaka go przepełnia z faktu istnienia imprezy, o wspólnym dobrze, o współpracy mas pracujących itd. Gdy skończył, łyknął sobie coś ze szklanki. Lepiej przyjąć teorię, że była to woda. 
Sędziowie zaczęli podchodzić do uczestników. Trochę pogapili się, coś tam dotknęli i szli dalej. Gdy doszli do Mefjego pokręcili nosami, przewrócili oczami i sobie poszli. 
Sprawdzanie trwało bardzo długo, aż w końcu prezes dostał listę.
- Khem, khem – odkaszlnął, - Szanowne jury złożone z profesorów i docentów Uniwersytetu Wrocławskiego, ogłosiło werdykt: czwarte miejsce zajął pan...Wiesław Chrabąszcz za smarkający dywan! Brawo! Otrzymuje pan dyplom i nagrodę pocieszenia – loda na patyku!
Dobrze – pomyślał Mefju, - Jeszcze trzy miejsca. Mam szansę.
- Trzecie miejsce – kontynuował prezes, - Otrzymuje...pani Krzysztofa Fibździak za teorię głoszącą, że rząd światowy składa się z feministek po operacji zmiany płci! Otrzymuje pani dyplom i nagrodę pocieszenia – worek betonu!
Mefju zaczął sobie odliczać podatek od zdobytej nagrody...
- Drugie miejsce otrzymuje...pan Mefju Boruta! Otrzymuje pan dyplom i nagrodę pocieszenia – zapas płytek PCV!
Był w szoku. Nie wygrał. To nie możliwe. Czyżby było coś lepszego od jego rakiety z głowicą jądrową zbudowaną w piwnicy?
- Uwaga! Pierwsze miejsce – Mefju wyostrzył sobie słuch, - Otrzymuje...pan Ludwik Odyniec za pralkę przerobioną na maszynę czasu! Brawo! Otrzyma pan główną nagrodę ufundowaną przez Browar Zakrzów! Gorące brawa! Może parę słów do mikrofonu?
Zwycięsca wdrapał się na górę, nieśmiało złapał mikrofon i wziął wdech...W tym momencie wyrwał się Mefju:
- To skandal! Nie wiecie nawet czy to działa!
Podniosła się wrzawa. Prezes poczuł się niepewnie. Mimo to, zwycięzca zachował zimną krew. Ponownie wziął wdech i powoli powiedział: 
- Chłopczyku, może zechcesz się przekonać?
Mefju skrzywił się. Miał ochotę rzucić cegłówką w tego starego trepa, ale powstrzymał się. Ostatecznie ludzie patrzą.
Godnie wdrapał się na szczyt, odepchnął prezesa i powiedział jadowicie:
- Proszę bardzo. Wszyscy przekonają się, jaki z ciebie Hochsztapler 
- Dla ciebie PAN smarkaczu –syknął Kpt.Odyniec, - Właź do środka. Zobaczysz za friko przeszłość i przyszłość w przeciągu dwóch godzin. 
Odyniec uchylił drzwiczki pralki. Mefju szybko wszedł do środka. Ktoś z jury protestował, ale uciszono go grabiami. Kapitan zaczął wciskać przyciski na przerobionym programatorze.
Zdobywca płytek PCV zaczął obracać się. Wszystko się pokręciło i zrolowało...

Gdy obraz znormalniał, Mefju dostrzegł, że leży na podłodze. Szybko wstał i otrzepał czarną kamizelkę, z którą się nie rozstawał. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było Ozyrysa i Seta. Chyba maszyna tego starego piernika naprawdę działała...
Rozległ się warkot. Wyjrzał za okno. Zobaczył sunący po ulicy radziecki czołg T-55. Mefju dobrze znał tą ulicę, leżała na Psim Polu – osiedlu łączącym Zakrzów z resztą świata. Obok czołgu, po chodniku przechadzali się rosyjscy żołnierze. Na brukowanej drodze leżały świeże gruzy. 
