::: Gwizdon :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Polowanie


Ciało padło cicho na ziemię. Zenon zdjął z małpy dres i wrzucił go do worka. Mieli dzisiaj dobry dzień – ustrzelili czterdzieści sztuk. Będzie na skrzynkę syntetycznego piwa, albo na butelkę prawdziwego. Oczywiście, jeżeli właściciel skupu nie będzie grymasił i zapłaci jak trzeba. 
Zenon zarzucił sobie worek na lewe ramie, a karabin na drugą. Czesław tymczasem sprawdzał jeden ze zdobycznych dresów. Był trochę za szeroki, ale nada się do czyszczenia wnętrza reaktora jądrowego. 
- Czesiek? – zapytał Zenon Jabłomonow.
- Czego?
- Jak myślisz, skąd małpiszony wiedzą jak robić takie dobre dresy?
- A ja wiem? Chyba mają to w genach...
- Jak Somer gadanie?
- Właśnie.
Szli przez chwilę w ciszy po zarośniętej ścieżce. Po jej obu stronach stały zmutowane palmy i akacje. Gdzieniegdzie rosły sobie czerwone kimdzonkilie, śpiewające międzynarodówkę. Co chwila między zaroślami pojawiła się psopodobna głowa, po czym powracała do lasu. Wzdłuż leśnej dróżki przebiegały guziki do głosowania pędzące do sejmu. 
Niespodziewanie Zenon ponownie zapytał:
- Ciekawe, co Vicek robi z dymi dresami po odkupieniu? 
- Sprzedaje do jakiejś hurtowni. Potem towar trafia do sklepów, gdzie młodzież ją kupuje z myślą, że będą bardziej cool. Następnie idą do domu i piszą na komputerze teksty jak im źle w życiu.
Doszli na skraj Dżungli Zakrzowskiej. Zobaczyli wtedy ośmiornicę ziemną odkręcającą nerwowo koło od ich samochodu. Pewnie też spieszy się na skup...
Czesław wyjął rewolwer magnetyczny i wystrzelił z odległości trzydziestu metrów w kierunku mięczaka. Głowa zwierzaka wybuchła zasypując okolicę kawałkami mięsa. Zenon podniósł jedno z odnóży i zapytał kolejny raz:
- Może schusii? 
- Do tego trzeba ryby. Z macek najwyżej zrobimy sobie budyń. Mam nawet taki angielski przepis...

Pojazd podskakiwał na każdym kocim łbie na drodze do Zakrzowa. Dodatkowej trudności w kierowaniu pojazdem dostarczały wraki samochodów. Były efektem odwiecznej rywalizacji Pawłowicko-Zakrzowskiej. Ponieważ autostrada prowadziła po granicy obu tych regionów, Zakrzowianie mieli mnóstwo okazji do ostrzelania samochodów na pawłowickich rejestracjach i na odwrót. Jak na razie władze Wrocławia nie fatygowały się do załagodzenia konfliktu swoich prowincji, a nawet nie przysłały grupy porządkowej do uprzątnięcia drogi. Widocznie czekają, aż Wielki Sołtys Zakrzowa odpali swoje atomówki, albo, kiedy Rada Pawłowicka zrobi to samo. 
Wjechali do małe wąwozu. To bardzo niebezpieczny odcinek. Jeden nieostrożny ruch i...BUM! Samochód wjechał na minę. Na szczęcie nie atomową, tylko zwykłą, w dodatku przeciwpiechotną. Podwozie nawet nie zarysowane. Opłaciło się kupić tytan na zimę...
Na ścianach wąwozu pojawili się Pawłowiczanie. Mieli na sobie płaszcze z kapturami i maski chroniące przed wdychaniem radioaktywnego pyłu. Jest to doskonałe rozwiązanie, jeżeli chce się oszczędzić ulepszony płyn Lugola...Nieśli w rękach archaiczne karabiny AK-58. 
Zenon i Czesław nie tracili zimnej krwi. Dodali gazu. Jeden z Pawłowiczan odpalił pancerfausta. Zatrzęsło samochodem, ale nic ponadto. Tytan jest naprawdę twardy. Tylko trochę mniej twarde są szyby, po odsunięciu których można strzelać do wrogów bez ryzyka zranienia. Czesław rozpoczął ogień ciągły. Padło około dziesięciu Pawłowiczan. Reszta szybko się wycofała. Z kilka dni wrócą i to z dużo lepszym sprzętem. Dlatego przez następne dwa miesiące będzie wskazane omijanie tej drogi. 
Samochód dojechał do przemieści Zakrzowa bez większych problemów. 


Zatrzymali się w zrujnowanej części. Słońce chyliło się za zdewastowane budynki. Zardzewiałe lampy stały się jeszcze bardzie posępne. Najlepszym źródłem światła był neon: „Skóp ogulny”. Prowadził go pewien niezwykle skąpy robot – dyslektyk. Do tego stopnia skąpy, że za dresy warte pięćdziesiąt złotych dawał jedynie dwadzieścia. Czesław był tym bardzo zdenerwowany, więc trzasnął robota w metalowy korpus. 
- Jak będziesz tak zaniżał ceny, to zmienimy sobie odbiorcę. 
- Nikt nie kupi takiego badziewa poza mną – powiedział z godnością Vicek, wkładając do głowy mechaniczne oko. 
- Słyszałeś go Zenek? Zenek! ZENON!
Zenon stał jak słup soli wpatrzony w zaciemniony róg sklepu. 
- On istnieje! – wykrztusił wreszcie.
- Kto? – złość Czesława zaczynała zmieniać się w zdziwienie. 
- Koziołek Matołek! Prawdziwy! Bez konserwantów!
- To tylko bajka. Taka dla dzieci... – nie dokończył, albowiem ujrzał na własne oczy(a były to jedyne oczy którym mógł zaufać!) wysokiego, białego kozła w czerwonych portkach i z kijem.
- Niech te gacie was nie zwiodą – rzekł po chwili Vicek, - Włożyłem je mu tylko tak dla picu. Ustrzelił go dla mnie jeden Pawłowiczanin. Powiedział, że w dżungli jest ich więcej. Dużo więcej. 
- I co z tego?
- Zapłacę stówę za sztukę, plus pięćset za informacje o ich miejscu zamieszkania.
- Skąd wiesz, że mają gdzieś wioskę.
Vicek przez chwilę grzebał we własnej pamięci. Elektrony leniwie skakały między poszczególnymi archaicznymi układami memorycznymi. W końcu sprzedawca obwieścił:
- Gdy ten łowca go tu przyniósł, to miał na sobie prymitywne ciuchy ze skór i prymitywne narzędzia.
- Po co Pawłowiczaninowi prymitywne narzędzia? – wtrącił się Jabłomonow. 
- Ech... – mruknął Czesław i zwrócił się do właściciela skupu ,- Czy nie wiesz, gdzie ten gość mieszka?
- Zapewne w Ramiszowie, jak wszyscy Pawłowiczanie. 
Zenon i Czesław wymienili spojrzenia i wyszli ze „skópu”. 