To zapewne ostatnie miesiące wojny – pomyślał Mefju - lub pierwsze po. 
Usłyszał, jak ktoś w sąsiednim pokoju mówi po niemiecku. Po cichu podsunął się do uchylonych drzwi. Przykucnął i zajrzał przez lekko uchylone drzwi. W pomieszczenu obok stał SSman i kilku cywili w hełmach. Wszyscy trzymali w łapach mausery. Mefju niezbyt rozumiał co mówią, jednak jedno słowo zapadło mu w pamięć. „Wehrwolf”. Nie wiedziałem – myślał – że zalążki tej organizacji istniały tak wcześnie. 
W tym momencie ktoś zaczął dobijać się do drzwi mieszkania. Mefju, kierowany instynktem samozachowawczym, wskoczył do stojącej w kącie szafy. Śmierdziało w niej trochę naftą. Widocznie w domu grasowały mole.
Ktoś wyłamał drzwi. Do pokoju wpadło kilka osób. Ich buty stukały o podłogę. Doszło do krótkiej wymiany strzałów. Jeden z pocisków trafił w szafę i o włos minął Mefjego. Rozległ się dźwięk padających ciał. Potem odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego. Przybysze nawet nie zadali sobie trudu zamknięcia drzwi. Niedowiarek po chwili odważył się na wyjście. W ścianie były świeże ślady po kulach. Na podłodze – ślady krwi. 
- Bracia zza Buga umieją balować – mruknął do siebie.
Wziął trochę krwi na palce. Kucnął na ziemi i zaczął malować heksagram. Usiadł na jego środku. Skupił się. Energia życiowa pozostała w krwinkach zaczęła go zasilać. Krew zaczęła wysychała, wsiąkała w podłogę. 
Wstał. Użył zmagazynowanej w sobie energii do stworzenia iluzji, pozwalającej mu pozostać niewidocznych dla osób postronnych. Ruszył na miasto. 

Pierwsze dwadzieścia minut zabrało mu orientowanie się co jest gdzie. Osiedle nie zmieniło się tak bardzo, jakby spodziewał. Po prostu było bardziej „powojennie”. Jednak większość kamienic ostała się po wojennej zawierusze. Gdzieniegdzie przechadzali się Rosjanie w różnych stanach świadomości. Pijani co rusz krzyczeli na siebie, albo na mieszkańców. Trzeźwi natomiast donosili na pijanych lub siedzieli po koleżeńsku cicho. 
Mefju stanął przed budynkiem, w którym w XXI wieku będzie bank. Teraz był jednak pusty. Budynek wglądał znacznie lepiej bez przybudówki, którą dodadzą mu za jakieś pięćdziesiąt parę lat. 
Miał jeszcze tyle czasu i nie mógł go sensownie spożytkować, albowiem bał się wpływania na przeszłość. Co prawda, fizycy twierdzą, że nie można zmieniać przeszłości, ale nigdy nic nie wiadomo. Podróże w czasie też są prawdopodobnie nie możliwe...

Zupełnie indziej(a raczej kiedy indziej) Lex Asso nasypał sobie syntetycznej kawy do kubka i zalał go wrzątkiem. Dolał jeszcze kropelkę płynu chłodzącego i już mógł usadowić się przed ekranem. Położył po kowbojsku nogi obok klawiatury. Kubek postawił na ręce wymontowanej kiedyś z robota pomocniczego. Była to doskonała podstawka, sterowana za pomocą głosu. Lex nauczył ją kilku podstawowych komend jak: podaj, zabierz, podnieś itd. Wszystko zapisał w prymitywnym układzie sterującym. Przyczepił go w miejsce, gdzie kiedyś zaczynał się korpus.
- Jak się mamy koputerku? – powiedział w stronę trzydziestocalowego, płaskiego monitora.