Pod dom podjechali dopiero o dwudziestej. Na ulicy panował absolutny mrok. Jedyne światło pochodziło ze stupiętrowego bloku. O tej porze, z nieużywanych kanałów zaczęły wychodzić oślizłe istoty chroniące się w dzień przed słońcem. Mieszkańcy bloku opowiadali historie o mutantach, reliktach ostatniej wojny światowej. Podobno wielkie szczury to dla nich tylko przystawki. Podobno. Zawsze jest nadzieja, że to nie prawda.
Podeszli do szklanych drzwi. Siedzący w recepcji stary cieć zlustrował ich wszelkiego rodzaju czujnikami, jakby ich nie znał. 
- Zdajcie broń – zaskrzeczał jego ochrypły głos z głośnika.
- Otwórz, przecież nie będę robił rozróby we własnym bloku – zapewnił Czesław.
- A jeżeli zrobisz?
- To powiesz po przyjeździe policji, że poddaliśmy cię mentalnemu mobbingowi.
To była wersja optymistyczna. To znaczy optymistyczna w zapewnieniu, że przyjedzie policja. Stróże prawa z Festung Sacrau nie mają zwyczaju opuszczania bezpiecznych murów twierdzy. Ostatecznie lepiej ganiać za hakerami okradającymi bankomaty, niż bandziorami grasującymi na przedmieściach. 
- Dobra – cieć po chwili milczenia pojął decyję, - Właźcie. Tylko błota nie nanieście!
Weszli do holu. Po prawej stało biurko Włodzimierza Komprumiwardze, miejscowego woźnego zwanego szumnie „nadzorcą porządku publicznego”. Właściwie nie wiadomo, od kiedy pełnił swoją funkcję. Nawet najstarsi mieszkańcy pamiętaj go jako starucha siedzącego za biurkiem, palącego prawdziwy tytoń i wiecznie wpatrzonego w ekran komputera. W miejscowej szkole(położonej za ścianą holu, w sąsiednim pomieszczeniu) dzieci i młodzież od sześciu do osiemnastu lat pojawiały się z każdym rokiem coraz śmielsze teorie. Jedna z nich zakładała, że Komprumiwardze jest nieudanym efektem tajnego, zakrzowskiego planu badań nad nieśmiertelnością(można ją jednak odrzucić, albowiem nikt nigdy nie widział, aby cieć coś jadł lub spał). Inna zakładała, że jest cyborgiem stworzonym do pilnowania mieszkańców. W każdym razie wszyscy mieszkańcy uznawali go za starego zboczeńca, z którym nie należy się zadawać. 
Myśliwi weszli do jednej z dziesięciu wind. Gdy zamknęły się jej pancerne drzwi, Zenon przemówił do Czesława:
- Jak myślisz, warto szukać tego myśliwego?
- Właściwie to nie, ale pieniądze nie rosną na drzewach...
- Rosną. Sam widziałem w mennicy państwowej. 
- ...na drzewach w parku. Zresztą, od jakiego czasu pieniądze i tak są tylko wirtualne. 
- W miastach to może tak, a nie poza nimi – przypomniał Zenon, – Pamiętasz to osiedle klonów Gierytcha pod Złotoryją? Jak im pokazałem kartę płatniczą to oskarżyli mnie o „używanie niepolskich środków wynagrodzenia pieniężnego”, a potem chcieli mnie zlinczować. 
- Gdybyś powiedział mi, że aby zapłacić, wystarczy wsadzić sobie kartę w odbyt, to też bym się zdenerwował – powiedział twardo Czesław. 
- Chciałem po prostu oszczędzić dzięki ich niewiedzy...
- Co prawie nas nie zabiło – przerwał zabójca ośmiornicy.
Winda zatrzymała się dziewięćdziesiątym czwartym piętrze. Zenon, mimo iż nie lubił tego środku transportu, mimowolnie czół szacunek do ekspresowych wind magnetycznych. Gdyby nie one, musiałby się wdrapywać po klatce schodowej, narażony na ataki gangów piętrowych. Życie na Zakrzowie w XXIII wieku to nie sielanka.
Czesław rozejrzał się po korytarzu. Z porytego metalowymi płytami sufitu wystawy srebrne rury. Roboty konserwacyjne obwiązały je taśmą izolacyjną, aby nie przeciekały, ale wciśnięcie ich pod płyty nie leżało w programie działania. Widocznie cieć programował je zgodnie z zaleceniami podręcznika, pisanym zapewne przez programistów z Festung Sacrau. Tam żyje się w czyściutkich, nowoczesnych blokach, a nie reanimowanych do życia ruinach. 
Po gumowej podłodze biegały karaluchy. Takie zwyczajne, a nie olbrzymie jak w systemie wentylacyjnym. Takie po prostu są zbyt wielkie, aby z niego wyleźć. 
Zenon przycisnął kciuk drzwi mieszkania. Metalowo–plastkykowa płyta odsunęła się z sykiem. W przedpokoju siedział pies i gapił się w podłączony do terminalu monitor. Somer jak zwykle grzebał w TeleSieci. Był od niej uzależniony. Od jakiegoś czasu, na jego pysku sterczały grube okulary. 
- Cześć Somer! – powiedział na wejściu Zenon, - Jakieś wieści ze świata?
- Standard – powiedział pies. Czarna skóra na dolnej połowie ciała napięła się, - Strajki w prowincji Kazachstan, wojna atomowa w Czadzie...
- Coś jeszcze?
- Macie pocztę.
- Ty świnio! Przeglądałeś naszą korespondencję?
- Nie świnio. Psie – powiedział Somer z godnością.
- Pieska świno – wtrącił się Czesław.
- Ech! Niech wam będzie. Zenek dostał list od żony, a ty jakąś zaszyfrowaną wiadomość. Nie mogłem tego odczytać.
Jabłomonow pierwszy dorwał się do terminalu. Widaniała na nim wiadomość:

Do: ZenekJabło_mistrzu@wodór.pl
Od: ZenobiaJabłomonow@wodór.pl

Treść:
Mój drogi mężu! Mija kolejny rok jak pracuję w Festung Sacrau. Aktualnie jestem adiunktem w Zakrzowskim Uniwersytecie Powszechnym na wydziale Mniemanologi Stosowanej. Część wynagrodzenia jest na naszym kącie, a część u mnie. To takie zabezpieczenie, abyś wszystkiego nie przepił. 
Ostatnio wprowadzili zakaz posiadanie przedmiotów sprzed wojny, dlatego nie mówcie napotkanym policjantom o waszych zdobyczach. Podobno przepis ma być egzekwowany poza granicami, Festung Sacrau. Aha, powiedz jeszcze twojemu durnemu koleżce, że jak jeszcze raz będzie zabawiał się moim komputerem za pomocą sieci, to naślę na niego gliny. Mam tam znajomego na wydziale przestępstw TeleSieciowych, więc sprawa szybko pójdzie. 

Ps: Nie dawaj Somerowi surowego, ani gotowanego mięsa. Podobno to szkodzi mutantom. 

Zenon zamyślił się. Będzie musiał wymyślić jakiś sposób pozyskiwania syntetyków. Być może ta emerytka spod 334 będzie mieć trochę na zbyciu...
Z zamyślenia wyrwał go Czesław:
- Co tam pisze?
- Głupoty. Jak zwykle zresztą. 
- A konkretnie?
- W Sacrau wprowadzono zakaz posiadania przedmiotów sprzed wojny. 
- Będą przestrzegać tego rygorystycznie przez miesiąc, a potem im się znudzi. 
Zenon uznał rozmowę za zakończoną i usiadł na kanapie. Wybrał w telewizji program o domowych mutantach i zaczął szukać informacji o właściwym odżywianiu. 
W tym czasie Czesław podszedł do terminalu. Wyświetlił na nim swój list. 
Na ekranie pojawił się bezsensowny na pierwszy rzut oka ciąg znaków. Jednak wprawione oko oficera wywiadu przy ambasadzie Polski w Moskwie z łatwością odczytało treść. 
List pochodził od jego znajomych z wojska. Jakimś cudem dowiedzieli się o Koziołku Matołku ze sklepu Vicka. Oferują parę ciekawych drobiazgów i bilet do prowincji Bułgaria za fragment kodu genetycznego tych kozłów.
Nawet opłacalne...

Następnego dnia zjechali do garażu. Mimo iż zostawili samochód przed blokiem, inteligentny komputer sprowadził auto pod ziemię. Miał w pamięci kilka podobnie działających algorytmów zachowań zaaplikowanych mu przez Czesława. Szkoda, że nie potrafi wiązać krawatów i mówić. 
Szybko odnaleźli maszynę wśród wypalonych wraków przedwojennych mieszkańców. Auto automatycznie włączyło światła na powitanie. Zenon i Czesław zapakowali do bagażnika CKM laserowy i bazukę plazmową. Ruszyli w kierunku Ramiszowa. 