- Zwyczajnie, Dave – powiedział metaliczny głos maszyny. Lex obiecał sobie, że kupi nowy głośnik, ale ciągle miał „ważniejsze i nie cierpiące zwłoki sprawy”. 
- Nie nazywaj mnie tak! – zezłościł się człowiek, - Najpierw naoglądasz się Odysei 2001, a potem mówisz jak tamten komputer. Lepiej przez miesiąc niczego nie oglądaj, bo zidiociejesz do końca...
- Gdy tak na ciebie patrzę, to mam czasami ochotę puścić cię w próżnię –odgryzła się maszyna, - Ale niestety, na razie jesteśmy na ziemi, w twojej zagraconej przyczepie. 
Asso skonsternował się. Kiedy kupował Pakiet SI, sprzedawca zarzekał się, że Sztuczna Inteligencja będzie dla Lexa kulturalna, posłuszna i wierna. W rzeczywistości dostał najbardziej aroganci Pakiet w promieniu trzystu kilometrów. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo tak daleko nigdy jeszcze nie zajechał. Problemami były: zepsuty silnik samochodu, brak paliwa do niego, promieniowanie i mutanty szukające zwady itd. Otatecznie lepiej siedzieć w domu(nawet, jeżeli ten dom jest pordzewiałą przyczepą) niż dostać w czapę.
Wstał z krzesła i wyszedł na świeże, napromieniowane powietrze. Komputer uchwycił kamerą zamontowaną wewnątrz widok swojego właściciela próbującego zamknąć drzwi. Nagle, rozległ się ledwo słyszalny trzask. Ktoś silnie otworzył wejście i wparował do środka. Miał na sobie brązowy, zszargany płaszcz powiewający dzięki przeciągowi. Na ramieniu zwisała mu parciana torba. Z jej wnętrza wystawały różne dziwne, z pewnością groźne przedmioty. W ręce trzymał czarną pałkę, którą ogłuszył Lexa. 
Maszyna chciała mu zajrzeć w oczy, ale twarz zakrywała maska przeciwgazowa. Przybysz usiadł na miejscu Lexa. Zaczął rozkręcać metalową skrzynię, do której kiedyś włożono podzespoły komputera. Nieznajomy wyciągał je i wkładał do torby. 
Więc tak wygląda śmierć – pomyślał komputer, zanim wszystko stało się czarne.

Testowanie teorii to fajna sprawa. Można coś stwierdzić lub obalić, a potem pisać artykuły w różnych gazetach i mieć sławę, pieniądze itd. Mefju na przykład, chciał sprawdzić, czy można zmienić przyszłość. Postanowił więc wystrzelić parę razy w ścianę, a potem w przyszłości sprawdzić czy faktycznie są. W tym celu zwędził jednemu z żołnierzy pepeszę. Nawet z niej wystrzelił, problem w tym, że nie uwzględnił siły odrzutu, w wyniku czego skosił serią trzech oficerów, a co gorsza, stracił swój kamuflaż. Towarzysze poległych natychmiast go spostrzegli i przeszli do szturmu. Mefju nie miał co prawda dość sił mentalnych na kolejną sztuczkę, potrafił jednak szybko biec. 
Właśnie przebiegał po terenie przyszłego Hotelu Robotniczego, gdy znowu zaczęło się kręcić i rolować.

Gdy wrócił do siebie, ze zgrozą stwierdził, że owszem, znajduje się na Zakrzowie, ale w jakiejś zdegenerowanej przyszłości. 
Po niebie sunęły grube, czarne chmury. W oddali, pomiędzy jałowym pustkowiem, stały zwęglone i zrujnowane bloki. Po nimi rosły aktualnie uschnięte drzewa. Trawy nie było, jedynie chaszcze i krzaki. Na popękanej drodze stały zardzewiałe w większości wraki samochodów. 
Mefju zsunął się po skarpie na której stał. Spostrzegł starą tablicę: „Wchdzisz na teren zabytkowy. Szanuj prywatność mieszkańców.”. Rozejrzał się na dole w poszukiwaniu jakiś znaków orientacyjnych. Ruszył w kierunku starego Zakrzowa. Tam musi być jakaś cywilizacja.
Gdy skończyło się pogierkowskie osiedle, Mefju wkroczył na teren nowszego, nieco mniej zniszczonego osiedla. Było to dawna cześć biznesowa. Pełno było w niej wielopiętrowych drapaczy chmur, szklanych wind, wielo poziomowych dróg, will itd. Wszystko to jednak miało za sobą czasy świetności w równym stopniu co komunistyczne osiedle. 
Mefju zachodził w głowę, co się tu stało. Rozważał wiele wariantów: wirus, ufo, masoni. Wszystkie te teorie były równie prawdopodobne. Wtem, przypomniał mu się Ozyrys i Set. Oraz jego rakieta. Wzdrygnął się. Czyżby to wojna atomowa? Jeżeli tak, to wyjaśnia to zniknięcie mieszkańców. 
Usłyszał jakiś szelest. Dochodził z otwartego kanału. Pochylił się z ciekawości nad jego czeluścią. Zobaczył dwie, zakapturzone sylwetki pochylone nad trzecią. Właśnie obgryzały kości. Mefju głośno westchnął i cofnął się od kanału. Z jego wnętrza wyszła jedna z postaci. Miała w miarę ludzką sylwetkę. Opierała swe ciało na nienaturalnie długich rękach. Po nożowatych zębach ciekła ślina. Czarne oczy osadzone głęboko w czaszce patrzyły łapczywie na turystę międzyczasowego. 
W tym momencie głowa bestii eksplodowała. Mefju nie miał w zwyczaju krzyczeć(a nawet głośno mówić), czasami jednak sytuacja zmuszała go do tego. Wtedy pokazywał, na co go stać:
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
- Zamknij się! – powiedział głos zza jego pleców. Należał do wysokiej postaci w płaszczu i masce przeciwgazowej, - Twój głos zwabi ich więcej. 
- Czy..Kim jesteś? – zapytał chłopak.
- Później się dowiesz. Teraz musisz ze mną iść...Uważaj!
Z kanału wypełzły jeszcze dwa stwory. Tajemniczy człowiek zastrzelił obydwa. 
Mefju nie kazał na siebie czekać. Pobiegł szybko za nieznajomym. 
Weszli do wąskiej uliczki. Zamaskowany zaczął obmacywać stalowe ściany. Zatrzymał się przy szerokim pęknięciu. Kontemplował go przez chwilę, po czym wsunął do niego metalowy obiekt. 
Kubeł stojący pod ścianą zaczął się obracać. Wkręcał się w podłoże, jak śrubka w ścianę. Gdy zniknął kompletnie pod ziemią, powstał kolejny kanał.
- Za mną – rzekł nieznajomy i skoczył w czeluść.
Mefju ponownie nie kazał na siebie czekać. 
Kroczyli przez niski korytarz. Pod ich nogami biegały szczury. Na ścianach wszędzie wilgoć i pleśń. Wszędzie śmierdziało zgnilizną. Ta wycieczka z pewnością nie należała do przyjemnych. 
Wreszcie ujrzeli światło. Jego źródłem była żarówka zawieszona przed wyjściem z korytarza. Nieco dalej od niego stał przypominający ladę stół, a za nim chudy facet w fartuchu, który zapewne jak wszystkie jego łachy, dawno nie widział prania. Na całej długości pokrywały go tłuste plamy. 
- Hej! Hej! – powiedział patrząc spod swoich grubych okularów, - Czyżby nasz dzielny wojownik zabrał się za łapanie bezdomnych dzieciaków? Brzydko, bardzo brzydko...
Nie skończył. „Wojownik” wybił mu swoim ciosem kilka zębów, złamał nos i zbił okulary. – Już nie pracujesz... – wyjąkał „sprzedawca” zanim zemdlał od kopa „wojownika”. 