Podróż mieli spokojną. Minęli starą tablicę obwieszczającą zbliżanie się do Ramiszowa. Po ostatniej wojnie z Zakrzowem, w wyniku której prawie całe Pawłowice znalazły się pod wodą, Car i Rada Pawłowicka przenieśli się do miasteczka Ramiszów i oficjalnie zmienili jego nazwę. 
Dojechali do tzw. cienkiej, czerwonej lini – granicy potężnego działa Car Jurij I. Zenon wywiesił białą flagę na dachu, na znak dobrej woli. Zjechali z polnej drogi na nowiutką, asfaltową autostradę. Gdy podjechali pod mury Pawłowic, okazali strażnikowi sfałszowaną przez Somera przepustkę. 
Samochód pozostawili na parkingu za murami i ruszyli aleją wzdłuż drzew do terminalu. Urządzenie takowe stało przed pałacem Cara. Czesław spojrzał na budowlę. Łączyła w sobie style z różnych rejonów świata. Kolumny doryckie, okna arabskie, zdobienia hinduskie. Praca mistrzów. Stamtąd zarządzano całymi Pałowicami.
W tym samym czasie Zenon oderwał jakiegoś faceta od terminalu.
- Chamy! – darł się poszkodowany, - Tu są Pawłowice, to porządne miejsce! Nie tu dla was miejsca!
- Nie zamierzamy to zostać na długo – powiedział Czesław i nadepnął na leżącego. 
Wsunął do terminalu przepustkę. Pokazało się główne menu. Wybrał w nim akta personalne i wpisał: „Szukaj myśliwych”. Wyświetliły się nazwiska ponad trzystu członków kół łowieckich. 
- Co robimy? – zapytał Zenon?
- Dzwonimy.
Czesław podniósł słuchawkę i wykręcił numer pierwszego z listy. Niestety, nic nie wiedział o upolowanym Koziołku Matołku. Drugi również. I trzeci. Dopiero dwusetny podał namiary na myśliwego nr.286 na liście. Podobno on coś wie.
Odeszli od terminalu i udali się na przystanek. Czesław po zbadał wzrokiem interaktywny rozkład jazdy. Na płaskiej powierzchni wyświetlił się plan Pawłowic z zaznaczonymi na nim pojazdami należącymi do komunikacji miejskiej. Chwilę później nadjechał tramwajnolot. Z każdego z jego czterech srebrnych wagonów wystawała antena łącząca go z komputerem w centrali. Dzięki temu unikano wypadków. 
Ledwo się rozsiedli na miejscach, a przyczepił się do nich cyber-kontroler:
- Bileciki do kontroli! – zaskrzeczał.
Czesław miał ochotę spławić natręta, ale przypomniał sobie, że nowe typy mechanicznych kanarów mają wbudowane atyspławiacze. Olanie kanara też nie wchodziło w grę, bo istniało ryzyko, że maszyna wezwie policję. Jedynym ratunkiem przed zapłaceniem kary było wykorzystanie momentu, gdy tramwajnolot rozdziela się na dwa mniejsze w celu uniknięcia korków. 
Czesław odepchnął kontrolera i zaczął biec do następnego wagonu, który właśnie zaczynał się oddzielać. Zenon zrobił to samo. Kanar włączył nadajnik. Po około minucie od jego włączenia pojawiają się gliny. To zbyt dużo czasu dla fachowców. Między wagonami był metr rozstępu. Kumple przeskoczyli go jak nindżowie w XX wiecznego filmu produkcji USA. Zrobili to na moment przed zasklepieniem się tyłu nowo powstałego tramwajlotu. Wysiedli na następnym przystanku. Czesław kątem oka zobaczył policję zatrzymującą wagon. Uśmiechnął się cynicznie. 

Dom myśliwego znaleźli dwie ulice dalej od przystanku. Tak jak oni mieszkał w bloku, ale w czystszym i znacznie niższym. 
- Pan Nikolaj Cezarowski? – zapytał Zenon do domofonu. 
- Skądże! – odpowiedziała mu twarz emeryta z ekranu, - Jestem Iwan Iwanowicz Iwanow. Berbelucha mieszka piętro wyżej.
Zadzwonili ponownie. Ekran wypełnił się twarzą człowieka z brodą przystrzyżoną podobnie jak u cara Mikołaja II. Miał na głowie futrzaną czapkę z borsuczym ogonem. W zębach sterczał syntetyczny papieros. 
- Czego? – zapytał „car”.
- Pan Cezarowski? – odpowiedział pytaniem Zenon.
- A kto pyta?
- Dwóch ludzi interesujących się pańskim koźlim trofeum.
- A konkretnie?
- Chcemy wiedzieć, gdzie zastrzelił pan Koziołka Matołka.
„Car” obrócił się za siebie. Zasłonił okna pilotem i na chwilę zniknął z ekranu. Zenon i Czesław zobaczyli jak Nikolaj stawia na stole podobne do wazonu urządzenie, z setką złotych drucików po bokach. Pomajstrował przy nim chwilę, po czym powiedział:
- Dobra. Możecie wejść. 
Drzwi rozsunęły się. Weszli ostrożnie do środka. Nie zastali jednak recepcji, a jedynie schody. Czesław wyjął rewolwer i zaczął prowadzić wyprawę na siódme piętro. Przebycie pierwszych pięter nie nastarczało trudności. Dopiero na piątym zaatakował ich pinczer miniaturka prowadzony przez emerytkę. Czesław bez namysłu rozwalił psa. Staruszka zawyła nieludzko i zemdlała. Dalszą drogę pokonali bez przeszkód. Zenon zapukał do drzwi Nikolaja. Właściciel otworzył je błyskawicznie i nakazał gestem dłoni wejście do mieszkania. Usiedli na fotelach. Gospodarz zapalił fajkę i pykał ją przez chwilę w zamyśleniu. Jego wygląd mógł wzbudzać zdziwienie. Wyglądał jak skrzyżowanie kozaka, cara i syberyjskiego trapera. U nogi leżała mu szabla. Czesław poznał ten rodzaj. Pokazywano mu takie w siedzibie wywiadu, zanim go stamtąd wywalili. 
- Klon Mikołaja II. Seria pierwsza, numer pierwszy. Zgadłem? – oficer zwrócił się do Nikolaja. 
- Owszem – odpowiedział klon rosyjskiego cara.
- Zesłano cię tutaj po nieudanej próbie przewrotu w Syberii Wschodniej. Zmieniono ci tożsamość i nakazano milczenie. Przerwano też produkcję klonów tego typu. 
- Skąd to wszystko wiesz? – zapytał Nikolaj sięgając po strzelbę elektromagnetyczną ukrytą pod siedzeniem, - Może jesteś szpiclem z wywiadu mającym na celu uśmiercenie mnie?
Czesław poczuł się nieswojo. Rzadko kiedy zdarzyło mu się wygadanie. Sztukę efektywnej rozmowy nauczono go w akademii oraz zaszczepiono mu podczas jednej z licznych operacji neurochirurgicznych. 
- Spokojnie. Już dla nich nie pracuję. No prawie...
- To znaczy? – car rozluźnił uchwyt na ukrytej strzelbie.
- Chcą, abym przekazał im fragment żywej tkanki zmutowanego kozła. 
- Nigdy mi nie powiedziałeś, że dla nic pracujesz – wtrącił Zenon.
- Bo nie pytałeś.
- Dobrze – Nikolaj puścił broń i zagłębił się w fotelu, - Czego chcecie konkretnie?
- Musisz nam wskazać wioskę tych stworzeń, jeżeli oczywiście takowa istnieje – wyjaśnił Czesław.
- Istnieje, istnieje – zapewnił klon, - Ale jej namiary nic wam nie dadzą. Potrzeba wam przewodnika. 
- Dość dobrze orientujemy się w buszu...
- Nie o to chodzi. Te istoty są bardzo liczne. Złapią was przy pierwszym, niewłaściwym podejściu. Tylko ja wiem jak tam się dostać.
- Co chcesz w zamian?
- Pięćdziesiąt procent zysków.
- Czterdzieści!
- Nie ma mowy. Dużo ryzykuję. Mogę się zgodzić na...czterdzieści pięć.
- Czterdzieści dwa.
- Zgoda. 
Zeszli na dół. Myśliwy zabrał ze sobą strzelbę energetyczną. Dali sobie spokój z tramwajnolotami i poszli piechotą na parking. Po drodze minęli policję przesłuchującą cyber-kanara. Robot bardzo gestykulował opisując dzikość napastników i jego lwią walką o praworządność w pawłowickich środkach komunikacji miejskiej. Czesław ponownie uśmiechnął się. Tym razem z pobłażaniem. Przy murach wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę dżungli. 