- Kto to był? – zapytał Meju.
- Mój chlebodawca. Były... – nieznajomy pogrążył się w myślach.
- A kim pan jest?
- Tobą.
Ta wypowiedziana lakonicznym tonem wypowiedź uderzyła Mefjego z siłą tarana. Cofnął się ostrożnie o krok. 
- Jeżeli to prawda, to dlaczego pan stoi tam, a ja tu?
- Przeniosłeś się w przyszłość za pomocą maszyny Kpt.Odyńca. 
- To prawda...Hmm...Skoro tak, to dlaczego wybrałem taką zdewastowaną przyszłość, a nie jakieś przyjemniejsze miejsce?
- Bo nie miałeś wyboru. To Odyniec nastawił maszynę. 
Wszystko się zgadzało.
- No dobra. Wiesz, że nie mam wiele czasu. Może powiesz mi, dlaczego to wszystko tak wygląda?
- Po twoim powrocie – dorosły Boruta usiadł na krześle, - Postanowiłeś zemścić się na rządzie za całokształt twórczości. Jednak twoja rakieta uderzyła za daleko od sejmu. Nasi wezwali NATO, powiedzieli, że to Rosjanie i rozpoczęła się zadyma międzykontynentalna. Potem to zacząłeś sobie dorabiać jako płatny zabójca i robiłeś furorę, aż przypomniałeś sobie o swojej wycieczce. Od tego czasu zawsze czekałeś przy włazie na wizytę samego siebie. – Skoro tak, to znaczy, że już widziałeś ten świat.
- Owszem. Nawet ostrzegłem samego siebie. Jednak przeróbki rakiety okazały się nieskuteczne. Teraz jestem przygotowany.
Stary podał młodemu płytkę krzemową.
- To załatwi problemy.
- A jak nie? – Mefju nie był pewny słowom swojego przyszłego wcielenia.
- To przez czterdzieści lat będziesz myśleć, co poszło nie tak.
Wyjął zza pazuchy butelkę z mętną zawartością. 
- Napijesz się...A nie. Ty jeszcze nie masz osiemnastu lat.
- Za parę lat będę mieć...
- Najpierw rzuć palenie.
Mefju przypomniał sobie o papierosach podkradanych ojcu. 
Usiedli przy stole. Stary uczył młodego podstaw psychologii, komunikacji międzyludzkiej i sztuki rozmowy. Gdy poczuł zbliżający się czas, wręczył młodszemu efekt swojej pięcioletniej pracy – komputer samoróbkę posiadającej ogólną wiedzę z różnych dziedzin. Części pochodziły od rożnych maszyn o nieznanym pochodzeniu.
Mefjemu znowu zaczęło kręcić się w głowie.

Dopiero po chwili spostrzegł, że jest w pralce. Usadowił się na tyłku i z całej siły kopnął drzwiczki. Poleciały kilka metrów od pralki, aby następnie stoczyć się po skarpie. Mefju wylazł ze środka i rzucił Kapitanowi nienawistne spojrzenie. 
- Co to miało być? – zapytał, - Chciałeś mnie zabić?
- Owszem – Kapitan wyszczerzył zęby w uśmiechu, - Ale chyba masz dobrze rozbudowany instynkt przeżycia. 
- Że co? – zapytał zdziwiony prezes, - Przecież on tam przed chwilą wszedł?
- I tak nie zrozumiesz... – mruknął Odyniec.
- Czego? – Ferdydurke nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią. 
Kpt.Odyniec załamał ręce. Zaczął żałować, że na wyborach samorządowych z przekory głosował na przedstawiciela LPR. 
- Co to jest? – Ozyrys zapytał o części, które Mefju zabrał z przyszłości.
- Zaraz się przekonasz, ale najpierw muszę mieć dokładne namiary sejmu...


Gwizdon

odyniecandpuzon@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||