Samochód pozostawili na skaju buszu. Nikolaj wyjął swoją tytanową szablę i zaczął profesjonalnie przedzierać się przez busz. Za nim kroczyli Czesław i Zenon. Szli godzinę, dwie, trzy. W końcu Jabłomonow zaczął się denerwować. Jego towarzysz wprost przeciwnie, gdy chciał, potrafił wyłączyć emocje. Po czwartej godzinie Zenek zaczął czuć irytację. Prawdopodobnie zapytałby „Daleko jeszcze?”, gdyby Nikolaj nie zarządził postoju. Dwaj łowcy małp padli na ziemię, przestając zdradzać pozory życia. „Jaka delikatna ta młodzież” pomyślał Cezarowski pod adresem dwóch towarzyszy. 
Nadeszła noc. Nikolaj rozpalił ognisko przy pomocy podręcznego miotacza ognia. Uścisnął silniej broń. „Jak to wszystko się skończy” – pomyślał, - „To wezmę od nich pięćdziesiąt procent. Czterdzieści dwa to za mało”. Czerwone ślepia w ciemności mrugnęły jakby w odpowiedzi na jego myśli.
Zaczęło się przejaśniać. Większość mieszkańców lasu pochowała się w swoich norach. Na wyjście odważyły się tylko małpy w dresach. Nikolaj zgasił ognisko gaśnicą z ciekłym azotem i obudził towarzyszy. Gdy tylko podnieśli na niego zaspane spojrzenia, bez słowa ruszył w las. Po minucie dogonili go. Szli znowu godzinę, dwie. Dookoła potencjalnie niebezpieczeństwo. „Jeżeli zaraz nie dojdziemy na miejsce” – myślał Zenon, - „to zwariuję z nudów!”. Na szczęście nie groziło to mu. Zbliżali się właśnie do betonowej konstrukcji. 
- Co to? – zapytali zakrzowianie.
- To, co widzicie, to pozostałości po lokomotywie – wyjaśnił Nikolai.
- Czy lokomotywy nie są przypadkiem z metalu? – Zenon nie był przekonany.
- Większość - tak, ale ta do nich nie należy. Podczas II Wojny Światowej Herman Goring – szef Luftwaffe – wpadł na pomysł lokomotywy z betonu. Miało być to rozwiązanie problemów ze stalą. W tajnym wrocławskim laboratorium podjęto prace nad prototypem. Niestety, nie wiedzieli jak uruchomić swój twór, więc wyrzucili betonową skorupę w lesie i o wszystkim zapomnieli. Jakiś czas temu plemię kozo-ludzi odnalazło ją i użyło do zamaskowania swojej osady – na dowód Nikolaj podniósł drewniane wieko, pod którym znajdował się tunel do podziemi. Klon zapalił miotacz ognia i zaczął schodzić na dół.
Czesław i Zenon podążyli za nim. Przez chwilę złazili bez problemu, aż nagle Jabłomonow strącił jakiś kamień pozostały po kuciu schodów. Przez chwilę panowała niczym nie zmącona cisza. Potem rozpoczęło się pandemonium. Białe kozły odziane w skóry zaczęły biec na przybyszy. Czesław wyciągnął zawleczkę z granatu i rzucił go w stronę przeciwników. Eksplozja rozerwała mutanty na kawałki. Zeszli na poziom podziemnej wioski. Wszędzie były kozły. 
Skryli się za winklem i zaczęli strzelać. Kolejne kozły padały rażone pociskami. Najwytrwalsze wyciągały zaostrzone kopyta w stronę myśliwych. Zdawało się, że im więcej kozłów ginęło, tym więcej ruszało do natarcia. Zaczynała się kończyć amunicja. Zenon wyjął z kieszeni mały, niepozorny granat. Rzucił go w największe zagęszczenie napastników. Dopiero po jego upadku uświadomił sobie, że rzucił małą bombę atomową. Widocznie ostała mu się w kieszeni po starych, partyzanckich czasach. 
Ledwo zdążyli się ukryć przed falą uderzeniową. Nerwowo zaczęli odkorkowywać swoje butelki z płynem Lugola. Nikolaj pił, co prawda własny bimber, ale to niczemu nie przeszkadzało, albowiem żadne promieniowanie nie jest tak niebezpieczne jak ten specyfik. 
Weszli do podziemnej wioski. Zbudowano ją w jakimś podziemnym magazynie. Na ścianach ktoś namalował koślawe pentagramy. Chatki wykonano z różnych śmieci pochodzących z ruin. Kilka nawet ostało się po granacie Zenona. 
Z największej z nich wylazł wielki, czarny, wściekły kozioł. Muskulatury mógł mu pozazdrościć zawodowy kulturysta. Na wielgachnych mięśniach napięły się mu żyły. Wokół czerwonych ślepi ciekł mu pot. Dłubał językiem w nożowatych zębach. 
Czesław i Zenon zamarli w przerażeniu. Jedynie Nikolai miał dość zimnej krwi:
- A zdychaj, ty maro piekielna! – po tych słowach nacisnął spust swojej strzelby. 
Pociski wspomagane siłą elektromagnesu przeleciały przez potwora jak przez masło. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Nikolaj nie zraził się tym i odpalił miotacz ognia. Czarne bydle stanęło w płomieniach. Zawyło nie ludzko biegnąc na kolona cara. Mimo iż pierwszy raz widział płonącego, trzymetrowego kozła przypuszczającego atak na jego osobę, bez cienia współczucia rozwalił głowę potwora. Ogromne cielsko ostatni raz zakręciło się, po czym padło na domki zapalając je przy okazji. 
Z tuneli będącymi w przeszłości przejściami do innych części magazynu, zaczęły wyłaniać się kozły. 
- Zabierajmy się stąd! – powiedział Czesław, gdy zabrał jeden z włosów potwora do fiolki. 
Niepotrzebnie. Pozostali byli już na schodach. Po wdrapaniu się po schodach na górę, rzucił jeszcze granat wstrząsowy, co zaowocowało zawaleniem się przejścia. 

Kilka dni później, pogrążonego w drzemce Czesława obudził dzwonek. Zgramolił się z wersalki i podreptał otworzyć drzwi. Przywitał go latający robocik, który wręczył mu małą paczkę. Myśliwy podziękował i postawił ładunek na stole w kuchni. Wewnątrz było około stu dwudziestu złotych, jego fiolka oraz list:

Do: Czesława Randona
Od: Szefa ABW V Rzeczypospolitej Polskiej

Treść:
Panie Czesławie. Otrzymaliśmy pański raport oraz załączony do niego ładunek. Pragnę jednak zakomunikować, że dowód jest bezużyteczny a raport nieprawdziwy. Powodem tego stwierdzenia są nasze informacje o miejscu w którym znalazł Pan rzekomy dowód. Od jakiegoś czasu była to siedziba sekty Lucyferian, mających na celu przyzwanie diabła i przemianę w jego sługi. Najprawdopodobniej opuścili to miejsce, pozostawiając tam jakieś halucynogenne substancje, przez które Panu wydawało się, że walczy z białymi kozłami. Przysłaliśmy panu jednak część wynagrodzenia, które jak mamy nadzieję, pokryje straty w związku ze stratą broni i amunicji.

Czesław podniósł fiolkę. Nadal była osmalona od ognia. Zamyślił się. Zadzwonił przez terminal do Vicka: 
- Masz jeszcze tego białego kozła?
- Niestety nie – powiedział smutno robot, - Wczoraj przyszli dziwni ludzie z brudkami przystrzyżonymi w szpic i zażądali wydania eksponatu. Stawiałem się, ale wyrwali mi rękę.
- Szkoda. Do zobaczenia.
Obrócił w ręce fiolkę. Poeta miał rację mówiąc, że są na tym świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły.


Gwizdon

odyniecandpuzon@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||